Jarosław Urbański, autor książki „Prekariat i nowa walka klas” (wyd. Książka i Prasa 2014) odpowiada na krytyczną recenzję Oskara Szwabowskiego, która została opublikowana w ramach cyklu krótkich recenzji „Praktyki Teoretycznej”.

Oskar Szwabowski pisząc recenzję mojej książki Prekariat i nowa walka klas, dołączył do chóru zblazowanych intelektualistów, oczekujących, aż ich coś zachwyci, odświeży czy oświeci. Spodziewają się oni z reguły, że wszystko, co się dzieje, zdarza się z ich powodu i dla ich satysfakcji. Ponieważ w większości przypadków nic ich ostatecznie nie porusza, sięgają za pióro, aby dać upust swojej frustracji. Nie wiedząc, czego tak naprawdę oczekują, swoje chaotyczne wywody chowają za zdawkowymi ocenami, przemilczeniami, przekręcając myśl recenzowanego autora albo przypisują mu intencje, których bynajmniej nie miał. A na okrasę dodają kilka inwektyw.

Szwabowski oparł swoją krytykę recenzowanej książki na trzech aspektach, które dotyczyły zagadnień teoretycznych, empirycznych i metodologicznych. Zacznijmy od końca. Istotą metodologiczną moich dociekań nie jest, jak chce tego Szwabowski, zdeklarowanie się po stronie badań ilościowych czy jakościowych, po stronie statystyk czy wywiadów, ale badanie poprzez uczestnictwo, z nastawieniem nie tylko na – jak mówił klasyk – zrozumienie rzeczywistości, ale jednoczesne próby jej zmiany. Takie podejście dopuszcza stosowanie mieszanych metod badawczych, a ich dobór jest uzależniony od wielu czynników. W przypadku nacisku na zmianę społeczną istotne jest też zerwanie z pozorną naturalnością nauki (a nauk społecznych w szczególności) i wyartykułowanie swojej perspektywy ideologicznej czy preferowanych wartości. Ważny jest fakt, często pomijany w przypadku badań akademickich, czy prowadzone badania są niezależne, czy mają charakter indywidualny, czy kolektywny, czy zanika różnica między badaczem i badanym, oraz jak będą upowszechniane wyniki. Założenia te przeczą w oczywisty sposób orientacji pozytywistycznej, co nie przeszkadza Szwabowskiemu imputować mi taką właśnie perspektywę badawczą. Recenzentowi najwyraźniej, niczym licealiście kierunku humanistycznego, pozytywizm kojarzy się jednoznacznie ze statystyką. Dodatkowo zdaje się utożsamiać pozytywizm z materializmem. Na te niedomogi rozumowania autora recenzji trudno coś poradzić.

Przejdę do kwestii empirycznych. Szwabowski w kilku miejscach jak mantrę powtarza, że powołuję się na „cudze badania”, co ma – jak sądzę – deprecjonować znaczenie moich własnych dociekań. To typowo akademickie podejście, gdzie kwestia indywidualnego wkładu w tzw. rozwój nauki urasta do rangi fetyszu, a śledzenie wzajemnych zapożyczeń rozwinęło się do absurdu oskarżeń o autoplagiat. Szwabowski, choć literalnie wydaje się wiedzieć, co to są „badania wspólne”, najwyraźniej nie rozumie ich prostej zasady – że kwestia indywidualnego wkładu jest tu drugorzędna. Z badaczami i badaczkami, do których się odwołuję, tworzę raczej „sieć” czy „wspólnotę” walki i tego typu dylematy nie są dla nas aż tak istotne, jak wydają się Szwabowskiemu. Notabene pomija on te fragmenty mojej książki, gdzie wyraźnie podkreślam znaczenie wspólnych dociekań, konferencji, dyskusji, publikacji itd., zwłaszcza jeżeli stanowiły podsumowanie konkretnego zaangażowania w ruch protestu pracowniczego.

Szwabowski nie byłby też sobą, gdyby swojemu adwersarzowi nie zarzucił tendencji partyjnych, bolszewickich lub stalinowskich. To, co ze mnie czyni stalinistę, to – jak sugeruje recenzent – fakt, że z góry wiem, „jak wyglądają i powinny wyglądać walki pracownicze, bez uwzględniania realnych walk, zróżnicowanych głosów i strategii”, oraz to, że stojąc „ponad walkami”, ośmielam się nadawać im sens. Ocenę, jak bezsensowne są to oskarżenia, pozostawiam Czytelnikowi, tłumaczyć bym się bowiem musiał, że nie jestem wielbłądem. Mojej pracy zarzucić można z pewnością wiele niedociągnięć czy potknięć, ale akurat nie tego typu. Szwabowskiemu wybijają tu osobiste i zadawnione niechęci polityczne, które zwykł formułować w ten mało oryginalny sposób.

 Dalej Szwabowski zarzuca mi, że nie oddaję głosu robotnikom, nie cytuję ich, a swoje analizy opieram w dużej mierze na „obiektywnych czynnikach”. Ma to związek ze wcześniej już omawianym zarzutem mojego niby-pozytywistycznego nastawienia badawczego. Gdyby nie to, że zbytnio nie lubię postmodernistycznych metafor, napisałbym, że ta książka jest „jednym wielkim cytatem”. W zasadzie przekazuję w niej to, co udało mi się ustalić w toku działań, wywiadów i dyskusji z pracownikami, których środowiska jestem częścią. W opracowaniach (przykładowo broszura: „Inicjatywa Pracownicza – krok po kroku”, dostępna na stronie ozzip.pl) ja, jak i moi przyjaciele, sugerujemy, że wywiad (ale także analiza ilościowa „obiektywnych czynników”) powinien być pomocną podstawą rozpoznania sytuacji na terenie danego zakładu pracy czy branży, oraz być wykorzystany przy budowie strategii walki. Wywiady zatem (także autowywiady) w tym przypadku – czego Szwabowski wyraźnie nie rozumie – to nie materiał empiryczny, który się pozyskuje, aby poddać obróbce, ale przede wszystkim narzędzie walki, które wzbogaca naszą wiedzę i pozwala dobrać zróżnicowane taktyki działań w zależności od sytuacji i pozycji pracowników. Po drugie, zarzut ten jest chybiony także i z tego względu, że w książce odsyłam do licznych wywiadów i artykułów, które były podsumowaniami tego typu dociekań i ukazywały się w ostatnich dziesięciu latach na łamach „Nowego Robotnika” czy biuletynu związkowego „Inicjatywa Pracownicza”. Nie cytuje ich ponownie, a w książce jedynie streszczam i podsumowuję, koncentrując się na szerszych kontekstach. Odpowiednie analizy publikowano także w ramach cyklu książkowego „Teorie oporu” (np. książki dotyczące sytuacji w Chinach) lub na łamach nieukazującego się w tym momencie „Przeglądu Anarchistycznego”. Akurat Szwabowski doskonale o tym wszystkim wie, ale przemilcza szerszy kontekst, okazałoby się bowiem, że jego zarzuty są kompletnie nieuzasadnione.

Wreszcie poziom teoretyczny. Szwabowski pisze, że: „Zanik podziału na badacza i badanego, na wiedzę i działanie, teorię i praktykę, jak również rozplenienie się różnych głosów w horyzontalnej przestrzeni nie oznacza jednak braku teorii”. I zarzuca mi ateoretyczność, a co za tym idzie, skoncentrowanie się na „badaniu siły kapitału” zamiast „praktyk oporowych ludzi pracy”. Tak to jest, jak czyta się książki od końca i nie dotarło się do pierwszego rozdziału! W nim to przedstawiam teorię składu klasowego, o czym Szwabowski w recenzji w ogóle nie wspomina. Współczesne koncepcje autonomistyczne wcale nie redukują swoich analiz – co sugeruje recenzent – do badania oporu klasy pracowniczej, ale łączą je z analizami działań kapitalistów i rozwoju (zmian) gospodarki kapitalistycznej. Następuje dekompozycja i rekompozycja: pierwsza łączy się z działaniami mającymi na celu osłabienie ruchu rewindykacyjnego i politycznego robotników (poprzez szereg tzw. przesunięć: przestrzennych, technologicznych czy produktowych). Druga z kolei łączy się z analizą możliwej siły przetargowej robotników: strukturalnej, organizacyjnej i dyskursywnej. Są to dwie strony tego samego mechanizmu i tylko łącznie pozwalają nam nie tylko przybliżyć się do zrozumienia kapitalizmu, konfliktu klasowego, ale też dobrać odpowiednie strategie działania pracowniczego. Przynajmniej w założeniu, bo w codziennej praktyce jest to oczywiście o wiele bardziej skomplikowane. Podsumowując, powtórzmy: badanie „praktyk oporowych” pracowników to także badanie struktury kapitalistycznego rozwoju.

Zignorowanie teorii składu klasowego przywodzi Szwabowskiego do opacznego czy wręcz błędnego odczytania mojej książki, szczególnie w tym punkcie, w którym zarzuca mi, że więcej miejsca poświęcam walkom „starej klasy robotniczej”, niż „nowej”. Tymczasem oba obszary walk są ze sobą ściśle powiązane, a wygaśnięcie jednych zbiega się z pojawieniem się następnych. Jest to jedna z istotnych cech ich dynamiki. Kiedy zanika walka robotników przemysłowych na północy i wschodzie Chin, wybucha opór pracownic i pracowników na południu, w Delcie Rzeki Perłowej; po zamknięciu przemysłu włókienniczego i odzieżowego w Europie i Ameryce Północnej wybuchają protesty w fabrykach tekstylnych w Bangladeszu; po likwidacji zagłębia wałbrzyskiego obserwujemy narastanie konfliktów w specjalnych strefach ekonomicznych ulokowanych na tym terenie; w miejsce przemysłu metalowego nakierowanego na potrzeby produkcji stoczniowej (i wygaśnięciu walk), pojawia się przemysł motoryzacyjny pod szyldem znanych korporacji (przypadek Zakładów Cegielskiego) itd. Transformacje te trwają dziesięciolecia, łączą się początkowo ze spadkiem fali niepokojów pracowniczych, a potem ich ponownym wzrostem. W Polsce czy Chinach początków tego procesu możemy się doszukiwać w latach osiemdziesiątych dwudziestego stulecia (w krajach centrum gospodarki kapitalistycznej w latach siedemdziesiątych). Jednakże pewnego typu „przesilenie” wydaje się być rzeczą względnie niedawną, sięgającą ostatnich około dziesięciu lat. „Nowych walk” pracowniczych jest dziś nie tyle mniej, ile nie zawsze można je zidentyfikować, uchwycić w badaniach. Niemniej, wbrew temu, co pisze Szwabowski, przytaczam wiele ich przykładów w Polsce (odsyłając do szczegółowych opisów): od walk w specjalnych strefach ekonomicznych, w handlu i usługach, pracowników kultury i sztuki, po sferę opiekuńczo-wychowawczą itd., pokazując jednocześnie zmiany w strategiach działania. Kwestie te były na bieżąco opisywane (także przeze mnie), co wiele osób śledziło, ale książka miała dotrzeć też do tych, dla których walka klas, ruch pracowniczy to przeszłość albo kompletna nowość. Względnie żywy jej odbiór wskazuje, że była ona potrzebna. Oczywiście moja analiza nie wyczerpuje tematu i staram się odwoływać jedynie do przykładów walk, w których sam uczestniczyłem lub przynajmniej miałem styczność z osobami biorącymi w nich bezpośredni udział – to à propos zarzutu Swatowskiego, że nie wszystkie je opisałem.

W kwestii praktycznego znaczenia mojej książki, recenzent stwierdza, że: „Urbański nie dokonuje głębszej refleksji oraz nie wyciąga bojowych wniosków”. W wyciąganiu bojowych wniosków Szwabowski jest zawsze pierwszy. Zastosowanie ich w praktycznych działaniach idzie mu już znacznie gorzej. Zresztą próby zmobilizowania Szwabowskiego do walki to – w ostatnim czasie – wysiłek daremny. Z akademickiego fotela nie poruszą go już chyba żadne rewolucyjne fanfary, nie zdołają poderwać żadne nawoływania do czynu. Jego niegdysiejsze zaangażowanie zamieniło się w literacką pozę i z tej perspektywy zwykł dziś recenzować poczynania innych.

 
 
Share This