IMAGES OF THE RABBLE

07 - mak-source -unsplash.jpg

Wyjaśnienia

Pomimo zaostrzenia się epidemii koronawirusa we Włoszech, Giorgio Agamben nie wycofuje się ze swoich krytycznych tez odnośnie stanu wyjątkowego.

Strach jest kiepskim doradcą, ale wyzwala wiele rzeczy, których staramy się nie dostrzegać. Kwestii nie stanowi wydawanie opinii co do skali choroby, ale pytanie o etyczne i polityczne konsekwencje epidemii. Pierwsza rzecz, którą fala paniki, jaka sparaliżowała nasz kraj, wyraźnie pokazuje to to, że nasze społeczeństwo nie wierzy już w nic poza nagim życiem. Stało się oczywiste, że Włosi są skłonni poświęcić praktycznie wszystko – normalne warunki życia, relacje społeczne, pracę, nawet przyjaźnie, uczucia oraz przekonania religijne i polityczne – ze względu na niebezpieczeństwo zachorowania. Nagie życie – i ryzyko jego utraty – nie jest czymś, co jednoczy ludzi, ale oślepia ich i dzieli. Inne stworzenia ludzkie, jak w przypadku zarazy opisanej w powieści Alessandro Manzoniego, są teraz postrzegane wyłącznie jako potencjalne przekaźniki zarazy, której należy unikać za wszelką cenę i którą trzeba trzymać przynajmniej na odległość jednego metra. Umarli – nasi umarli – nie mają prawa do pogrzebu i nie jest jasne, co stanie się z ciałami naszych bliskich. Nasz bliźni został przekreślony i to ciekawe, że kościoły milczą w tym temacie. Czym stają się relacje społeczne w kraju, który przyzwyczaja się do życia w taki sposób, kto wie, na jak długo? I czym jest społeczeństwo, które nie zna innej wartości niż przetrwanie?

Drugą rzeczą, nie mniej niepokojącą niż pierwsza, jest ta, że epidemia pozwoliła wyraźnie ujawnić, że stan wyjątkowy, do którego przyzwyczaiły nas rządy od pewnego czasu, naprawdę stał się stanem normalnym. W przeszłości miały miejsce poważniejsze epidemie, ale nikt nigdy nie myślał, żeby z tego powodu ogłaszać stan wyjątkowy taki jak obecny, który uniemożliwia nawet poruszanie się. Ludzie są tak przyzwyczajeni do życia w warunkach odwiecznego kryzysu i wieloletniego stanu pogotowia, że nie zauważają, że ich życie zostało zredukowane do kondycji czysto biologicznej, co ma nie tylko wymiar społeczny i polityczny, ale i ludzki i uczuciowy. Społeczeństwo żyjące w odwiecznym stanie wyjątkowym nie może być społeczeństwem wolnym. Żyjemy w społeczeństwie, które poświęciło wolność dla tak zwanych „względów bezpieczeństwa” i skazało się na życie w nieprzemijającym stanie strachu i niepewności.

Nic dziwnego, że w przypadku wirusa mówi się o wojnie. Środki nadzwyczajne zobowiązują nas do życia w warunkach godziny policyjnej. Ale wojna z niewidzialnym wrogiem, który może czaić się w każdej innej osobie, to najbardziej absurdalna z wojen. W rzeczywistości to jest wojna domowa. Wróg nie jest na zewnątrz, jest w nas.

Niepokojąca jest nie tyle, albo nie tylko, teraźniejszość, ale to, co nadejdzie potem. Tak jak wojny pozostawiły jako spuściznę czasom pokoju niepomyślne technologie, od drutu kolczastego po elektrownie jądrowe, tak też bardzo prawdopodobne jest, że będzie się próbowało kontynuować także po zakończeniu stanu zagrożenia dla zdrowia eksperymenty, których rządom nie udało się urzeczywistnić wcześniej: zamykanie uniwersytetów i szkół i udzielanie lekcji tylko online, zatrzymanie raz na zawsze spotykania się w grupach i wypowiadania się ze względów politycznych i kulturowych oraz wymienianie ze sobą jedynie cyfrowych wiadomości, w miarę możliwości zastępowanie maszyn przy każdym kontakcie – każdym zarażeniu – pomiędzy istotami ludzkimi.

Przełożył: Łukasz Moll