• Facebook
  • Twitter
Michał Siermiński. 2016. Dekada przełomu. Polska lewica opozycyjna 1968–1980. Od demokracji robotniczej do narodowego paternalizmu. Warszawa: Książka i Prasa.

Dystans czasowy i kolejne cezury społecznych transformacji sprzyjają refleksji. Środowisko lewicy KOR-owskiej zadbało o to, aby zająć istotne miejsce w naszej świadomości wydarzeń historycznych ostatnich dziesięcioleci. Sowa Minerwy dawno zdechła i stać nas tylko na częściowe rozpoznania. Po fazie zawierzenia autorefleksji zaangażowanych osób, a potem bogatym opracowaniom historiograficznym (chociażby Andrzeja Friszkego), przyszedł czas na pogłębione historie idei. Z prawa, „wielki zwrot” ideowy tego środowiska analizował Dariusz Gawin, z lewa zaś problematykę tę podjął Michał Siermiński.

Jego Dekada przełomu to próba wyjaśnienia głębokiej przemiany ideowej środowiska „komandosów”. Książka przedstawia szkice dróg ideowych Jacka Kuronia i Adama Michnika, a także mniej istotnego w tym kontekście Leszka Kołakowskiego oraz krótszy szkic o Karolu Modzelewskim. Intelektualiści ci od rewizjonistycznego marksizmu przeszli do ogólnohumanistycznego sprzeciwu wobec „totalitaryzmu”. Swój przekaz kierowali już nie tylko do lewicowych intelektualistów i robotników: nie stronili od współpracy i ideowego dialogu z dawnymi zaprzysięgłymi przeciwnikami, przede wszystkim z ludźmi kościoła.

Byli „komandosi” odeszli daleko od drogi wytyczonej przez trockistowski z ducha List otwarty do partii Kuronia i Modzelewskiego. Co stało za porzuceniem heterodoksyjnego marksizmu na rzecz bezkompromisowej „moralnej” opozycji wobec „totalitaryzmu” Gierkowskiego państwa? Siermiński wskazuje na rolę traumatycznego doświadczenia roku 1968. Wtedy to w oczach lewicowej inteligencji umarł nie tylko rewizjonizm i nadzieja na reformę socjalizmu, ale i przekonanie o emancypacyjnym potencjale nieinteligenckich grup społecznych. W obliczu istotnego poparcia dla antysemickiej nagonki Kuroń czy Michnik porzucili wiarę w możliwość oddolnego zrywu, widząc w jego domniemanych uczestnikach raczej antysemicki, skłonny do endeckiego szowinizmu motłoch.

Wyjaśnienia wyniku tej konfrontacji z „ludem” poszukuje Siermiński w etosie, wzorcach postępowania i ideowym kręgosłupie polskiej inteligencji. Cechować ją miał długo utrzymujący się specyficzny stosunek do wyobrażonego przez nią ludu, oparty na poświęceniu, poczuciu misji ale i paternalizmie, który dawał o sobie znać w momentach historycznych przesileń. I po 1968 wyszedł na wierzch.

Na pewne ograniczenia takiego podejścia wskazał w swojej recenzji Michał Sutowski. Argumentował, że nie można „teleologicznie” wyjaśniać całego kompleksowego procesu przemian, odwołując się tylko do powziętego z góry zamiaru zabezpieczenia inteligenckiej dominacji jako klucza interpretacyjnego. Książki nie mogą być pisane o wszystkim, a książka Siemińskiego nie jest tylko o tym. Dlatego nie do końca zgadzam się z jej tak krytyczną oceną. Podjęty problem jest ważny i niezwykle trudny do jednoznacznego uchwycenia, a książka Siermińskiego jest ważnym głosem w tej sprawie. Bardziej niż pokazywanie na siłę jednostronności podejścia Siermińskiego interesuje mnie wskazanie dróg dalszych badań czy zaproponowanie zachęt do metodologicznego namysłu.

W tym kontekście ważne jest to, co jest realnym „nośnikiem” długo utrzymujących się wzorców ideowych, postaw czy politycznie definiowanych „ról społecznych”. Bez wątpienia długotrwała spuścizna inteligencji kładzie się cieniem na polskiej sferze publicznej. Siermiński słusznie wskazuje na konkretne inspiracje, autostylizacje czy nawet nieświadome imitacje prowadzące „lewicę niekomunistyczną” do wchodzenia w buty „niepokornych” z przełomu XIX i XX wieku. Warto jednak zastanawiać się na jakim dokładnie poziomie ten przekaz zachodzi. Czy dokonywał się za sprawą języka, używanych pojęć politycznych i ich dynamiki? Czy jest to raczej kwestia układu społecznych sił, ich politycznej widzialności i sprawczości, która powoduje, przykładowo, odtwarzanie „strukturalnego” miejsca inteligencji i ludu poprzez różne konfiguracje historyczne? Czy chodzi o postawy bezpośrednio przekazywane w środowisku rodzinnym, pewną kulturę myślenia czy etos, który może, jako forma habitusu, działać w sposób nieuświadomiony przez aktora? W tym kierunku poszła inna badaczka tego środowiska, Agnes Arndt, wskazując na rolę społecznego milieu w kształtowaniu się ideowego szkieletu tego pokolenia. Trudno jednak w tym przypadku mówić o prostym transferze poszlacheckiego etosu polskiej inteligencji. Nie chodzi mi tylko o przysłowiowych dziadków i ciotki w KPP (czy KPZU…) czy długie życie „żydokomuny” ale też o napięcia międzyklasowe związane z powojenną transformacją struktury społecznej. Próba zrozumienia ideowych wyborów pokolenia „komandosów”, napisana w duchu podobnym do prac Marci Shore na temat wcześniejszych społecznych traum i symbolicznych ojcobójstw polskich komunistów, byłaby fascynującą lekturą.

Również książka Siermińskiego, na tle dotychczas powstałych prac, nie jest wyjątkiem: marginalną rolę przypisuje się procesowi społecznemu – przemianie struktury klasowej, realnego zaplecza możliwych do zbudowania ruchów społecznych, materialistycznego podglebia odgrywanych publicznie politycznych emocji. Nie da się tych aspektów uwzględnić czytając „enuncjacje programowe” i niełatwo zmierzyć się z problemem bez inaczej zakrojonych badań socjo-historycznych. Można się jednak posiłkować istniejącymi pracami na temat relacji między robotnikami, ekspertami i inteligencją, czy ewolucji nastrojów społecznych (kilka przykładów to książki Romana Laby, Davida Masona, Michela Kennedy’ego czy Davida Osta). Sądzę, że wiele da się też wyczytać reinterpretując prowadzone „na bieżąco” badania polskich socjologów (po części tak jak robił to Mason dla okresu po karnawale solidarności). Badania te utrzymują się tylko trochę powyżej dna czeluści socjologicznej nudy, ale zawierają niezwykle ważny materiał empiryczny.

Taka reorientacja wysiłku badawczego mogłaby pozwolić wyegzorcyzmować najmroczniejsze widmo unoszące się nad pracami z zakresu historii idei, takimi jak książka Siermińskiego. Mimo lewicowej, „luksemburgistycznej” orientacji autora, sam poziom analizy, koniec końców, skazuje go na pewne „zatwierdzenie” inteligenckiej dominacji. Autor pośrednio uznaje, że lewica skończyła się w Polsce w latach 60-tych. Skupienie na inteligenckich elitach czyni nas ślepymi na dynamikę „ludowego” ruchu pracowniczego. Jakkolwiek nie staralibyśmy się, jako intelektualiści różnych rodzajów, uwypuklić własną społeczną funkcję i jakkolwiek nasi ideowi bohaterowie i wrogowie z przeszłości nie zabiegaliby o własne uwznioślenie, to historii politycznej i społecznej XX wieku nie „zrobił” Kuroń z Michnikiem pisząc listy.

Rezygnując z zatwierdzania inteligenckiej hegemonii, można by wyjść z logicznego bezsensu trójcy argumentów popularnych ostatnio wśród krytycznych intelektualistów, historyków i badaczy społecznych, które nijak nie tworzą sensownego „sylogizmu”: Polską inteligencję cechował i cechuje wyjątkowy etos pracy na rzecz innych, poświęcenia, spłaty długu zaciągniętego u społeczeństwa i wreszcie społecznej i politycznej odpowiedzialności (Ryszarda Czepulis-Rastenis, Bohdan Cywiński, Joanna Kurczewska, Andrzej Mencwel, Andrzej Walicki). Inteligencja owa sprawowała i sprawuje swego rodzaju hegemonię, czy jak sama wolałaby to czasem ująć, rząd dusz (Maciej Janowski, Magdalena Micińska i w najbardziej drapieżnej formie Tomasz Zarycki). Zarazem zaś mamy „państwo czysto teoretyczne”, deficyt sfery publicznej, brak politycznego myślenia i zanik politycznej odpowiedzialności (Jan Sowa czy w bardziej publicystycznej formie Bartłomiej Sienkiewicz, Jan Śpiewak). Jakkolwiek po części przychylam się do każdej z tych diagnoz, to nijak nie mogę ich w pełni uspójnić. Hegemoniczna inteligencja z propublicznym etosem zbudowała państwo z tektury. Bez sensu.

By w bardziej satysfakcjonujących sposób podjąć ten problem musimy zacząć raz jeszcze zastanawiać się nie tyle nad genezą i dziedzictwem homogenicznie pojmowanej inteligencji, ale raczej nad historią społecznych struktur warunkujących polityczne myślenie, „strukturalnymi przeobrażeniami” sfery publicznej, układami politycznej widzialności poszczególnych grup społecznych, czy możliwością zasadnego podnoszenia poszczególnych argumentów (np. na temat redystrybucji). Badania takie musiałby wyjść poza prezentystyczne ujęcie naszego teraz, ale także poza historyczne „cięcia”, nieproblematyzujące zwyczajowych cezur. Być może wtedy moglibyśmy pisać książki nie tylko o klątwie inteligenckości czy złogach sowietyzacji.

Share This