IMAGES OF THE RABBLE

71XO8-PBnwL.jpg

Wojny niewolnicze i krajobraz przedrewolucyjny

Wokół książki Vincenta Browna, Tacky’s Revolt. The Story of an Atlantic Slave War, The Belknap Press of Harvard University Press, Cambridge, Mass. – London 2020.

Opowieść o nowożytnym statku niewolniczym – medium zachodniego niewolnictwa – Markus Rediker zamyka historią procesu sądowego, jaki w 1791 roku wytoczono w Newport kapitanowi Jamesowi D’Wolfowi[1]. Powrócił on właśnie dwumasztowcem Polly z wyprawy realizującej jeden z wariantów atlantyckiego handlu trójkątnego: na Złotym Wybrzeżu (fragment Zatoki Gwinejskiej, dzisiejsza Ghana) zakupił i załadował na pokład 142 osoby, z których 121 udało mu się dostarczyć żywe do Hawany (gdzie pośrednio lub bezpośrednio wymieniano ludzi na cukier), skąd z kolei popłynął z powrotem do domu na Rhode Island. Utrata 15% ludzkiego „ładunku” – powyżej ówczesnej średniej[2] – mogła oznaczać, że D’Wolf, który nie tylko dowodził statkiem, ale i współfinansował przedsięwzięcie, nie zarobił tyle, ile planował. Wiemy jednak, że ubezpieczył się od strat przekraczających 20% – ostatecznie mógł zatem zmieścić się w granicach rentowności.

Tymczasem w Stanach oskarżono go o morderstwo. Nie mogło oczywiście chodzić o śmierć niewolników w wyniku chorób, stresu, niedożywienia, samobójstw czy tragicznych warunków przewozu. Chodziło tylko o 1 z 21 ofiar. Marynarze z Polly zeznali bowiem, że kapitan nakazał im odizolować, przywiązać do fotela i na kilka dni pozostawić na pokładzie chorą na ospę niewolnicę (której imienia nie znamy), by ostatecznie własnoręcznie (załoga odmówiła), trzymając za krzesło, wyrzucić ją za pokład (stwierdzić miał przy tym, że żal mu wyłącznie fotela). Linia obrony D’Wolfa była następująca (rekonstruuje autor The Slave Ship. A Human History): „Kobieta stanowiła zagrożenie, bowiem gdyby zaraziło się od niej i zmarło kilkoro członków załogi, reszta nie byłaby w stanie utrzymać kontroli nad licznym i niespokojnym ładunkiem jeńców należących do Coromantee, «narodu słynącego z buntów»”[3].

Rachunek szacowanych zysków i strat – niezależnie od tego, jak prawdopodobny[4] – do złudzenia przypomina dekadę wcześniejszą historię liverpoolskiego żaglowca Zong, przewożącego 440 niewolników. Tak Polly, jak Zong wzięły na pokład zbyt wiele osób (Zong dwukrotność przeznaczenia statku), zarazem oszczędzając na załodze (w tym na lekarzu pokładowym) lub zapasach. Oba „ładunki” były ubezpieczone, a Zong, jak większość tego typu przedsięwzięć, pływał na kredyt. Jego kapitan Luke Collingwood (umrze 3 dni po dopłynięciu na Jamajkę z zaledwie 208 niewolnikami) w niejasnych okolicznościach (choroby, brak wody pitnej i błędy w nawigacji) nakazał w ciągu kilku dni przełomu listopada i grudnia 1781 roku wyrzucić za burtę 122 niewolników i niewolnic. Kolejne 10 osób w obliczu tych wydarzeń popełniło samobójstwo, samodzielnie wyskakując z pokładu. W imieniu udziałowców kapitan Collingwood liczył na odszkodowanie z ubezpieczenia – wypłacane tylko, gdy niewolnik umrze na morzu. Rachunek prawdopodobieństwa i nowoczesne zarządzanie ryzykiem w inwestycji szły w parze przede wszystkim z przekształceniem czarnych niewolników w abstrakcyjne, wymienne, „typowe” – napisze Ian Baucom w Spectres of the Atlantic. Finance Capital, Slavery, and Philosophy of History – jednostki towaru[5]. Właśnie o odszkodowanie za utracony ładunek, a nie o morderstwo, toczyły się kolejne sprawy sądowe związane z podróżą okrętu Zong z Akry, portu na tym samym wybrzeżu, na którym 10 lat później niewolników zakupi kapitan D’Wolf.

Choć tragedia na pokładzie Polly wydaje się wzorcowym uzupełnieniem historii okrętu Zong i mogła by posłużyć za suplement do rozprawy Baucoma, poświęconej właśnie ekonomicznym rachunkom atlantyckim – jak cały handel niewolniczy, tak i popełnione w jego imieniu morderstwo opierały się na wielokrotnie zapośredniczonej spekulacji, którą doskonale oddaje podwójny tryb przypuszczający „gdyby zaraziło się od niej i [gdyby w efekcie zarażenia– dopisek Ł.Z.] zmarło…” – przywołuję ją z innych powodów. Sprawa D’Wolfa rozgrywa się bowiem równo 30 lat po jednym z największych nowożytnych powstań niewolniczych, które do historii przeszło jako Bunt Tacky’ego. Wywołać go miał w 1760 roku na zajętej przez Brytyjczyków Jamajce nie kto inny, jak właśnie „słynący z buntów naród Coromantee”. Legenda o silnych, walecznych i wiecznie spiskujących Coromantee musiała być zatem żywa w latach 90. XVIII wieku. Zagrożenie z ich strony miało przecież przekonać sąd o wysokim prawdopodobieństwie przewidywań, a zatem o racjonalności postępowania kapitana Polly (ostatecznie po kilku latach uniewinnionego, dzięki wpływom bogatej rodziny). Legenda Coromantee poprzedzała zresztą powstańcze wydarzenia na Jamajce w 1760 i 1761 roku – grupa ta co najmniej od początku XVIII wieku odpowiedzialna być miała za szereg buntów na statkach i wyspach Indii Zachodnich. W Wielogłowej Hydrze Peter Linebaugh i Marcus Redikera opisują ich następująco:

Afrykanie ze Złotego Wybrzeża Afryki Zachodniej, mówiący w Akan, których zbiorcza nazwa pochodzi od niewolniczego portu, skąd transportowano ich za północny zachód: Coromantee (lub w języku Fante Kromantse). Wielu „Coromantee” było okofokum, szeregowymi żołnierzami, wyćwiczonymi do walk z bronią palną i wręcz w jednej z masowych armii zmilitaryzowanych, nastawionych na ekspansję państw Afryki Zachodniej (Akwamu, Dankyira, Asante, Fante), zanim zostali pojmani i statkami przetransportowani do Ameryki[6].

W praktyce „Coromantee” to zatem jedna z kolonialnych kategorii porządkujących świat Atlantycki, jeden ze stereotypów umożliwiających przetwarzanie w niewolniczych portach zróżnicowanych geograficznie, klasowo, etnicznie i językowo społeczeństw afrykańskich w jednorodną masę czarnych niewolników, cargo statku niewolniczego. Już pod koniec XVII wieku stali się bohaterami sensacyjnej powieści o Oroonoko, księciu podstępnie porwanym i sprzedanym w niewolę, i niejako przejmując jego cechy wszyscy Coromantee w atlantyckiej popkulturze stanowić mieli rodzaj szlachty pośród rozmaitych grup niewolniczych[7]. Nabudowywana przez relacje kapitanów statków, portową plotkę i strach wiecznie towarzyszący białym plantatorom legenda buntowniczego ludu rosła wraz z udziałem (rzeczywistym lub zakładanym) niewolników ze Złotego Wybrzeża w kolejnych buntach i spiskach, między innymi w Nowym Jorku w latach 10. czy na St. John i Antigui w latach 30. XVIII wieku;

Zarówno lęk przed nimi, jak i podziw [dla ich siły i waleczności] wyrastają z tego samego założenia – mianowicie, że istnieje jakiś właściwy rdzeń kulturowy definiujący Afrykanów ze Złotego Wybrzeża i że rdzeń ten może wskazywać coś właściwego czarnym w ogóle […]. Znani z męskości opartej na waleczności, wyniosłej dumie i niezachwianej śmiałości, Coromantee w XVIII wieku ustanowili typ, który budzi emocje i strach białych do dziś […][8].

Tymczasem Coromantee nie zawsze mówili nawet jednym językiem. Ale może przede wszystkim kategoria ta, wykrojona w oparciu o kolonialne podziały przestrzeni, obejmowała odrębne, często skonfliktowane społeczności afrykańskie, toczące między sobą kolejne wojny i zawierające zmienne sojusze (w wyniku tych bitew i najazdów przegrani często trafiali do niewoli i na sprzedaż w portach Złotego Wybrzeża; na jednej plantacji, a nawet na jednym statku mogli znaleźć się zatem niedawni wrogowie z afrykańskich wojen). Zarazem jest w tym pojęciu naddatek bezwiednie wykraczający poza europejskie rasistowskie projekcje. Po pierwsze, wskazuje się pośrednio i niezamierzenie, że pewien zestaw kompetencji – w tym przypadku rozmaitych umiejętności wojennych – nie zanikał ani wraz z wkroczeniem na pokład statku niewolniczego, ani w wyniku nadzorczych technik kompleksu plantacji. Po drugie, nadana z zewnątrz nazwa wskazuje choćby tylko tyle prawdy, że wkroczenie na statek niewolniczy oznaczało radykalnie nową sytuację, wymagającą przekształcania sojuszy i budowania nowych relacji (na przykład shipmates[9]), nowych wspólnot i hierarchii w nowych warunkach. Ale działania te odbywały się w oparciu o zestaw umiejętności (wspólny język lub wielojęzyczność wielu niewolników nabytą w codzienności afrykańskich społeczeństw), więzów, doświadczeń (przeszłych i aktualnych), rytuałów, wartości czy wierzeń (wspólnototwórcza rola kapłanek i kapłanów nie tylko w buntach). Odbywały się jako przeformułowanie, ale i przedłużenie życia afrykańskiego. Należy równocześnie podkreślić, że do dawnego życia nie było powrotu, a historie niewolników, którzy w ciągu XVIII stulecia po latach pojawiali się w domu można – dosłownie, nie w przenośni – policzyć na palcach jednej ręki, w stosunku do 12,5 miliona, które nie wróciły nigdy[10]. Po trzecie, legenda Coromantee ujawnia nadwyżkę lęku po stronie białych, rozbijającą potoczne wyobrażenie niewolnictwa jako stabilnej relacji podporządkowania i bierności niewolnych, z rzadka jedynie przerywanej krótkimi, nieskutecznymi buntami (pośród których Rewolucja Haitańska ma być wyjątkiem potwierdzającym regułę). Wróćmy bowiem do wyjaśnień kapitana D’Wolfa. Wynika z nich przecież że już na statku niewolniczym (a wiemy, że nawet wcześniej: w kordonie transportującym niewolników z głębi lądu do portów) każdy dzień był pełnym napięcia ważeniem sił pomiędzy schwytanymi i sprzedanymi do niewoli a pilnującymi ich marynarzami; że pojmani próbowali wykorzystać najmniejszą okazję do ucieczki lub walki (również do samobójstwa, oznaczającego stratę dla inwestorów i ostatni akt autonomii i sprawczości Afrykanów); że „większość niewolników stale znajdowała się w stanie niepewnego ważenia przerażających decyzji o tym, kiedy się podporządkować, jak chronić siebie i innych, z kim wejść w sojusz, i jak i kiedy stawić opór, jeśli w ogóle”[11].

Cytowany tu Vincent Brown w wydanej w tym roku książce Tacky’s Revolt. The Story of an Atlantic Slave War powraca w związku z tym do jednej z najpopularniejszych definicji niewolnictwa, opisującej je jako nieprzerwany stan wojny pomiędzy niewolącym a zniewolonym. Podstawą tego rozpoznania nie są jednak rozważania Johna Locke’a, który z jednej strony przekonywał o wolności jako naturalnym stanie człowieka, z drugiej inwestował w królewskie przedsiębiorstwo odpowiedzialne za handel niewolnikami. Punktem wyjścia Tacky’s Revolt staje się raczej późniejsze, reprezentujące radykalnie inne doświadczenia z handlem niewolniczym, powtórzenie hasła Locke’a we wspomnieniach niewolniczych Olaudah Equiano (skądinąd: współodpowiedzialnego za nagłośnienie wspominanej tragedii na okręcie Zong w latach 80. XVIII wieku). Equiano wskazuje bowiem „praktyczne, codzienne doświadczenie [przemocy] definiujące społeczeństwo dotknięte niewolnictwem”[12]. Zarazem jest to zaledwie punkt wyjścia do uhistorycznienia, rozwinięcia i wyciągnięcia konsekwencji z ujęcia niewolnictwa jako wojny.

W momencie wybuchu Buntu Tacky’ego wiosną 1760 roku Jamajka była najbardziej dochodową i najbardziej produktywną amerykańską kolonią Wielkiej Brytanii (głównym towarem eksportowym wyspy był cukier, produkowano tam również kawę i bawełnę). Najpotężniejsi właściciele kolonialnych majątków, widywani na wyspie rzadko lub wcale, zasiadali w brytyjskim parlamencie lub pełnili wysokie funkcje wojskowe i administracyjne w Imperium. Ich majątki średnio kilkudziesięciokrotnie przekraczały majątki brytyjskich osadników w pobliskiej kontynentalnej Ameryce[13]. Ale „Jamajka była również śmiertelną pułapką. Śmierć stanowiła ośrodek doświadczeń społecznych dla wszystkich zamieszkujących wyspę […] śmierć i bogactwo były tu nierozłącznie związane”[14]. W poprzedzającej Tacky’s Revolt książce o wymownym tytule Reaper’s Garden, Brown opisywał różnorodne sposoby radzenia sobie ze śmiercią, politykę zarządzania jej wszechobecnością i powszedniością na Jamajce. W trudnym klimacie w XVIII wieku, głównie w wyniku chorób tropikalnych umierało tu rocznie (sic!) 10% białej populacji wyspy[15] (plantatorów i ich rodzin, zarządców, strażników, urzędników państwowych, pracowników majątków i fabryk, marynarzy i włóczęgów), a śmiertelność czarnych mieszkańców, poddawanych w większości wyczerpującemu reżimowi pracy i dyscypliny, była niewiele mniejsza. Do tego, inaczej niż w nieodległych koloniach amerykańskich, niewolników było na Jamajce niemal dziesięciokrotnie więcej niż białych. W ciągu siódmej dekady osiemnastego stulecia, gdy toczyć się tu będzie „wojna niewolnicza”, przywieziono na wyspę 85 tysięcy niewolników (by dopełnić obraz: 25 tysięcy pochodziło ze Złotego Wybrzeża, można było zatem nazywać ich Coromantee)[16]. Proporcje białych i niewolników na samych plantacjach próbowano odgórnie (i nieskutecznie) zmieniać, nakładając kary finansowe na majątki odbiegające od relacji 1 biały na 10 niewolników, z czasem jednak przystano nawet na proporcje 1 do 30.

„Właściciele niewolników byli paranoikami, a do tego ich niewolnicy naprawdę zamierzali ich zabić”[17] – w ten sposób Brown uwypukla jedno z wielu paradoksalnych zapętleń tej relacji. Strach musiał być uczuciem na co dzień towarzyszącym białym na Jamajce, a zarazem strach był podstawowym sposobem utrzymywania porządku wśród niewolników – gdy tylko kolonialnemu wojsku lub najemnej milicji udawało się zwyciężyć w potyczkach z buntownikami, gdy tylko nadzorcy plantacji odkrywali (lub podejrzewali) spisek niewolniczy, wyszukiwano najbardziej okrutne, publiczne i widowiskowe sposoby torturowania i uśmiercania. Rozrzucone po wyspie nabite na pale martwe poćwiartowane ciała, często same głowy, miały stanowić dla pozostałych ostrzeżenie przed przejściem od myśli do czynu. To pierwsze znaczenie niewolnictwa jako konfliktu zbrojnego: codzienna przemoc i tortura, ale i obustronne poczucie fizycznego zagrożenia. Jak już wiemy, niewolnicy, choćby „Coromantee”, bywali doświadczonymi żołnierzami. Po drugiej stronie, w roli zarządców i nadzorców, również spotykali weteranów wojennych, byłych żołnierzy armii brytyjskiej – „widzących w Afrykanach wrogów”, poddających zmilitaryzowanemu nadzorowi relację (z założenia) cywilną[18]. To zarazem, z innego punktu widzenia, wojna rasowa: białych przeciwko czarnym, również przeciw niewielkiej zróżnicowanej grupie wolnych czarnych i półczarnych, mieszkańców kolonii, mulattoes (częściowo wolnych), których (czasem słusznie[19]) podejrzewano o wspieranie niewolników, a czasem – co opisał już w latach 30. XX wieku C.L.R. James w The Black Jacobins na przykładzie Haiti w tym samym okresie[20] – o własne interesy sprzeczne z interesami białych, ale nie zawsze zbieżne z interesami niewolników[21].

Inne podstawowe znaczenie niewolnictwa jako wojny w ujęciu Browna (tym razem skala makro) opiera się na bardzo podstawowej dekolonizacji sposobów czytania mapy świata atlantyckiego. Brown nie pozostawia wątpliwości, że kolonialne porty handlowe Zatoki Gwinejskiej były zaledwie niewielkimi wysepkami niepewnej europejskiej kontroli nad olbrzymim terytorium Afryki Zachodniej i Środkowej, gdzie toczyły się potężne, skomplikowane polityczne i militarne konflikty wielkich armii i dobrze zorganizowanych państw (na przykład państwo Asante, od asa nit, „ponieważ wojna”, w 1780 roku posiadało osiemdziesięciotysięczną armię, której połowa wyposażona była w broń palną[22]). Europejczycy napędzali te konflikty (dostarczali broń, tworzyli popyt za niewolników), ale w żadnym wypadku ich nie kontrolowali; kolonialne przedsięwzięcia ekonomiczne zależały zaś bezpośrednio od polityki państw afrykańskich i utrzymywania z nimi dobrych stosunków. W pewnym sensie bunty wybuchające w XVIII wieku w Indiach Zachodnich były zatem przedłużeniem konfliktów afrykańskich – wyszkoleni w nich żołnierze afrykańscy, który w efekcie konfliktów zbrojnych (napędzanych między innymi, lecz niewyłącznie handlem niewolniczym) trafiali w niewolę, próbowali w geograficznie odległym miejscu z tejże niewoli się wyzwolić. Ale na liczne niewolnicze rebelie – angażujące wojska europejskie, prowadzące wobec buntowników regularne działania militarne w Indiach Zachodnich, można również spojrzeć, jak na kolejne pola bitewne wielkich wojen, zwykle, mimo ich lokalizacji i wielości aktorów, rozpoznawanych jako wyłącznie „zachodnie”. Z tej perspektywy wydarzenia lat 1760–1761 na Jamajce stają się niczym innym niż „jednym z najcięższych i najtrudniejszych” frontów Wojny Siedmioletniej, toczonej przez potęgę brytyjską z licznymi rywalami w latach 1756–1763[23].

Wreszcie samo „powstanie niewolnicze” na Jamajce, zdaniem autora lepiej opisuje kategoria wojny. To długotrwała seria odbywających się w ciągu niemal dwóch lat partyzanckich najazdów, otwartych bitew, oblężeń, kilkakrotnie ogłaszanego stanu wyjątkowego, misji tropicielskich, sojuszy i konfliktów – tak po stronie buntowników, jak i po stronie brytyjskiej[24]. Tę drugą tworzą w różnych okresach i z różną intensywnością przewożone statkami marynarki wojennej brytyjskie wojska fortowe, milicja złożona z plantatorów (niechętnych do samodzielnej walki), pracowników plantacji i najemników (w tym wolnych czarnych) oraz zaufanych niewolników, a także oficjalnie uznawana przez Brytyjczyków od 1740 roku społeczność zbiegów, która w wyniku walk zbrojnych w latach 30. wywalczyła sobie prawo zajmowania części wyspy. Jednym z warunków ugody z brytyjskimi władzami był jej aktywny udział po stronie kolonialnej we wszelkich konfliktach zbrojnych. I właśnie jamajscy Maroons – byli niewolnicy i potomkowie niewolników – okazali się najskuteczniejsi w tropieniu i wyłapywaniu buntowników dwie dekady po tym, gdy sami zrzucili z siebie status rebeliantów.

Spojrzenie na Bunt Tacky’ego jak na wojnę pomaga rozpoznać rzeczywisty charakter zmagań, ale także zbliżyć się do perspektywy strony, której wizja wydarzeń mogła utrwalić się w społecznej pamięci najwyżej pośrednio – w formie plotek, pieśni (szant) i legend rozchodzących się dzięki oddolnej, podziemnej (podpokładowej?) atlantyckiej sieci komunikacyjnej, opisanej przez jednego z nauczycieli Browna, Juliusa S. Scotta. Historię pisaną – w odróżnieniu od szeptanej czy śpiewanej – tworzyli Ci, którzy czuli się zwycięzcami. Już sama nazwa Bunt lub Rebelia Tacky’ego – utrwalona w kolonialnym piśmiennictwie historycznym późnego XVIII i XIX wieku – stanowi w tym przypadku wybiórczą i życzeniową interpretację zdarzeń z perspektywy interesów kolonialnych. Pozwala bowiem sprowadzić długotrwałe starcia (których końca nikt nie mógł być pewien; które z opisywanej tu istoty końca mieć nie mogły) do punktu w czasie i przestrzeni. Pozwala również wytłumaczyć przyczyny powstania przeciw właścicielom wpływem przywódcy – którego imię wskazuje na wysokie pochodzenie i wpisuje się we wspomniany już mit szlachty afrykańskiej, niegodzącej się na niewolę, bo do niej niestworzonej – wpływem na inaczej jakoby posłuszną (wierną, a czasem nawet wdzięczną) lub przynajmniej bierną społeczność niewolniczą. Tymczasem sam Tacky (najpewniej w Afryce pełniący funkcje dowódcy wojskowego), ginie najpewniej siódmego dnia półtorarocznej wojny niewolniczej na Jamajce. Może wręcz sam odpowiadać za niepowodzenie pierwszego etapu starć (i własną śmierć). Istnieją przesłanki, by twierdzić, że walka miała wybuchnąć w tym samym momencie w wielu plantacjach po obu stronach wyspy. Zaplanowano ją na jeden z dni świątecznych, ale Tacky miał upić się i zbyt wcześnie zacząć akcję zbrojną lub po prostu kierowana przez niego grupa mogła pomylić europejskie święta, na co wskazuje to, że kilka tygodni później po drugiej stronie wyspy otworzą się kolejne fronty wojny niewolniczej.

Nieprzypadkowo w książce Browna ani razu nie padnie słowo „rewolucja”, nawet jako kategoria porządkująca. Sugerować by ono mogło w tym kontekście pewien rodzaj uniwersalizmu – nie tyle przynależności do uniwersalnej historii, o której w związku z Rewolucją Haitańską pisała Susan Buck-Morss[25], ile uniwersalnego wymiaru walki z niewolnictwem. Tacky, Jamaica, Wager (Apongo), Simon, Akua (Cubah) – „Królowa Kingston”, przywódcy i przywódczynie, uczestnicy i uczestniczki kolejnych frontów wojny niewolniczej na Jamajce, „wojny Coromantee”, jak nazywa ją Brown, nie walczyli o zniesienie niewolnictwa, a już z pewnością nie o powszechną wolność. Nazwanie ich rewolucjonistami, w sensie, jaki przyjmie to słowo – w języku angielskim rozpropagowane co najmniej od końca XVII wieku – po wydarzeniach w Stanach, Paryżu i na Haiti, po deklaracjach praw i pierwszych konstytucjach, byłoby nie tylko anachronizmem, ale i groziłoby powtórzeniem gestu kolonialnej projekcji (nawet jeśli z intencji pozytywnej). Toczyli wojnę – niewygodną dla europejskich oddziałów wojnę partyzancką z imperialnymi wojskami; wojnę z białymi właścicielami, zarządcami, strażnikami i najemnikami; wojnę z niewolnikami, którzy nie chcieli ich wesprzeć oraz z tymi, których biali wystawiali do walki przeciwko nim; wojnę z „dzikimi”, Maroons, dawnymi zbiegami, którzy, walcząc o własną pozycję, stawali po stronie brytyjskiego imperium.

Jak zatem napisana zostaje „historia od dołu” wojny niewolniczej na Jamajce, skoro Brown nie dysponuje świadectwami jej uczestników i uczestniczek?

Jednym z metodologicznych punktów odniesienia Tacky’s Revolt jest z pewnością obroniona w 1986 roku rozprawa doktorska Juliusa S. Scotta, The Common Wind. Afro‑American Currents in the Age of Haitian Revolution, która w 2018 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Verso[26]. Przez ponad trzy dekady znana we fragmentach, ze skanów i fotokopii, krążąca w nieformalnym obiegu akademickim, rozprawa Scotta opisuje transatlantycką, oddolną sieć informacji, zbiorową inteligencję wyrzutków świata Euro-Afro-Amerykańskiego. „Inteligencja jest tu właściwym słowem – pisze we wstępie do zainicjowanego przez siebie wydania legendarnego opracowania Rediker – jako że wiedza, unoszona «wspólnym wiatrem» była stosowana strategicznie: wiązała wiadomości o angielskim ruchu abolicyjnym, hiszpańskich reformizmie i francuskim rewolucjonizmie z lokalnymi walkami na Karaibach”[27]. Była to sieć informacyjna ludzi „bezpańskich”, jeśli tak wolno przełożyć wyrażenie masterless: piratów, zbiegów, dezerterów, włóczęgów, tych którzy „studiowali horyzont, przewidując, co przyniesie przyszłość”[28], ludzi wywrotowych z istoty swojego istnienia. Węzłami tej sieci, nieposiadającej centrum, narodowości, jednego języka, były porty; jej nośnikami okręty, łodzie i kajaki; jej napędem wiatr i aktualne prądy, we wszystkich znaczeniach. Informacja ważyła w niej wiele – mogła wywołać niepokoje, a nawet bunty: na wieść o innej rebelii odbywającej się setki czy tysiące kilometrów dalej; w reakcji na plotkę o zniesieniu lub złagodzeniu niewolnictwa przez władze w metropolii; w efekcie informacji o osłabieniu sił tego czy innego imperium w wyniku toczonych przez nie wojen itd. Scott zrekonstruuje tę sieć informacyjną w oparciu o oficjalną i nieoficjalną urzędniczą korespondencję (pokazującą, że rządzący świadomi byli istnienia i skuteczności „wspólnych wiatrów”), dokumenty i akty prawne, prasę Jamajki, Hawany i Port-Au-Prince, zeznania i sprawozdania sądowe, dzienniki pokładowe i wspomnienia niewolnicze. W odróżnieniu od odtwarzającego inną sieć – oplatającą Atlantyk sieć obieg kapitału – nurtu ekonomicznego badań nowożytnego niewolnictwa (za początek którego uznaje się studium Capitalism & Slavery Erica Williamsa z 1944 roku, opisujące rolę przemysłu opartego na pracy niewolnej i samego handlu niewolnikami jako przemysłu na przemiany brytyjskiego kapitalizmu[29]), Scotta (oraz Browna) interesuje nie system, lecz taktyki. Historia ludzi niepodporządkowanych będzie więc w The Common Wind historią półjawnej cyrkulacji półlegalnych postaci i nieoficjalnych informacji. Będzie zarazem historią transnarodową, nieterracentryczną[30], pisaną z perspektywy mórz.

Tymczasem Vincent Brown mozolnie śledzi i rekonstruuje każdy dzień i każdy krok (z możliwych do odtworzenia) starć wojennych na Jamajce – tak jakby chciał ugruntować je co do metra kwadratowego. Owszem, dzięki Scottowi może docenić znaczenie i siłę krążących po morzach informacji – skupia się jednak przede wszystkim na ich wpływie na właścicieli niewolników, którzy w legendzie „słynącego z buntów narodu Coromantee” przepowiadają, wzmacniają i usprawiedliwiają swój lęk przed „czarną większością” na wyspach. Oddolną sieć informacji, zdolną do utkania spisku obejmującego rozległe, oddalone od siebie o dziesiątki kilometrów, rozdzielone górami tereny, rozpoznaje zaś na samej wyspie – to komunikacja oparta na pieszych wędrówkach niewolników, krążących od plantacji do plantacji (wysyłanych tam za zgodą zarządców) i wolnych czarnych, Maroons handlujących na rynkach i plantacjach oraz zbiegów pojawiających się nagle na niewolniczych świętach i rytuałach, a następnie znikających bez śladu w górach. W ślad za C.L.R. Jamesem, ale też za promotorem rozprawy Scotta, Peterem H. Woodem, autorem książki z 1974 roku Black Majority. Negroes in Colonial South Carolina from 1670 through The Stono Rebellion, Brown rozpoznaje bogactwo i różnorodność czarnego życia, wielość taktyk oporu i negocjowania pozycji w świecie zbudowanym wokół instytucji niewolnictwa[31]. Jeśli stawką Tacky’s Revolt również jest rekonstrukcja pewnej sieci atlantyckiej, to jest to sieć zapewniająca ciągłość kultury afrykańskiej w trójkącie atlantyckim.

Afrykańskie państwa stają się, wbrew bon motowi Hegla, zgodnie z którym Afryka istnieć ma poza historią, ważnymi aktorami historii nowożytnego świata. Ich mieszkańcy odzyskują zaś ciągłość swoich biografii. Tacky’s Revolt otwiera historia Wagera – to jeden z głównych przywódców wojny niewolniczej, który w maju 1760, kilka tygodniu po śmierci Tacky’ego, rozpocznie działania wojenne po drugiej stronie wyspy. Apongo (afrykańskie imię Wagera) w latach 40. był ważnym przywódcą wojskowym na Złotym Wybrzeżu, prowadził transakcje handlowe i utrzymywał kontakty z przywództwem brytyjskiego fortu na wybrzeżu. Zapewne w wyniku przegranego starcia w afrykańskiej wojnie trafił do niewoli i został sprzedany do pracy na jamajskiej plantacji, gdzie w innym majątku spotkał dawnego wysokiego urzędnika brytyjskiego portu niewolniczego, z których znał się sprzed lat. Ten traktować go miał z szacunkiem i obiecał wkrótce wykupić z niewoli. Obietnicy nie dotrzymał. Wager kierował grupą niewolników, która w maju, kilka tygodni po śmierci Tacky’ego wznowiła wojnę. Został schwytany na początku czerwca, skazany na powieszenie na łańcuchach na trzy dni, a następnie spalenie żywcem (zdążył umrzeć przed upływem trzech dni). Jego historię poznajemy z przerażających dzienników plantacyjnego nadzorcy Thomasa Thistlewooda. Opisuje ją we fragmentach pomiędzy podsumowaniami tortur i kar cielesnych, które wymierza niewolnikom, opisem systemu zastraszania, którym kieruje i wyliczeniem gwałtów na niewolnicach, których dokonuje – liczonych w dziesiątkach. Brown, nie dysponując relacjami drugiej strony, musi oczywiście czytać świadectwa oprawcy wbrew intencjom autora i potwierdzać co się da w archiwach kompanii kolonialnej (jak znaleźć Apongo, gdy afrykańskie imiona Europejczycy zapisują ze słuchu i niedbale?). Ale musi również odnaleźć język, w którym o wydarzeniach opowiedzieć mu może sam Apongo. Jak to robi?

W swojej pierwszej książce dążył do rekonstrukcji ram rozumienia i przeżywania świata wobec wszechobecnej śmierci – opisywał jej konceptualizowanie i przepracowywanie. Z kolei tworząc historię wojny niewolniczej na Jamajce z perspektywy Afrykańczyków skupił się na rekonstrukcji możliwości i sposobów stawiania przez nich oporu. Dlatego podstawą ciągłości biografii w świecie atlantyckim, podstawą budowania autonomii i odzyskiwania sprawczości stały się w opowieści Tacky’s Revolt ciała niewolników i ich kompetencje. To ruch ciał i umiejętności militarne stanowią język, w którym opowiadana jest historia z perspektywy buntowników. Właśnie z precyzyjnie rekonstruowanej mapy starć i przemieszczeń wojsk, którą już kilka lat temu stworzył i udostępnił Brown, wyczytać można ich wersję wydarzeń. W ciągu półtorarocznej wojny, w której zginie pół tysiąca niewolników i 60 białych, w której zniszczone zostaną towary i zasiewy warte tysiące ówczesnych funtów, zbiegli niewolnicy wykazywali się doskonałą orientacją w terenie, umiejętnością szybkiego przemieszczania się, wspinaczki, długiego marszu i znajdowania schronienia w górach; kamuflowania się i znikania w lasach. To kompetencje nabyte podczas wojen afrykańskich, i szerzej – podczas przedniewolniczego życia. Dzięki precyzyjnej mapie i kalendarzowi starć dowiadujemy się, jak sprawnie reagowali na ruchy przeciwników i – możemy domyślać się – jak starali się je wyprzedzać. Podstawą oporu, podstawą autonomii jest zatem zanurzone w krajobrazie ciało, które dla historii niewolnictwa odzyskać stara się Brown. Nie jest to ani ciało zwierzęce (niebezpieczne jako silne i jako seksualne), którego boją się biali plantatorzy; ani ciało torturowane, umęczone, które ukazują zachodniemu światu abolicjoniści. „Wojna Coromantee była czymś więcej niż wyrazem afrykańskiego dziedzictwa; była rezultatem działania czarnej wojskowej inteligencji na Jamajce”[32]. Inteligencji właśnie, ponieważ w nierównej walce wykorzystywano kompetencje wojenne dające buntownikom szanse w starciach z lepiej uzbrojonymi białymi, umożliwiające długotrwały opór, niewygodne dla przeciwnika, partyzanckie, wywrotowe wobec działań klasycznej zachodniej armii (nieprzywykłej choćby do obrzucania jej kamieniami przez niewidocznego wroga).

Bunt Tacky’ego zapoczątkował nową falę niewolniczego oporu. Poważne spiski i rebelie wybuchły na Bermudach i na Nevis (1761), w Surinamie (1762, 1763, 1768–72), na Jamaice (1765, 1766, 1776), w Hondurasie Brytyjskim (1765, 1768, 1773), na Grenadzie (1765), w Montserrat (1768), na St. Vincent, Tobago (1770, 1771, 1774), St. Croix, St. Thomas (1770 i później) i St. Kitts (1778)[33].

Te atlantyckie „wojny niewolnicze” napędzał nie tylko „wspólny wiatr” informacji o Tackym, Wagerze, „Królowej Kingston” i ich towarzyszach i towarzyszkach broni, ale również transatlantycka „wojenna inteligencja” i cielesne kompetencje afrykańskich żołnierzy. Niektóre z nich wspomagane były wręcz bezpośrednio doświadczeniami zdobytymi podczas wojny na Jamajce w latach 1760–1761. Linebaugh i Rediker kontynuują: „Weterani Buntu Tacky’ego wzięli udział w powstaniu w Brytyjskim Hondurasie (gdzie zesłano pięciuset buntowników) oraz trzech innych rewoltach na Jamajce w 1765 i 1766 roku”[34]. W ujęciu Browna są to po prostu kolejne fronty niewolniczej wojny toczonej w latach 60. i 70. na Atlantyku.

[1] Marcus Rediker, The Slave Ship. A Human History, Penguin Books, New York 2008, s. 343–347.

[2] W dziesiątej dekadzie XVIII wieku w afrykańskich portach na statki niewolnicze załadowano 867992 niewolników, z czego 767823 osoby dopłynęły do miejsc docelowych żywe; śmiertelność na statkach wynosiła zatem 12%; w tej samej dekadzie jedynie na Złotym Wybrzeżu na pokład weszło 109441 niewolników, a zeszło z niego 98123 żywych (śmiertelność 10%). Dane o handlu niewolniczym podaję za bazą slavevoyages.org (dostęp 5 marca 2020). Proporcje kobiet do mężczyzn w XVIII w. wynosiły mniej więcej 2/1, mniej więcej 1/3 niewolników to dzieci (istniały różnice regionalne w zapotrzebowaniu na grupy wiekowe i genderowe w zależności od swoistości pracy w danej kolonii).

[3] Marcus Rediker, The Slave Ship…, s. 345.

[4] Ospa na pokładzie nie musiała oznaczać strat. Rediker przytacza relację marynarza-świadka oskarżenia w procesie kapitana D’Wolfa, który twierdzi, że załoga chciała złapać ospę, by wyrobić sobie odporność. (Marcus Rediker, The Slave Ship…, s. 345). Vincentr Brown z kolei w książce The Reaper’s Garden. Death and Power in the World of Atlantic Slavery (Harvard University Press, Cambridge, Mass. – London 2008, s. 50) pisze: „Rynki rachowały niebezpoeczeństwo ospy w inny sposób. Niewolnicy, którzy przeszli ospę – lub śmiertelnie niebezpieczną frambezję – i mieli na dowód blizny, osiągali wyższe ceny”. Nazywano to „sezonowaniem” niewolników – zwykle rocznym okresem wyrobienia przez nich odporności na lokalne choroby i warunki klimatyczne kolonii.

[5] Ian Baucom, Spectres of the Atlantic. Finance Capital, Slavery, and the Philosophy of History, Duke University Press, Durham–London 2005.

[6] Peter Linebaugh, Marcus Rediker, The Many-Headed Hydra. The Hidden History of the Revolutionary Atlantic, Verso, London 2012 [2000], s. 184–185.

[7] Vincent Brown, Tacky’s Revolt. The Story of an Atlantic Slave War, The Belknap Press of Harvard University Press, Cambridge, Mass. – London 2020, s. 103.

[8] Ibidem, s. 233.

[9] Marcus Rediker, The Slave Ship…, rozdz. From Captives to Shipmates, s. 263–307.

[10] W okresie 1501–1866 na statki w Afryce załadowano 12.521.332 osoby, z których 10.702.655 osób żywe opuściły pokład statku, slavevoyages.org (dostęp 5 marca 2020).

[11] Vincent Brown, Tacky’s Revolt…, s. 74.

[12] Vincent Brown, Tacky’s Revolt…, s, 4.

[13] Vincent Brown, The Reaper’s Garden…, s. 16.

[14] Ibidem, s. 13.

[15] Ibidem.

[16] Ibidem, s. 266–267.

[17] Vincent Brown, Tacky’s Revolt…, s. 162.

[18] Ibidem, s. 57.

[19] Szczególnie ciekawa wydaje się w tym kontekście historia Denmarka Veseya, wolnego czarnego, który w latach w 20. XIX wieku planował powstanie niewolnicze w Karolinie Południowej. Ostatnio przypomnieli o tym, w kontekście współczesnych sporów o pamięć Amerykańskiego Południa Ethan J. Kytle, Blain Roberts. Denmark Vasey’s Garden. Slavery and Memory in the Cradle of Confederacy, The New Press, New York 2018.

[20] Zob. C.L.R. James, The Black Jacobins. Toussaint L’Ouverture and the San Domingo Revolution, Vintage Books, New York 1989 [1938] (s. 39 i kolejne). James wrażliwy na zróżnicowanie aktorów w świecie Atlantyckim, wiele uwagi poświęca mulattoes – między innymi nieślubnym dzieciom białych właścicieli i niewolnic, kurtyzanom i kochankom – którzy w połowie XVIII wieku, osiągnęli na San Domingo silną pozycję, wykupowali majątki, wysyłali dzieci do szkół we Francji, a nawet nosili się jak Europejczycy. Wobec wzrostu znaczenia tej ludności, biali stopniowo wprowadzali wymierzone w nią zakazy i blokady awansu.

[21] Na Jamajce sytuacja wyglądała nieco inaczej niż na San Domingo. W 1774 roku było tu 23 tysiące ludzi identyfikowanych jako mulattoes, ale tylko 4 tysiące z nich było wolnych. Vincent Brown, The Reaper’s Garden…, s. 111.

[22] Marcus Rediker, The Slave Ship…, s. 87.

[23] Vincent Brown, Tacky’s Revolt…, s. 209.

[24] Przebieg walk można zobaczyć na interaktywnej mapie przygotowanej przez Vincenta Browna: http://revolt.axismaps.com/map/, dostęp 1 marca 2020.

[25] Susan Buck-Morss, Hegel, Haiti i historia uniwersalna, przeł. K. Bojarska, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.

[26] Julius S. Scott, The Common Wind. Afro‑American Currents in the Age of Haitian Revolution, Verso, London 2018.

[27] Marcus Rediker, Foreword, w: Julius S. Scott, The Common Wind…

[28] Peter Linebaugh, The Significance of The Common Wind, „Counter Punch”, https://www.counterpunch.org/2018/12/14/the-significance-of-the-common-wind/, dostęp 1 marca 2020.

[29] Eric E. Williams, Capitalism & Slavery, The University of North Carolina Press, Chapel Hill–London 1994 [1944]. Do tego nurtu z należy też wspominana już rozprawa Iana Baucoma, Spectres of the Atlantic

[30] Marcus Rediker, I took an interest in pirates and sailors because they ware poor [wywiad], https://www.versobooks.com/blogs/3349-marcus-rediker-i-took-an-interest-in-pirates-and-sailors-because-they-were-poor, dostęp 1 marca 2020.

[31] Peter H. Wood, Black Majority. Negroes in Colonial South Carolina from 1670 through The Stono Rebellion, W.W. Norton & Company, New York–London 1974.

[32] Vincent Brown, Tacky’s Revolt…, s. 205.

[33] Peter Linebaugh, Marcus Rediker, The Many-Headed Hydra…, s. 224.

[34] Ibidem.