27 marca na stronie internetowej Uniwersytetu Śląskiego opublikowane zostały informacje dotyczące pomocy materialnej dla studentów i doktorantów w semestrze letnim roku akademickiego 2018/2019. Z zamieszczonej notatki wynika, że stypendium naukowe dla studentów zostało obniżone o 300 złotych w porównaniu z semestrem ubiegłym, stypendium socjalne z kolei, w przypadku najniższego progu dochodowego, nawet o 150 zł (oznacza to, że studenci zameldowani w gospodarstwach domowych, w których dochód na osobę nie przekracza 200 zł, otrzymają w tym semestrze pomoc materialną na poziomie 1150 zł – ich środki do życia zmniejszone zostały zatem o około 10%). Stypendium naukowe przyznawane doktorantom obniżono o 100 zł, stypendium socjalne – aż o 400 zł w przypadku najniższego progu (23,5% całego dochodu).

Już następnego dnia po upublicznieniu tych informacji, studenci Uniwersytetu Śląskiego zwrócili się o pomoc do Samorząd Studenckiego, który po raz kolejny udowodnił, że nie jest ciałem reprezentującym ich interesy – broniąc decyzji Rektora, Przewodniczący Komisji Socjalno-Dydaktycznej przy Samorządzie Studenckim poinformował jedynie, że to semestr zimowy 2018/2019 był „wyjątkowy pod wieloma względami”, co wiązało się nadwyżką w budżecie na fundusz pomocy dla studentów i doktorantów (jak zapewnia Przewodniczący, w październiku ubiegłego roku podczas spotkania z Samorządem Rektor zwracał uwagę, iż zwiększenie kwot świadczeń w semestrze zimowym było jedynie tymczasowe – studenci jednak nie mieli dotychczas żadnej wiedzy na ten temat, o konieczności zmniejszenia wysokości świadczeń dowiedzieli się w dniu ogłoszenia nowych kwot). Ponieważ w chwili ustalania wysokości kwot stypendium naukowego i socjalnego (26.03.2019) władzom uczelni nie była znana wysokość dotacji budżetowej na świadczenia dla studentów i doktorantów w roku 2019, postanowiono wrócić do kwot wypłacanych w roku akademickim 2017/2018.

Uniwersytet Śląski jest w tej chwili jedynym większym ośrodkiem akademickim w Polsce, na którym – zgodnie z treścią Regulaminu ustalania wysokości, przyznawania i wypłacania świadczeń pomocy materialnej dla studentów Uniwersytetu Śląskiego z dnia 21 września 2018 r. – Rektor może dowolnie zmienić wysokość wypłacanego stypendium naukowego i socjalnego w każdym semestrze. Zauważmy więc, że choć władze innych uczelni również nie znały wysokości dotacji budżetowej na świadczenia dla studentów i doktorantów w roku 2019, wysokość świadczeń została przez nie ustalona w październiku na cały rok akademicki.

Decyzję Rektora o znaczącej obniżce kwot wypłacanych studentom i doktorantom – szczególnie w odniesieniu do świadczeń socjalnych – uznajemy za skandaliczną, a służalczą postawę Samorządu Studenckiego traktujemy jako wyraz skrajnego oportunizmu. Incydent ten rozumieć możemy jako krok ku zacieśnianiu współpracy między uczelniami wyższymi i biznesem, które stanowi jeden z głównych celów nowej ustawy o szkolnictwie wyższym – pozbawienie studentów i doktorantów środków do życia z pewnością skutkować będzie przyrostem wolnej – i taniej – siły roboczej w sektorze usług. Niewykluczone, że w kolejnym roku akademickim podobnych decyzji będziemy mogli spodziewać się również na innych polskich uczelniach.

Opisywane na Uniwersytecie Śląskim zdarzenia nie są przecież odosobnionym przypadkiem. Są jedynie czytelną manifestacją systemowego i w dużej mierze nieuświadomionego – zwłaszcza przez samych studentów – problemu stypendialnego. Na coraz bardziej neoliberalnym rynku pracy, który dla studentów i absolwentów ostatnich lat stał się rzeczywistością bezalternatywną i niemal naturalną, praca naukowa, przysposobienie do pracy, trening, szkolenie czy staż traktowane są jako koszt kapitału, który należy przerzucić na studiującego. Stąd darmowe lub groszowe staże, stąd ideologia rozpoczynania kariery zawodowej już w trakcie – i kosztem – studiów, której towarzyszą zwolnienia składkowe dla kapitału. Zamiast obciążyć kapitał kosztami przygotowania siły roboczej, przerzuca się je – poprzez niskie, selektywne, nieterminowe i arbitralne stypendia, brak tanich mieszkań i akademików, likwidacje stołówek, prekaryzację pracy – na samych studentów-pracowników. Wybieg ten możliwy jest, ponieważ sama praca studencka nie jest traktowana jako praca, lecz jako lenistwo, fanaberia, unikanie pracy najemnej, ucieczka przed dorosłością i odpowiedzialnością. Skutki takiego dyskursu wykraczają dalece poza materialne zubożenie i emocjonalne wyczerpanie studentów. Przekładają się na formatowanie neoliberalnej podmiotowości, pozbawionej przestrzeni autonomii, w której może rozwijać się opór i kreatywność niekompatybilna z roszczeniami kapitału. Student odcięty od wspólnoty studiujących, pozbawiony czasu na samodzielne eksploracje i materialnego oparcia dla nich, zostaje wrzucony na rynek pracy, uwewnętrznia winę, uznając, że nie jest wystarczająco produktywny i samodzielny, a wraz z nią nierzadko zaciąga dług studencki, który przyjdzie mu spłacać wiele lat po zakończeniu edukacji.

Naszym zdaniem dzięki wystawieniu kapitałowi rachunku za przysposobienie siły roboczej i dzięki uwolnieniu jej od znoju podtrzymywania relacji własnego zdominowania możliwe będzie zwiększenie autonomii studentów. To nie student powinien pokrywać koszty finansowania jego własnego ujarzmienia przez kapitał. To na kapitał należy przerzucić koszty finansowania studenckiego oswobodzenia spod kierownictwa kapitału.

Sprowokowani przez wydarzenia na Uniwersytecie Śląskim, w ramach solidarności z wyzyskiwanymi studentami prezentujemy przekład manifestu Płaca dla studentów, opublikowanego oryginalnie przez trzech anonimowych aktywistów związanych z czasopismem „Zerowork” w roku 1975, w czasie trwania studenckich strajków w Massachusetts i Nowym Jorku.

Praktyka Teoretyczna

 

Płaca dla studentów

Fabryka dyscypliny psychicznej w roku 1965

„Jest poranek. Pogodynka ogłasza światło dzienne i umieszcza słońce (deszcz, śnieg, chmury itd., cokolwiek jest tu na miejscu) na niebie. Wskazówka Ziemi, niczym w mechanicznym zegarku, znów krąży wokół słońca”.

John Doe należy do 12. Jednostki Fabryki Psychicznej Dyscypliny znajdującej się w Elm City. Dziś jest naszym Przykładem. John jest zupełnie zwyczajny, albo raczej był, dopóki nie Postąpił Źle. Przebywał w pokoju potrzeb fizycznych wraz z innymi masowymi produkcjami, ołówkiem w prawej ręce, kartką papieru na stole, umysłem skupionym na pracy, zajęty.

Przy okazji – przedstawmy kilka podstawowych informacji. Oryginalnym pretekstem do stworzenia pokoju potrzeb fizycznych była „produkcja i dystrybucja jedzenia, w celu uzupełnienia naszych lekcji dyscypliny o fizyczną zachętę i częściową satysfakcję [uczniów]”. Ale teraz pokój służy jako miejsce spotkań dla Johna Doe, dla którego nie zaplanowano nic bardziej istotnego. Tutaj uczymy ich posłuszeństwa, bardzo, bardzo, bardzo ważnego aspektu ogólnej dyscypliny psychicznej.

Ale wróćmy do Johna Doe. Wszystko było z nim W Porządku, dopóki nie znalazł w sobie śmiałości, by wstać i iść prosto do naszej fontanny, a potem wypić dwa ogromne łyki wody, całkowicie wypełniające jego usta, w ten sposób gasząc pragnienie na nasz koszt. 

Teraz wszyscy otrzymaliście lekcję dyscypliny, by uświadomić sobie, że nie to jest celem istnienia naszych fontann. Zaprogramowano was tak, byście zrozumieli, że są one tylko pokusami i odgrywają w naszym Planie wyłącznie tę rolę. Musicie panować nad swoim pragnieniem, nie możecie postępować jak John. John jest zły, zły, zły, zły. Jeden z jego przełożonych musiał eskortować go do chirurga medycznego, który natychmiast zaszył mu usta.

Niektórzy z nas uważają, że kara dla Johna była zbyt lekka, biorąc pod uwagę haniebny czyn, jakiego się dopuścił, odmawiając posłuszeństwa. Wciąż jednak wierzymy w miłosierdzie. Zasada jest zasadą, ale ile byłaby ona warta bez ludzkich odruchów?

Przeanalizujmy doniosłość [tej historii] na potrzeby jutrzejszego wykładu.

(Napisane przez ucznia szkoły średniej w trakcie zajęć)

 

Czym jest praca edukacyjna?

Chodzenie do szkoły, bycie studentem to praca. Praca ta nazywana jest pracą edukacyjną, mimo że nie jest zwykle postrzegana jako prawdziwa praca, bowiem za jej wykonywanie nie otrzymujemy żadnej płacy. Nie oznacza to jednak, że praca edukacyjna nie jest pracą, ale raczej to, że kształtuje się w nas wiarę, iż z prawdziwą pracą mamy do czynienia tylko wtedy, gdy otrzymujemy płacę.

Praca edukacyjna przyjmuje formę rozmaitych zadań o różnej intensywności, do jej wykonywania potrzebne są zarówno proste umiejętności, jak i te związane z wysokimi kwalifikacjami. Przykładowo, uczy się nas siedzenia w ciszy w klasie przez długie odcinki czasu, nie wywołując przy tym zamieszania. Mamy uważnie słuchać i zapamiętywać to, co się do nas mówi. Mamy być posłuszni wobec nauczycieli. Okazjonalnie uczy się nas określonych zdolności technicznych, które czynią nas bardziej produktywnymi, gdy pracujemy poza szkołą, na posadach, które wymagają posiadania tych zdolności. Przez większość czasu jednak w ogromnej mierze wykonujemy pracę nisko wykwalifikowaną.

Cecha wspólna wszystkim specyficznym zadaniom związanym z pracą edukacyjną dotyczy dyscypliny, to znaczy pracy pod przymusem. Czasem jesteśmy dyscyplinowani, co znaczy, że jesteśmy zmuszani do pracy przez innych (nauczycieli, dyrektorów, strażników). W innych momentach jesteśmy samodyscyplinowani, co znaczy, że sami zmuszamy się do pracy edukacyjnej. Nie jest czymś zaskakującym, że różne formy pracy edukacyjnej zostały nazwane dyscyplinami.

Oczywiście dla kapitału jest taniej i lepiej wtedy, gdy dyscyplinujemy się sami. W ten sposób oszczędza się na płacy dla nauczycieli, dyrektorów i strażników, którzy są pracownikami najemnymi i muszą otrzymywać jakąś pensję. Jako samodyscyplinujący się studenci realizujemy podwójne zadanie, które opiera się na wykonywaniu pracy edukacyjnej i jednoczesnym dopilnowaniu tego, byśmy ją wykonali. Oto dlaczego szkolni administratorzy tak mocno podkreślają kwestię szkolnej samodyscypliny, próbując przy tym utrzymać koszty dyscyplinowania uczniów na jak najniższym poziomie.

Jak każda kapitalistyczna instytucja, szkoła jest fabryką. Ocenianie i nadzór to sposoby mierzenia naszej produktywności w szkole-fabryce. Nie tylko jesteśmy trenowani do tego, by w przyszłości zająć określone „miejsce w społeczeństwie”, ale też jesteśmy programowani tak, by zająć „właściwe miejsce”. Szkoła-fabryka stanowi niezbędny krok w procesie selekcji, za sprawą którego niektórzy z nas będą zamiatali ulice, a inni będą przełożonymi zamiatających.

Praca edukacyjna może obejmować również naukę tego, co dla studentów okaże się użyteczne. Ten aspekt jest jednak sztywno podporządkowany bezpośrednim interesom kapitału: dyscyplinie klasy robotniczej. Ostatecznie w czym użyteczny dla kapitału miałby być inżynier, który mówi po chińsku i potrafi rozwiązywać równania różniczkowe, gdyby nigdy nie pojawiał się w pracy?

 

Dlaczego wykonujemy pracę edukacyjną?

Większość ekonomistów zgadza się w kwestii, że „praca edukacyjna jest zarówno konsumpcją, jak i dobrem inwestycyjnym”. Dlatego ich odpowiedź na pytanie „dlaczego wykonujemy pracę edukacyjną?” jest taka, że kształcenie, które otrzymujemy, stanowi wielką korzyść dla dwóch stron. Nie tylko inwestujesz w siebie w sposób, który pozwala ci oczekiwać, że w przyszłości dostaniesz wysoko płatną pracę, ale otrzymujesz też rozrywkę! Dawno minęły dni, w których inwestycje te były wstrzymywane, ale czy możemy traktować takie wypowiedzi poważnie?

Rozważmy edukację od strony „konsumpcji”. Skoro przez „dobro konsumpcyjne” ekonomiści rozumieją coś, co jest przyjemne, miłe i satysfakcjonujące, każdy, kto nazywa kształcenie konsumpcją, z pewnością musi robić sobie żarty. Stała presja, by sprostać zadaniom, kłopoty z harmonogramem, bezsensownie zarwane noce z nauką do egzaminów i inne aspekty permanentnie trwającej samodyscypliny natychmiastowo odbierają edukacji rozrywkowy charakter. To jak powiedzieć, że pójście do więzienia stanowi dobro konsumpcyjne, bo przyjemne jest wyjście na wolność!

Bez wątpienia można uznać, że czerpiemy jakąś przyjemność z chodzenia do szkoły, ale nie jest to kwestia edukacji. Przyjemna jest raczej walka przeciwko edukacji. To wycieczki, na które jeździcie, by wyrwać się z zajęć, sprawy miłosne, które tak bardzo was rozpraszają, meandrujące wokół różnych kwestii rozmowy w barach, demonstracje, czytanie złych książek i czytanie właściwych książek w złym czasie; wszystko to, czego nie robisz po to, by zdobyć wykształcenie. A zatem z punktu widzenia konsumpcji wnioski są całkowicie przeciwne do tych, które wysuwają ekonomiści.

A co z aspektem „inwestycji”? Przez całe lata sześćdziesiąte profesorowie ekonomii, bankierzy, „pedagogowie” szkolni zgadzali się w tej kwestii: szkoła była dobrą inwestycją osobistą. Ich pomysł opierał się na tym, że powinniście traktować siebie jak małą korporację, małe General Motors, tak abyście mogli inwestować w samych siebie poprzez chodzenie do szkoły, dokładnie tak, jak inwestuje korporacja, zakupując maszyny w celu zwiększenia zysków – zgodnie z zasadą: musisz wydawać pieniądze (inwestować), by zarabiać pieniądze. Gdybyś mógł zebrać pieniądze (i napełnić żołądek), by kształcić się dłużej, na przykład biorąc pożyczkę, podejmując się drugiej pracy albo prosząc rodziców o pomoc finansową, mógłbyś oczekiwać zysku z tych pieniędzy, ponieważ mógłbyś też spodziewać się lepiej płatnej pracy w przyszłości ze względu na twoje lepsze wykształcenie. W czasach „rewolucji kapitału ludzkiego”, gdy koncepcja ta rozkwitała, uczeni ekonomiści uznali, że z inwestycji w edukację otrzymać możesz większy zwrot, niż gdybyś kupił akcje General Motors. Był to kapitalizm dla klasy robotniczej w rzeczy samej!

Poza zniesmaczeniem, jakie to „inwestycyjne spojrzenie” może powodować – bo skoro jesteś korporacją, to jedna część ciebie będzie pracownikiem, a druga szefem tego pracownika – w związku z nim możemy też zastanowić się nad tym, czy na pewno dostajemy więcej pieniędzy za dłuższy okres kształcenia. W latach sześćdziesiątych każdy zapewniał cię, że tak właśnie będzie, ale w „kryzysowych” latach siedemdziesiątych wszystko może się zdarzyć. Władze mówią dziś, że ich poprzednie analizy zostały błędnie zrozumiane, nie możesz bowiem oczekiwać żadnego „dobrego zwrotu” z twojej inwestycji w siebie. Nie dziwi więc, że teraz okazuje się, iż wcale nie jesteś lepszym źródłem zysków niż General Motors. W najlepszym wypadku mogą wymyślić możliwość wygenerowania wzrostu tego, co nazwali twoim dochodem „psychicznym”, bo jeśli zdobyłeś lepsze wykształcenie, możesz przynajmniej wylądować w „fajnej”, jeśli już nie lepiej płatnej, pracy. Ale nawet tego nikt ci nie zagwarantuje, szczególnie od kiedy wszystkie „fajne” i „czyste” prace stały się niepewne, trudniejsze do wykonywania, a nawet bardziej niebezpieczne, np. uczenie. Wygląda na to, że sytuacja studentów została niewłaściwie zaplanowana.

Dla każdego studenta oczywiste jest to, że owo „dobro inwestycyjne”, które ma sprawić, byś zobaczył mądrość stojącą za darmową pracą lub wręcz płaceniem za możliwość wykonywania pracy edukacyjnej, jest czymś fałszywym. Coraz trudniejsze staje się zatem przekonanie kogokolwiek, by wyrzucał pieniądze na edukację na podstawie bajki o nim jako o korporacji nastawionej na zysk. Obecnie więc obydwa aspekty twierdzeń ekonomistów upadają, ale w samym środku tej klęski praca edukacyjna zdobywa nowego obrońcę, który zdaje się nadchodzić z zupełnie nieoczekiwanego kierunku: lewicę.

„Socjalistyczny” nauczyciel i „rewolucyjny” student stali się najbardziej zagorzałymi obrońcami uniwersytetu publicznego przed „cięciami budżetowymi” i tym podobnymi. Dlaczego? Ich historia brzmi mniej więcej tak: edukacja prowadzi do nabywania umiejętności tworzenia coraz szerszych powiązań w określonej sytuacji społecznej, jednym słowem, edukacja czyni cię bardziej świadomym. Od kiedy publiczne uniwersytety stworzyły możliwość wyższego kształcenia klasy robotniczej, klasa robotnicza może stawać się bardziej świadoma klasowo; co więcej, bardziej świadoma klasa robotnicza będzie w mniejszym stopniu przywiązywać się do zaledwie „ekonomistycznych” żądań wyższych płac i krótszej pracy, zwracając przy tym większą uwagę na polityczne zadanie „budowania socjalizmu”. Ta logika pozwala lewicy zarówno wyjaśnić zjawisko kryzysu uniwersytetu – kapitał boi się wysoko uświadomionej klasy robotniczej, którą płodzić zaczął uniwersytet – jak i wyrazić sprecyzowane żądanie: więcej pracy edukacyjnej, nie mniej! A zatem w imię politycznej świadomości i socjalizmu lewicowcy ci dążą do intensyfikacji pracy edukacyjnej (która jest po prostu nieodpłatną pracą) i marszczą brwi na studentów, którzy chcą jej mniej, co ci pierwsi uznają za kapitalistyczne odchylenie. W czasie, gdy wszystkie zwykłe formy obrony darmowej pracy wykonywanej w szkole i na uczelni zostały zdemaskowane, lewica wykorzystuje ten moment na to, by wybudzić klasę robotniczą z jej „materialistycznego” snu i zrealizować swoją wyższą misję: stworzenie socjalistycznego społeczeństwa.

Ale lewica obawia się od lat powtarzanego pytania, które zadawano poprzednim „oświeconym” klasy robotniczej: kto będzie kształcić nauczycieli? Jako że lewica nie zaczyna od tego, co oczywiste – praca edukacyjna jest pracą nieodpłatną – wszystkie jej starania prowadzą do jeszcze większej ilości nieodpłatnej pracy dla kapitału, do jeszcze większego wyzysku. Wszystkie jej próby, by zwiększyć świadomość klasową, pozostają niewidoczne dla kapitalistycznej kontroli na jej własnym gruncie, a więc lewica kończy konsekwentnie wspierając starania kapitału, by zintensyfikować pracę, jednocześnie racjonalizując i dyscyplinując klasę robotniczą. Zatem „budowanie socjalizmu” staje się po prostu kolejnym narzędziem służącym zapewnieniu większej ilości darmowej pracy na usługach kapitału.

Zarówno kapitalistyczna, jak i lewicowa obrona bezpłatnej pracy edukacyjnej po prostu upada na twarz.

 

Studenci są nieopłacanymi pracownikami

Studenci należą do klasy robotniczej. Aby być bardziej precyzyjnym, należałoby nas określić jako tę część klasy robotniczej, która jest nieopłacana. Brak płacy skazuje nas na życie w biedzie oraz w ciągłym poczuciu przepracowania i poddaństwa. Najgorsze jest jednak to, że brak wynagrodzenia oznacza, iż brakuje nam siły przetargowej, jaką płaca zapewnia w radzeniu sobie z kapitałem.

Bez wynagrodzenia skazani jesteśmy na wegetację. Jesteśmy zmuszeni przetrwać w warunkach, których nie tolerowaliby inni. Mieszkania, na które możemy sobie pozwolić, znajdują się poniżej wszelkich standardów i są często przepełnione. Jedzenie, które jemy, które musimy jeść, to najtańsza żywność dostępna na rynku. Nasze ubrania są bezbarwne, a rozrywki monotonne.

Jesteśmy doskonałym przykładem życia w ubóstwie. Skoro musimy żyć, a większość z nas nie otrzymuje płacy, musimy szukać pieniędzy gdzie indziej – skazując się na zależność od kogoś, kto otrzymuje płacę. Niektórzy studenci mogą przerzucić część kosztów swojego utrzymania i opłat za czesne na swoich bliskich. Zatem jako studenci pozbawieni dochodu cały czas jesteśmy od kogoś zależni (od rodziców lub innych protektorów), co czyni nas bezsilnymi. Co więcej, jeśli cała rodzina poświęca się dla studenta – matka bierze drugi etat, a ojciec wylewa siódme poty, by zapłacić za naszą edukację – nasi rodzice nie mają już siły, żeby stawiać opór pracy, a my jesteśmy szantażowani i musimy akceptować warunki pracy edukacyjnej. Mimo że wykonujemy tyle samo pracy co pracownicy najemni, pozostajemy od nich całkowicie zależni. Istnieją wyjątki: niektórzy studenci otrzymują płacę (np. wojskowi, pensjonariusze „światłego” więzienia Lompoc w Kalifornii, uczestnicy programów szkoleniowych w prywatnych korporacjach i innych szkoleń pracowniczych), ale większość nie dostaje wynagrodzenia za pracę edukacyjną, którą wykonuje.

Dla tych z nas, którzy nie otrzymują takiego wsparcia, brak wynagrodzenia oznacza konieczność podjęcia dodatkowej pracy poza szkołą. A ponieważ rynek pracy jest pełen studentów poszukujących zatrudnienia, kapitał oferuje nam minimalną płacę i czerpie korzyści z naszej sytuacji. W rezultacie bierzemy nadgodziny lub szukamy jeszcze jednej dodatkowej pracy. Ponieważ wykonujemy bezpłatną pracę edukacyjną, większość z nas pracuje w czasie tak zwanych „letnich wakacji”. Cóż, nawet jeśli robimy sobie wolne, to i tak nie mamy pieniędzy, żeby cieszyć się odpoczynkiem. Absurdalność tej sytuacji jest potęgowana przez wymagania dużej produktywności, które narzuca się nam jako uczniom (za pomocą egzaminów, quizów, esejów zaliczeniowych itp.) oraz przez sposób, w jaki jesteśmy programowani do samowolnego narzucania sobie rygorów produktywności. Wykonujemy ponadprogramowe prace domowe, czytamy nadobowiązkowe lektury, piszemy wypracowania, chodzimy na kursy doszkalające – nie robimy tego dla siebie, robimy to dla innych.

Z jednej strony, jesteśmy zmuszeni pracować za darmo, z drugiej, jesteśmy zmuszeni do pracy za minimalne stawki. Oczywiście wmawia się nam, że to wszystko kiedyś się nam opłaci, że kiedyś ktoś da nam wartościową, wysoko płatną pracę z zatrudnioną na miejscu sekretarką. Nasza darmowa praca nie pójdzie na marne. Ale wszyscy doskonale wiemy już teraz, że gdy radosnym krokiem opuścimy mury z tej fabryki, nie pozostanie nam nic poza przygnębiającą pracą w recepcji lokalnego hotelu lub, w najlepszym wypadku, etatem administracyjnym w naszym starym miejscu pracy – na uczelni.

Nasze roszczenia uzasadniać mogą sytuacje, w których studenci otrzymują wynagrodzenie za pracę edukacyjną:

– siły zbrojne; w ramach programu szkolenia wojskowego [Reserve Officers’ Training Corps] wypłaca się studentom 100$ miesięcznie oraz opłaca się czesne;

– niektóre korporacje płacą swoim pracownikom, aby ci uczęszczali do szkół wieczorowych lub by kontynuowali edukację i zdobywali lepsze wykształcenie

– niektórzy więźniowe osadzeni w więzieniu Lompoc mogą liczyć na płacę za pracę edukacyjną wykonywana na Uniwersytecie Kalifornijskim

– [studenci otrzymujący] świadczenia socjalne

– [studenci pobierający] stypendia naukowe

– weterani wojny w Wietnamie

 

Płaca dla studentów

Mamy dosyć pracowania za darmo.

Domagamy się pieniędzy za pracę edukacyjną, którą wykonujemy.

Musimy wywrzeć presję na kapitale, który czerpie zyski z naszej pracy, tak by w końcu nam za nią zapłacił. Tylko wtedy przestaniemy być zależni od wsparcia finansowego rodziców, od drugiej czy trzeciej pracy, pracy w wakacje. My już zapracowaliśmy na naszą pensję, teraz domagamy się zapłaty. Tylko w ten sposób możemy zyskać więcej siły do walki z kapitałem.

Z pieniędzmi możemy zdziałać wiele. Po pierwsze, będziemy mogli pracować mniej, gdy zniknie konieczność dodatkowej pracy poza uczelnią. Po drugie, od razu zaczniemy cieszyć się wyższym standardem życia, gdy będziemy mogli wydać jakieś pieniądze w czasie wolnym od pracy edukacyjnej. Po trzecie, przyczynimy się do podniesienia średniej płacy w sektorach zatrudniających nas, nisko opłacanych pracowników. Biorąc wolne od pracy edukacyjnej, by żądać w tym czasie płacy dla studentów, myślimy i działamy przeciwko pracy, którą wykonujemy. To też stawia nas w lepszej sytuacji, by żądać zapłaty.

Nigdy więcej bezpłatnej pracy edukacyjnej!

Kolektyw Studencki Wages for Students

Tłum. Katarzyna Warmuz i Dawid Kujawa

Share This