Tomasz Kizwalter. 2014. W stronę równości. Kraków:  Universitas.

Michał Kozłowski. 2016. Znaki równości: o społecznym konstruowaniu stosunków egalitarnych. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR.

Polscy historycy i historyczki nie często podejmują się przedstawienia syntetycznych i uwrażliwionych na filozoficzne problemy ujęć procesu historycznego. Z kolei rodzimi filozofowie i filozofki na ogół stronią od zmierzenia się z rzeczywistym materiałem historycznym, pozostawiając mu co najwyżej rolę arbitralnie dobieranej ilustracji. Tym cenniejsze są próby autorów dwóch wydanych w ostatnich latach książek, podejmujących problematykę historycznego kształtowania się społecznych stosunków równości. Sądzę, że warto czytać je razem, ponieważ stanowią głosy w pewnej szerszej debacie.

Tomasz Kizwalter stawia sobie za cel przedstawienie historycznej epopei równości. Choć nowoczesne imaginarium społeczne stało się dziś bardziej równościowe, to w wielu miejscach utrzymały się pierwiastki starego porządku. (Nie)równość stała się przedmiotem kontestacji. „Jednym z przejawów utrzymywania się nierówności jest podział społeczeństwa na uprawnionych i nieuprawnionych do udziału w polityce. Towarzyszy temu podziałowi zasada piętnowania i zwalczania wszelkich prób naruszenia politycznego monopolu” (Kizwalter 2014, 15). Sformułowanie to wyznacza główne kryterium organizacji materiału w pracy. Eksponuje ona ową oscylację impulsu równościowego i przeciwnego ruchu delegitymizacji nowych uczestników polityki ze strony dotychczasowych elit.

Książka Kizwaltera to wciągający tour de force poprzez różne historyczne instancje, w których owo zwarcie się pojawia. Podążamy więc od antycznego mitu o trzech metalach, które nie powinny się mieszać, utrzymując stanową czystość ludzi, po wyłonienie się tak zwanej kwestii społecznej wraz z rozwojem społeczeństwa przemysłowego. Wtedy to po raz pierwszy bieda i daleko posunięta nierówność ekonomiczna zaczęły być traktowane jako problem wymagający rozwiązania. Negocjowanie nierówności na płaszczyźnie społecznej zbiegło się ze zmianami w obrębie politycznej wyobraźni.

Doniesienia historyków rzymskich o buntach motłochu przedstawiają go jako nierozumną tłuszczę, która pierzcha na sam widok dumnego wodza. Tymczasem nowoczesna trwoga mas, oprócz wizji odczłowieczonej, pijanej przemocą tłuszczy, zawiera też obawę przed chytrością demagogów i skutecznością polityczną mas. Realnie zagrażają one porządkowi, kreując coś więcej niż rozproszone wybuchy buntu. Strach odczuwany przed masami jest pierwszą formą ich realnego politycznego upodmiotowienia. Pełne trwogi pamflety z XIX wieku,  ówczesny naukowy dyskurs o masach i debaty na temat nawet niewielkiego poszerzenia prawa wyborczego przepełnione lękiem są tu dobrą ilustracją.

Z jednej strony autor rozpoznaje doskonale, że to, co się dzieje, to brutalna wojna klas. Dostrzega, że stosowany przez uprzywilejowanych język jest niezbyt cyzelowaną obroną własnej pozycji. Z drugiej strony jednak nie posuwa się do jednoznacznego zanegowania istnienia motłochu jako zagrożenia. Pisze natomiast w obiektywistycznym duchu, że „nędza rodziła nastroje desperacji i wyzwalała agresje, a przemoc ubogich spotykała się z bezwzględnym przeciwdziałaniem państwa” (Kizwalter 2014, 53). Taka „realistyczna” analiza przeciwdziała rozpoznaniu, że masy w dziewiętnastowiecznych i wczesnodwudziestowiecznych dyskursach są konstruowane jako nieracjonalne przeciwieństwo samosterownej jednostki, która jest domyślnym podmiotem nowoczesnej polityki. Masy są raczej produktem elitarnego wykluczenia, symboliczną reprezentacją tych, którzy pozostają poza racjonalną wspólnotą polityczną.

Między innymi dlatego w trakcie lektury książki warto zastanowić się jaka polityczna wykładnia może objaśnić tę nieciągłą historię i nadać sens prezentowanemu bogactwu materiału. Groźne okrzyki owej pijanej nienawiścią tłuszczy nie wybrzmiewają tu zbyt donośnie – nie wiemy, o co im chodziło, po co tak naprawdę stawali do walki. Tego być może nie dowiemy się nigdy – historię w końcu pisały elity i każdy badacz ludowych zmagań wie jak ciężko o wiarygodne źródła. Nie dowiadujemy się, co napędza ów marsz w stronę równości. Wiemy, że elity nienawidziły mas, dowiemy się nawet, że zaciekle broniły swych przywilejów, ale nie ma jasno wypowiedzianej najważniejszej kwestii – równość, jaką mamy, jest efektem walki.

Interesującą matrycą, przez którą można czytać ów szkic postępu ducha równości poprzez dzieje, jest z kolei książka Michała Kozłowskiego. Przedmiotem analizy jest tu raczej społeczne konstruowanie stosunków równości, a nie dotyczące jej poszczególne zwarcia sił historii. Choć punktem wyjścia jest zainteresowanie równością w rożnych obszarach nauk społecznych (od ekonomii do psychologii), to zadaniem, jakie stawia sobie autor, jest Foucaultowska problematyzacja równości. Czyni z niej temat rozważań, przedmiot, który, również za pomocą tych rozważań, jest społecznie konstruowany, wytwarzany – i nie jest to proces łatwy ani krótkotrwały.

Obszerne fragmenty książki to raczej luźno powiązany ze sobą katalog instancji, w których na różne, często sprzeczne ze sobą, sposoby tę równość konstruowano (od marginesów Platonizmu, przez walki gladiatorek aż po równościowy terror Robespierre’a). Pośród tych rozproszonych uwag Kozłowski ciekawie analizuje rządzenie za pomocą stymulowania równości. Ukazuje różne logiki, wprowadzające równość i zarazem zróżnicowane. Nie stroni od pokazania, jak wiążą się one z kapitalistycznym sposobem produkcji w całej jego zmienności. Przykładowo, imperatyw wzmagania konkurencji i puli „zawodników”, w obrębie której odbywa się rywalizacja na rynku, wymaga dość równego dostępu do szans i zasobów. Równość na starcie oznacza efektywniejsze wyodrębnienie optymalnych kandydatów do danego działania. Zarazem jednak nierówności są użyteczne dla globalnej redukcji kosztu i kreowania wartości dodatkowej, a zatem związana z nimi radykalna nierówność szans może radykalnie obniżać ogólną sprawność systemu.

Takie ujęcie obecnych w kapitalizmie sprzecznych tendencji czyni analizę Kozłowskiego znacznie bardziej dialektyczną niż proste przedstawienie postępu równości. Dzięki temu może rozpoznać różne działające równocześnie wektory sił. Pozwala mu to uniknąć teleologicznego ujęcia dążenia do równości. Zamiast tego odsłania rożne przeciwbieżne tryby jej obecności, postępu i wykorzystania na rzecz sił wcale niekoniecznie jej sprzyjających. Omawiając szereg przykładów samoznoszącej walki o równość, niecnych sztuczek klas dominujących i chytrości struktury klasowej, autor nie uchyla rąbka tajemnicy na temat tego, jaka siła napędza te wszystkie próby. Można jednak domniemywać, że tym słoniem w pokoju jest po prostu walka klas. W tym przypadku rozumiana jako wyraz pewnego pierwotnego równościowego dążenia, społecznego impulsu wyrównania potencjałów.

Tryb prowadzenia analizy, strategiczne rozpoznanie sposobów ustanawiania równości, a nie normatywny namysł nad jej uzasadnieniem, może być też użyteczny w innych okolicznościach. Zamiast omawiania już przesyconych teorią książek na temat równościowych walk, można wyobrazić sobie historyczne badanie nowego materiału z pomocą takiej analitycznej wrażliwości. W przypadku procesu historycznego w Polsce takie badania czekają wciąż na przeprowadzenie.

Dlatego, w pierwszej omawianej pracy najciekawiej robi się, gdy Kizwalter interweniuje w debatę „o Polsce”. Tu każdy czytelnik ma coś do powiedzenia, a więc znajdzie także polemiczne punkty zaczepienia. Jak na razie jednak poruszamy się raczej na poziomie publicystyczno-politycznych narracji dnia bieżącego, a nie systematycznej argumentacji. Kwestia polskiego Sonderweg, swoistości dróg rozwojowych regionu, państwa, jego gospodarki i struktury klasowej, jest absolutnie kluczowa dla zrozumienia współczesności i bez wątpienia wymaga systematycznych badań. Kizwalter, niczym Barrington Moore, szuka przyczyn politycznych trajektorii Polski i wiecznego powrotu fiaska modernizacji w stosunkach agrarnych. Wielką zasługą pracy jest zaproponowanie drogi interpretacji historii społecznej i politycznej Polski, wstępna socjologiczno-historyczna wykładnia lokalnej batalii o równość, czy może lepiej nierówność. Wyraźne zakreślenie konturów schematu interpretacyjnego daje asumpt do myślenia. Wszystkie w zasadzie wizje modernizacji polskiego społeczeństwa odziedziczyły poszlachecki podział elity-lud i na nim budowały emancypacyjną architekturę. Przede wszystkim polska inteligencja – nawet jeśli niebędąca bezpośrednią spadkobierczynią szlachty – odziedziczyła jej wyobrażenia i protekcjonalizm wobec ludu (Kizwalter 2014, 114-115). Klątwa ta zaciążyła na wizjach i próbach wyjścia z agrarnego zacofania, które, od pozytywizmu po stalinizm, nigdy nie były do końca udane.

Koniec końców przedstawionej argumentacji patronuje apologia mieszczaństwa. Choć nie ma jednego świetlistego szlaku modernizacji, to jednak europejskie trajektorie wskazują, że to mieszczaństwo było nośnikiem przemian modernizacyjnych. Gdy klasy mieszczańskie dominowały, modernizacja miała mniej brutalny wymiar i bardziej demokratyczne efekty. Z punktu widzenia polskiej błotnistej wioski zarośniętej wierzbami, gdzie podłogę w czworakach zbudowali hitlerowcy, a szkołę staliniści, europejskie mieszczaństwo jawi się jako nieodparta siła cywilizacyjna. Sam nie jestem wolny od takich sympatii. Jednak w ujęciu bardziej globalnym, ów dyskretny urok burżuazji szybko znika. Mimo nieodpartej siły porównawczej socjologii historycznej, trudno dziś przystać na taką prezentystyczną i geopolitycznie wyizolowaną interpretację. Zupełne abstrahowanie od realiów kapitalizmu „krwi i żelaza” dla klas innych niż mieszczaństwo, płci innych niż mężczyźni i ludzi innych niż biali europejczycy, nie daje się dziś utrzymać. Europejska demokratyzacja i dobrobyt ma swoje źródła nie tylko w biedermeierowskiej przyzwoitości i umiarkowaniu, ale także w wyniszczeniu natywnych populacji, niewolnictwie i dziś trudno wyobrażalnej eksploatacji ziemi i ludzi, w ich krajach pochodzenia i miejscach eksportu niewolników i niewolnych pracowników kontraktowych. Ironicznym z mojego punktu widzenia podzwonnym tezy o zbawiennym dla równości charakterze kapitalistycznego mieszczaństwa jest koda książki. Autor argumentuje tam, że długotrwale utrzymywały się w Polsce bardzo niedemokratyczne, a nawet spotworniałe formy dominacji, czasem przybrane w egalitarne dekoracje, ale zawsze odtwarzające hierarchie. Końcem ich istnienia był rok… 1989.  Nadwiślański kapitalizm to ostateczne doszlusowanie do modernizacyjnego i demokratycznego peletonu. Tyle książka. Dlatego potrzebujemy więcej ugruntowanej empirycznie socjologii historycznej. Także dialektycznej na tyle, by rozpoznać sprzeczne wektory (nie)równości. Książka Kozłowskiego może być w takich badaniach inspiracją, choć nie dostarcza doń zupełnie materiału. Praca Kizwaltera jest za to dobrym punktem wyjścia do szerszej dyskusji nad trajektoriami rozwojowymi Polski i ich efektami w zakresie aktualnie istniejącej równości.

 

Share This