Guy Standing – Alternatywy dla dochodu podstawowego: przegląd krytyczny

Przełożył: Tomasz Płomiński

Abstrakt: Rozdział książki Guya Standinga „Basic Income: And How Can We Make It Happen”. Autor analizuje szereg rozwiązań będących odpowiedzią na kryzysy gospodarcze, nierówności i ubóstwo: płacę minimalną, składkowe ubezpieczenia społeczne, pomoc społeczną opartą na kryterium dochodowym, dotowanie żywności, ulgi podatkowe, programy workfare i gwarancję zatrudnienia. Ocenia te rozwiązania w odniesieniu do zasad sprawiedliwości społecznej i porównuje z dochodem podstawowym.

Słowa kluczowe: dochód podstawowy, gwarancja zatrudnienia, sprawiedliwość społeczna, ubezpieczenie społeczne, workfare

Jakie są główne alternatywy wobec dochodu podstawowego proponowane lub implementowane w celu przeciwdziałania obecnym kryzysom ekonomicznej niepewności, nierówności i ubóstwa? Ten rozdział omawia następujące propozycje: krajową pensję minimalną i jej odmianę, „godziwą płacę” (living wage); składkowe ubezpieczenia społeczne (narodowe ubezpieczenie społeczne w Wielkiej Brytanii); pomoc społeczną opartą na kryterium dochodowym; dotowanie żywności i innych dóbr podstawowych, włączając w to bony żywnościowe; programy workfare i wersje zasiłku zależnego od pracy; oraz ulgi podatkowe, razem z aktualnie wprowadzaną w Wielkiej Brytanii ulgą o niefortunnej nazwie „powszechny kredyt” („Universal Credit”). Każde z tych rozwiązań wymieniano jako lepsze od dochodu podstawowego i wszystkie z nich są obecnie wykorzystywane w praktyce przez rozwinięte gospodarki na całym świecie.

Uczciwe porównanie wymaga ich oceny według jednakowych kryteriów. W każdym przypadku należy zadać następujące pytania: czy dana polityka służy sprawiedliwości społecznej[1]? Czy oferuje sposób na zwiększenie wolności w republikańskim sensie, czy też ją narusza[2]? Czy zmniejsza nierówności, czy może je zwiększa[3]? Rozszerza bezpieczeństwo socjoekonomiczne, czy pogłębia jego brak? Czy istotnie zmniejsza ubóstwo? Wszystkie z tych pytań powinny zostać rozważone w kontekście globalizacji, rewolucji technicznej i neoliberalnej polityki ekonomicznej kształtującej światową gospodarkę rynkową.

Zasady sprawiedliwości społecznej określone w poprzednich rozdziałach wyznaczają przydatną listę do oceny każdej z polityk. Przypomnijmy:

  • Zasada różnicy w wymiarze bezpieczeństwa – polityka jest sprawiedliwa społecznie tylko pod warunkiem, że zwiększa bezpieczeństwo najmniej zabezpieczonych grup społecznych.
  • Zasada antypaternalistyczna – polityka jest sprawiedliwa społecznie tylko pod warunkiem, że nie narzuca wybranym grupom społecznym formy kontroli, której nie narzuca również większości wolnych grup w społeczeństwie.
  • Zasada praw przed dobroczynnością – polityka jest sprawiedliwa społecznie tylko pod warunkiem, że poszerza prawa odbiorców świadczeń lub usług i ogranicza swobodę decyzji jej dostarczycieli.

Można do nich dodać dwie kolejne (Standing 2016):

  • Zasada ograniczenia ekologicznego – polityka jest sprawiedliwa społecznie tylko pod warunkiem, że nie obciąża kosztem ekologicznym społeczności lub bezpośrednio nią dotkniętych.
  • Zasada godnej pracy – polityka jest sprawiedliwa społecznie tylko pod warunkiem, że nie utrudnia ludziom wykonywania pracy w godny sposób i nie ogranicza w tym najbardziej narażonych grup.

Każda z polityk powinna zostać oceniona zgodnie z tymi zasadami. W niektórych przypadkach będą się oczywiście pojawiać między nimi konflikty, powinniśmy jednak być ostrożni wobec każdej polityki, która znacząco je narusza.

Ustawowa płaca minimalna i „godziwa płaca”

Niemal wszystkie rządy w erze globalizacji osłabiały negocjacje zbiorowe i ograniczały funkcjonowanie związków zawodowych w ramach swoich planów uelastyczniania rynków pracy. Większość z nich łączyła to z dolnymi pułapami płacowymi, wprowadzając krajowe ustawowe płace minimalne, tak jak w Wielkiej Brytanii i, ostatnio, w Niemczech, lub kładąc większy nacisk na istniejące regulacje płacy minimalnej, tak jak Stany Zjednoczone, nawet jeśli pozwalano na spadek rzeczywistej wartości płacy.

Paradoksalnie, ustawowa pensja minimalna ma największą szansę funkcjonować poprawnie na rynku pracy w sektorze przemysłowym, gdzie dominuje stabilne pełnoetatowe zatrudnienie. Ma ona mniejszą szansę funkcjonować zgodzie z założeniami w systemie elastycznej, usługowej pracy, w którym pomiar pracy jest często utrudniony, o ile w ogóle możliwy. Pensje minimalne są zazwyczaj ustalane w skali godzinowej. W jaki sposób jednak, na przykład, zmierzyć „godzinę pracy” w gospodarce usługowej, w której ludzie nie odbijają czasu wejścia i wyjścia w stałym miejscu pracy, a coraz częściej pracują o różnych porach i w wielu miejscach? Poza tym płaca minimalna, w przeciwieństwie do dochodu podstawowego nie wzmacnia pozycji negocjacyjnej robotników. Jeśli masz jakiś punkt podparcia, łatwiej ci powiedzieć „nie” nieuczciwej propozycji wynagrodzenia, niezależnie od tego, czy jest ona wyższa od płacy minimalnej. Jeśli nie dysponujesz dochodem podstawowym i nie podoba ci się oferowana płaca, pracodawca może po prostu powiedzieć „to twój problem”.

Wprowadzanie płacy minimalnej, a następnie nadzór, czy jest ona stosowana, jest jednocześnie skomplikowane i kosztowne. Od czasu brytyjskiej Ustawy o minimalnym wynagrodzeniu z 1998 roku tylko dziewięć spośród setek łamiących prawo firm zostało oskarżonych o niewypłacanie należnej pensji. Ci, którzy nie reagują na imienne wskazywanie sprawców, muszą być ścigani na drodze długotrwałych postępowań sądowych. Dodatkowo płace minimalne zabezpieczają jedynie zatrudnionych, ignorując pozbawionych pracy, a także rosnącą liczbę samozatrudnionych i tak zwanych niezależnych podwykonawców, których spotykamy teraz we wszystkich uprzemysłowionych krajach. Nie są także efektywnym sposobem na walkę z ubóstwem, ponieważ, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, większość ludzi otrzymujących płacę minimalną nie żyje w najbiedniejszych gospodarstwach domowych.

Przeciwnicy pensji minimalnej lub ci, którzy uważają jej poziom za „zbyt wysoki”, zazwyczaj twierdzą, że powoduje ona ograniczenie zatrudnienia przez firmy w celu oszczędzenia na wypłacanych pensjach. W rzeczywistości istnieją dowody na niski wpływ płacy minimalnej na poziom bezrobocia. Pracodawcy jednak i tak tną koszty na inne sposoby, które mogą pozostawić robotników w niewiele lepszej, lub nawet gorszej sytuacji.

Załóżmy przykładowo, że przy minimalnej godzinowej pensji w wysokości 10 funtów firma oferująca usługi sprzątania zatrudni 100 robotników w wymiarze trzydziestu godzin tygodniowo. Jeśli płaca minimalna zostałaby podniesiona do 12 funtów, to firma obcięłaby liczbę godzin do 25, pozostawiając koszty płacowe na tym samym poziomie bez żadnego zysku dla robotników (prawdopodobnie wyszliby oni na tym gorzej, ponieważ musieliby wykonać tę samą ilość pracy w krótszym czasie lub odrabiać nieopłacone nadgodziny).

Dokładnie to stało się po wprowadzeniu przez rząd brytyjski krajowej godziwej płacy (National Living Wage) w 2015 roku (Lawrence 2016). W jednym z przypadków firma oferująca usługi sprzątania urzędowi skarbowemu obcięła tygodniową liczbę godzin dla sprzątających poniżej 30, wpędzając swoich robotników w okrutną pułapkę ubóstwa; oprócz mniejszej liczby płatnych godzin, która zniwelowała podwyżkę stawki godzinowej, stracili uprawnienie do ulg podatkowych przysługujących tylko ludziom pracującym co najmniej trzydzieści godzin tygodniowo. Sprzątający stracili na tym tak wiele, że niektórzy z nich dowiedzieli się, że więcej pieniędzy otrzymaliby rzucając pracę i zgłaszając się po pełny zasiłek.

Inny przykład krzywdy wyrządzanej przez złożone systemy pomocy społecznej: pewna kobieta, która straciła ulgi podatkowe, została zmuszona do pozostania w pracy, ponieważ ubiegając się o zasiłki z pomocy społecznej, prawie na pewno utraciłaby swój rodzinny dom. Jako że wciąż mieszkała w domu z trzema sypialniami, w którym dorastały jej dzieci, tak zwany „podatek od sypialni” („Bedroom tax”) zmniejszający zasiłek mieszkaniowy ludziom posiadającym rzekomo więcej niż konieczną liczbę sypialni dla najbliższej rodziny pozbawiłby ją możliwości opłacania czynszu i zmusił do przeprowadzki do mniejszego mieszkania. Nie dziwi więc fakt, że krótko po tym została przyjęta do szpitala z wysokim ciśnieniem wynikającym ze stresu.

Jeśli chodzi o zasady sprawiedliwości społecznej, to płace minimalne nie spełniają Zasady różnicy w wymiarze bezpieczeństwa, ponieważ nie zapewniają wiele bezpieczeństwa najmniej zabezpieczonym grupom społecznym, szczególnie na współczesnych, „elastycznych” rynkach pracy. Wprawdzie osiągają dość dobry wynik według Zasady antypaternalistycznej i Zasady praw przed dobroczynnością, nie robią jednak niczego w kierunku zwiększania wolności; sprawiają jedynie, że w niektórych przypadkach praca staje się finansowo korzystniejsza. W najlepszym wypadku pensja minimalna jest neutralna wobec Zasady ograniczenia ekologicznego, chociaż przedkłada pracę zużywającą zasoby ponad pracę zachowującą zasoby lub „reprodukcyjną”. Czasy płacy minimalnej jako użytecznego, istotnego elementu polityki społecznej i rynku pracy z pewnością przeminęły.

Ubezpieczenie społeczne

Przez większość dwudziestego wieku systemy opieki społecznej były oparte na zasadach ubezpieczenia społecznego bazujących na modelach wprowadzonych przez Beveridge’a lub Bismarcka. Istotą tego systemu była solidarność; osoby ubezpieczone na ryzyko o niskim prawdopodobieństwie finansowali osoby ubezpieczone na ryzyko o prawdopodobieństwie wysokim. Ubezpieczano na wypadki nazywane „zdarzeniami losowymi”, jak na przykład bezrobocie, choroba, wypadek, niepełnosprawność lub ciąża. W każdym z przypadków aktuarialne wyliczenia dodatków i świadczeń bazowały na statystycznych prawdopodobieństwach wystąpienia tych zdarzeń.

W rzeczywistości systemy ubezpieczeń społecznych nigdy nie były tak solidarnościowe, jak chcieliby ich obrońcy, ani tak uniwersalne, jak wyglądały na pierwszy rzut oka. W szczególnie niekorzystnym położeniu stawiały zwłaszcza kobiety. Działały jednak w miarę dobrze, z szerokim demokratycznym poparciem, dopóki baza składkowa była pewna i szeroka, dopóki wystarczająca liczba osób płaciła składki lub była za nie odprowadzana składka i w końcu dopóki obejmowane nimi ryzyka były tymi, które najbardziej martwiły lub dotykały ludzi.

W dwudziestym pierwszym wieku te warunki już nie obowiązują. Coraz więcej ludzi wędruje od jednej niestabilnej pracy do drugiej, więc baza składkowa zaczyna się rozpadać, zmuszając rządy do sięgania do ogólnych przychodów w celu zbilansowania budżetu ubezpieczeń społecznych. Z tego samego względu ludzie w coraz mniejszym stopniu są zdolni do wykazania historii składek wymaganej do otrzymania świadczeń z tytułu ubezpieczenia, co uzależnia ich w ciężkich chwilach od polegania na pomocy opartej na kryterium dochodowym. Dodatkowo coraz więcej ludzi jest narażonych  na ryzyka, które nie są w wystarczającym stopniu (lub wcale) pokrywane przez ubezpieczenie.

Jednocześnie lepiej zarabiający, mniej narażeni na zdarzenia losowe, są coraz mniej chętni do składania się na rosnącą liczbę ludzi narażonych na nie w stopniu wysokim. Podważyło to legitymizację polityczną i poparcie dla świadczeń z tytułu ubezpieczenia społecznego, napędzając żądania cięć w składkach i samych świadczeniach.

Przede wszystkim nastąpiła zmiana w naturze braku bezpieczeństwa ekonomicznego. Członkowie prekariatu mają szczególnie niestabilne przychody, a odczuwany przez nich brak bezpieczeństwa wynika z niepewności, której nie może zaradzić ubezpieczenie społeczne. Ubezpieczenie społeczne działało odpowiednio w warunkach stabilnego, przemysłowego, pełnoetatowego zatrudnienia. Daleko od nich dziś odeszliśmy i prawdopodobnie nie wrócimy do nich w przyszłości.

Ubezpieczenie społeczne w elastycznej gospodarce usługowej nie spełnia Zasady różnicy w wymiarze bezpieczeństwa, chociaż dobrze koresponduje z Zasadą antypaternalistyczną i Zasadą praw przed dobroczynnością. Z tego samego powodu, z którego zawodzi płaca minimalna, nie spełnia także Zasady ograniczenia ekologicznego, bo faworyzuje pracę zarobkową wobec pracy społecznie użytecznej. Podsumowując, oferuje ono niewiele osobom najbardziej pozbawionym środków i bezpieczeństwa, nie będąc jednocześnie w stanie promować sprawiedliwości społecznej ani republikańskiej wolności.

Pomoc społeczna oparta na kryterium dochodowym

Utrata wiary w ubezpieczenie społeczne sprawia, że główną alternatywą wobec dochodu podstawowego staje się pomoc społeczna uzależniona od stanu zamożności, skierowana do osób zidentyfikowanych jako „biedne”. Jest to „główna” alternatywa, ponieważ po jej zaadaptowaniu wprowadzenie innych polityk staje się niemal niezbędne, by całość jakoś funkcjonowała.

Podczas budowania państw dobrobytu w dwudziestym wieku panowało szerokie uznanie dla znanego powiedzenia Richarda Titmussa głoszącego, że świadczenia państwowe przeznaczone tylko dla ubogich to zawsze ubogie świadczenia. Jest tak przede wszystkim ze względu na brak zainteresowania reszty społeczeństwa ich obroną. Kiedy jednak państwa dobrobytu znalazły się w latach 80. i 90. na celowniku, rządy wszelkiej maści zmieniły kurs, kładąc fundamenty pod systemy pomocy społecznej oparte na kryteriach dochodowych, uzasadniane zazwyczaj jako niezbędne dla „obrony” państwa dobrobytu w trudnych czasach.

Idea kryterium dochodowego jest zwodniczo prosta: przeznacz ograniczone środki dla osób, które najbardziej ich potrzebują. Niższe wydatki umożliwiają niższe podatki. Jednocześnie kryterium dochodowe legitymizuje wydatki państwowe w oczach opinii publicznej, ponieważ politycy mogą twierdzić, że pieniądze wędrują do najbardziej potrzebujących. Niestety, kolejne badania wykazują rażące wady tego systemu i sugerują, że prawdziwym motywem dla wprowadzania kryteriów dochodowych nie jest wcale pomoc biednym. Oto dziesięć spośród tych wad.

Po pierwsze, pomiar dochodu jest skomplikowany i uwzględnia arbitralne punkty odcięcia. Wliczanie oszczędności i „majątku” zniechęca do oszczędzania, co z kolei zmniejsza odporność w czasach finansowego obciążenia.

Po drugie, sprawdzanie środków wiąże się z wysokimi kosztami zarówno dla administracji, jak i dla wnioskodawców, zmuszonych do podróży do urzędów, stania w kolejkach, wypełniania formularzy, przygotowywania dodatkowych dokumentów itd., na co poświęcają czas i nierzadko pieniądze.

Po trzecie, kryterium dochodowe wymaga zadawania naruszających prywatność pytań, w tym o intymne relacje wnioskodawców, po których mogą następować wizyty domowe, na przykład w celu sprawdzenia, czy mieszkania nie zamieszkuje partner przynoszący dodatkowy dochód. Mamy tu więc reżim wścibstwa, naruszenia prywatności i domniemania winy zamiast niewinności, co ubliża zarówno urzędnikom, jak i wnioskodawcom.

Po czwarte, proces i wynik całej procedury jest z wymienionych względów stygmatyzujący. Często jest to celowe, tak by odstraszyć wnioskodawców i tym samym ograniczyć koszty świadczeń.  Słowami jednego z doradców brytyjskiego i amerykańskiego rządu: wnioskodawcy powinni być źle traktowani i zachęcani do obwiniania się o swoją sytuację (Mead 1986). Nie trzeba być chrześcijaninem, by docenić ripostę Malcolma Torry’ego: „świadczenia oparte na kryterium dochodowym, które stygmatyzują swoich odbiorców, nie odzwierciedlają naszego statusu istot stworzonych na obraz Boga i posiadających godność przewyższaną tylko przez bożą” (Torry 2016, 44).

Prowadzi nas to do piątej wady – niskiego poziomu wykorzystania. Dane z niemal każdego systemu opartego na kryterium dochodowym, w każdym państwie w którym znalazł on zastosowanie, wykazują, że wiele osób uprawnionych do świadczeń ich nie otrzymuje. Wynika to z wątpliwości wobec zgłaszania wniosku, strachu, wstydu lub niewiedzy; odrzuconego wniosku, prawdopodobnie przez niezrozumienie pytania lub udzielenie „złej” odpowiedzi; i z odmówienia świadczeń z trywialnych powodów (takich jak spóźnienie na spotkanie) przez urzędników niskiego szczebla działających zgodnie z własnym wyobrażeniem o wykonywanej pracy i z myślą o swojej karierze.

W Wielkiej Brytanii wykorzystanie zasiłku dla bezrobotnych, nazwanego zasiłkiem dla szukających pracy (Jobseeker’s Allowance, JSA) zawodzi i według szacunków jest on obecnie przyznawany jedynie połowie uprawnionych (Department for Work and Pensions 2016). W roku finansowym 2014–2015 nie zostało przyznanych 2,4 miliarda funtów należnego JSA, co odpowiada 3000 funtów dla każdej z upoważnionych rodzin. Kolejnym świadczeniem o niskim poziomie wykorzystania jest dodatek do emerytur (Pension Credit) mający na celu pomoc ludziom o niskich dochodach, szczególnie kobietom, którzy nie opłacili wystarczającej sumy składek, by kwalifikować się do pełnej emerytury państwowej, lub tym, którzy nie mają innego źródła dochodu oprócz emerytury państwowej.

W latach 2014–2015, czterech na dziesięciu uprawnionych emerytów nie otrzymało tego dodatku o łącznej wartości 3 miliardów funtów – średnio 2000 funtów na rodzinę.

W Stanach Zjednoczonych tylko jedna czwarta uprawnionych do zasiłku mieszkaniowego opartego na kryterium dochodowym rzeczywiście go odbiera, często po spędzeniu lat na liście oczekujących na kartki, które są emitowane w limitowanej rocznej ilości (Matthews 2014). Program TANF (Temporary Assistance of Needy Families – Tymczasowa pomoc dla rodzin w potrzebie) dociera do mniej niż jednej czwartej rodzin pozostających w ubóstwie mimo wzrostu ogólnej liczby takich rodzin (Center on Budget and Policy Priorities 2016).

Po szóste, kryterium dochodowe podważa solidarność społeczną, oddzielając „nas” od „nich”. My, którzy sami się utrzymujemy, płacimy podatki na utrzymanie ich, naciągaczy. Ta utylitarna perspektywa jest dziś smutną rzeczywistością, wzmacnianą przez zmniejszającą się mobilność społeczną i zdolność bardziej zamożnych do ochrony swoich interesów poprzez prywatne ubezpieczenie i zakumulowany majątek przed jakimkolwiek zagrażającym im ryzykiem.

Siódmą, najlepiej znaną wadą jest słynna pułapka ubóstwa[4]. W USA pułapka ubóstwa wynikająca ze stosowania kryterium dochodowego przy przyznawaniu świadczeń oznacza w 35 stanach stratę pieniędzy dla ludzi, którzy, uprawnieni do zasiłku, podjęliby pracę za minimalną płacę (stopa „opodatkowania” przekraczająca 100 procent) (Tanner i Hughes 2013). Niektórzy z komentatorów proponowali stopniowe odsuwanie zasiłków po zdobyciu pracy, tak by nie odstraszać od niskopłatnego zatrudnienia. To byłoby jednak nieuczciwe wobec pracujących na stanowiskach oferujących taką samą lub niższą płacę, którzy nie kwalifikowali się wcześniej do świadczeń.

Prowadzi nas to do ósmej wady, nieuniknionego dryfu w kierunku workfare, omówionego bardziej szczegółowo w dalszym podrozdziale. Wobec ludzi o krańcowej stopie opodatkowania przekraczającej 80 procent przy przechodzeniu z zasiłku do niskopłatnej pracy sprawdzanie dochodów stanowi mocno odstraszający czynnik. W takich warunkach państwu pozostaje jedynie zmusić ludzi do podejmowania pracy za niskie wynagrodzenie.

Dziewiątą wadą jest fakt, że stosowanie kryterium dochodowego w pomocy społecznej utrudnia formowanie się stabilnych gospodarstw domowych. Świadczenia są zazwyczaj określane na podstawie gospodarstwa domowego, nie jednostki, a więc w przeliczeniu na osobę są niższe dla par niż jednoosobowych gospodarstw. Po co zakładać gospodarstwo domowe i eksperymentować przy tym, skoro można stracić pieniądze? Dochód podstawowy natomiast, wypłacany indywidualnie i po równo, zachęcałby osoby rozważające życie rodzinne. Byłby obojętny wobec konfiguracji relacji i gospodarstw, tak jak to powinno być w przypadku kwestii majątkowych.

Dziesiąta wada odnosi się do stosującego kryterium dochodowe zasiłku dla szukających pracy, który przyznaje się na podstawie całkowitego dochodu rodziny. Jeśli jedno z pary jest bezrobotne, para ta finansowo traci, jeśli druga osoba wykonuje małą ilość płatnej pracy. Opłaca się więc jemu lub jej (a zazwyczaj jest to żona lub partnerka) porzucić tę pracę. Między innymi z tego powodu gospodarstwa domowe w Wielkiej Brytanii w ostatnich latach w coraz większym stopniu dzielą się na bogate (dwoje zatrudnionych) i ubogie w pracę (bez zatrudnionych) (Berthoud 2007).

Pomoc społeczna oparta na kryteriach dochodowych i niezbędnych przy nim testach zachowania narusza wszystkie zasady sprawiedliwości społecznej oraz tę wolności republikańskiej. Powtórzmy – każda polityka przeznaczona tylko dla ubogich jest istotnie zawsze ubogą polityką.

Dotacje i bony żywnościowe

Jednym z szeroko stosowanych rozwiązań, szczególnie w krajach rozwijających się, jest wprowadzanie dotacji żywnościowych i innych ukierunkowanych na „biednych”. Indyjskie PDS (Public Distribution System – System dystrybucji publicznej) jest największym tego typu systemem, ale istnieje wiele innych. Programy oparte na bonach, takie jak amerykański program bonów żywnościowych SNAP (Supplemental Nutrition Assistance Program – Program pomocy żywnościowej) mają podobne cele. W obu przypadkach sposób rozumowania polega na tym, że skoro ubogim brakuje podstawowych zasobów, państwo powinno dostarczyć im albo środki na ich pozyskanie, albo same zasoby. Kolejnym uzasadnieniem, wykorzystywanym w krajach rozwijających się, jest ochrona ubogich przed wahaniami cen jedzenia (Drèze i Sen 2014)[5].

Istnieje wiele zastrzeżeń wobec tego rodzaju polityki. Po pierwsze i przede wszystkim, takie systemy są paternalistyczne; zakładają, że wiedzą, czego potrzebują „biedni”, lepiej od nich samych. Co gorsza, mają na celu dyktowanie, co mogą dostać „biedni”. W Stanach na przykład, bony żywnościowe nie tylko ograniczają ludzi do kupowania jedzenia, ale często pozwalają im kupować tylko niektóre rodzaje żywności i napojów uznawanych za „zdrowe”.

Systemy bonów i pomoc w naturze opierają się na ukrytym, o ile nie jawnym założeniu, że jeśli ludzie dostaną pieniądze, to wydadzą je na mniej istotne produkty, a w szczególności te „złe”, takie jak alkohol, narkotyki lub hazard. Tak naprawdę wiele badań pokazuje, że ludzie wcale nie kupują więcej „złych” produktów po otrzymaniu świadczenia w gotówce (Evans i Popova 2014). Zresztą nawet gdyby to założenie było poprawne, to omawiane systemy nie zwiększałyby wolności. Dlaczego biedni, a inni nie, mieliby mieć zakaz wydawania części dodatkowego dochodu na coś, co sprawia im przyjemność? Zawsze zresztą pozostaje możliwość wydania pieniędzy zaoszczędzonych dzięki bonom na „złe” (według nas, dobrych ludzi) produkty albo sprzedania bonów (poniżej wartości) w zamian za gotówkę (Bailey i Pongracz 2015). Odsprzedaż bonów żywnościowych, choć nielegalna, nadal ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, ponieważ ludzie potrzebują gotówki na zakup innych niezbędnych im towarów, takich jak pieluchy, których nie można zdobyć za bony.

Po drugie, administracja, dostarczanie i nadzorowanie systemów bonów i dotowanych produktów są kosztowne i wymagają rozbudowanej biurokracji. Zapewnienie jedzenia o wartości jednej rupii w ramach indyjskiego Systemu dystrybucji publicznej kosztuje rząd 3,65 rupii (Bhalla 2014). Indie mogą być wprawdzie skrajnym przypadkiem, jednak akcje humanitarne ONZ właśnie z tego powodu w coraz większym stopniu polegają na wsparciu finansowym. Jedno z badań porównujących pomoc dostarczaną w formie jedzenia, bonów lub gotówki wykazało, że dostarczanie pomocy w naturze kosztuje niemal czterokrotnie więcej niż ekwiwalent w gotówce (Hidrobo et al. 2014).

Po trzecie, bony są dla beneficjentów warte mniej niż ich ekwiwalent gotówkowy, gotówkę można bowiem wykorzystać wszędzie, natomiast bony są akceptowane tylko w niektórych miejscach albo według uznania sprzedawcy. Zmniejsza to konkurencję o klienta korzystającego z bonów, wobec czego sklepy akceptujące je mogą podwyższać ceny. Za bony można więc nabyć mniej niż za gotówkę; istnieje badanie pokazujące, że libańscy sklepikarze akceptujący bony dla syryjskich uchodźców zarabiali w 2014 roku około miliona dolarów miesięcznie dzięki zawyżonym cenom (Bailey i Pongracz 2015). Bony i pomoc w naturze nakładają przy tym wyższe koszty na swoich odbiorców poprzez wymóg dostania się do wyznaczonych sklepów, czas spędzony na oczekiwaniu itd. (Hidrobo et al. 2014).

Po czwarte, wiążą się one z kryterium dochodowym i, siłą rzeczy, wszystkimi jego wadami. W Stanach, kraju o stosunkowo wydajnym aparacie administracyjnym, jedna czwarta oficjalnie kwalifikujących się do pomocy nie otrzymuje przeznaczonych dla nich bonów żywnościowych. Co więcej, jedna trzecia tych, którzy je dostają, musi także chodzić do banków żywności, inni zaś rezygnują z niektórych posiłków, ponieważ bony pokrywają zgodnie z oszacowaniami potrzeby żywnościowe tylko na trzy tygodnie w miesiącu (Santens 2016).

Po piąte, bony i pomoc w naturze, celowo lub nie, stygmatyzują odbiorców i nadają im status i mentalność petentów. Po szóste, skłaniają do dostarczania towarów i usług niskiej jakości i wywołują wśród administracji pogardę wobec świadczeniobiorców. Bony mieszkalne w Stanach Zjednoczonych kojarzone są z rosnącymi skupiskami ubogich w biednych dzielnicach, w których bony są częściej przyjmowane przez wynajmujących (Mathema 2013).

Po siódme, bony są narażone na korupcję i/lub pogoń za rentą konkretnych grup interesu. Bony żywnościowe w Stanach Zjednoczonych są żywo promowane przez przedstawicieli Partii Republikańskiej z rolniczych stanów. W Indiach do biednych trafia mniej niż 10 procent jedzenia kupowanego przez rząd w ramach Publicznego systemu dystrybucji; prawie połowa znika w tajemniczych warunkach w drodze z magazynu do miejsca wydawania, a większa część reszty gnije w rządowych składach (Mathema 2013). Przejście na system dochodu podstawowego, bazującego na bezpośredniemu przyznaniu gotówki świadczeniobiorcom, za jednym zamachem zlikwidowałoby warstwy pośredników i potencjalny lobbing.

Dotacje żywnościowe i im podobne wydają się spełniać Zasadę różnicy w wymiarze bezpieczeństwa dzięki temu, że docierają do najmniej zabezpieczonych grup społecznych, jednak niektóre osoby z tych grup są wyłączone z takich systemów pomocy. Bony z pewnością łamią też Zasadę antypaternalistyczną i Zasadę praw przed dobroczynnością. Oprócz tego są kosztowne w zarządzaniu, nieefektywne i powiązane z korupcją i pogonią za rentą. W Ekwadorze przeprowadzono doświadczenie polegające na przyznawaniu wielu niezależnym grupom pomocy gotówkowej, bonów żywnościowych i bezpośrednio jedzenia. Okazało się, że jedynie mniej niż 10 procent otrzymujących gotówkę wolałoby inną formę pomocy, natomiast jedna czwarta lub jedna trzecia pozostałych pragnęła zmiany (Hidrobo et al. 2014). Badani, którzy otrzymali gotówkę, cenili sobie możliwość wydania części pieniędzy na inne niezbędne produkty oraz oszczędzania. To i wiele innych badań pokazuje, że ludzie wolą gotówkę niż to, czego zdaniem biurokratów najbardziej im brakuje.

Gwarancja zatrudnienia

Niektórzy twierdzą, że „gwarancja zatrudnienia” byłaby korzystniejsza niż dochód podstawowy, ponieważ praca posiada jakąś dającą szczęście, integralną wartość, wykraczającą poza uzyskiwany dochód (poczucie przynależności i wkładu w społeczność, uporządkowanie czasu, interakcja z innymi pracownikami i tak dalej). Zwolennicy gwarancji zatrudnienia to między innymi Lord (Richard) Layard w Wielkiej Brytanii, były „car szczęścia” Tony’ego Blaira (Gregg i Layard 2009), i Harvey oraz Quigley w Stanach Zjednoczonych (wcześniej zaś Minsky) (Harvey 2003; Harvey 2013; Quigley 2003; Minsky 2013).

Wątpliwości wobec tej polityki częściowo odnoszą się do następnej z możliwych polityk, czyli workfare. Gwarancja zatrudnienia byłaby zwodnicza. Jaki rodzaj zatrudnienia bylibyśmy w stanie zagwarantować? Za jaką stawkę? Jaka byłaby konsekwencja odrzucenia oferty konkretnego zagwarantowanego miejsca pracy? Kompletną mrzonką jest zagwarantowanie każdemu pracy, która go interesuje, wykorzystuje jego zdolności i jest dobrze opłacana, więc w praktyce mielibyśmy do czynienia z zatrudnieniem na niskim szczeblu, źle opłacanym, krótkoterminowym, nieprzydatnym albo przynajmniej mało produktywnym. Sprzątanie ulic, ustawianie towaru na półkach i inne proste prace raczej nie stanowią drogi do szczęścia. Zwolennicy gwarancji zatrudnienia z pewnością nie chcieliby takiego zatrudnienia dla siebie ani swoich dzieci.

 Jednym z powodów poparcia dla gwarancji zatrudnienia są badania sugerujące, że bezrobotni są mniej szczęśliwi niż zatrudnieni. Nic dziwnego. Przymusowe bezrobocie przy nędznym, trudnym do zdobycia i zachowania, stygmatyzującym i niepewnym zasiłku nie stanowi szczęśliwej sytuacji. Co innego dobrowolne pozostawanie bez pracy, nienapiętnowane i z bezpieczeństwem dochodu. Jak pisała Kate McFarland „nie chodzi o to, że nasza kultura ceni zatrudnienie, które samo w sobie nas uszczęśliwia; chodzi raczej o to, że często sprawia ono, że jesteśmy szczęśliwsi, bo utknęliśmy w kulturze ceniącej zatrudnienie” (McFarland 2016). Mimo to sondaże Gallupa konsekwentnie pokazują, że mniej niż jedna trzecia amerykańskich pracowników czuje się zaangażowana (pełna entuzjazmu i poświęcona zajęciu) w swoją pracę, ze szczególnym uwzględnieniem millenialsów i wykonujących mało cenione, rutynowe zawody. Na całym świecie poniżej jednej piątej zatrudnionych czuje zaangażowanie.

Propozycje szerzenia zatrudnienia, na przykład poprzez skrócenie czasu pracy, często przechodzą w gwarancję zatrudnienia. Emran Mian, dyrektor Social Market Foundation, jest za redystrybucją pracy „nawet, jeśli miałaby zmniejszyć wydajność ekonomiczną, zamiast rozdawać pieniądze” (Mian 2016). New Economics Foundation podaje, że krótszy tydzień pracy zmniejszyłby bezrobocie (Coote i Franklin 2013). Trudno jednak uwierzyć, by można to było osiągnąć na drodze regulacji prawnych, o czym przekonali się Francuzi z ich trzydziestopięciogodzinnym tygodniem. Ustawowa redukcja czasu pracy bez wsparcia dochodem podstawowym doprowadziłaby do zubożenia wielu ludzi pracujących za niskie płace i nie przysłużyłaby się stworzeniu nowych miejsc pracy.

Większość rzeczników gwarancji zatrudnienia ignoruje także fakt, że gospodarki rynkowe potrzebują pewnego poziomu bezrobocia do poprawnego funkcjonowania. Klasyczny artykuł autorstwa A.W. Phillipsa z 1958 roku wskazuje na odwrotną relację między poziomem bezrobocia a stopą inflacji. Mimo że dokładny powód tego związku do tej pory jest przedmiotem dyskusji, wielu ekonomistów uznaje „naturalny” poziom bezrobocia zapewniający stabilną inflację (zwykle określany jako NAIRU lub bezrobocie stabilizujące poziom inflacji). W gospodarce rynkowej żaden rząd nie jest więc w stanie zagwarantować zatrudnienia każdemu chętnemu.

Gwarancja zatrudnienia, o ile da się ją zoperacjonalizować, mogłaby spełniać Zasadę różnicy w wymiarze bezpieczeństwa, gdyby istniała możliwość zapewnienia odpowiednich miejsc pracy wszystkim osobom z niepełnosprawnością lub ograniczeniami. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Miejsca pracy zazwyczaj wędrują do ludzi młodych, z zamiarem zapobieżenia ich „marginalizacji”. Omawiana polityka z pewnością narusza wolność republikańską oraz warunki sprawiedliwości społecznej, ponieważ narzucając obowiązki na pewne grupy, nie narzuca ich na najbardziej wolnych; oprócz tego stwarza zasadę dobroczynności przed prawami. Czy rzeczywiście każda osoba mogłaby mieć zagwarantowane pożądane zatrudnienie, albo chociaż takie, które odpowiada jej kompetencjom? Trudno to sobie wyobrazić.

Workfare

Workfare stanowi naturalną konsekwencję reform państwa dobrobytu mających miejsce od lat 80. Zgodnie z tym, co dawno temu przewidział autor (Standing 1990)[6], po tym jak rządy zadecydowały o wznowieniu kryterium dochodowego jako jednego z głównych elementów systemu zabezpieczenia społecznego, wprowadzenie workfare było nieuchronne.

Jeśli pomoc społeczna opiera się na wskazywaniu „biednych”, wkrótce powstaje rozróżnienie między tymi, którzy są biedni bez swojej winy, oraz tymi, którzy „wybrali” biedę albo stali się biedni przez swoje błędy i osobiste niepowodzenia. Ta ograna dychotomia znana jest od zarania polityki społecznej i „dobroczynności”. Kiedy jednak decydenci idą tą drogą, zmuszeni są do podjęcia następnego arbitralnego rozróżnienia. Tylko ci, którzy zaakceptują pracę proponowaną przez państwo w zamian za świadczenie „zasługują” na to świadczenie. Inaczej należy ich „objąć sankcjami”.

Workfare w jego nowoczesnym kształcie narodził się w latach 80. w amerykańskim stanie Wisconsin, gdzie przedstawiciele Partii Republikańskiej wprowadzili wymóg przyjęcia z konieczności niskopłatnej pracy dla wszystkich ubiegających się o zasiłek. Jak się można spodziewać, zmniejszyło to liczbę wniosków, co miało rzekomo dowodzić, że wcześniej wiele osób oszukiwało, zgłaszając się po świadczenia, lub też ich wcale nie potrzebowało.

Republikanie niebawem poparli to rozwiązanie w Kongresie, przygotowując projekt epokowej reformy prezydenta Billa Clintona z 1996 roku, która wypełniła jego obietnicę wyborczą o „końcu opieki społecznej, jaką znamy”. Personal Responsibility and Work Opportunity Reconciliation Act ograniczył czas otrzymywania przez ludzi zasiłków, wprowadził ściślejsze kryteria kwalifikacji i narzucił wymagania dotyczące zatrudnienia. „Zasiłek-za-pracę” stał się później mantrą polityków i partii trzeciej drogi na całym świecie, zaś regulacje w duchu workfare rozprzestrzeniły się na wszystkie kraje uprzemysłowione.

Brakuje wprawdzie miejsca na szczegółową analizę tego doświadczenia, jednak istnieje wiele dowodów na to, że amerykański workfare obniżył wydatki na opiekę społeczną kosztem wpadnięcia wielu rodzin w jeszcze trudniejszą sytuację materialną (The Economist 2016, 11–12). To samo można powiedzieć o programach workfare w innych krajach, które spychają ludzi do wykonywania niskopłatnych prac albo odcinają zasiłek tym, którzy odmawiają lub nie są w stanie ich podejmować. Niezależnie jednak od tych wyników, workfare jest szkodliwą polityką.

Workfare zawiera w sobie przymus i narzucenie „obowiązku pracy” na świadczeniobiorców, które jednocześnie nie obejmują innych. Jest także paternalistyczny w swoim założeniu, że państwo najlepiej wie, co jest najlepsze dla jednostki i dla społeczeństwa. Stanowisku głoszącemu rozwijanie umiejętności i „nawyku pracy” przez workfare przeczy rodzaj zatrudnienia oferowanego bezrobotnym, podobnie zresztą twierdzenie o integracji społecznej przez workfare jest nieprawdziwe, ponieważ ludzie bez zatrudnienia są w tym układzie społecznie zmarginalizowani lub „wykluczeni”.

Spychanie ludzi w nierozwojowe, krótkoterminowe zatrudnienie utrudnia im ich własne poszukiwania pracy, naukę lub szkolenie, potencjalnie zmniejszając ich możliwości wymknięcia się z ubóstwa i niepewności ekonomicznej. Istnieją nawet dowody na obniżenie dochodów na przestrzeni życia przez udział w workfare, co miałoby wynikać z kierowania ludzi do prostych, tymczasowych prac niepasujących do ich kwalifikacji i doświadczenia (Collins 2008).

Workfare ma także dysfunkcyjny i deformujący wpływ na rynek pracy. Wywiera nacisk na obniżanie płac przez dostarczanie taniej siły roboczej konkurującej z zatrudnionymi na podobnych stanowiskach na otwartym rynku pracy. Ludzie ci, już należący do najbardziej narażonych i pozbawionych bezpieczeństwa, mogą nawet stracić pracę dlatego, że da się ich zastąpić przez uczestników workfare.

Główne polityczne powody istnienia workfare nie mają nic wspólnego z „uszczęśliwianiem” ludzi. W rzeczywistości wynikają jedynie z chęci obniżenia zobowiązań państwa wobec gorzej sytuowanych i faktu, że rządy nie dysponują wieloma środkami poza przymusem w warunkach programów pomocy społecznej opartych na kryterium dochodowym zniechęcających finansowo do podejmowania niskopłatnej pracy. Ten ciąg argumentacyjny ma swoje źródło w wadliwym projekcie. Workfare narusza Zasadę różnicy w wymiarze bezpieczeństwa, krzywdząc najmniej zabezpieczonych. Celowo narusza także Zasadę antypaternalistyczną. Jest w końcu polityką sprzeczną z jakąkolwiek wizją wolności i sprawiedliwości społecznej.

Ulgi podatkowe

Ulgi podatkowe stały się domyślną opcją rządów socjaldemokratycznych w państwach rozwiniętych od czasu zaistnienia nacisku na płace związanego z globalizacją i „elastycznymi” rynkami pracy. Ulgi podatkowe bilansują niskie płace do poziomu zarabianego przychodu. Z konieczności systemy tego typu są złożone i opierają się na raczej arbitralnych warunkach uprawnienia.

Ulgi podatkowe zaczęły się w Stanach skromnie, od Earned Income Tax Credit (EITC) w latach 70. Następnie znacznie rozwinięto je podczas prezydentury Billa Clintona w latach 90., co sprawiło, że stały się najdroższym systemem pomocy społecznej na świecie, kosztując niemal 80 miliardów dolarów rocznie. Jedna czwarta wszystkich Amerykanów jest uprawniona do ulg podatkowych, a ponad 26 milionów otrzymało je w roku podatkowym 2015, co daje średnio 3200 dolarów na rodzinę z dziećmi. Dorośli nie posiadający dzieci są w większości wykluczeni z systemu.

W Wielkiej Brytanii ulgi podatkowe miały także skromny początek w 1999 roku. Ulgi podatkowe, będące dodatkami dla osób o niskich zarobkach (Working Tax Credits) oraz ulgi podatkowe na dzieci (Child Tax Credits) dla rodziców o niskich dochodach zostały wprowadzone w 2003 roku i stały się kluczowe dla reform społecznych i rynku pracy przeprowadzanych przez Nową Partię Pracy. Do lat 2013–2014 koszt programu urósł do 30 miliardów funtów rocznie, co stanowi 14 procent całych wydatków na opiekę społeczną, a liczba zależnych od ulg podatkowych wzrosła do 3,3 miliona z nieco ponad 2 milionów dziesięć lat wcześniej. Włączając w to dopłaty do czynszu i podatku miejskiego dla zatrudnionych, wydatki rządu na kompensację niskich płac wzrosły do 76 miliardów funtów rocznie, co stanowi jedną trzecią wszystkich wydatków na pomoc społeczną i z pewnością największy transfer społeczny, nie licząc emerytur (Ferguson 2015). 

Brytyjskie ulgi podatkowe są włączane w nowy system Powszechnego kredytu, który łączy niektóre świadczenia, jednak obciążony jest tymi samymi wadami, co ulgi podatkowe dla pracujących i inne świadczenia objęte kryterium dochodowym. Główną z nich jest nieszczęsna pułapka ubóstwa o krańcowej stopie „podatkowej” dochodów sięgającej 80 procent lub więcej. W Stanach podobne, a nawet wyższe stopy „podatkowe” zniechęcają do zwiększenia przychodów, kiedy ulgi przestają obowiązywać. Z pewnością zarówno w Stanach, jak i w Wielkiej Brytanii system ten sprawił, że mniej zarabiający członkowie gospodarstw domowych uprawnionych do ulg, zazwyczaj kobiety w związkach małżeńskich, zaczęli zmniejszać wymiar godzin płatnej pracy lub opuszczać rynek pracy (Nichols i Rothstein 2016; Brewer i Browne 2006).

Ulgi podatkowe rodzą też błędy i drobne oszustwa. Zgodnie z danymi Amerykańskiego urzędu podatkowego około jedna czwarta wszystkich ulg podatkowych jest zgłaszana nieprawidłowo, generując koszty w wysokości 14 miliardów dolarów rocznie (Tanner 2015, 17). Przeciwnicy pomocy społecznej wskazują na oszustwa, niektóre lub nawet większość z nich może jednak wynikać ze złożoności systemów, która prowadzi do błędów i nieporozumień. W Wielkiej Brytanii odbiorcy ulg podatkowych muszą podawać urzędowi skarbowemu oszacowanie dochodów – może to być trudne, a nawet niemożliwe, jeśli dochody i przepracowane godziny często ulegają zmianom. Jeśli dochody ukazują się przewyższać oszacowanie, korzystający z ulg, zgodnie z definicją mało zarabiający, są zmuszeni do zwrotu nadpłaty, co prowadzi ich do dalszego zubożenia i wzrostu zadłużenia (Rawlinson 2014).

Ulgi podatkowe dotują kapitał, niezależnie od ich wpływu na ubóstwo i dochody pracowników najemnych. Jedno z oszacowań wskazuje, że w Stanach Zjednoczonych każdy dolar przeznaczony na EITC wiąże się z zyskiem 73 centów dla pracownika, zaś 27 centów dla pracodawcy – dzięki niższym płacom (Rothstein 2009). Podobnie w wypadku Wielkiej Brytanii naukowcy doszli do wniosku, że trzy czwarte wartości ulg podatkowych wędruje do pracowników, reszta do pracodawców (The Economist 2015).

Oczywistą wadą ulg podatkowych jest fakt, że, z kilkoma wyjątkami, pomagają jedynie zatrudnionym. Ci, którzy nie mogą zdobyć pracy, lub z jakiegoś powodu nie pracują, zostają wyłączeni. Ulgi podatkowe blokują też postęp technologiczny. Redukcja kosztów pracy obniża wywieraną na przedsiębiorcach presję do wprowadzania zwiększających produktywność innowacji. W końcu, ulgi podatkowe łamią zasady sprawiedliwości społecznej oraz wolności i mają przewrotne skutki ekonomiczne i na rynku pracy.

Powszechny kredyt

W trakcie pisania tej książki na początku 2017 roku brytyjski rząd nadal przechodził przez niezwykle długi i kosztowny proces wprowadzania tak zwanego „Powszechnego kredytu”. Po ogłoszeniu w 2010 roku, funkcjonował on od roku 2013 w bardzo ograniczonej skali i, po serii opóźnień i utrudnień, ma zostać w całości wprowadzony do 2022 roku. Plan ten jest unikatowy w przypadku Wielkiej Brytanii, ucieleśnia jednak wiele elementów występujących globalnie w reformach polityki społecznej.

Powszechny kredyt nie jest ani „powszechny”, ani nie jest „kredytem”. Ma na celu integrację sześciu oddzielnych świadczeń opartych na kryterium dochodowym oraz ulg podatkowych, nie można go więc nazwać „powszechnym”, bo kierowany jest tylko do mało zarabiających. Uwzględnia też ścisłe obwarowania dotyczące zachowania, co obraca w ponury żart słowo „powszechny”.

Jednostki lub gospodarstwa domowe otrzymają miesięcznie wypłacany transfer dochodów wyrównujący kwotę, którą zarobili w poprzednim miesiącu, licząc od konkretnego dnia. Nie uwzględnia to faktu, że dochody wielu nisko uposażonych gospodarstw domowych wahają się z miesiąca na miesiąc i z tygodnia na tydzień, na przykład wraz ze zmianą liczby przepracowanych godzin[7]. Przeprowadzone w Stanach badanie wykazało, że trzy czwarte osób z dolnych 20 procent zarabiających doświadczyło miesięcznych zmian dochodowych wynoszących 30 procent lub więcej (cyt. za Painter 2016). Wypłata zaległości oznacza, że nie jest to „kredyt” ani tym bardziej z góry znana kwota. Do tego bazowanie na poprzednim miesiącu nie odzwierciedla bieżących warunków.

Z Powszechnym kredytem wiąże się niebezpieczna pułapka ubóstwa o progu 63 procent. Po doliczeniu podatku i ubezpieczenia społecznego, a przy tym utracie uzależnionego od dochodu i niewliczonego w Powszechny kredyt zasiłku na podatek lokalny, świadczeniobiorcy mogą mieć do czynienia z krańcową stopą opodatkowania przekraczającą 80 procent licząc od całkowitego dochodu. Pułapkę prekarności pogłębia z kolei przepis o czterdziestodwudniowym okresie oczekiwania na pierwszą płatność (do 60 dni, wliczając w to opóźnienia administracyjne), co spycha wielu wnioskodawców w zadłużenie, zaległości czynszowe i uzależnienie od banków żywności.

Powszechny kredyt jest w większym stopniu obwarowany warunkami i karzący niż świadczenia, które ma zastąpić, ponieważ narzuca wymóg „zaangażowania wnioskodawcy” nie tylko na bezrobotnych szukających i podejmujących pracę, ale także zatrudnionych na część etatu, zmuszonych do poszukiwania dodatkowych godzin. Świadczeniobiorcy uznani za niewystarczająco zdeterminowanych do pracy na pełny etat mogą utracić zasiłek nawet na trzy lata. System ten rozciąga warunkowy charakter świadczeń na większą grupę ludzi niż wcześniej, włączając w to partnerów osób zatrudnionych.

Wnioskodawcy będą monitorowani w pracy i poza nią przez „trenerów pracy” i „doradców wsparcia rozwoju”, by upewnić się, że spełniają warunki. Koszty armii trenerów pracy z pewnością będą olbrzymie, a nawet jeśli nie, to rozwiązanie to skazane jest na porażkę. Decydenci mogą łudzić się, że ten orwellowski z ducha pomysł służy pomocy, jednak w istocie jest paternalistyczny, inwazyjny, stygmatyzujący i prowadzi do codziennych upokorzeń zmuszających niektórych z wnioskodawców do wycofania się z systemu z powodu wstydu. Pojawiają się jednak niestety sygnały, że taki właśnie obrót spraw jest pożądany. „Zaangażowanie wnioskodawców” jest wprawdzie porównywane przez twórców do umowy zatrudnienia, nie ma z nią jednak nic wspólnego, skoro jest wnioskodawcom narzucane, a powodujące zubożenie sankcje mogą być wymierzane przez biurokratów bez rzetelnego procesu.

Co więcej, Powszechny kredyt przez uzależnienie od kryterium dochodowego w stosunku do gospodarstwa domowego zachęca do zakładania i utrzymywania jednoosobowych gospodarstw. Druga osoba w związku zarabia mniej niż pierwsza, dlatego, przewrotnie, Powszechny kredyt zachęca też pary do zrywania. Od 2016 roku świadczenie nie jest wypłacane dla trzeciego i kolejnych dzieci, tylko dla pierwszych dwóch. Powszechny kredyt jest więc moralistyczny i karze duże rodziny, mogące mieć większe potrzeby.

Najgorszą cechą Powszechnego kredytu jest opieranie go na groźbach i sankcjach zamiast zachęty do pracy. Wywiera przez to nacisk na obniżanie płac i pogłębia nierówności na rynku pracy. Trudno brać na poważnie oświadczenia rządu, jakoby „Powszechny kredyt wypełniał obietnicę rządu dotyczącą przemiany warunków społecznych z niskich płac i wysoką pomoc społeczną na wysokie płace i niskie zasiłki” (Department for Work and Pensions 2015). Nie ma możliwości, by Powszechny kredyt spowodował wzrost płac. Poza tym w przeciwieństwie do dochodu podstawowego wyraźnie faworyzuje pracę zarobkową a dyskryminuje inne, potencjalnie bardziej wartościowe formy pracy.

Wymienione wcześniej rażące wady Powszechnego kredytu sprawiają, że zachowanie polityków i badaczy społecznych bezczynnie przyglądających się jego wprowadzaniu trzeba uznać nie tylko za zaskakujące, ale i hańbiące. Każdy troszczący się o wolność i sprawiedliwość powinien krytykować reżim grożący zubożeniem ludzi bez rzetelnego procesu, wprowadzający system szpicli ścigających pozbawionych bezpieczeństwa ludzi i promujący wykluczenie, zniechęcający do podjęcia pracy i stygmatyzujący poprzez promowanie kryterium dochodowego. Powszechny kredyt prawdopodobnie zepchnie więcej ludzi w niskopłatne prace, a w ogólnym rozliczeniu obniży też płace prekariatu.

Parlamentarzyści Frank Field i Andrew Forsey podsumowują: „historycy polityczni mogą być zainteresowani tym, w jaki sposób program w takim stopniu zagrożony ryzykiem i potencjalnie kosztowny stał się flagowym programem reformy pomocy społecznej rządzącej koalicji przy znikomej debacie publicznej i rządowej” (Field i Forsey 2016, 73).

Negatywny podatek dochodowy

Propozycja negatywnego podatku dochodowego (NPD), kojarzona przede wszystkim z Miltonem Friedmanem, często postrzegana jest jako forma dochodu podstawowego, sam Friedman z resztą przedstawiał ją w taki sposób, między innymi w wiadomości przesłanej do BIEN (Basic Income Earth Network, Światowa sieć dochodu podstawowego). Należy jednak podkreślić dwie podstawowe różnice. Negatywny podatek dochodowy związany byłby z dochodem lub zarobkami rodziny i (podobnie jak ulgi podatkowe w Stanach Zjednoczonych) wypłacany z mocą wsteczną po zakończeniu roku podatkowego. Tak naprawdę byłby to selektywny system oparty na kryterium dochodowym ze wszystkimi jego wadami.

Drugi z aspektów oznacza, że wypłacana kwota nie byłaby znana z wyprzedzeniem i prawie na pewno nie byłaby dostępna w momencie najpilniejszej potrzeby. Przypominałoby to raczej nadzwyczajne zyski (albo roczne odsetki od kapitału) niż bezpieczeństwo wynikające ze stałego źródła podstawowego dochodu.

Co więcej, amerykańskie eksperymenty z NPD w latach 70. XX wieku pokazały, że ludzie dostawali bodziec do zaniżania zgłaszanej pracy i zarobków tak, by otrzymać dodatek z tytułu NPD. Dochód podstawowy nie stwarzałby tego rodzaju pokusy nadużyć. Podsumowując powyższe, negatywny podatek dochodowy nie wypada tak dobrze, jak dochód podstawowy w stosunku do zasad sprawiedliwości społecznej.

Prywatna dobroczynność

W końcu, niektórzy utrzymują, że państwo powinno wycofać się ze wszelkich form pomocy społecznej i pozostawić opiekę nad ludźmi w potrzebie jednostkom i „organizacjom charytatywnym”. Prawicowi libertarianie chcieliby w idealnych warunkach bazować w całości na dobroczynności, nie chcą jednak tego przyznać, ponieważ masowa hojność na wymaganą skalę byłaby zbyt wielkim oczekiwaniem. Istnieją jednak bardziej fundamentalne racje przemawiające przeciwko poleganiu w większym stopniu na dobroczynności i filantropii.

Dobroczynność opiera się na poczuciu „litości”, a, jak zauważył filozof David Hume, od litości blisko do pogardy. Prywatna dobroczynność jako główny filar polityki społecznej mogłaby zadowolić libertarian, ale poważnie narusza centralną ideę republikańskiej wolności od dominacji. Poleganie na dobrej woli innych jest niespójne z pełną wolnością. Wręcz przeciwnie, narusza wolność darczyńcy, tak samo jak obdarowanego.

Rozprzestrzenianie się dobroczynności w znacznym stopniu odzwierciedla wielorakie wady pomocy społecznej opartej na kryterium dochodowym, nieuczciwości wyznaczania warunków, celowych sankcji obarczających najbardziej narażonych ludzi i szerzeniu niepewności ekonomicznej. W Wielkiej Brytanii, dla przykładu, ponad 40 procent skierowań do banków żywności kierowanych przez dużą organizację charytatywną Trussell Trust wynika z opóźnień w wypłacie świadczeń oraz sankcji (Harrison-Evans 2016).

Fakt, że wielu ludzi w współczesnym społeczeństwie udaje się do banków żywności i schronisk wskazuje na klęskę polityki społecznej. Prywatna filantropia powinna na powrót zostać zmarginalizowana, stanowi bowiem niedemokratyczny sposób kształtowania społeczeństwa i wybiórczego dobrobytu jednostek, grup i społeczności.

Klęska alternatyw

Większość alternatyw wobec dochodu podstawowego wypada źle w stosunku do zasad sprawiedliwości społecznej, co pokazuje tabela poniżej. Niektórzy mogą spierać się z niektórymi aspektami, szczególnie biorąc pod uwagę zakładaną neutralność alternatyw do dochodu podstawowego wobec konsekwencji ekologicznych. Systemy ukierunkowane na miejsca pracy, na przykład, mają tendencję do przedkładania tworzenia krótkoterminowego zatrudnienia kosztem ochrony środowiska. Główny wniosek jest jednak taki, że wszystkie alternatywy wypadają gorzej od dochodu podstawowego.

   Zasada różnicy w wymiarze bezpie-czeństwa Zasada antypaterna-listyczna Zasada praw przed dobroczyn-nością Zasada ograniczenia ekolo-gicznego Zasada godnej pracy
Płaca minimalna Nie Tak Tak nd nd
Ubezpieczenie społeczne Nie Tak Tak nd nd
Pomoc społeczna oparta na kryterium dochodowym Nie Nie Nie nd Nie
Bony i dofinansowania Nie Nie Nie nd nd
Gwarancja zatrudnienia Nie Nie Nie nd Nie
Workfare Nie Nie Nie nd Nie
Ulgi podatkowe Nie Tak Tak nd Nie
Negatywny podatek dochodowy Nie Tak Tak nd Nie
Prywatna dobroczynność Nie Nie Nie nd Nie
Dochód podstawowy Tak Tak Tak Tak Tak

Tabela 1. Zgodność różnych systemów opieki społecznej z zasadami sprawiedliwości społecznej.

Obrońcy istniejących systemów pomocy społecznej powinni wyjaśnić dlaczego, mimo rosnących wydatków, wskaźniki ubóstwa uparcie pozostają na wysokim poziomie, a mobilność społeczna wydaje się zmniejszać. W Stanach Zjednoczonych, po ostrym spadku w okresie od lat 60. do mniej więcej 1979 roku, wskaźnik ubóstwa prawie się nie zmienia. Znaczne nakłady na świadczenia oparte o kryterium dochodowe, ulgi podatkowe, workfare, bony żywnościowe i inne ze 126 wyliczanych przez ekspertów systemów przeciwdziałających ubóstwu nie przyniosły wyraźnej poprawy (Tanner 2015, 14). Jest to z pewnością sygnałem, że potrzeba nam nowej drogi.

Przełożył Tomasz Płomiński

Wykaz literatury

Bailey, Sarah i Sophie Pongracz. 2015. Humanitarian Cash Transfers: Cost, Value for Money and Economic Impact. London: Overseas Development Institute.

Berthoud, Richard. 2007. Work-Rich and Work-Poor: Three Decades of Change. York: Joseph Rowntree Foundation.

Bhalla, Surjit, S. 2014. „Dismantling the welfare state”. Livemint, 11 czerwca.

Brewer, Mike i James Browne. 2006. The Effect of the Working Families’ Tax Credit on Labour Market Participation. Briefing Note No. 69. London: Institute for Fiscal Studies.

Center on Budget and Policy Priorities. 2016. „Chart book: TANF at 20”. cbbb.org, 5 sierpnia.

Collins, Jane Lou. 2008. „The specter of slavery: Workfare and the economic citizenship of poor women”. W New Landscapes of Inequality: Neoliberalism and the Erosion of Democracy in America, red. Micaela Di Leonardo, Jane Lou Collins i Brett Williams. Santa Fe: SAR Press: 131–152.

Coote, Anna i Jane Franklin (red.). 2013. Time on Our Side: Why We All Need a Shorter Working Week. London: New Economics Foundation.

Department for Work and Pensions. 2015. Universal Credit at Work.  Londyn: Department for Work and Pensions. https://www.gov.uk/government/uploads/system/uploads/attachment_data/file/483029/ucredit-at-work-december-2015.pdf.

Department for Work and Pensions. 2016. „Income-related benefits: Estimates of take-up”. DWP, 28 lipca.

Drèze, Jean i Amartya Sen. 2014. An Uncertain Glory: India and Its Contradictions. Princeton: Princeton University Press.

Evans, David K. i Anna Popova. 2014. „Cash Transfers and Temptation Goods: A Review of the Global Evidence”. World Bank Policy Research Working Paper WPS6886. Washington: World Bank.

Ferguson, James. 2015. „Prepare for tax hikes”. Money Week, 11 marca.

Field, Frank, i Andrew Forsey. 2016. Fixing Broken Britain? An Audit of Working- Age Welfare Reform Since 2010. London: Civitas.

Gregg, Paul i Richard Layard. 2009. A Job Guarantee. Londyn: Centre for Economic Performance Working Paper, London School of Economics. http://cep.lse.ac.uk/textonly/_new/staff/layard/pdf/001JGProposal-16-03-09.pdf.

Harrison-Evans, Peter. 2016. „A universal basic income: What would it mean for charities?”. New Philanthropy Capital, 16 sierpnia. http://www.thinknpc.org/blog/a-universal-basic-income-what-would-it- mean-for-charities/.

Harvey, Philip. 2005. „The right to work and basic income guarantees:Competing or complementary goals?”. Rutgers Journal of Law and Urban Policy  2(1):  8–59.

Harvey, Philip. 2013. „More for less: The job guarantee strategy”. Basic Income Studies 7(2): 3–18.

Hidrobo, Melissa et al. 2014. „Cash, food, or vouchers? Evidence from a randomized experiment in northern Ecuador”. Journal of Development Economics 107: 144–56.

Lawrence, Felicity. 2016. „Beyond parody: HMRC cleaners left worse off after introduction of the national living wage”. Guardian, 28 lipca.

Mathema, Silva. 2013. „Undue concentration of housing choice voucher holders: A literature review”. Poverty and Race Research Action Council (PRRAC). http://www.prrac.org/pdf/Undue_Concentration_of_Vouchers_- _lit_review_6-13.pdf.

Matthews, Dylan. 2014. „76 percent of people who qualify for housing aid don’t get it”. Vox, 31 maja. http://www.vox.com/2014/5/31/5764262/76- percent-of-people-who-qualify-for-housing-aid-dont-get-it.

McFarland, Kate. 2016. „Basic income, job guarantees and the non-monetary value of jobs: Response to Davenport and Kirby”. Basic Income News, 5 września.

Mead, Lawrence M. 1986. Beyond Entitlement: The Social Obligations of Citizenship. New York: Free Press.

Mian, Emran. 2016. „Basic income is a terrible, inequitable solution to technological disruption”. TheLong+Short, 21 lipca. https://thelongandshort.org/growth/against-basic-income.

Millar, Jane i Fran Bennett. 2016. „Universal credit: Assumptions, contradictions and virtual reality”. Social Policy and Society, 10 maja. DOI: 10.1017/S1474746416000154.

Minsky, Hyman P. 2013. „The macroeconomics of a Negative Income Tax”. W Ending Poverty: Jobs, Not Welfare. Annandale-on-Hudson, NY: Levy Economics Institute, Bard College.

Nichols, Austin i Jesse Rothstein. 2016. „The Earned Income Tax Credit (EITC)”. W Economics of Means-Tested Income Transfers, red. Robert Moffitt. Cambridge: National Bureau of Economic Research, 137–218.

Painter, Anthony. 2016. „The age of insecurity is not coming. It’s already here”. Royal Society of Arts blog, 2 maja.

Quigley, William P. 2003. Ending Poverty as We Know It: Guaranteeing a Right to a Job at a Living Wage. Philadelphia: Temple University Press.

Rawlinson, Kevin. 2014. „Thousands chased by HMRC debt collectors due to overpaid tax credits”. Guardian, 30 maja.

Rothstein, Jesse. 2009. Is the EITC Equivalent to an NIT? Conditional Transfers and Tax Incidence. Washington: National Bureau of Economic Research, Working Paper No. 14966, maj.

Santens, Scott. 2016. „The progressive case for replacing the welfare state with basic income”. TechCrunch, 9 września.

Standing, Guy. 1990. „The road to workfare: Alternative to welfare or threat to occupation?”. International Labour Review 129(6): 677–91.

Standing, Guy. 2015. „Karta Prekariatu”. Tłum. Piotr Juskowiak, Paweł Kaczmarski, Maciej Szlinder. Warszawa: PWN.

Standing, Guy. 2016. The Corruption of Capitalism: Why Rentiers Thrive and Work Does Not Pay. Londyn: Biteback.

Tanner, Michael i Charles Hughes. 2013. „The work versus welfare trade-off: 2013”, Cato Institute, cato.org, 19 sierpnia. http://object.cato.org/sites/cato.org/files/pubs/pdf/the_work_versus_welfare_trade- off_2013_wp.pdf.

Tanner, Michael. 2015. The Pros and Cons of a Guaranteed National Income. Washington: Cato Institute, p. 17.

The Economist. 2015. „Credit where taxes are due”. The Economist, 4 lipca.

The Economist. 2016. „Welfare reform: A patchy record at 20”. The Economist, 20 sierpnia: 11–12.

Torry, Malcolm. 2016. Citizen’s Basic Income: A Christian Social Policy. Londyn: Darton, Longman & Todd.


Guy Standingangielski ekonomista, profesor studiów nad rozwojem w School of Oriental and African Studies na Uniwersytecie Londyńskim. Światową sławę przyniosły mu publikacje na temat prekariatu, zmian modeli zatrudnienia oraz kryzysu państwa dobrobytu. W latach 1975-2006 pracował dla Międzynarodowej Organizacji Pracy, badając m.in. transformacje gospodarcze w krajach postkomunistycznych. Jeden z założycieli Basic Income Earth Network (BIEN). Opublikował m.in. Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa (2011, wyd. pol. 2014), Karta prekariatu (2014, wyd. pol. 2015), The Corruption of Capitalism (2016), a ostatnio Basic Income, And How Can We Make It Happen (2017).

 

DANE ADRESOWE:

SOAS University of London

Thornhaugh Street

Russell Square

London WC1H 0XG

United Kingdom
E-mail: guystanding@standingnet.com

 

CYTOWANIE: Standing, Guy. 2017. „Alternatywy dla dochodu podstawowego: przegląd krytyczny”. Tłum. Tomasz Płomiński, Praktyka Teoretyczna 2 (24): 15-38.

DOI: 10.14746/prt.2017.2.1

 

AUTHOR:  Guy Standing

TITLE:  Alternatives to basic income: a critical review

ABSTRACT: A chapter of Guy Standing’s book „Basic Income: And How Can We Make It Happen”. The author analyses several policies aimed at dealing with economic crises, inequality and poverty: minimum wage, contributory social insurance, means-tested social assistance, subsidized food, tax credits, workfare and job guarantee. He evaluates those policies with regard to social justice principles and compares them with basic income.

KEYWORDS: basic income, job guarantee, social insurance, social justice, workfare

[1] Po używane przez Standinga kryteria sprawiedliwości społecznej, zob. rozdział 2 jego książki. W skrócie: sprawiedliwość społeczna odnosi się do możliwie równego i pozbawionego dyskryminacji udziału w wytwarzanym społecznie oraz w naturalnym bogactwie. Zob. też zasady sprawiedliwości społecznej dalej w tekście (przyp. red.).

[2] Definicji republikańskiej wolności poświęcony jest rozdział 3 książki Standinga, w którym autor przytacza tradycyjną, Arystotelesowską definicję wolności w sensie republikańskim jako wolności od dominacji, zarówno tej aktualnej, jak i tej potencjalnej (przyp. red.).

[3] Szerokie rozumienie nierówności Standing omawia w rozdziale 4. Nierówności nie rozumie wyłącznie jako nierówności w ściśle ekonomicznym sensie, ale także jako nierówność bezpieczeństwa i poczucia pewności (przyp. red.).

[4] Pułapkę ubóstwa, razem z pułapką prekarności, autor opisuje w rozdziale 4 książki, a także w swoich monografiach na temat prekariatu (przyp. red.); zob. Standing 2014.

[5] Temu argumentowi można przeciwstawić koncepcję tworzenia buforowych zapasów żywności, które byłyby uwalniane w momencie wzrostu cen wynikającego z chwilowych niedoborów. Niebezpieczeństwo tego rozwiązania polega na tym, że zniechęca ono lokalnych producentów żywności do zwiększania produkcji.

[6] Argument ten został potem rozwinięty w Karcie Prekariatu (Standing 2015).

[7] Doskonałą krytykę Powszechnego kredytu przedstawiły Jane Millar i Fran Bennett (2016).

Michael A. Lebowitz – Polityczność założenia, założenie polityczności

Przełożyły Anna Piekarska i Jakub Krzeski

Abstrakt: Celem niniejszego artykułu jest przedstawienie konsekwencji, jakie dla polityki i teorii mają przyjęte przez Marksa założenia. Szczególną uwagę poświęca autor znaczeniu założenia o stałym poziomie potrzeb życiowych klasy robotniczej. W odpowiedzi na braki Kapitału, a także by postawić tezę o  nie-neutralności tego założenia, proponuje uwzględnienie własnej zmiennej x, to jest zmiennej oznaczającej stopień separacji klasy robotniczej. Owa zmienna stanowi podstawę autorskiej lektury Kapitału. Tekst jest zapisem wykładu wygłoszonego z okazji otrzymania nagrody Deutscherów za książkę Beyond Capital, w którym autor streszcza przedstawioną w niej koncepcję.

Słowa kluczowe: marksizm, Michael Lebowitz, kapitał, robotnicy, interpretacja, teoria, polityka

 

Jest mi niezmiernie miło z powodu otrzymania tej nagrody ze względu na osoby, których upamiętnianiu ma się ona przysłużyć (zwłaszcza Isaaca Deutschera, od którego nauczyłem się wiele podczas wczesnych lektur i którego pochwała Kapitału w BBC stanowiła zawsze część mojego wykładu otwierającego cykl zajęć o Marksie)[1]. Zaszczyca mnie również to, że wraz z otrzymaniem niniejszej nagrody dołączam do grupy niezwykłych osób wcześniej nią uhonorowanych, w tym Istvána Mészárosa, który w  35 lat po wygłoszeniu pierwszego odczytu po otrzymaniu Nagrody Deutscherów wciąż przypomina nam, na czym polega nasze zadanie. Mam nadzieję, że moje refleksje okażą się pomocne.

Załóżmy idealnie konkurencyjną gospodarkę kapitalistyczną, w której nie ma kosztu wejścia ani wyjścia, a próba opodatkowania kapitału na jednym obszarze powoduje, że przechodzi on do innego. Tym samym dojdziemy do wniosku, że nie ma sensu opodatkowywać kapitału.

Załóżmy, że układ produktywnych stosunków istnieje tak długo, aż nie ogranicza rozwoju sił wytwórczych. Tym samym dochodzimy do wniosku, że przyczyną ciągłego istnienia kapitalizmu jest to, że pozostaje „optymalny dla dalszego rozwoju sił wytwórczych” (Cohen 1978, 206).

Załóżmy identyczne funkcje produkcji na wyspie z rynkiem kredytowym i na wyspie z rynkiem pracy najemnej, gdzie otrzymanie pracy w zamian za płacę jest „transakcją tak prostą i wykonalną, jak otrzymanie monety za jabłko” (Roemer 1986, 269; Lebowitz 1988). Tym samym, na podstawie identycznych obliczeń matematycznych dla tych dwóch wysp, dochodzimy do wniosku, że wyzysk kapitalistyczny nie wymaga dominacji na poziomie produkcji, ale bierze się po prostu z nierówności w rozkładzie własności.

W każdym z tych przypadków wniosek obecny jest już w przesłance. Udowodnione zostaje to, co zawiera się już w założeniach. Przykłady te zwracają uwagę na konieczność badania naszych wniosków pod kątem tego, czy biorą się z naszych założeń.

A zatem – jeśli zgadzamy się z powyższym prostym stwierdzeniem – jakie wnioski obecne są w założeniu, że „w określonym kraju i określonym okresie” (Marks 1951, 182) ilość środków utrzymania potrzebnych robotnikom jest dana i „dlatego należy ją rozpatrywać jako wielkość stałą” (Marks 1951, 558)? Czy założenie to oznacza, że na wzroście wydajności pracy (productivity) jako takim nie skorzystają sami robotnicy? 

Wprowadzenie założenia

Gdy podjąłem pierwsze próby zrozumienia Zarysu krytyki ekonomii politycznej, zaniepokoiło mnie czynione przez Marksa założenie, że norma potrzeb życiowych jest stałą. Po pierwsze, w Zarysie Marks podkreśla tendencję kapitału do wytwarzania kolejnych potrzeb robotników, na której „opiera się […] obecna potęga kapitału” (Marks 1986, 210–211). W Kapitale nie znajdujemy o tym żadnej wzmianki. Jak można pogodzić ze sobą to niezwykle istotne źródło władzy kapitału i założenie, że życiowe potrzeby robotników są stałe? Wiele lat temu doszedłem do wniosku, że to rozstrzygające założenie miało zostać usunięte w zapowiadanej przez Marksa „Księdze o pracy najemnej” (Lebowitz 1977–1978).

Jeszcze inny aspekt Zarysu nie dawał mi spokoju. W pracy tej ujawnia się związek między ogólnym omówieniem kapitału, analizą jego wnętrza u Marksa, a konieczną formą istnienia kapitału jako wielu konkurujących ze sobą kapitałów. Raz po raz widzimy, jak Marks zastrzega, że konkurencja nie wytwarza wewnętrznych praw kapitału, a tylko je uwidacznia (Marks 1986, 310, 431; zob. Lebowitz 2009). Wspominał o tym na tyle często, że nie możemy tego zbyć jako niezobowiązującego spostrzeżenia. A w momencie, w którym zrozumiemy relację między istotą a pozorem kapitału, dostrzeżemy ją również wyraźnie w Kapitale, gdzie Marks wprost mówi: „należy odróżniać ogólne i konieczne tendencje kapitału od form ich przejawiania się” (Marks 1951, 340).

Jeżeli jednak konkurencja między kapitałami realizuje i ukazuje wewnętrzne prawa kapitału, powinniśmy móc otrzymać te same wyniki na obydwu poziomach analizy. Czasami jest to bardzo łatwe. Przykładowo, w toku swojego badania kapitału w ogóle Marks wyjaśnia, że dążenie kapitału do ekspansji prowadzi do prób przedłużania i intensyfikacji dnia roboczego oraz zwiększania wydajności pracy. Spójrzmy teraz na walkę pomiędzy indywidualnymi kapitałami – zobaczymy, że ich próby ekspansji doprowadzą do sięgnięcia po wszystkie dostępne środki w celu zmniejszenia kosztów produkcji i że konkurencja będzie nimi kierować dokładnie ku tym samym rozwiązaniom. Mówiąc krótko, możemy udowodnić, że „immanentne prawa produkcji kapitalistycznej przejawiają się w zewnętrznym ruchu kapitałów, działają jako przymusowe prawa konkurencji” (Marks 1951, 340).

Co wydarza się zatem na każdym z poziomów, gdy następuje wzrost wydajności pracy? Na poziomie wielu kapitałów w świecie rzeczywistym wzrost tej wydajności, przy stałej wielkości innych czynników, oznacza wzrost nakładów, spadek cen i co za tym idzie wzrost płac realnych. Na poziomie kapitału w ogóle wzrost wydajności niesie za sobą jednak nie tyle wzrost płac realnych, ale wartości dodatkowej względnej – jest to oczywiście rozumowanie, które w pierwszym tomie Kapitału, a dokładnie w rozdziale dziesiątym, przedstawia sam Marks. Jeśli jednak konkurencja odsłania wewnętrzne prawa kapitału, jak to się dzieje, że w jednym przypadku na wzroście wydajności pracy korzystają robotnicy, a w innym korzysta kapitał? Oto stojąca przed nami łamigłówka.

Wyjaśnienie znajdujemy oczywiście w założeniu, które Marks wprowadził na poziomie analizy kapitału w ogóle – przesłance mówiącej, że ilość środków utrzymania dla robotników należy traktować jako stałą dla danego okresu w danym kraju. Początkowo bronił tego założenia, podkreślając konieczność upraszczania – przyjmowania niektórych rzeczy jako stałych w punkcie wyjścia, a następnie usuwania tych założeń. „Tylko w ten sposób można przy badaniu każdego z tych stosunków nie mówić za każdym razem o wszystkich” (Marks 1972, 371). Podobnie, w tym samym czasie w rękopisach opublikowanych później jako Zarys krytyki ekonomii politycznej, podkreślał, że wprowadzanie tych stałych założeń jest niezbędne, by uniknąć „confounding everything” (Marks 1986, 677; Lebowitz 2003, 46). Czy jednak utrzymywanie tej normy potrzeb jako stałej było jedynym sposobem jego uniknięcia?

W ciągu zaledwie kilku lat, w swoich Rękopisach ekonomicznych z lat 1861-1863 Marks podał kolejną rację przemawiającą za tym założeniem. Zauważył, że fizjokraci rozpoczęli właśnie od założenia utrzymania robotnika jako stałej wielkości, co spowodowało, że prawidłowo umieścili źródło wartości dodatkowej w sferze produkcji. Marks przekonywał, że ta koncepcja płacy umożliwiającej utrzymanie stanowiła podstawę nowoczesnej ekonomii politycznej – a Adam Smith podążył w ich ślady „jak wszyscy ekonomiści godni tego miana” (Lebowitz 2003; 45).

To założenie nie ma rzecz jasna nic wspólnego z naturalnym czy fizjologicznym utrzymaniem się w istnieniu (fizjokraci skłonni byli popełniać ten błąd) – mimo że płaca umożliwiająca utrzymanie mogła być wysoka lub niska:

Jedyną istotną kwestią pozostaje, że powinna być postrzegana jako dana, z góry określona. Wszelkie problemy związane z nią jako zmienną wielkością, a nie daną, przynależą do badań pracy najemnej w szczególnym ujęciu i nie wpływają na jej ogólny związek z kapitałem (Marks 1988, 44–45).

Najistotniejszy jest zatem właśnie ten wgląd w naturę kapitału, jakiego dostarcza założenie określonej normy potrzeb życiowych. Pozwala nam uchwycić koncepcję pracy niezbędnej i wartości siły roboczej (a tym samym koncepcję pracy dodatkowej i wartości dodatkowej). Marks obstawał ponadto przy tym, że umiejętność określenia podstawy wartości siły roboczej jest „sprawą najwyższej wagi dla uchwycenia stosunku kapitalistycznego”. Dlatego też, choć wprost stwierdził, że norma potrzeb życiowych jest zmienna, to oddelegował tę kwestię do swoich szczegółowych badań nad pracą najemną:

W naszych analizach powinniśmy jednak w każdym wypadku przyjmować, że ilość i jakość środków utrzymania, a tym samym zakres potrzeb przy danym poziomie cywilizacyjnym nie jest nigdy obniżany, ponieważ to badanie spadków i wzrostów samego poziomu (a przede wszystkim jego sztucznego zaniżania) nie zmienia nic w rozumieniu ogólnego stosunku (Marks 1988, 45–47)

Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego Marks uznał poziom potrzeb życiowych za dany: (a.) upraszczające założenie było pożądane; (b.) było to założenie już upowszechnione w klasycznej ekonomii politycznej (utrzymując rozróżnienie tej szkoły od wulgarnej ekonomii); i wreszcie (c.) właśnie to założenie naświetliło naturę kapitału jako owocu wyzysku robotników. Marks mówił zatem wprost, że „poziom potrzeb życiowych, których całkowita wartość, stanowiąca wartość siły roboczej samej w sobie, może ulegać podwyższeniu lub obniżeniu” będzie kwestią, do której odniesie się później – „analiza tych różnic nie przynależy jednak tutaj, ale do teorii płac” (Marks 1977, 1068–1069)[2].

Czy jednak założenie to było neutralne? Czy naświetliło niektóre aspekty natury kapitału kosztem innych? I wreszcie, skoro wiemy, że Marks nigdy nie usunął tego założenia, czy wnioski były już obecne w nim samym?

A-neutralność założenia Marksa

Pomyślmy o konsekwencjach przyjęcia założenia o niezmienności normy potrzeb życiowych. W takim wypadku jedynym sposobem, by praca niezbędna (a także jej forma wartości, wartość siły roboczej) mogła się zmniejszyć, jest zmniejszenie się wartości danego zestawu potrzeb życiowych. „W naszych dociekaniach” – wskazywał Marks – „płace ulegają pomniejszeniu tylko przez OBNIŻENIE WARTOŚCI tej zdolności do pracy, czy też, co jest z nim równoważne, przez potanienie środków utrzymania podlegających konsumpcji robotnika” (Marks 1994, 23).

Pokrótce –jedyną zmianą płacy, jaką należy rozważać, by zrozumieć naturę kapitału, jest ta wynikająca z przekształceń warunków produkcji towarów spożywanych przez robotników. Z pola widzenia zupełnie znika jakakolwiek zmiana związana z rynkiem siły roboczej. Marks stwierdził to dość jasno:

Stopień, w jakim maszyneria doprowadza do bezpośredniego obniżenia płac zatrudnianych przy niej robotników, przykładowo przez wykorzystanie zapotrzebowania [na pracę] tych, którzy stracili zatrudnienie w celu wymuszenia obniżenia płac zatrudnionych, jest PRZYPADKIEM, którego nie obejmuje nasze zadanie. Jest przedmiotem teorii płac (Marks 1994, 23).

Wróćmy do koncepcji wartości dodatkowej względnej. Przyjmując założenie Marksa, „zmiana wartości dodatkowej zakłada ruch wartości siły roboczej spowodowany przez zmianę siły produkcyjnej pracy”. Mamy przed sobą podstawową zależność, którą, według Marksa, po raz pierwszy trafnie sformułował Ricardo (Marks 1951, 562). Tym samym, opowieść o wzroście wartości dodatkowej staje się zwykłą dykteryjką o rozwoju sił wytwórczych. To stwierdzenie Marks nieustannie powtarza w swoich omówieniach „pojęcia wartości dodatkowej względnej” (Marks 1951, 336): „immanentnym dążeniem”, stałą tendencją kapitału jest „Wzmagać siłę produkcyjną pracy, aby potanić towary i przez potanienie towarów uczynić tańszym samego robotnika (Marks 1951, 344)”.

Co jest zatem istotne w przypadku kooperacji robotników? Społeczna siła produkcyjna kombinowanej pracy przekracza sumę jednostkowych sił produkcyjnych. Wydajność wzrasta, ale to nie robotnicy, a kapitał na tym zyskuje. Co zachodzi w manufakturach? Wzrost wydajności, kapitał zyskuje. Co zachodzi w produkcji maszynowej? Wzrost wydajności, kapitał zyskuje. Morał z tej historii jest taki, że rozwój sił produkcyjnych służy kapitałowi, ponieważ dostarcza wartości dodatkowej względnej, skracając pracę niezbędną wskutek wzrostu wydajności: „ma ono na celu jedynie skrócenie czasu pracy niezbędnego do wytworzenia określonej ilości towarów” (Marks 1951, 345–346). Rzeczywiście, pojedynczy kapitaliści mogą dążyć do zniszczenia związków zawodowych, mogą wykorzystywać maszynerię, by przezwyciężyć strajki, ale kapitał jako całość, kapitał w ogóle, gra o stawkę, jaką jest „potanienie towarów spożywanych przez robotnika”.

Co w takim razie napędza rozwój kapitalizmu? Kapitał pragnie wzrostu, napędza go pragnienie wartości dodatkowej – i tylko i wyłącznie ono. Kapitał jest aktorem. Kapitał tworzy historię (choć nie w wybranych przez siebie okolicznościach). W skrócie, wyłaniający się obraz przedstawia samonapędzający się kapitał, dążący do rozwinięcia sił wytwórczych, a więc taki system, który dostarcza coraz lepszych sił wytwórczych. Gdy kapitał nie jest już w stanie rozwinąć sił wytwórczych, na horyzoncie pojawia się rewolucja. „Funkcją rewolucyjnej zmiany społecznej” – wnioskował Cohen – „jest odbezpieczenie sił wytwórczych” (Cohen 1978, 150). Skoro kapitał wytworzył lepsze, bardziej wydajne (i rzecz jasna neutralne) siły wytwórcze, zadanie polega zarówno na przejęciu tych osiągnięć i oddaniu robotnikom wynikających z nich korzyści – największe osiągnięcie kapitalizmu obok przejęcia władzy w ręce rad – jak i budowaniu w oparciu o nie.

Jak duża część tej właśnie narracji wynika z założenia stałej normy potrzeb życiowych? Jeśli przyjmiemy inne założenie – stałej stopy wartości dodatkowej (trzeci tom Kapitału, rozdział13, założenie będące podstawą tendencji spadającej stopy zysku) – efektem wzrostu wydajności, który zmniejsza wartość środków utrzymania, byłby wzrost płac realnych w tym samym tempie, co wydajności. „W tym przypadku, wskutek wzrostu wydajność pracy”, tłumaczył Marks w rękopisach z lat 1861–1863, „wielkość wartości użytkowej, którą otrzymuje, jego płaca realna wzrasta, lecz jej wartość pozostaje stała, ponieważ wciąż stanowi tę samą wielkość wydatkowanego czasu pracy jak wcześniej” (Marks 1994, 65-66; zob. Lebowitz 2003, 114–115).

Mówiąc krótko, przy tym alternatywnym założeniu o stałej stopie wartości dodatkowej, to robotnicy zyskują na wzroście wydajności pracy. Wysokość płacy pieniężnej pozostałaby niezmieniona, ale, wraz z podwojeniem sił produkcyjnych, będzie się „obecnie wyrażała w wartościach użytkowych ilościowo podwojonych, lecz stosunkowo tańszych” (Marks 1951, 562). Zgodnie z tym założeniem nie dochodziłoby rzecz jasna do wytwarzania wartości dodatkowej względnej. W następstwie doszłoby do zerwania bezpośredniego związku między wzrostem wydajności a wartością dodatkową względną.

Trzeba jednak zrozumieć, że eksplicytne wprowadzenie stopy wartości dodatkowej nie jest wcale niezbędne dla osiągnięcia następującego wyniku: płace realne rosną wraz z wydajnością. Wystarczy porzucić narzucone założenie stałej normy potrzeb życiowych. Wtedy, wraz ze spadającą wartością środków utrzymania wskutek wzrostu wydajności, przy jednoczesnym stałym poziomie innych elementów, realna wartość pieniężnej płacy robotnika wzrośnie. Podwojenie wydajności doprowadzi do spadku o połowę wartości towarów, a tym samym do podwojenia płac realnych. Gdy nie będziemy już narzucać wymogu „określonej ilości towarów” konsumowanych przez robotników, stała stopa wartości dodatkowej, przy jednoczesnym stałym poziomie innych zmiennych, wyłania się jako rezultat towarzyszący wzrostowi wydajności. To wnioskowanie na poziomie kapitału w ogóle odpowiada w tym przypadku temu, co zachodzi na poziomie konkurencji między kapitałami, przy jednoczesnym stałym poziomie innych zmiennych – lub przy tym, że zmiany wydajności wezmą się znikąd. 

Podstawą wartości dodatkowej względnej nie jest zatem, jak to zostało przedstawione w rozdziale 10 tomu 1, wzrost sił produkcyjnych. Musimy zrozumieć, że założenie Marksa nie jest neutralne. Prowadzi nas bowiem do ustanowienia dokładnie tego związku między wzrostem sił produkcyjnych a zwiększeniem wartości dodatkowej względnej. Jeżeli jednak wzrost społecznych sił produkcyjnych brałby się znikąd, przy zachowaniu wszystkich innych zmiennych, to robotnicy by na tym zyskali i nie istniałaby wartość dodatkowa względna. Dla tej wartości niezbędne jest coś innego. Czegoś brakuje w tej narracji, jaką Marks prowadzi w rozdziale dziesiątym. Pytanie brzmi: skoro brakuje tego tutaj, to czy znajdziemy to gdziekolwiek indziej?

Kolejna zmienna, kolejne założenie

By uchwycić czego brakuje, Beyond »Capital« wprowadza na poziomie wnętrza kapitalizmu specyficzne pojęcie i nową zmienną – stopień rozproszenia robotników.

Pojęcie to odzwierciedla fakt, że kapitalizmem nie powodują tylko i wyłącznie cele kapitału. Istotne są także cele robotników. Naczelnym celem kapitału jest wzrost wartości dodatkowej. Jednak robotnicy również posiadają swoje naczelne cele: walczą o czas dla siebie (nie tylko po to by odpocząć, nabrać sił, ale, jak zauważył Marks, „robotnik potrzebuje czasu na zaspokojenie swoich potrzeb intelektualnych i społecznych”); walczą o zmniejszenie intensywności dnia roboczego, by zachować odrobinę energii dla siebie; walczą także o zachowanie wartości użytkowych, które w tym momencie odpowiadają „ich potrzebom społecznym, potrzebom społecznie rozwiniętego człowieka”. U podstaw tych wszystkich potrzeb leży to, co Marks opisał w Kapitale jako „potrzebę rozwoju robotnika” (Marks 1951, 670).

W kapitalizmie istnieją zatem dwie „powinności”: „kapitalista usiłuje stale zepchnąć płacę do jej fizycznego minimum i przedłużyć dzień roboczy do jego fizycznego maksimum, podczas gdy robotnik prze stale w przeciwnym kierunku” (Marks 2005, 28). Co stanowi w takim razie o „potędze każdej ze ścierających się sił”?

Proponuję, abyśmy wyobrazili sobie zmienną (x), która przedstawiać będzie stopień rozproszenia robotników. Marks wskazuje: wraz „z rozproszeniem robotników zmniejsza się ich zdolność oporu” (Marks 1951, 499); a my możemy dopowiedzieć, że to ta zmienna x będzie determinowała zdolność robotników do walki o płacę, długość i intensywność dnia roboczego, a także – przeciwko kapitałowi w ogóle.

Wróćmy do przykładu wytwarzania wartości dodatkowej względnej. Warunkiem możliwości jej wytwarzania jest zmniejszenie pracy niezbędnej, który zostaje spełniony, gdy wydajność (q) wzrośnie bardziej niż płace realne (U). Co w takim razie determinuje losy płac realnych? Możemy je przedstawić jako funkcję stosunku wydajności do stopnia rozproszenia (q/x). Da się z tego wyprowadzić następujące przypadki:

(a.) jeżeli wydajność wzrasta, a stopień rozproszenia robotników pozostaje niezmieniony, to płace realne wzrastają w tym samym stopniu, co wydajność. W tym wypadku praca niezbędna i stopa wartości dodatkowej są stałe; robotnik zyskuje na wzroście sił produkcyjnych;

(b.) jeżeli wydajność wzrasta, a stopień rozproszenia robotników wzrasta w tym samym stopniu, to płace realne są niezmienione. W tym wypadku kapitał przechwytuje wszelkie korzyści ze wzrostu wydajności jako wartość dodatkową względną;

(c.) jeżeli wydajność wzrasta, a stopień rozproszenia robotników wzrasta, ale w mniejszym stopniu, obok siebie istnieją tak wartość dodatkowa względna i rosnąca stopa wartości dodatkowej, jak i wzrost płac realnych.

Z tej perspektywy niezbędnym warunkiem wartości dodatkowej względnej jest zatem wzrost stopnia rozproszenia robotników (czy też, od drugiej strony, spadek stopnia jedności robotników). Wzrosty wydajności nie są w stanie same w sobie objaśnić wzrostu względnej wartości dodatkowej. Jak jednak możemy coś takiego stwierdzić, skoro wiemy, że kapitał, jako właściciel produktów pracy, jest bezpośrednim beneficjentem każdego wzrostu wydajności (abstrahując od jego źródła)? Odpowiedź jest prosta: wzrost zmiennej x jest niezbędny dla wzrostu wartości dodatkowej względnej, ponieważ jeśli kapitał bezpośrednio korzysta ze wzrostów wydajności, niewiadomą pozostaje, dlaczego robotnikowi nie udaje się odnieść korzyści, skoro „mierzy swoje żądania w oparciu o zysk kapitalisty i domaga się udziału w wartości dodatkowej, którą sam stworzył” (Lebowitz 2003, 91).

Skąd zatem taki zamęt w kwestii koniecznych warunków wartości dodatkowej względnej? Właśnie dlatego, że wzrosty wydajności są przeważnie związane ze zmianami zapoczątkowanymi przez kapitał w procesie pracy, skutki wzrostu wydajności i zwiększenia się stopnia rozproszenia robotników, istnieje skłonność do nierozdzielania ich. Weźmy za przykład zastępowanie robotników maszynami, przypadek, w którym produkt mózgu społecznego z pewnością sprzyja rozwojowi społecznych sił produkcyjnych. Pytanie domagające się odpowiedzi, brzmi: czemu to nie robotnicy na tym zyskują, czemu nie są zdolni do przejęcia wzrostu w postaci płac realnych, rosnących w tym samym tempie, co wzrost wydajności. Rozdział 10 tomu 1 Kapitału nie udziela na nie odpowiedzi.

Przypomnijmy sobie jednak, że Marks wyklucza za swojego omówienia wartości dodatkowej względnej przypadek, w którym „maszyneria doprowadza do bezpośredniego obniżenia płac zatrudnianych przy niej robotników, przykładowo przez wykorzystanie zapotrzebowania [na pracę] tych, którzy stracili zatrudnienie w celu wymuszenia obniżenia płac zatrudnionych”. To właśnie tu kryje się brakujące wyjaśnienie. Przy stałej wielkości innych zmiennych, zastąpienie robotników zwiększa stopień ich rozproszenia. W efekcie wydajność rośnie szybciej niż płace realne, a powstały w ten sposób spadek pracy niezbędnej przynosi wzrost wartości dodatkowej. Co więcej, widzimy tę wewnętrzną tendencję ujawniającą się w konkurencji, w prawdziwym świecie wielu kapitałów i robotników najemnych. To w nim, przy stałej wielkości innych zmiennych, osłabiona pozycja robotników na rynku pracy powoduje nacisk na obniżanie płac pieniężnych, a więc wytwarza warunek mniejszego wzrostu płac realnych niż wydajności.

Rzecz jasna, nie zawsze wszystkie inne czynniki pozostają niezmienione. Podczas gdy kapitał usiłuje podnieść stopień rozproszenia do maksimum, „robotnik prze stale w przeciwnym kierunku”. W skrócie, nie możemy pominąć możliwości, w której robotnicy, poprzez organizację i uzwiązkowienie, zdolni są do przeciwdziałania tendencji kapitału. Podsumowując, usunięcie założenia danej normy potrzeb życiowych i uwzględnienie zmiennej x, stopnia rozproszenia robotników, ewidentnie stawia walkę klas w samym sercu dyskusji nad rozwojem kapitalizmu. 

Założenie walki klas

Walka klas nie jest, oczywiście, nieobecna w Kapitale. Gdy Marks oddelegowuje kwestię zmian w „założonej ilości” środków utrzymania do swojej „Księgi o pracy najemnej”, nie porzuca wcale omówienia walki klas. Unieruchomił jednak jedną ze stron tej walki – robotników. Jaką inną przyczynę mogło mieć uznanie płac realnych za niezmienne w kontekście wzrostu sił produkcyjnych? W Kapitale robotnicy nie napierają w przeciwnym kierunku, by podnieść swoje płace. To raczej stopień rozproszenia robotników wzrasta, by uniemożliwić im udział w zyskach z rozwoju społecznych sił produkcyjnych (Lebowitz 2003, 89–91, 117–119).

Gdy dostrzeżemy jednak, że robotnicy maja własne cele i jednoczą się w celu skutecznego prowadzenia walki, nie możemy już dłużej zakładać, że związek między wzrostem wydajności a wartością dodatkową występuje sam z siebie. Nie możemy również zakładać, że kapitał działa tak, jakby wzrosty wydajności przekładały się automatycznie na wartość dodatkową względną. Kapitał musi zanegować własną negację, by sam się ustanowić. Dzielenie i rozpraszanie robotników jest warunkiem koniecznym jego istnienia.

Zmienna x pozwala nam natychmiastowo zobaczyć część istoty kapitału, powiem więcej, nieodłączny element logiki kapitału – tendencję do separacji robotników przez przekształcanie dzielących ich różnic w antagonizm i wrogość. Marks również ją dostrzega w swoim omówieniu konfliktu między irlandzkimi a angielskimi robotnikami. Jak zauważył, ten antagonizm stanowi „tajemnicę niemocy angielskiej klasy robotniczej, pomimo jej sprawnej organizacji. Oto sekret utrzymywania się władzy klasy kapitalistycznej. Sama ta klasa natomiast jest tego w pełni świadoma” (Lebowitz 2003, 159–160). Wykorzystanie rasizmu i seksizmu nie pojawia się jednak jako część istoty kapitału w Kapitale Marksa – i nie jest to przypadek.

Podobnie, gdy zdamy sobie sprawę z istotności rozproszenia robotników dla kapitału, nie możemy dłużej postrzegać tendencji kapitału po prostu jako czegoś, co nieustannie przynosi rozrost przemysłu fabrycznego na coraz większą skalę (czego niezamierzoną konsekwencją jest centralizacja, jednoczenie i organizacja klasy robotniczej). Pragnienie wartości dodatkowej kapitału może doprowadzić do modyfikacji w sposobie produkcji, które obniżą wydajność jako taką – tak długo, jak dzielą robotników. W końcu dla kapitału istotna jest nie wydajność, ale stosunek między wydajnością a stopniem rozproszenia (q/x).

Zaiste, część kapitalistycznej globalizacji może być powodowana pragnieniem osłabienia robotników – stanowić próbę zdecentralizowania, rozbicia jedności i organizacji robotników. Czy założenie o stałej normie potrzeb życiowych pomaga nam w jakimkolwiek stopniu zrozumieć fenomen nowoczesnej globalizacji kapitalistycznej albo dążenie kapitału do wypchnięcia pracy na zewnątrz?

Dotykamy tu całego problemu natury zmian w siłach produkcyjnych opłacanych przez kapitał. Wiemy, że kapitał ma tendencję do ożywiania kooperacji między robotnikami w procesie produkcji. Jak prawdopodobne jest jednak by kapitał, dobierając formy kooperacji, wprowadził te, które wzmocnią jedność i samoświadomość robotników? Kapitał wspiera rozwój robotnika kombinowanego samego w sobie, lecz nie ma żadnego interesu w pojawieniu się robotnika kombinowanego dla siebie.

Biorąc pod uwagę, że celem kapitału jest pomnażanie wartości, a nie rozwój sił wytwórczych jako takich, stosunek wydajności do stopnia rozproszenia robotników musi być brany pod uwagę przez kapitał, gdy ten inicjuje zmiany w procesie pracy. Jednocześnie logika kapitału sprawia, że zmiany sił produkcyjnych, wprowadzane przez kapitał, nie mogą być neutralne. Owe siły wytwórcze w każdym momencie odzwierciedlają cel kapitału w obrębie kapitalistycznych stosunków produkcji; i dopóki tym celem jest wartość dodatkowa względna, dopóty siły wytwórcze muszą funkcjonować w oparciu o osłabianie jedności robotniczej.

A-neutralność dokonań kapitału, której nie da się dostrzec na podstawie Marksowskiego rozdziału 10, oznacza, że społeczeństwo, które chce wykroczyć poza kapitalizm, nie może po prostu przechwycić dokonań kapitału i przekierować zysków na rzecz robotników w miejsce kapitału. Jak proponowałem w Beyond «Capital«:

Właśnie dlatego, że celem kapitału nie jest rozwój sił wytwórczych sam w sobie, ale pomnażanie wartości, charakter narzędzi produkcji i organizacji kapitalistycznego procesu produkcji w każdym momencie wyraża cele kapitału w odniesieniu do dwustronnej walki klas. Krótko mówiąc, dopóki postępowanie kapitału jest rozważane w kontekście pracy najemnej dla siebie, a nie tylko samej w sobie, dopóty wyraźną skłonnością jest myślenie w kategoriach autonomii rozwoju sił wytwórczych i neutralności technologii. Obie te koncepcje są charakterystyczne dla ekonomizmu (Lebowitz 2003, 123).

Nie ma lepszego sposobu na uchwycenie klasowego charakteru sił wytwórczych niż przypomnienie sobie o tym, czego Marks nauczył się na temat natury państwa robotniczego jako owocu wysiłku robotników podczas walk Komuny Paryskiej. Podobieństwa są uderzające. Tak jak klasa robotnicza nie może posłużyć się „zastaną” maszyną państwową dla własnych celów, tak też nie może wykorzystać zastanej maszynerii produkcyjnej dla własnych celów. Podobnie jak w przypadku państwa kapitalistycznego, również istniejące siły wytwórcze, stworzone przez kapitał, są zainfekowane. W ich naturze leży bowiem „systematyczny i hierarchiczny podział pracy”, a produkcja kapitalistyczna przyjmuje postać „władzy publicznej zorganizowanej wokół celu społecznego zniewolenia, silnika klasowego despotyzmu” (Lebowitz 2003, 194). Nie można powiedzieć, by Marks nie dostrzegał tego despotyzmu kapitalistycznego miejsca pracy wraz z jego „koszarową dyscypliną” (Marks 1951, 457). Jak można mimo to uważać, że źródłem owej abominacji jest tylko dążenie do zwiększenia sił wytwórczych?

Zrozumienie istotności zmiennej x, czyli utrzymującego się charakteru walki klasowej, oznacza przyznanie tego, że budowa społeczeństwa zjednoczonych wytwórców wymaga od nas bezwzględnego wykroczenia poza przechwycenie państwa kapitalistycznego i poza przejęcie kapitalistycznych przedsiębiorstw produkcyjnych. Zjednoczeni wytwórcy dziedziczą je, ale muszą przekształcić je tak, by odpowiadały ich istocie: samorządności wytwórców, tej formie, która umożliwia im zmianę nie tylko czynników zewnętrznych, ale także ich samych, która wzmaga, a nie zdusza rozwój ich zdolności.

Gdy rozpoczniemy bez Marksowskiego założenia, bez unieruchamiania strony robotniczej w walce klas, nie tylko lepiej zrozumiemy kapitalizm, ale i zyskamy wgląd w proces wykraczania poza niego.

Polityczność założeń i zmiennych

Czy zaakceptowanie zła w tak różnych postaciach – ekonomizmu, determinizmu i etatyzmu – można zatem wywodzić od przyjęcia prostego założenia dotyczącego normy potrzeb życiowych? Musimy wziąć pod uwagę znaczenie wskazywania zmiennych, a także założeń przez nas poczynionych. Od Marksa powinniśmy się nauczyć, że nasze zmienne, nasze założenia, sposób, w jaki wyrażamy wzory, skupiają nasze spojrzenie na tym, co musi zostać zrozumiane.

Rozważmy zmienną, jaką jest siła robocza, zdolność do wykonywania pracy. Poprzez jej artykulację Marks umożliwił nam wyraźne odróżnienie pracy niezbędnej do reprodukcji robotnika od pracy wykonywanej przez samego robotnika w ogóle. Rzuca światło na znaczenie reprodukcji klasy robotniczej, warunek niezbędny istnienia reprodukcji kapitału, centralne pojęcie, którego nie znajdziemy w wulgarnej (czy neoklasycznej) ekonomii. Podobnie, istnieją w niej inne pojęcia, których artykulacja była dla niego tak istotna: wartość dodatkowa (niezależnie od jej rozróżnień) i praca abstrakcyjna, będąca kluczem do rozwikłania zagadki pieniądza. Czym byłby Marksowski Kapitał bez tych nowych pojęć i zmiennych, które wprowadził?

Widzimy także znaczenie, jakie dla Marksa miały założenia o zmiennych. Przypomnijmy sobie argument za przyjęciem stałej normy potrzeb życiowych. Fizjokraci dokonali milowego kroku naprzód dzięki zrównaniu płacy umożliwiającej utrzymanie z „niezbędnymi środkami utrzymania”, co stanowi też sedno ich teorii. Choć popełnili błąd, twierdząc, że tę „niezmienną wielkość” w całości determinuje natura, „przenieśli badania źródeł wartości dodatkowej ze sfery cyrkulacji do sfery produkcji bezpośredniej”. W ten sposób „położyli fundamenty pod analizę produkcji kapitalistycznej” (Lebowitz 2003, 44–45). Widzimy więc, że Marks zachował to założenie by posunąć naprzód owo „badanie źródeł wartości dodatkowej”. By pojąć naturę kapitału, podkreślał, „jedyną istotną kwestią” w przypadku normy potrzeb życiowych jest to, że „powinna być postrzegana jako dana, z góry określona”.

Pamiętamy wreszcie, że Marks rozumiał, że sposób, w jaki wzór przedstawia stosunek, może, paradoksalnie, przesłaniać specyfikę natury tego stosunku. Zauważył, że wzory stopy wyzysku i stopy wartości dodatkowej w wersji zaproponowanej przez klasyczną ekonomię polityczną są właściwe „o ile idzie o samą istotę rzeczy, ale nie opracowane świadomie” (Marks 1951, 571). Marks był jednak bardzo krytyczny wobec sposobów, w jakie wzory te przedstawiały zależności. Przekonywał, że przez odniesienie pracy dodatkowej do całości dnia roboczego i wyrażenie wartości dodatkowej jako ułamkowej części całej wartości wytworzonej, klasyczna ekonomia polityczna maskowała istotę stosunku kapitalistycznego jako stosunku wyzysku, proponując w to miejsce „fałszywy pozór stosunku stowarzyszenia” (Marks 1951, 573).

Gdzie leży problem? Z pewnością nie w fałszywości wzorów klasycznej ekonomii politycznej. W końcu wzory te zasadniczo się nie różniły – były po prostu wzorami „pochodnymi”. Problem polega na tym, że permisywizm tych wzorów pochodnych pozwolił wkraść się do nich błędnych koncepcjom, nie tylko tej, że „robotnik i kapitalista dzielą się produktem według stosunku udziałów każdego z nich w jego wytworzeniu” (Marks 1951, 573). Istniały również założenia, które można było wprowadzić bez świadomego ich sformułowania. Przez odniesienie pracy dodatkowej do całego dnia roboczego, Marks wskazywał, że:

Właściwa ekonomii politycznej metoda, polegająca na tym, żeby dzień roboczy traktować jako wielkość stałą, została wzmocniona przez stosowanie wzorów II, gdyż w nich stale porównujemy pracę dodatkową z dniem roboczym danej wielkości (Marks 1951, 573).

Jak wiemy, podejście do dnia roboczego jako danej wielkości (a więc wykluczenie go jako zmiennej) oznaczało, że klasycznej ekonomii politycznej (i niestety niektórym późniejszym interpretatorom Marksa) umykała zniewalająca natura dnia roboczego. Przez przesłonięcie przymusu wykonywania pracy dodatkowej, tak istotnej dla wartości dodatkowej bezwzględnej, źródło tej wartości ulegało mistyfikacji – czyniąc wyzysk robotnika równie przekonującym uzasadnieniem dla nadwyżki jak wyzysk kukurydzy, stali czy orzeszków.

Założenia i formy wyrazu, które otwierają drogę dla mistyfikacji, muszą zostać podważone. To coś więcej niż czysto akademicka czy naukowa kwestia. Nie bez przyczyny Marks był bardzo wrażliwy na polityczne konsekwencje założeń i wzorów. Choć z całą pewnością był człowiekiem nauki, pozostawał (jak stwierdził Engels nad jego grobem) przede wszystkim rewolucjonistą, dla którego „przyczynić się w ten lub inny sposób do obalenia społeczeństwa kapitalistycznego […] było prawdziwym powołaniem jego życia” (Engels 1949, 156).

Co w takim razie powinien sądzić ów rewolucjonista (a w istocie wszyscy rewolucjoniści) o podtrzymywaniu założenia, które traktuje obniżenie wartości towarów spożywanych przez robotnika jako immanentną tendencję, przysłaniającą dążenie kapitału do dzielenia robotników? Co myśleć o założeniu, które uniemożliwia nam dostrzeżenie, że dzieje pomnażania wartości dodatkowej to nie opowieść o rozwoju sił wytwórczych, ale – w rzeczywistości – o nieustannej zdolności kapitału do dzielenia robotników w obliczu rozwoju społecznych sił produkcyjnych? Jak powinniśmy oceniać założenie, które jako neutralne przedstawia siły wytwórcze wprowadzane przez kapitał? Ekonomizm, jaki wypływa z tego założenia, które Marks zamierzał usunąć, powinien być widoczny gołym okiem.

Teoria i historia

Kiedy jednak należy odrzucić to założenie? W Beyond »Capital« zgodziłem się z propozycją Marksa, by usunąć je w „Księdze o pracy najemnej”. Czy mimo to owo założenie nie powinno zniknąć, zanim nastąpi historyczne przedstawienie rozwoju sił wytwórczych pod panowaniem kapitalistycznych stosunków produkcji? Bądź co bądź opis manufaktury i nowoczesnego przemysłu w Kapitale służy tylko przetestowaniu teorii wartości dodatkowej względnej tak, jak została ukazana w rozdziale dziesiątym.

„Sprawdzanie przez fakty respective”, komentował Lenin odnośnie Kapitału, „jest tutaj w każdym kroku analizy” (Lenin 1988, 276). Również my wiemy, że dowodzenie prawidłowości abstrakcyjnych myśli było dla Marksa kluczowe. Jak pisał w 1867 roku do Engelsa:

Co się zaś tyczy chapter IV, to musiałem się bardzo napracować, zanim udało mi się ustalić same te rzeczy, tj. ich wzajemny związek. A gdy mi się to już udało, zaczęły się podczas ostatecznej obróbki sypać jedna po drugiej blue books i ku mojemu zachwytowi facts potwierdziły w całej rozciągłości moje wyniki teoretyczne (Marks , 398).

Marks w rzeczy samej podkreślał, że tylko po tym, jak odkryte zostaną wewnętrzne więzi (za pomocą „mocy abstrakcji”), „może być właściwie przedstawiony rzeczywisty ruch” (Marks 1951, 16)[3]. Niemniej ja argumentowałem, że Marks nie wyjaśnił wszystkich wewnętrznych więzi. Skupiając się wyłącznie na „immanentnym dążeniu” kapitału do potaniania towarów w celu potaniania samej robotnicy i ignorując immanentne dążenie kapitału do rozproszenia robotników, Marks przedstawił „ogólne i konieczne tendencje kapitału” tylko częściowo, wyłącznie jednostronnie. Czy weryfikująca samą siebie teoria nie powinna być teorią skupiającą się zarówno na wydajności, jak i zmiennej x? Na stosunku wydajności do stopnia rozproszenia robotników?

Uważam, że odpowiedź jest oczywista. Jaki opis historyczny rozwoju kapitalizmu może powstać w oparciu o założenie, wskutek którego dochodzi do petryfikacji klasy robotniczej w walce klas? Teoria, którą należałoby sprawdzić poprzez zestawienie z ilustracją historyczną, to ta rozpoczynająca się od dwustronnej walki klas, wprost uznająca walkę o stopień rozproszenia.

Pomyślmy jednak o tym opisie historycznym. Zawiera się w nim więcej niż sprawozdanie z korzyści, jakie wzrost wydajności przynosi dla tańszego wytwarzania określonej ilości towarów. Zobaczymy w nim również chociażby to, jak konkurencja ze strony kobiet i dzieci w fabrykach przełamuje opór robotników, jak robotnicy musieli rywalizować z maszynami i czemu maszyny stały się bronią przeciw strajkom, „najpotężniejszym środkiem wojennym do poskramiania buntów robotniczych” (Marks 1951, 470). Te spostrzeżenia historyczne są jednak nieliczne i rozproszone. Co najważniejsze, nie są skonceptualizowane – ich podstawa nie została opracowana w ramach wewnętrznych więzi.

W tym sensie zaprezentowana historia nie jest po prostu potwierdzeniem teorii wartości dodatkowej względnej przez „FAKTY”, przez rzeczywisty ruch”. Gdy dochodzimy do weryfikacji opisanej przez Marksa w rozdziale 10 teorii, w historycznym procesie powstawania manufaktur i nowoczesnego przemysłu pojawiają się „niewytłumaczalne odchylenia”. Dają się one jednak wyjaśnić za pomocą teorii, która uwzględnia cel kapitału w postaci osłabiania robotników i zwiększania stopnia ich rozproszenia.

By wykazać, że kapitał jest wytworem wartości dodatkowej, Marks wprost odkłada kluczowe problemy do momentu podjęcia swoich „szczegółowych badań nad pracą najemną”. Niemniej decyzja Marksa o wyłączeniu z opracowywanej teorii strony pracy najemnej i powiązanej z nią walki o stopień rozproszenia robotników, poprzedzająca przedstawienie historycznego rozwoju kapitalizmu, osłabiła zarówno jego teorię, jak i sposób postrzegania jej przez kolejne pokolenia.

Czy zdał sobie z tego sprawę? Z przedmowy Engelsa do trzeciego wydania pierwszego tomu Kapitału wiemy, że Marks „zamierzał z początku przerobić większą część tekstu tomu pierwszego, wiele zagadnień teoretycznych potraktować wyraziściej, dołączyć nowe, uzupełnić materiał historyczny i statystyczny aż do ostatniej chwili” (Engels 1951, 20). Czy kwestie teoretyczne dotyczące stopnia rozproszenia robotników, podniesione w tym tekście, znalazłyby się pośród tych sformułowanych wyraziściej czy dodanych do pierwszego tomu zagadnień teoretycznych? Nigdy nie poznamy intencji Marksa. Jednak my sami nie możemy pójść dalej bez ich sformułowania i uwzględnienia.

Teoria i polityka

Czy musimy jednak wyartykułować właśnie tę zmienną x? Czy nie możemy poprzestać na stwierdzeniu, że wystarczy mocniej podkreślać istotność walki klas i równowagi sił klasowych? Sądzę, że nie. Jakkolwiek pożyteczne by nie było ciągłe powtarzanie sformułowania „walka klas” w starciu z ekonomizmem, to nie wystarczy.

Musimy pamiętać, że wskazanie zmiennej może rzucić szczególne światło, że może oświetlić to, co do tej pory pozostawało w cieniu – i właśnie to, moim zdaniem, dzieje się w przypadku zmiennej x, stopnia rozproszenia robotników. Owa zmienna świadczy o tym, że liczy się przede wszystkim jedność klasy robotniczej. Przekonuje, że dzielenie i odseparowywanie robotników przez kapitał prowadzi do ich klęski i uniemożliwia im czerpanie korzyści ze wzrostu wydajności pracy społecznej. Wymaga od nas ciągłego stawiania dwóch pytań: I. co nas dzieli; II. jak możemy znieść te podziały.

Sugeruję, że gdy pomyślimy już o tej zmiennej, nie ma powrotu do komfortu determinizmu czy scjentyzmu ekonomistów marksistowskich, których wkład w obalenie społeczeństwa kapitalistycznego polegałby na wskazaniu właściwego rozwiązania „problemu transformacji” (zagadki, której założeń notabene alchemicy ci nie dostrzegli). Gdy skupimy się na walkach wokół stopnia rozproszenia robotników i zdamy sobie sprawę z tego, jak na te pozornie mocno ugruntowane, obiektywne zmienne ekonomiczne (takie jak stopa zysku) oddziałuje jej rezultat, wtedy (jakkolwiek przerażające może to być dla ekonomistów – czy to z wykształcenia, czy z powołania), jasna staje się nieprzewidywalność jej przebiegu.

Wprowadzenie zmiennej stopnia rozproszenia zmusza nas do wyjścia poza ekonomizm w jeszcze inny sposób. Zmienna x, rzecz jasna, nie jest wypadkową walki wyłącznie o kwestie gospodarcze. Obok niej istnieje walka przeciwko rozwijanym przez kapitał rasizmowi, seksizmowi, a także podziałom i rywalizacji między robotnikami z różnych krajów. Te walki stanowią siłę napędową dla zjednoczenia robotników, bitwy o państwo i o sferę ideologii. Walka idei stanowi w rzeczywistości sedno tych batalii. Jej stawką jest pokazanie, że kapitał nie tylko stanowi owoc wyzysku, ale że podstawą tego wyzysku jest rozproszenie robotników.

Pod tym względem jako część walki idei, jako próbę przekierowania aktywności marksistowskich myślicieli na tory rewolucyjnego Marksa postrzegać należy: po pierwsze, stwierdzenie potrzeby zrozumienia zniekształcenia, jakie wynika z założenia Marksa; po drugie, usunięcie tego założenia; po trzecie, wprowadzenie zmiennej, którą określiłem jako x. Wskutek wprowadzenia tej zmiennej wprost do naszych wysiłków teoretycznych, nasza teoria zakłada polityczność i polityczną walkę. W rzeczy samej, to polityka zaczyna nami rządzić.

Zakończyłem dziewiąty rozdział Beyond »Capital« podkreśleniem, że celem Marksowskiego Kapitału było dostarczenie robotnikom broni, za pomocą której mogli wykroczyć poza kapitalizm. Zapytałem też, dlaczego Marksowi nie udało się napisać „Księgi o pracy najemnej”. Udzieliłem następującej odpowiedzi: „domknięcie jego epistemologicznego projektu interesowało go w mniejszym stopniu niż jego projekt rewolucyjny” (Lebowitz 2003, 177). Teraz, kiedy to Hugo Chavez (inspirowany Istvánem Mészárosem) tak dobitnie przypomniał nam o oczywistej kwestii – że wybór, jaki przed nami stoi, to ten między socjalizmem albo barbarzyństwem – przyszedł czas, by przypomnieć sobie o tym rewolucyjnym projekcie. Czego innego można się spodziewać po kimkolwiek, kto za cel swojego życia postawił sobie przyczynienie się do obalenia, w ten czy w inny sposób, społeczeństwa kapitalistycznego?

Wykaz literatury

Cohen, Gerald A. 1978. Karl Marx’s Theory of History: A Defence. Princeton: Princeton University Press.

Engels, Fryderyk. 1949. „Mowa nad grobem Karola Marksa.” W Karol Marks i Fryderyk Engels, Dzieła wybrane, tom 2. Warszawa: Książka i Wiedza.

Engels, Fryderyk. 1951. „Do wydania trzeciego.” W Karol Marks, Kapitał, t. 1. Warszawa Książka i Wiedza.

Lebowitz, Michael A. 1977–8. „Capital and the Production of Needs.” Science & Society 41(4).

Lebowitz, Michael A. 1988. „Is »Analytical Marxism« Marxism?” Science & Society 52(2).

Lebowitz, Michael A. 2003. Beyond Capital: Marx’s Political Economy of the Working Class. Basingstoke: Palgrave Macmillan.

Lebowitz,  Michael A. 2009. Following Marx: Method, Crtitique and Crisis. Leiden: Brill.

Lenin, Włodzimierz. 1988. „Zeszyty filozoficzne”. W Włodzimierz Lenin, Dzieła wszystkie, t. 29. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1951. Kapitał, t. 1. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1972. „Marks do Engelsa w Manchesterze. Londyn, 2 kwietnia 1858 r.” W MED, t. 29. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1973. „Marks do Ludwika Kugelmanna w Hanowerze. Londyn, 11 lipca 1868 r.” W MED, t. 32. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1975. „Marks do Engelsa w Manchesterze. Londyn, 24 sierpnia 1867 r.” W MED, t. 31. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1986. Zarys krytyki ekonomii politycznej. Tłum. Zygmunt Jan Wyrozembski. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1988. „Economic Manuscript of 1861–63.” W Karol Marks i Fryderyk Engels, Collected Works, Volume 30. New York: International Publishers.

Marks, Karol. 1994. „Economic Manuscript  of  1861–63.” W Karol Marks i Fryderyk Engels, Collected Works, Volume 34. New York: International Publishers.

Marks, Karol. 2005. „Płaca, cena i zysk”. Warszawa: Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej. http://www.filozofia.uw.edu.pl/skfm/publikacje/marks03.pdf.

Roemer, John E. 1986. Analytical Marxism. Cambridge: Cambridge University Press.

Michael A. Lebowitz – amerykański marksista, wykładowca Uniwersytetu Simona Frasera w Vancouver, gdzie zajmował się historią myśli ekonomicznej, ekonomią marksistowską i studiami porównawczymi systemów gospodarczych. W 2004 roku pełnił funkcję doradczą w Ministerio para la Economía Social w Wenezueli. Jego najważniejsze publikacje to: Beyond Capital (1992) i Following Marx: Method, Critique and Crisis (2009).

Dane adresowe

Professor Emeriti

Simon Fraser University

Email: mlebowit@sfu.ca

Cytowanie: Lebowitz, Michael A. Polityczność założeń, założenie polityki. Praktyka Teoretyczna 3 (25): XX-XX.

Author: Michael A. Lebowitz

Title: The Politics of Assumption, the Assumption of Politics

 

[1] Podstawę niniejszego tekstu opublikowanego na łamach Historical Materialism stanowi wykład Michaela Lebowitza wygłoszony 4 listopada 2005 w Londynie z okazji przyznania nagrody Deutscherów za jego książkę Beyond Capital. Dziękujemy redakcji Historical Materialism za zgodę na tłumaczenie.

[2] Przypis od tłumaczy: Cytowany fragment pochodzi z fragmentarycznych uwag Marksa, włączonych do angielskiego wydania Kapitału (Marks 1977) jako część Rezultatów bezpośredniego procesu produkcji. W polskim wydaniu Rezultatów… (Marks 2013) nie zostały one jednak uwzględnione.

[3] Marks podkreślał tę kwestię, wyjaśniając pojęcie wartości: „gdyby w mojej książce nie było wcale rozdziału o »wartości«, to dana przeze mnie analiza realnych stosunków zawierałaby dowód i potwierdzenie rzeczywistego stosunku wartości” (Marks 1973, 603).

Silvia Federici – Kapitał a płeć

 

Przełożyli Jakub Krzeski i Anna Piekarska

Abstrakt: Pomimo że Kapitał nie podejmuje bezpośrednio kwestii płci i rodziny, nie ulega wątpliwości, że Marksowski materializm historyczny odcisnął głębokie piętno na teorii feministycznej. Jednak, jak przekonuje Silvia Federici, koniecznym jest rozróżnienie dwóch Marksów, których dzieli pogląd na kwestię płci, ale również na formy walki klasowej. O ile pierwszy z nich przemilczał kwestię pracy domowej i reprodukcyjnej, a walkę klasową powiązał wprost z pracą przemysłową, ten drugi – odkryty przez feministki lat 70. XX wieku – dostarczył narzędzi do przemyślenia szczególnych form wyzysku, jakiemu poddawane są kobiety w społeczeństwach kapitalistycznych.

Słowa kluczowe: feminizm autonomistyczny, reprodukcja, nieopłacona praca domowa kobiet, rewolucja przemysłowa, walka klas

 

Jako że spotykamy się dziś z ponownym zainteresowaniem feminizmem i marksizmem, a także poglądami Marksa na płeć, wracamy też do niektórych wniosków feministek, które kształtują również moje podejście do owych kwestii[1]. Po pierwsze, choć już we wczesnych pracach Marksa pojawia się krytyka nierówności płci i władzy patriarchalnej w ramach rodziny i społeczeństwa, istnieje zgoda co do tego, że „Marks miał niewiele do powiedzenia o płci i rodzinie” (Brown 2012, 143). Nawet w Kapitale jego pogląd na te kwestie musi być rekonstruowany na podstawie fragmentarycznych spostrzeżeń.

Niemniej jednak to prace Marksa, w mniejszym stopniu zaś jego bezpośrednie odniesienia do kwestii płci, wniosły znaczący wkład w rozwój teorii feministycznej. Jego metoda materializmu historycznego pomogła w wykazaniu konstruktywistycznego charakteru hierarchii i tożsamości płciowych (Holmstrom 2002, 360–376), natomiast Marksowskie analizy akumulacji kapitalistycznej i wytwarzania wartości dostarczyły feministkom z mojego pokolenia potężnych narzędzi, umożliwiając przemyślenie szczególnych form wyzysku, któremu poddaje się kobiety w społeczeństwie kapitalistycznym, a także relacji między „płcią, rasą i klasą”. Użytek z Marksa czyniony przez feministki poprowadził je jednak, mówiąc eufemistycznie, w innym kierunku niż ten, w którym podążał on sam.

Pisanie o płci w Kapitale oznacza zatem pogodzenie się z istnieniem dwóch różnych Marksów i dwóch odmiennych punktów widzenia na płeć i walkę klasową. Dlatego też niniejszy tekst został podzielony na dwie części. W pierwszej z nich rozpatruję poglądy Marksa na płeć tak, jak zostały wyrażone w pierwszym tomie Kapitału w jego analizie zatrudnienia kobiet w pracy przemysłowej. Zwracam także uwagę na jego przemilczenia– przede wszystkim pracę domową –które wiele mówią o zainteresowaniach kształtujących jego myślenie w momencie pisania książki. Pragnę przede wszystkim dowieść, że Marks wyłączył kwestię płci z dociekań teoretycznych po części dlatego, że „emancypacja kobiet” miała drugoplanowe znaczenie w przypadku jego prac politycznych; po części zaś dlatego, że znaturalizował pracę domową i podobnie jak cały ruch socjalistyczny w Europie, idealizował pracę przemysłową jako normatywną formę produkcji społecznej i potencjalny niwelator nierówności społecznych. Wierzył tym samym, że z czasem rozróżnienia w oparciu o płeć lub wiek ulegną rozmyciu. Nie zdołał zatem dostrzec ich strategicznego znaczenia zarówno dla rozwoju kapitalizmu, jak i walki przeciwko niemu, jako obszarów aktywności i relacji, dzięki którym reprodukcji ulega nasze istnienie oraz siła robocza; począwszy od seksualności, przez prokreację, a skończywszy na najistotniejszym – nieopłaconej pracy domowej kobiet.

Te „przeoczenia” odnośnie wagi pracy reprodukcyjnej kobiet oznaczają, że pomimo potępienia stosunków patriarchalnych Marks pozostawił po sobie analizę kapitału i klasy pisaną z perspektywy mężczyzny – „człowieka pracy”, przemysłowego robotnika najemnego, w którego imieniu powołano Międzynarodówkę i którego postrzegano jako ucieleśnienie uniwersalnego dążenia do emancypacji ludzkości. Świadczą również o tym, że wielu marksistów czuło się uprawnionych do traktowania kwestii płci (ale też rasy) jako fenomenów kulturowych, oddzielonych od klasy. To z kolei oznacza, że ruch feministyczny musiał zacząć od krytyki Marksa.

Dlatego, choć mój tekst skupia się na podejściu do płci w najważniejszych tekstach Marksa, w części drugiej dokonuję pobieżnego przeglądu rekonstrukcji jego kategorii dokonanych przez feministki w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, przede wszystkim w ramach ruchu „Płaca za Pracę Domową” („Wages for Housework”), w którym działałam. Dowodzę, że feministki z „Płacy za Pracę Domową” znalazły w Marksie podstawę dla feministycznej teorii skoncentrowanej na walce kobiet przeciwko nieopłacanej pracy domowej. Odczytywałyśmy więc analizę kapitalizmu politycznie, czerpiąc z własnych, bezpośrednich doświadczeń, w poszukiwaniu odpowiedzi na naszą odmowę partycypacji w stosunkach domowych. Dopiero wtedy mogłyśmy zastosować teorię Marksa do obszarów, które pozostawały ukryte w jego własnych pracach. Polityczne odczytanie uwidoczniło zarazem ograniczenia jego ujęcia, pokazując, że choć feministyczna perspektywa antykapitalistyczna nie może pomijać dokonań Marksa, przynajmniej dopóki kapitalizm pozostaje dominującym sposobem produkcji (Gimenez 2005, 11–12), musi poza nie wykroczyć.

Marks i płeć z punktu widzenia przestrzeni fabrycznej

Ograniczenia Marksowskiej teorii najbardziej rzucają się w oczy w pierwszym tomie Kapitału. To właśnie tu Marks po raz pierwszy podjął kwestię „płci”, nie w odniesieniu do podporządkowania kobiet w ramach rodziny burżuazyjnej, ale w kontekście warunków pracy fabrycznej kobiet w trakcie rewolucji przemysłowej. Oto „kwestia kobieca” tamtych czasów (Scott 1988, 139–160) po obu stronach kanału, gdzie ekonomiści, politycy i filantropi burzyli się przeciwko destrukcji życia rodzinnego, nowej niezależności, jaką praca dawała kobietom, a także wpływowi na protesty robotnicze, widocznemu we wzroście uzwiązkowienia i czartyzmie. Dlatego też zanim Marks rozpoczął pisanie, reformy były już w toku, dzięki czemu mógł czerpać z bogatej literatury przedmiotu, która składała się w dużej mierze z raportów inspektorów fabrycznych, zatrudnianych w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku przez rząd brytyjski, by zadbać o przestrzeganie ograniczeń czasowych pracy kobiet i dzieci.

W tomie pierwszym, przede wszystkich w rozdziałach o „Dniu roboczym” oraz „Maszynie i wielkim przemyśle”, niemiecki filozof cytuje całe strony raportów, by zobrazować strukturalne tendencje produkcji kapitalistycznej (tendencje do przedłużania dnia roboczego do granic wytrzymałości fizycznej robotnika, do zaniżania wartości siły roboczej, do wymuszania na jak najmniejszej liczbie robotników jak największej ilości pracy) i by obnażyć okropieństwa, których doświadczyły kobiety i dzieci na wszystkich etapach rozwoju przemysłowego.

To właśnie z tych raportów dowiadujemy się o szwaczkach umierających z przepracowania i z braku powietrza i jedzenia (Marks 1951, 270–272), o młodych dziewczynach, pracujących bez posiłku 14 godzin dziennie lub półnago czołgających się w kopalniach, by wydobyć węgiel na powierzchnię, o dzieciach wywlekanych z łóżek w środku nocy, „by pracować […] za […] nędzny posiłek” (1951, 245), „zarzynanych” (314) przez wampiryczną maszynę, pożerającą ich istnienie „dopóki bodaj jeden mięsień, jedno ścięgno, jedna kropla krwi pozostaje do wyssania” (324).

Niewielu myślicieli politycznych tak bezkompromisowo jak Marks opisało brutalność pracy w kapitalizmie – poza niewolnictwem – i za to należy mu się uznanie. Szczególnie przejmujące jest jego potępienie barbarzyńskiego wyzysku pracy dzieci, który okazuje się bezkonkurencyjny w całej literaturze marksistowskiej. Abstrahując jednak od elokwencji, jego ujęcie jest ogólnie rzecz biorąc bardziej deskryptywne niż analityczne i uderza w nim brak omówienia kwestii płciowych, które same się w tym kontekście nasuwają.

Nie zdaje nam chociażby sprawy z tego, jak zatrudnienie kobiet i dzieci w fabrykach wpłynęło na walki robotnicze, jakie debaty sprowokowało w organizacjach robotniczych czy jak odbiło się na relacjach kobiet z mężczyznami. Mamy za to różnego rodzaju moralizujące komentarze, sprowadzające się do tego, że praca fabryczna zdegradowała kobiety „moralnie”, promując rozwiązłe zachowania i sprawiła, że zaniedbywały obowiązki macierzyńskie. Kobiety niemal nigdy nie są przedstawiane jako sprawczy aktorzy, zdolni do walki we własnym imieniu. Przeważnie pojawiają się jako ofiary, pomimo tego, że współcześni zaznaczali ich niezależność, ich zawadiacką postawę i gotowość do bronienia własnych interesów przed zakusami czyhających na nie fabrykantów (Seccombe 1993, 121).

W Marksowskim opisie płci z perspektywy przestrzeni fabrycznej brakuje również analizy kryzysu, którego powodem było niemalże całkowite zniknięcie pracy domowej w społecznościach proletariackich, spowodowane rozprzestrzenieniem się stosunków kapitalistycznych, a także dylematu dotyczącego rozmieszczenia pracy kobiet, przed którym stanął wtedy kapitał – i stoi do dziś. Te przemilczenia są o tyle znaczące, że rozdziały, o których wspomniałam, są jedynymi, gdzie w ogóle pojawia się kwestia relacji płciowych.

Problemy płci mają marginalne znaczenie w Kapitale. W trzytomowym, liczącym tysiące stron tekście tylko na około stu znajdziemy jakiekolwiek odwołania do rodziny, seksualności czy też pracy kobiet, a częstokroć są to uwagi rzucane mimochodem. Odniesień do płci brakuje nawet tam, gdzie mogłybyśmy się ich najmocniej spodziewać, jak w przypadku rozdziałów o społecznym podziale pracy czy tych poświęconych płacy. Dopiero pod koniec rozdziału o maszynie i wielkim przemyśle znajdujemy tropy prowadzące do polityki płciowej, za którą optował Marks w pismach politycznych jako sekretarz Pierwszej Międzynarodówki. Pełniąc tę funkcję, opowiadał się przeciwko próbom wykluczenia kobiet z zatrudnienia w fabrykach (Brown 2012, 115). Poglądy te są zgodne z jego niewzruszonym przekonaniem, że kapitalizm – pomimo swojej przemocy i brutalności – był złem koniecznym, a nawet siłą progresywną o tyle, o ile rozwijając siły wytwórcze, stwarzał materialne warunki produkcji. Tylko one mogą stanowić podstawę wyższej formy społeczeństwa, takiej, gdzie pełny i swobodny rozwój każdej jednostki jest naczelną zasadą (Marks 1951, 638).

W przypadku płci rozwój kapitalistyczny, a w szczególności industrializacja utorowały drogę do bardziej równościowych relacji płciowych. Było to możliwe dzięki „wyzwoleniu” pracy z oków specjalizacji i konieczności posługiwania się siłą fizyczną oraz włączeniu kobiet i dzieci w ramy produkcji społecznej. Z jednej strony uwolniło to kobiety i dzieci od osobistej zależności i rodzicielskiego wyzysku ich pracy – znaków rozpoznawczych produkcji domowej – z drugiej zaś umożliwiło im partycypację na równych prawach z mężczyznami w produkcji społecznej.

Jak ujął to Marks, omawiając wprowadzenie podstawowej edukacji dla dzieci pracujących w fabrykach:

Jakkolwiek przerażający i odrażający jest obraz rozkładu dawnej rodziny w systemie kapitalistycznym – niemniej wielki przemysł, który kobietom oraz młodocianym i dzieciom płci obojga wyznacza poza sferą życia domowego rozstrzygającą rolę w społecznie zorganizowanym procesie produkcji, stwarza w ten sposób nowe podłoże gospodarcze dla wyższej formy rodziny i wzajemnego stosunku obu płci (Marks 1951, 529).

Marks nie dociekał jednak, jak ta nowa rodzina miałaby wyglądać i jak rozwiązano by w jej ramach kwestię „produkcji i reprodukcji”. Dodaje tylko zachowawczo:

jest rzeczą niemniej oczywistą, że tworzenie złożonego personelu roboczego z jednostek obojga płci i różnego wieku, choć w swej żywiołowej, brutalnej, kapitalistycznej formie, gdzie robotnik istnieje dla procesu produkcji, a nie proces produkcji dla robotnika, jest niewątpliwie rozsadnikiem zepsucia i niewolnictwa, w odpowiednich warunkach musi się przekształcić, przeciwnie, w źródło prawdziwie ludzkiego rozwoju (1951, 529).

Choć nie jest to wyrażone wprost, kluczem do stwierdzenia Marksa, że eliminacja sfery domowej przez wielki przemysł stworzyłaby bardziej ludzkie społeczeństwo, jest bez wątpienia przekonanie (do którego wracał zresztą w różnych rozdziałach Kapitału), że praca przemysłowa jest czymś więcej niż multiplikatorem mocy wytwórczych i (rzekomym) zabezpieczeniem społecznego dostatku. Jest również – potencjalnie – twórcą innego typu stowarzyszenia opartego na kooperacji i innego rodzaju człowieka, uwolnionego od zależności osobistej i „nieograniczonego” do jednego, konkretnego zestawu umiejętności, a tym samym zdolnego do partycypacji tak w całym wachlarzu aktywności, jak rutynie, jakiej wymaga „racjonalna” organizacja procesu pracy.

Idea przemysłowego, egalitarnego i kooperującego ze sobą społeczeństwa – zgodna z pojęciem komunizmu jako końcem poddziału pracy oraz roztaczaną w Ideologii niemieckiej (Marks i Engels 1961) wizją społeczeństwa, w którym rano człowiek będzie łowił ryby i polował, a wieczorem napisze wiersz – gdzie (parafrazując prowokacyjną wypowiedź z Manifestu komunistycznego (Marks i Engels 1962)) różnice płciowe w klasie pracującej stracą całą swoja „społeczną ważność”, może wydawać się kusząca. Nie dziwi zatem, że inspirowała kolejne pokolenia społecznych aktywistek, również feministycznych.

A jednak, jak pokazały to w latach 70. XX wieku feministki, perspektywa ta ma poważne ograniczenia. Warto odnotować cztery z nich, z których wszystkie mają konsekwencje nie tylko dla kwestii płci, ale również w odniesieniu do Marksowskiej koncepcji industrializacji i rozwoju kapitalistycznego jako sił emancypacyjnych i warunków ludzkiego wyzwolenia. Chwaląc nowoczesny przemysł zarówno za wyzwolenie kobiet z kajdan pracy domowej i władzy patriarchalnej, jak również za umożliwienie kobietom partycypacji w społecznej produkcji, Marks zakładał, że: (i) kobiety nigdy nie brały udziału w produkcji społecznej, a więc, że praca reprodukcyjna nie powinna być traktowana jako praca społecznie niezbędna; (ii) w przeszłości ograniczeniem ich udziału w pracy była niewystarczająca siła fizyczna; (iii) niezbędnym warunkiem równości płci jest skok technologiczny; (iv) co najważniejsze, antycypując argument, który marksiści będą powtarzać przez kolejne pokolenia, to praca fabryczna jest paradygmatem produkcji społecznej, a co za tym idzie, to fabryka, a nie wspólnota, jest miejscem, w którym toczą się walki antykapitalistyczne. Wszystkie te punkty muszą zostać podane w wątpliwość.

Możemy szybko uporać się z argumentem znajdującym uzasadnienie dla dyskryminacji płciowej w „sile fizycznej”. Wystarczy wskazać jako kontrargument Marksowski opis warunków pracy kobiet i dzieci w przemyśle. Raporty z fabryk, które cytował, wyraźnie pokazują z kolei, że kobiety nie były przyjmowane do pracy przemysłowej, ponieważ automatyzacja zmniejszyła ciężar ich prac (Marks 1951, 424–425), ale dlatego, że mogły być słabiej opłacane i uważano je za bardziej uległe i skłonne do poświęcania całej swojej energii na rzecz pracy. Powinnyśmy także odrzucić koncepcję, jakoby kobiety były ograniczone do pracy domowej przed nadejściem uprzemysłowienia. Przemysł domowy, od którego uwolniono kobiety, angażował niewielką część żeńskiego proletariatu i sam w sobie stanowił dość niedawny wynalazek, za którym stał upadek gildii rzemieślniczych (Henninger 2014, 296–297). W rzeczywistości zarówno przed rewolucją przemysłową, jak i w jej trakcie kobiety podejmowały się różnorakich prac, począwszy od rolnictwa, przez handel, a skończywszy na posługiwaniu i pracy domowej. Tym samym – jak pokazały Bock i Duden – nie ma żadnej historycznej podstawy dla poglądu, za którym opowiadali się Marks i inni socjaliści: że „rozwój kapitalizmu, wraz ze wzrostem pracy przemysłowej (produkcyjnej) kobiet, uwolnił i uwalnia je z wieloletnich, feudalnych kajdan pracy domowej i kurateli mężczyzn” (Bock i Duden 1980, 157).

Marks, w swojej koncepcji wielkiego przemysłu jako niwelatora różnic społecznych i biologicznych, umniejszał także wagę odziedziczonych i odtwarzanych hierarchii płciowych, które sprawiały, że kobiety doświadczały pracy fabrycznej w szczególny, różny od mężczyzn, sposób. Zauważył, że stereotypy dotyczące płci odgrywały istotną rolę w pracy fabrycznej i były stosowane na przykład do uzasadniania niższej od męskiej płacy roboczej, że „koedukacyjne” warunki pracy mogły oznaczać większe zagrożenie przemocą seksualną, kończącą się często ciążą w bardzo młodym wieku (Marks 1951, 752). Mimo to zakładał, jak widziałyśmy, że przemoc ta zostanie przezwyciężona z chwilą, gdy robotnicy przejmą władzę polityczną i wykorzystają przemysł dla własnego dobra. Po upływie dwóch stuleci industrializacji widzimy jednak, że choć nadal nie widać końca kapitalizmu, to równość w miejscu pracy, tam gdzie udało się ją osiągnąć lub chociaż do niej zbliżyć, była skutkiem walk kobiet, a nie darem maszyn.

Większe znaczenie ma utożsamienie przez Marksa pracy przemysłowej z normatywną postacią pracy i uprzywilejowaną przestrzenią produkcji społecznej. Nie pozostawia to bowiem żadnego miejsca na uwzględnienie domowych aktywności reprodukcyjnych, które, jak zwróciła uwagę Fortunati (1997), Marks dostrzegał tylko w kontekście ich niszczenia przez kapitał, zawłaszczający całość czasu kobiet[2]. Stoi to w interesującym kontraście z podejściem do relacji fabryka-dom w pracach Alfreda Marshalla, ojca ekonomii neoklasycznej. Postrzeganie przez Marksa pracy przemysłowej jako bardziej racjonalnej postaci pracy przypomina Marshallowskie „uzdolnienia ogólne”, które opisywał jako nowe umiejętności , posiadane  (ówcześnie) przez zaledwie kilku robotników na świecie: „Uzdolniania te potrzebne są w każdym zajęciu”, enabling workers to keep at any kind of work for a long time’ ponieważ pozwalają utrzymać się na każdym stanowisku pracy przez długi czas; na uzdolnienie ogólne składa się także “zdolność pamiętania  jednej chwili o wielu rzeczach (…) zdolność szybkiego przystosowania się do zmian, które należy wprowadzić w wykonywanie pracy, wytrwałość i odpowiedzialność”. (Marshall 1925 : 203 ).

Jednak Marshall, wtórując ówczesnym reformatorom, uważał, że główny wkład do produkcji tej „uzdolnienia ogólnego” stanowiło życie domowe, a zwłaszcza wpływ matki (Marshall 1925, 204). W związku z powyższym stanowczo przeciwstawiał się pracy kobiet poza domem. W przeciwieństwie do niego Marks poświęca niezwykle mało uwagi pracy domowej. Uderza to zwłaszcza w analizach społecznego podziału pracy, gdzie mowa jedynie o tym, że podział pracy w ramach rodziny ma podstawy fizjologiczne[3]. Jeszcze bardziej zdumiewające jest jego milczenie na temat domowej pracy kobiet w analizach reprodukcji siły roboczej w rozdziale zatytułowanym „Reprodukcja prosta”.

To właśnie w tym miejscu Marks podejmuje kwestię kluczową dla zrozumienia wytwarzania wartości w kapitalizmie. Mianowicie: siła robocza, nasza zdolność do pracy nie jest dana z góry. Konsumowana codziennie podczas pracy, musi być wciąż (re)produkowana, zaś (re)produkcja ta jest równie konieczna dla samopomnażania się kapitału, co „czyszczenie maszynerii” – „jest produkcją i reprodukcją najniezbędniejszego dla kapitalisty środka produkcji, samego robotnika” (Marks 1951, 616).

Innymi słowy, Marks wskazuje, co sugerował już w notatkach opublikowanych później jako Teorie wartości dodatkowej (Marks 1979), a także w Kapitale, że reprodukcja robotnika jest niezbędnym elementem i warunkiem akumulacji kapitalistycznej. Postrzegał ją jednak wyłącznie przez pryzmat „konsumpcji” i ograniczał jej realizowanie tylko do sfery produkcji towarowej. Robotnik, jak wyobrażał sobie Marks, wykorzystywał płacę do zakupienia środków niezbędnych do utrzymania się przy życiu, a poprzez ich konsumpcję – reprodukował się. To dosłownie rzecz biorąc produkcja robotników najemnych za pomocą towarów wytworzonych przez robotników najemnych. Tym samym „wartość siły roboczej jest wartością środków niezbędnych do utrzymania jej posiadacza”, a określa ją niezbędny czas pracy do wytworzenia konsumowanych przez robotnika towarów (Marks 1951, 181).

W żadnym miejscu w Kapitale Marks nie przyznaje, że reprodukcja siły roboczej obejmuje nieopłacaną pracę domową kobiet – przygotowanie jedzenia, pranie ubrań, wychowywanie dzieci, uprawianie seksu. Wręcz przeciwnie, uporczywie przedstawia robotnika najemnego jako samoreprodukującego się. Nawet kiedy rozważa potrzeby, jakie robotnik musi zaspokoić, wymieniając pośród nich jedzenie, mieszkanie czy ubranie, niezręcznie pomijając seks, dostępny czy to w ramach rodziny, czy nabywany, przedstawia go jako samowystarczalnego nabywcę towarów. Tworzy tym samym sugestię niepokalanego życia robotnika, a zepsucie związane z pracą przemysłową przypisuje tylko kobietom (Marks 1951, 430). Prostytutce odmawia się zatem statusu pracownicy i sprowadza ją do przykładu kobiety upadłej, przedstawiając jako przynależącą do „najniższego osadu względnego przeludnienia”, czyli lumpenproletariatu (Marks 1951, 695), który w 18 Brumaire’a opisuje jako „odpadki, wyrzutki, szumowiny wszystkich klas” (Marks 2011, 190).

Pojawia się kilka fragmentów, w których autor Kapitału niemalże przerywa to milczenie i po cichu przyznaje, że to, co jawi się jako „konsumpcja” dla robotnika najemnego, może być pracą reprodukcyjną z punktu widzenia jego kobiecego odpowiednika. W przypisach do fragmentu omawiającego określanie wartości siły roboczej w rozdziale „Maszyna i wielki przemysł”, Marks stwierdza „kapitał w celu pomnażania swej wartości zagarnia pracę niezbędną do zaspokajania potrzeb rodziny” (Marks 1951, 425), dodając, że:

Ponieważ niektóre funkcje rodziny, np. doglądanie i karmienie dzieci, nie mogą być w zupełności zniesione, więc matki, skonfiskowane rodzinom przez kapitał, muszą najmować częściowo bodaj zastępstwo. Roboty służące konsumpcji domowej, jak szycie, cerowanie itd., muszą być zastąpione przez kupno gotowych towarów. Zmniejszonemu wydatkowaniu pracy domowej odpowiada więc zwiększony wydatek pieniężny. Także koszty produkcji rodziny robotniczej wzrastają i wyrównują zwiększenie dochodu. Przy tym oszczędność i celowość w używaniu i przygotowywaniu środków utrzymania staje się niemożliwa (Marks 1951, 426). 

Jednak o tej pracy domowej, która „nie może być w zupełności zniesiona”, a musi zostać zastąpiona nabywanymi dobrami, nie dowiadujemy się nic więcej, więc pozostaje nam tylko zastanawiać się, czy koszt produkcji wzrasta tylko dla robotnika, czy wzrasta także dla kapitalisty, prawdopodobnie przez robotnicze walki o wyższe płace.

Nawet wtedy, gdy odnosi się do ogólnej reprodukcji robotników, Marks nie wspomina o udziale kobiet i wyklucza możliwość podejmowania przez nie jakichkolwiek autonomicznych decyzji dotyczących prokreacji. Mówi o niej jako „naturalnym przyroście populacji” (685), dodając, że „kapitalista może śmiało [go] powierzyć samozachowawczemu i rozrodczemu instynktowi robotników” (617) – to jawna sprzeczność z wcześniej cytowanym komentarzem niemal zrównującym zaniedbania obowiązków macierzyńskich przez robotnice fabryczne z dzieciobójstwem. Sugerował również, że kapitalizm nie wspiera się na zdolnościach reprodukcyjnych kobiety w procesie własnego rozrostu, zakładając ciągłe wytwarzanie „przeludnienia względnego” wskutek rewolucji technologicznych.

Próbując znaleźć przyczyny ślepoty Marksa na pracę tak wszechobecną jak praca reprodukcyjna, którą musiał codziennie oglądać w swoim domostwie, we wcześniejszych esejach podkreślałam, że w ówczesnych domach proletariuszy była ona prawie nieobecna, ponieważ cała rodzina pracowała w fabrykach od świtu do zmierzchu (Federici 2012, 94). Sam Marks prosi się o taką interpretację, kiedy, cytując lekarza oddelegowanego przez brytyjski rząd do oceny stanu zdrowia w dzielnicach przemysłowych, zauważa, że zamknięcie przędzalni, spowodowane wojną domową w Ameryce, miało przynajmniej jeden pożądany skutek. Kobiety od tego momentu bowiem „znalazły czas i możność karmienia dzieci piersią, gdy przedtem zatruwały je cordialem Godfreya (preparatem opiumowym). Znalazłyby czas, aby nauczyć się gotować. Niestety, ich sztuka kucharska przypadła na moment, gdy nie miały co jeść. […] Skorzystano również z kryzysu, aby w szkołach szycia uczyć szyć córki robotników” (Marks 1951, 425). Trzeba było rewolucji amerykańskiej, podsumowuje, i powszechnego kryzysu, aby przędące dla całego świata robotnice nauczyły się szyć!

Jednak to straszliwe, odnotowane przez Marksa zmniejszenie czasu i nakładów niezbędnych do reprodukcji robotnika nie było uniwersalnym stanem rzeczy. Robotnice fabryczne stanowiły tylko od 20 do 30 procent całej populacji pracujących kobiet. Nawet wśród nich duża część porzucała pracę fabryczną wraz z narodzinami dziecka. Co więcej, jak już widziałyśmy, konflikt pomiędzy pracą fabryczną a kobiecymi „obowiązkami reprodukcyjnymi” był kluczowy w czasach Marksa, co potwierdzają cytowane przez niego raporty fabryczne i tworzone na ich podstawie reformy. Skąd zatem te systematyczne pominięcia? I dlaczego Marks nie mógł zrozumieć, że parlamentarne wysiłki na rzecz zmniejszenia wymiaru pracy kobiet i dzieci skrywały nową strategię klasową, która odmieni tok walki klasowej?

Częściową odpowiedź stanowi bez wątpienia perspektywa Marksa, który – podobnie jak przedstawiciele klasycznej ekonomii politycznej – postrzegał pracę domową nie jako określoną historycznie formę pracy z własną historią społeczną, ale jako siłę natury i kobiece powołanie, jeden z produktów tego wielkiego „spichlerza”, jaki stanowi dla nas (jak przekonywał) ziemia. Gdy odnosił się chociażby do przepracowania i zmęczenia, wskutek których doszło do „zaniku wrodzonych uczuć macierzyńskich” u robotnic fabrycznych wobec ich dzieci (Marks 1951, 429), odwoływał się do obrazu macierzyństwa zgodnego ze znaturalizowanym podziałem ról płciowych. Mogło się do tego przyczynić i to, że na pierwszym etapie kapitalistycznego rozwoju praca reprodukcyjna kobiet, ujmując to w języku Marksa, była jedynie „formalnie subsumowana” pod produkcję kapitalistyczną[4], a zatem nie została jeszcze przekształcona, by sprostać szczególnym potrzebom rynku pracy najemnej. A jednak tak wrażliwy na kwestie historycznie i potężny teoretyk, jakim był Marks, powinien zdawać sobie sprawę, że choć praca domowa jawiła się jako odwieczna aktywność, nakierowana wyłącznie na zaspakajanie „naturalnych potrzeb”, to jej forma była w rzeczywistości jak najbardziej historyczną, szczególną formą pracy, efektem podziału na produkcję i reprodukcję, pracę opłaconą i nieopłaconą, które nigdy nie istniały w przedkapitalistycznych społeczeństwach czy szerzej, społeczeństwach niezarządzanych przez prawo wartości wymiennej. Ostrzegając nas przed mistyfikacją wytwarzaną przez stosunek pracy najemnej, powinien dostrzec, że kapitalizm od samego początku podporządkował aktywności związane z reprodukcją w postaci nieopłaconej pracy kobiet produkcji siły roboczej, a tym samym nieopłacona praca, którą kapitaliści wyciskają z robotnika, jest znacznie bardziej widoczna niż ta wyciśnięta podczas dnia pracy obejmującego nieopłaconą pracę domową kobiet, nawet jeśli jest ona zredukowana do minimum.

Czy Marks przemilczał pracę domową, ponieważ, jak sugerowano wcześniej, „nie widział sił społecznych zdolnych do przekształcenia pracy domowej i nadaniu jej rewolucyjnego charakteru”? To istotna kwestia, jeśli „czytamy kapitał politycznie” (Cleaver 2011) i bierzemy pod uwagę, że stawką jego teorii zawsze były jej następstwa dla organizacji i potencjału [politycznego – J.K. i A.P.] (Negri 1991, 182). Otwiera to następującą możliwość – Marks był zachowawczy w kwestii pracy domowej, ponieważ obawiał się jej gloryfikowania przez organizacje robotnicze i burżuazyjnych reformistów w celu wykluczenia kobiety z pracy fabrycznej[5]. Jednak w latach 50. i 60. XIX wieku praca domowa i rodzina już od dziesięcioleci były w centrum żywotnych debat między socjalistami, anarchistami i rosnącym w siłę ruchem feministycznym; eksperymentowano również z reformami domostwa i pracy domowej (Scott 1988; Hayden 1985).

Musimy w takim razie skonstatować, że brak zainteresowania Marksa kwestiami pracy domowej miał głębsze korzenie, sięgające tak jej naturalizacji, jak i dewaluacji, które sprawiały, że w porównaniu z pracą przemysłową jawiła się jako archaiczna forma, którą już wkrótce miał wyprzeć postęp uprzemysłowienia. Jakkolwiek by nie było, konsekwencją niedostatecznego uwzględnienia pracy domowej w jego teorii jest to, że proponowany przez niego opis wyzysku kapitalistycznego i koncepcja komunizmu pomijają największy obszar aktywności na tej planecie, a także główną podstawę podziałów w obrębie klasy robotniczej.

Istnieje tu analogia z miejscem „rasy” w pracach Marksa. Choć dostrzegał, że „praca w białej skórze nie może się wyzwolić tam, gdzie praca w czarnej skórze nosi na sobie piętno hańby” (Marks 1951, 323), w swoich analizach nie poświęcił wiele uwagi pracy niewolniczej i wykorzystaniu rasizmu dla wzmocnienia i znaturalizowania gwałtowniejszych form wyzysku. Jego prace nie mogły zatem rzucić wyzwania złudzeniu – przeważającemu w ruchu socjalistycznym – że interes białego robotnika reprezentował interes całej klasy robotniczej; mistyfikacja ta doprowadziła w dwudziestym wieku bojowników antykolonialnych do uznania marksizmu za nieistotny dla ich walki.

Bliżej własnego podwórka Marks nie przewidział, że brutalne postaci wyzysku, które opisywał z taką mocą, przejdą niebawem do historii, przynajmniej w większości Europy. Tego, że w obliczu zagrożenia konfliktem klasowym i możliwością wyginięcia siły roboczej klasa kapitalistów, w porozumieniu z niektórymi organizacjami robotniczymi, przyjmie nowy kurs w swojej strategii, zwiększając nakłady na reprodukcję siły roboczej i płace dla robotników, odsyłając kobiety do domów, by wykonywały więcej pracy domowej. Proces ten odmienił bieg walki klasowej.

Mimo tego, że zdawał sobie sprawę z ogromnego marnotrawstwa życia powodowanego przez system kapitalistyczny i był przekonany, że za ruchem reform fabrycznych nie stały humanitarne pobudki, Marks nie zauważył, że stawką uchwalenia „ochronnego ustawodawstwa” kryło się coś więcej niż reorganizacja pracy fabrycznej. Zmniejszenie czasu pracy kobiet otworzyło ścieżkę dla nowej strategii klasowej, przypisującej proletariuszkę do domostwa, by produkowała nie materialne towary, ale robotników.

Wskutek tego posunięcia kapitał mógł zarazem zażegnać groźbę buntu klasy robotniczej i stworzyć nowy typ robotnika: silniejszego, bardziej zdyscyplinowanego, bardziej elastycznego, bardziej skłonnego do przyjęcia celów systemu jako własnych – typ robotnika w rzeczy samej postrzegający wymogi produkcji kapitalistycznej jako „oczywiste prawa natury” (Marks 1951, 796). Oto rodzaj robotnika, który umożliwił brytyjskiemu i północnoamerykańskiemu kapitałowi końca wieku dokonanie zwrotu technologicznego i społecznego od lekkiego do ciężkiego przemysłu, od tekstyliów do stali, od wyzysku opartego na przedłużeniu dnia roboczego do tego, który polega na intensyfikacji samego wyzysku. Oznacza to, że stworzenie rodziny robotniczej i proletariackiej gospodyni na pełen etat stanowiło niezbędny element i warunek przejścia od wartości dodatkowej bezwzględnej do względnej. W procesie tym sama praca domowa podlegała „realnej subsumcji”, po raz pierwszy stając się przedmiotem szczególnej inicjatywy ze strony państwa, która silniej wiązała ją z potrzebami rynku pracy i kapitalistyczną dyscypliną pracy.

Z tą innowacją zbiegły się złote dni brytyjskiej ekspansji imperialistycznej (która przyniosła państwu niezmierzone bogactwa, podnosząc płace robocze), dlatego też nie można całkowicie na jej karb złożyć pacyfikacji robotników. Było to jednak epokowe wydarzenie, zwiastujące strategię, która znalazła pełen wyraz w fordyzmie i w New Deal, gdzie klasa kapitalistów zainwestuje w reprodukcję robotników tylko po to, by uzyskać bardziej zdyscyplinowaną i produktywną siłę roboczą. Oto „(uk)ład”, utrzymujący się do lat 70. XX wieku, kiedy to ruch feministyczny i walki kobiet na całym świecie zyskały na sile i położyły mu kres.

Feminizm, marksizm i problem „reprodukcji”

Obok Marksa – zwolennika „emancypacji kobiet” wskutek partycypacji w społecznej produkcji, rozumianej przede wszystkim jako praca przemysłowa, który inspirował pokolenia socjalistów, feministki w latach 70. XX wieku, buntując się przeciwko pracy domowej, udomowieniu i zależności ekonomicznej od mężczyzn, odkryły innego Marksa. Sięgnęły do jego prac w poszukiwaniu teorii zdolnej do objaśnienia źródeł ucisku kobiet z perspektywy klasowej. Skutkiem tego była rewolucja teoretyczna, która odmieniła zarówno marksizm, jak i feminizm.

Analiza pracy domowej jako kluczowego elementu produkcji siły roboczej, dokonana przez Mariarosę Dalla Costę (Dalla Costa 1975, 31), postawienie przez Selmę James gospodyni domowej na równi z innymi „nieopłacanymi tego świata” (James 1975), którzy odgrywali wszakże główną rolę w procesie akumulacji kapitału, przedefiniowanie przez inne aktywistki stosunku płacy jako narzędzia naturalizacji całych obszarów wyzysku, a także wykształcenie się nowej hierarchii w obrębie proletariatu: wszystkie te przełomy teoretyczne, jak również dyskusje, którym dały początek, były ówcześnie określane mianem „debat domowych”, zapewne dlatego, że miały się skupiać na kwestii produkcyjności pracy domowej lub jej braku. Jest to jednak grube przekłamanie. Dostrzeżenie kluczowego znaczenia nieopłacanej pracy kobiet w domu dla produkcji siły roboczej zredefiniowało nie tylko pracę domową, ale także naturę samego kapitalizmu i walkę przeciwko niemu.

Nie dziwi zatem, że Marksowskie omówienie „reprodukcji prostej” było teoretycznym objawieniem – potwierdziło nasze podejrzenia, że klasa kapitalistów nigdy nie pozwoliłaby na długotrwałe przetrwanie pracy domowej w takiej ilości, gdyby nie dostrzegła możliwości jej wyzyskiwania. Odnalezienie u Marksa niezbędności działań na rzecz reprodukcji siły roboczej dla akumulacji kapitalistycznej uwydatniło klasowy wymiar naszej odmowy. Pokazało, że owa tak pogardzana, zawsze brana za pewnik praca, bagatelizowana przez socjalistów jako wsteczna, w rzeczywistości stanowiła fundament kapitalistycznej organizacji pracy. Udzieliło odpowiedzi na dręczące nas pytanie o relację między płcią a klasą, dało nam narzędzia konceptualizacji zarówno funkcji rodziny, jak i głębi klasowego antagonizmu, leżącego u podstaw społeczeństwa kapitalistycznego. Z praktycznego punktu widzenia potwierdziło, że nie musimy, jako kobiety, dołączać do mężczyzn w fabrykach, by stać się częścią walki antykapitalistycznej. Mogłyśmy prowadzić walkę autonomicznie, poczynając od naszej własnej pracy w domu jako „newralgicznego punktu” produkcji siły roboczej (Fortunati 1997, 125). A walka ta musiała się toczyć wyjściowo przeciwko mężczyznom z naszych własnych rodzin, ponieważ to za pomocą męskiej płacy, małżeństwa i ideologii miłości kapitalizm pozwolił im zarządzać naszą nieopłacaną pracą i wprowadzać dyscyplinę w nasz czas i przestrzeń. Na ironię zakrawa fakt, że nasze spotkanie z teorią reprodukcji siły roboczej Marksa i jej przywłaszczenie – gest w pewnym sensie ustanawiający znaczenie Marksa dla feminizmu – dostarczyły nam również ostatecznych dowodów na to, że musimy postawić Marksa na głowie i rozpocząć nasze analizy i walkę właśnie od tej części „fabryki społecznej”, którą wyłączył ze swoich prac.

Odkrycie kluczowego znaczenia, jakie praca reprodukcyjna ma dla akumulacji kapitalistycznej, sprowokowało nas również do postawienia pytania o to, jak wyglądałaby historia rozwoju kapitalistycznego widziana nie z perspektywy formowania się opłacanego proletariatu, ale z perspektywy kuchni i sypialni, czyli miejsc codziennego i copokoleniowego produkowania siły roboczej. Potrzeba genderowego spojrzenia na historię kapitalizmu – poza „historię kobiet” czy historię pracy najemnej – doprowadziła mnie i wiele innych autorek do przemyślenia Marksowskiej narracji o akumulacji pierwotnej i odkrycia polowań na czarownice w XVI i XVII wieku jako przełomowych momentów dewaluacji pracy kobiet i wykształcenia się szczególnego dla kapitalizmu płciowego podziału pracy (Federici 2004, 92–102). Jednoczesne zdanie sobie sprawy, że wbrew przewidywaniom Marksa akumulacja pierwotna stała się permanentnym procesem, postawiło znak zapytania nad Marksowską koncepcją koniecznej zależności między kapitalizmem a komunizmem. Podważyło stadialne myślenie o historii u Marksa, w którym kapitalizm opisany jest jako czyściec, przez który musimy przejść na drodze do wolnego świata i emancypacyjnej roli industrializacji.

Pojawienie się ekofeminizmu, który pozwolił połączyć dokonaną przez Marksa dewaluację kobiet i reprodukcji z jego poglądem, podług którego historyczną misją ludzkości jest dominacja nad naturą, umocniło nasze stanowisko. Szczególnie istotne są w tej kwestii prace Marii Mies i Ariel Salleh, które pokazały, że nieuwzględnienie przez Marksa czynności reprodukcyjnych nie jest dziełem przypadku, czymś przygodnym względem zadania, które postawił sobie w Kapitale, ale stanowi błąd systemowy. Jak ujmuje to Salleh, u Marksa wszystko to, co zostało stworzone przez człowieka i technologię ma większą wartość: historia zaczyna się wraz z pierwszym aktem produkcji, człowiek realizuje swoją istotę przez pracę, miarą jego samorealizacji jest zdolność do dominacji nad naturą i dostosowywania jej do ludzkich potrzeb, zaś wszystkie pozytywne aktywności dokonujące tych przekształceń mają rodzaj męski: praca opisana jest jako ojciec, natura jako matka (Salleh 1997, 72–76). Ziemia również jest widziana jako kobieta – Marks nazywają ją Madame la Terre, w przeciwieństwie do Monsiuer le Capital. Ekofeministki pokazały, że istnieje głęboki związek między zbagatelizowaniem pracy domowej, dewaluacją natury a idealizacją tego, co zostało wyprodukowane przez przemysł i technologię.

Nie jest to miejsce, by podjąć refleksję nad źródłami tej antropocentrycznej perspektywy. Wystarczy powiedzieć, że skala błędu popełnionego przez Marksa i kolejne pokolenia marksistowskich socjalistów, polegającego na przecenianiu wyzwalających konsekwencji uprzemysłowienia, jest dziś aż nazbyt widoczna. Współcześnie nikt nie odważyłby się marzyć – tak, jak robi to August Bebel w Szkicach o kobiecie i socjalizmie (2008) – o dniach, w których jedzenie będzie w całości produkowane chemicznie, a każdy nosiłby ze sobą niewielkie pudełko chemikaliów, dzięki którym zaspokajałby swoje zapotrzebowanie na białko, tłuszcze i węglowodany, niezależnie od pory dnia i roku. Dziś, kiedy uprzemysłowienie pożera ziemię, a naukowcy na służbie rozwoju kapitalistycznego majstrują przy produkcji życia poza ciałem kobiety, wizja rozciągnięcia uprzemysłowienia na wszystkie nasze aktywności reprodukcyjne jest koszmarem gorszym niż ten, którego doświadczamy wraz z uprzemysłowieniem rolnictwa.

Nie dziwi zatem, że w radykalnych kręgach obserwujemy „zmianę paradygmatu”: wraz z zastąpieniem wiary w maszynę jako siłę napędową „historycznego rozwoju” następuje zwrot politycznych wysiłków ku kwestiom, wartościom i relacjom powiązanym z reprodukcją naszych istnień, a także żywotności ekosystemów, w których żyjemy. Przekonuje się nas, że również Marks w ostatnich latach życia przemyślał własną perspektywę historyczną i wraz z zapoznawaniem się z egalitarnymi, matrylinearnymi wspólnotami wschodniej części Ameryki Północnej ponownie podjął rozważania nad idealizacją kapitału, rozwoju przemysłowego i zaczął doceniać siłę kobiet[6].

Niemniej prometejska wizja rozwoju technologicznego, propagowana przez Marksa i całą tradycję marksistowską, nie tracąc nic a nic ze swojej atrakcyjności, powraca wskutek przejmowania emancypacyjnej roli, jaką autor Kapitału przypisywał automatyzacji, przez technologię cyfrową. Tym samym świat reprodukcji i pracy opiekuńczej – tak ceniony przez feministki jako grunt dla transformacji i walki –znów jest zagrożony zniknięciem w jej cieniu. To właśnie z tego powodu, choć sam Marks poświęcał niewiele miejsca teoriom płci w swoich pracach, a jego poglądy zmieniały się na przestrzeni lat, tak istotne pozostaje wracanie do nich i podkreślanie, jak próbowałam to zrobić w tym tekście, że jego przemilczenia w tej kwestii nie były wcale przeoczeniem, ale oznaką ograniczeń, których nie mogły przekroczyć jego analizy teoretyczne i polityczne. Muszą tego dokonać nasze prace.

Wykaz literatury

Bock, Gisela i Barbara Duden. 1980. „Labor of love/love as labor: On the genesis of housework in capitalism”. W From feminism to liberation, red. Edith Hoshino Altbach. Cambridge, MA: Schenkman Publishing. 

Brown, Heather. 2012. Marx on Gender and the Family: A Critical Study. Leiden: Brill.

Cleaver, Harry. 2011. Polityczne czytanie Kapitału. Tłum. Iwo Czyż. Poznań: Wydawnictwo Bractwo Trojka.

Dalla Costa, Mariarosa. 1975. „Women and the Subversion of the Community.” W The Power of Women and the Subversion of the Community, red. Selma James i Mariarosa Dalla Costa. Bristol: Falling Wall Press.

Federici, Silvia. 2004. Caliban and the Witch. New York: Autonomedia.

Federici, Silvia. 2012. Revolution at Point Zero: Housework, Reproduction and Feminist Struggle. New York: Autonomedia.

Fortunati, Leopoldina. 1997. The Arcane of Reproduction: Housework, Prostitution, Labor and Capital. New York: Autonomedia.

Gimenez, Martha E. 2005. „Capitalism and the Oppresion of Women: Marx Revisited.” Science and Society 69(1): 11–32.

Hayden, Dolores. 1985. The Grand Domestic Revolution. Cambridge, MA: MIT Press.

Henninger, Max. 2014. „Poverty, Labour, Development: Toward a Critique of Marx’s Conceptualization.” W Beyond Marx: Theorising the Global Labour Relations of the Twenty-First Century, red. Marcel Van der Linden i Karl Heinz Roth. Leiden: Brill.

Holmstrom, Nancy. 2002. „A Marxist Theory of Women’s Nature.” W The Socialist Feminist Project: A Contemporary Reader in Theory and Politics, red. Nancy Holmstrom. New York: Monthly Review.

Selma, James. 1975. Sex, Race and Class. Bristol: Falling Wall Press.

Marshall, Alfred. 1925. Zasady ekonomiki, t. 1. Warszawa, Wydawnictwo M. Arcta

Marks, Karol. 1951. Kapitał, t. 1. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol i Fryderyk Engels. 1961. „Ideologia niemiecka.” W MED, t. 3. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol i Fryderyk Engels. 1962. „Manifest komunistyczny.” W MED, t. 4. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 1979. „Teorie wartości dodatkowej.” W MED, t. 26. Warszawa: Książka i Wiedza.

Marks, Karol. 2011. 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Marks, Karol. 2013. Kapitał 1.1. Rezultaty bezpośredniego procesu produkcji. Tłum. Mikołaj Ratajczak. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Mojab, Shahrzad. 2015. Marxism and Feminism. London: Zed Books.

Negri, Antonio. 1991. Marx Beyond Marx: Lesson on the Grundrisse. New York: Autonomedia.

Salleh, Ariell. 1997. Ecofeminism as Politics: Nature, Marx and the Postmodern. London: Zed Books.

Scott, Joan Wallach. 1988. Gender and the Politics of History. New York: Columbia University Press.

Seccombe, Wally. 1993. Weathering the Storm: Working-Class Families from the Industrial Revolution to the Fertility Decline. London: Verso.

Silvia Federici – feministka nawiązująca do tradycji autnomistycznego marksizmu, członkini Midnight Notes Collective. Wykłada na Uniwersytecie Hofstra. Współzałożycielka Committee for Academic Freedom in Africa. Autorka między innymi: Caliban and the Witch: Women, the Body and Primitive Accumulation (2004), Revolution at Point Zero: Housework, Reproduction, and Feminist Struggle (2012).

DANE ADRESOWE:

Emerita Professor

Hofstra University

EMAIL: silvia.federici@hofstra.edu

CYTOWANIE: Federici, Silvia. 2017. Kapitał a płeć. Praktyka Teoretyczna 3(25).

AUTHOR: Silvia Federici

TITLE: Capital and Gender

ABSTRACT: Although Marx in Capital does not work directly on cases such as gender or family, there is no doubt, that the Marxist historical materialism has had a profound impact on the feminist theory. However, Silvia Federici argues that we need to distinguish between two Marxs, who have different view on gender, but also on the forms of class struggle. The first one concealed the problem of house and reproductive work; for him the class struggle was strictly connected with working in the industry. The second Marx, discovered by the feminists in the 1970’s, provided us with tools, that enable to rethink the particular forms of exploitation, that the women in capitalist societies are being subjected to.

KEYWORDS:  autonomist feminism, reproduction, unpaid women’s housework, industrial revolution, class struggle

[1] Do oznak tego nowego zainteresowania Marksowską teorią płci można zaliczyć książki Heather A. Brown Marx on Gender and the Family (2012) i Shahrzad Mojab Marxism and Feminism (2015). Publikacja tej drugiej zbiegła się w czasie z konferencją organizowaną na ten sam temat w Berlinie przez Fundację Róży Luksemburg.

[2] Fortunati dodaje, że Marks patrzył na pracę reprodukcyjną kobiet „przez pryzmat lektury raportów rządowych, w których zdawano sobie już znacznie wcześniej sprawę z problemu przywłaszczenia przez pracę fabryczną pracy domowej” (1997, 169).

[3] „W obrębie rodziny […] powstaje naturalny podział pracy na tle różnic płci i wieku, czyli na podstawie czysto fizjologicznej” (Marks 1951, 379).

[4] Marks posługuje się pojęciem „formalnej” (w przeciwieństwie do „realnej”) subsumcji do opisania procesów, w których w pierwszej fazie akumulacji kapitalistycznej kapitał przywłaszcza pracę „na gruncie obecnego procesu pracy”, „wraz z ową change żadną miarą nie pojawia się automatycznie jakakolwiek istotna zmiana” (Marks 2013, 89). Z kolei z „realną subsumcją” mamy do czynienia, gdy kapitał przekształca proces pracy/produkcji tak, by służył jego własnym celom.

[5] Jak udokumentował to między innymi Wally Seccombe, nawet wśród związków zawodowych żądaniu wyższych płac towarzyszył argument, że pozwoli to żonom robotników wrócić do właściwych im ról (1993, 114–119).

[6] Zob. komentarz do Zeszytów etnologicznych Marksa w Brown 2012, rozdziały 6 i 7.