Od kilku lat przez rosyjską kinematografię przetacza się fala superprodukcji spod znaku „edukacji patriotycznej” hojnie dotowanych z państwowego funduszu do spraw kinematografii. Jak na wielką falę przystało, wielu obserwatorom przesłania ona widok – w tym wypadku mniej widoczne stają się przede wszystkim nieliczne obrazy powstające w ramach nurtu krytycznego. Na szczęście Za Marksa… (2012) – najnowszy film Swietłany Baskowej, głośnej reżyserki kina alternatywnego – to najlepszy dowód na to, że myśl krytyczna w Rosji mimo wszystko ma się nieźle.

Droga do Berlina

Reżyserska aktywność Baskowej sięga końca lat dziewięćdziesiątych. Z tego okresu eksperymentów formalnych z niskobudżetowymi dramatami społecznymi kręconymi w konwencji gore, pochodzą kultowe produkcje artystki – Zielony Słonik (Зеленый слоник, 1999) oraz Pięć butelek wódki (Пять бутылок водки, 2001). A jednak to dopiero ostatnie dzieło pozwoliło Baskowej zaistnieć na scenie międzynarodowej. Wyświetlane w 2013 roku na Berlinale Za Marksa… to film szczególny – z jednej strony brawurowo łączy on eksperymentalny język radzieckiej awangardy filmowej lat 20. XX wieku z językiem współczesnej kinematografii, z drugiej stawia trafną i bezkompromisową diagnozę późnego kapitalizmu.

Film o pracownikach huty w Uljanowsku, próbujących zorganizować niezależny związek zawodowy, wyrósł bezpośrednio z dokumentalistycznych prób Baskowej. W poprzedzającej Za Marksa… produkcji Jedno rozwiązanie – opór (ros. Одно решение – сопротивление, 2011), reżyserka śledziła mitingi i demonstracje organizowane po 2008 roku przez organizacje pracownicze w różnych rosyjskich miastach (oraz w Kijowie). Udało jej się uchwycić odpowiedź świata pracy na globalny kryzys finansowy w jej początkowej fazie – spontanicznie rodzącą się solidarność przekraczającej granice pokoleniowe i narodowe. Za Marksa… – jako opowieść o współczesnym konflikcie między pracą a kapitałem – jest w pewnym sensie fabularnym rozwinięciem tego problemu.

Strajk!

Estetycznym punktem odniesienia dla Baskowej jest Strajk! (1924) Siergieja Eisensteina. Czerpiąc szereg inspiracji od rewolucyjnego artysty, a jednocześnie umieszczając film w konwencji dokumentalistycznego gore, reżyserce udało się nie tylko oddać, ale też twórczo przetworzyć ducha tej awangardowej twórczości.

Wzorem mistrza, uchwyciła Baskowa specyfikę bezpretensjonalnych relacji między robotnikami – z jednej strony pełną hałaśliwych rozmów, prostych komunikatów i szorstkiej przyjaźni manifestowanej we wzajemnych docinkach, z drugiej natomiast opartą na twardych zasadach wzajemnej pomocy i szacunku. Nie zawahała się wyeksponować brudu i mozołu robotniczego życia – pracownicy uljanowskiej huty noszą stare ubrania z wczesnych lat 90., dojeżdżają do pracy rozklekotanym autobusem i nie mogą doczekać się od właściciela wymiany dziurawych ubrań roboczych. W pracy nieustannie poruszają się wśród pordzewiałych maszyn i odrapanych ścian oblepionych plakatami pamiętającymi lata 70. , z kolei poza nią – głównie brną po kostki w błocie lub po kolana w śniegu.

Skontrastowanie długich, statycznych kadrów eksponujących postindustrialny krajobraz dzisiejszego Uljanowska z kręconymi niejako w pośpiechu, często urywanymi rozmowami robotników, wprowadza atmosferę napięcia – oto w zniszczonej, niedofinansowanej hucie, stopniowo podupadającej po rozpadzie Związku Radzieckiego, nieoczekiwanie pojawia się ruch, zapał, iskra nadziei na poprawę robotniczego losu. W ślad za Eisensteinem Baskowa eksponuje zalążki pracowniczej samoorganizacji. Nacisk na zbiorowe sceny żywych dyskusji grupowych, zbliżenia na zmęczone i szorstkie, ale jednocześnie skupione i zdeterminowane twarze robotników, czy konspiracyjne zebrania komitetu strajkowego sprawia, że film ogląda się ze stopniowo wzbierającym gniewem.

Kluczowym dla filmu wyborem formalnym wydaje się wpisanie całej fabuły w konwencję dokumentalistyczną, z założenia znoszącą granicę między fikcją a rzeczywistością. Oczyszczając obraz z wszelkiej iluzji i uniemożliwiając widzowi czysto estetyczne rozpłynięcie się w dziele filmowym poprzez pełną identyfikację z bohaterami, reżyserka próbuje wywołać brechtowski efekt obcości (ten artystyczny manifest wypowiada zresztą ustami jednego z bohaterów filmu). W tym sensie Za Marksa… jest filmem, który bezlitośnie wymaga zajęcia krytycznego stanowiska wobec przedstawianych wydarzeń. Jego wysoka wartość estetyczna harmonijnie koresponduje z podstawowym celem politycznym Baskowej – od początku do końca chodzi jej o społeczną emancypację.

Nowy Ruski… kapitalizm

Przedstawicieli tradycyjnej, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej kontrastuje Baskowa ze współczesnym wcieleniem złego kapitalisty. Chociaż w poradzieckiej Rosji eisensteinowski właściciel fabryki, otyły burżuj zajmujący się wyłącznie przejadaniem wypracowywanej przez robotników nadwyżki finansowej, ustępuje miejsca Nowemu Ruskiemu – metody działania pozostają te same. Współczesny właściciel uljanowskiej huty niezmiennie hołduje zasadzie czystej akumulacji kapitału, łącząc bezceremonialny wyzysk pracownika z całkowitym brakiem inwestycji w fabrykę.

Sięgając po kategorię Nowego Ruskiego, Baskowa w dwóch miejscach szczególnie wyraźnie odsłania charakter współczesnych związków pracy i kapitału. Po pierwsze, eksponuje zasadę dziedziczności kapitału, która definiuje relację pracodawca-pracownik w kategoriach zależności neofeudalnej. Filmowy Nowy Ruski fabrykę wraz z robotnikami odziedziczył po ojcu, niczym folwark. To wyłącznie politycznym i kryminalnym powiązaniom ojca zawdzięcza również aktualną pozycję społeczną. Wymowna figura „właściciela z urodzenia” służy Baskowej do obalenia mitu transformacji systemowej jako okresu nieograniczonych możliwości, w którym ciężka praca zwykła owocować awansem ekonomicznym i społecznym.

Po drugie, reżyserka odsłania mechanizm kolonizacji świata pracy przez współczesny kapitał. Dzięki zrzeszeniu części posłusznych pracowników w marionetkowy, podległy kierownictwu związek zawodowy, dzisiejszy właściciel rozwiązuje dwa podstawowe problemy nękające eisensteinowskich kapitalistów – minimalnym kosztem zapewnia sobie całkowitą kontrolę nad miejscem pracy i uniemożliwia polityczną artykulację pracowniczego niezadowolenia. Osiąga to zresztą przy zachowaniu pozorów respektowania prawa państwowego, nominalnie gwarantującego związkom zawodowym swobodę istnienia. W tym kontekście, wyjściowe warunki do robotniczej samoorganizacji wydają się szczególnie utrudnione.

Człowiek-robotnik

Niewątpliwą zasługą Za Marksa… jako opowieści o współczesnym kapitalizmie jest próba odbudowania wizerunku robotnika. Świadoma współczesnych niedociągnięć wizji eisensteinowskiej (skupionej na robotniczej masie pozbawionej indywidualności i czerpiącej siłę z jednorodności), reżyserka próbuje mówić raczej o „jedności w różnorodności”. Robotnik Baskowej bywa więc indywidualistą – czytuje literaturę rosyjską, dyskutuje o kinematografii i grywa w szachy. Mimo że jednocześnie nie pozostaje wolny od wad, daleko mu jednak do wizerunku nieokrzesanego zbira w wolnym czasie zajmującego się – na zmianę – piciem na umór i dręczeniem własnej żony. Co istotne, Baskowa nie próbuje uszlachetniać robotnika – raczej przywrócić mu godność, oddać ludzkie oblicze.

Ciekawe, że inicjatorów buntu reżyserka nie odnajduje wśród młodych uljanowskich hutników, lecz wśród średniego i starszego pokolenia, ludzi socjalizowanych jeszcze w Związku Radzieckim. Ten wybór – obsadzenie „żubrów” (jak sami siebie określają) współczesnego kapitalizmu w roli motoru protestu – warto odczytywać jako pesymistyczną diagnozę poradzieckiego świata pracy, całkowicie bezbronnego i pozbawionego możliwości tworzenia nowych form zbiorowego protestu. Przedstawiając wielkoprzemysłowe „żubry” jako ostatni bastion oporu nieuchronnie odchodzący w przeszłość, reżyserka ostrzega przed zagrożeniem rychłej – i ostatecznej – kapitulacji świata pracy w potyczce z kapitałem. Na horyzoncie nie widać kontynuatorów tej walki.

Punkty oparcia

Takie rozpoznanie sytuacji skłania Baskową do podjęcia próby reinterpretacji okresu Związku Radzieckiego. Artystce – dalekiej zarówno od apologii, jak i nostalgii za poprzednim systemem – zależy nie tyle na wskazaniu jasnych punktów rzeczywistości radzieckiej, ile na odnalezieniu tam punktów oparcia dla współczesnego oporu społecznego. W tym sensie, bardziej istotne od kontrastu między ówczesnym poczuciem bezpieczeństwa socjalnego a dzisiejszą immanentną niepewnością stanowiska pracy, okazują się wydobyte z radzieckiego dziedzictwa wątki krytyczne, na podstawie których Baskowa kreśli odważną wizję dzisiejszej walki klasowej. Łącząc odwołania do proletariackiej – a jednocześnie antytotalitarnej – twórczości literackiej Andrieja Płatonowa z inspiracjami teorią rewolucyjnego demokratyzmu Wissariona Bielińskiego oraz wypracowaną przez Michaiła Pokrowskiego koncepcją historii jako dziejów globalnej walki klasowej, artystka przekonująco broni stanowiska radykalnego internacjonalizmu.

Najwyższy czas

Strajk Eisensteina kończy się krwawą pacyfikacją protestujących robotników – sceny masowego ich rozstrzeliwania przeplatają się z ujęciami, w których zarzynana przez rzeźnika krowa powoli wykrwawia się na śmierć.  Równie pesymistyczna – choć nie tak dosłowna ani jednoznaczna – wydaje się wymowa Za Marksa….  Zawarta w niej obawa, że niedługo może być już za późno na jakikolwiek opór, czyni z filmu Baskowej odważny postulat na rzecz podjęcia natychmiastowej, zbiorowej, globalnej walki przeciwko dominacji kapitału.

https://www.youtube.com/watch?v=WE_5lP9SSAY&index=1&list=PL5BS8OG9qrJ30TjzWON-aYkoFt92cE8K8

Share This