Socjalizm na święta [Wybory w UK]

Socjalizm na święta [Wybory w UK]

Socjalizm na święta [Wybory w UK]

 Paweł Kaczmarski, Marta Koronkiewicz

W brytyjskiej polityce ostatnich lat cichą karierę zrobiła metafora „świata wywróconego do góry nogami”, the world turned upside down. Fraza to nienowa, ukuta podczas angielskich wojen domowych XVII wieku – w tytule jednej ze swoich kluczowych książek[1] umieścił ją Christopher Hill, czołowy przedstawiciel słynnej Grupy Historyków Partii Komunistycznej – a przywoływana często w okresach politycznego zamętu i ustrojowej zmiany. Świat do góry nogami to świat politycznych absurdów i konwencji wypaczonych tak daleko, że nie da się rozpoznać ich oryginalnego kształtu – ale to też świat oparty na złamanych hierarchiach, na nagłym upodmiotowieniu tych, którzy pozostawawli dotąd niewidoczni i bezsilni. To świat przejściowy – świat absurdu, ale też świat potencjalnego przełomu.

„Wywrócony” stan współczesnej brytyjskiej polityki trudno zignorować, gdy patrzy się choćby na pierwsze strony gazet. Absurdy mnożą się z roku na rok: brexitowe referendum, mające oddać kluczową polityczną decyzję w ręce ludzi, staje się polem koteryjnej walki między odległymi kuzynami królowej (spokrewnieni są z nią zarówno David Cameron i George Osborne z jednej strony brexitowej barykady, jak i Boris Johnson z drugiej). Druga kobieta-premier w historii kraju okazuje się niemal równie konserwatywną i imperialistyczną fanatyczką co pierwsza – a chociaż ma być premierem na czas kryzysu (dla Torysów May wydaje się naturalnym wyborem: wywodzi się w końcu z rodziny służących), okazuje się niezdolna do zapanowania nad własną partią i odchodzi po rekordowo krótkim czasie 1106 dni. (Po drodze przegrywa jedno z głosowań różnicą 230 głosów – kolejny historyczny rekord.) Jej następca nie tylko przegrywa swoje pierwsze głosowanie w Izbie Gmin – jako pierwszy premier od czasów Williama Pitta Młodszego w 1783 roku – przegrywa też sześć kolejnych, w trzy miesiące przebijając pod tym względem dziesięcioletnie rządy Tony’ego Blaira. Egzekutywa usiłuje rozwiązać kryzys, rozwiązując parlament, ale nie potrafi powiedzieć tego wprost, tłumacząc podchody „względami technicznymi” (i ostatecznie przegrywa w sądzie); ministrowie świadomie głosują przeciwko ustawom, które kilka sekund wcześniej zachwalali z parlamentarnej mównicy[2]; sondaże wskazują, że każda opcja wyjścia z kryzysu ma w społeczeństwie więcej przeciwników niż zwolenników[3]. Konstytucyjni prawnicy są na serio zmuszeni rozważać kwestię tego, jak często rząd może przedkładać parlamentowi niezmieniony projekt odrzuconej już ustawy. W większym stopniu niż zwykle partia władzy pozwala sobie na naciąganie i otwarte ignorowanie konstytucyjnych konwencji, a brytyjski system polityczny – słabo skodyfikowany, oparty na tysiącu przypisów do przypisów i na tysiącstronicowych tomach w stylu Erskine’a Maya – jak wiadomo, konwencją właśnie stoi.

Jednocześnie w tej formie, w jakiej używają jej liberalne i konserwatywne media, fraza „świat wywrócony do góry nogami” ma głęboko reakcyjny wymiar: konotuje chęć powrotu do świata we właściwej pozycji, do status quo, strach przed zmianą. Dobrze żyło się w UE, dobrze – no, może nieidealnie, ale nieźle – żyło się pod technokratycznymi rządami Blaira, Browna i Camerona. Z tej perspektywy nagłe ustrojowe przesunięcia, trudna i brudna polityczna debata oraz rzekomy „paraliż polityczny” traktowane są nie jako odpowiedź na kryzys – widoczna polityczna reprezentacja socjoekonomicznego kryzysu, który narasta od dekad i wpisany jest strukturalnie w kapitalizm, zwłaszcza w jego thatcherowsko-reaganowskiej formie – tylko kryzys sam w sobie. Problemem, innymi słowy, są z tego punktu widzenia objawy – i to dopiero takie, których obie strony establishmentu (bardziej liberalna i bardziej konserwatywna) zwyczajnie nie mogą zignorować.

Perspektywa ta ignoruje jednak istotną cechę brytyjskiego systemu politycznego: jego płynność i dynamiczność, a nawet szerzej – otwarcie na zmianę.

Brzmieć to może w pierwszej chwili paradoksalnie. Ceremoniał i pompa nieodłącznie związane z brytyjskim parlamentaryzmem wydają się w pierwszej chwili kompletnie nieuzgadnialne z tak nowoczesnymi rzekomo kategoriami. A zostawiając na boku drażliwe kwestie nowoczesności – należałoby przynajmniej uznać, że nie ma przejścia między śmiesznym przepychem Westminsteru a radykalną polityką. Jednak wśród historycznych powodów, dla których Brytyjczycy unikali sztywnej kodyfikacji politycznego systemu, były intuicje nie tak odległe lewicowej wrażliwości: założenie, że aparat państwowy jest wyrazem i rezultatem konfliktu, nie zaś czymś, co można doprowadzić (jak wierzą w Ameryce wyznawcy Konstytucji) do harmonii i perfekcji. System westminsterski jest budowany na wizji ciągłego sporu, ciągłego napięcia między partiami, klasami, ośrodkami władzy (choćby między legislatywą a egzekutywą, królewską prerogatywą sprawowaną przez rząd a parlamentem); dlatego wśród XVII-wiecznych zwolenników republiki byli tacy, którzy widzieli ją z założenia jako „okres przejściowy”, sposób oczyszczenia kraju z ekscesów monarchii, po którym Anglicy z powrotem znajdą sobie króla. Nic nie jest dane na stałe, idea doskonałego państwa to mrzonka. Zjednoczone Królestwo jest bodaj jedynym liberalno-demokratycznym krajem, którego konstytucja (piórem Waltera Bagehota, autora jednego z tzw. works of authority) przyznaje otwarcie, że część instytucji państwowych istnieje tylko na zasadzie spektaklu – teatralnego przedstawienia, mającego zachwycać masy i utrzymywać je w stanie politycznej bierności.

Cyniczne? Owszem, ale w pewnym sensie szczere – twórcy brytyjskiego systemu nie łudzili się, że państwowość jest czymś więcej niż chwilowym zawieszeniem broni. Debata parlamentarna to w ścisłym sensie proces negocjacji. Właśnie dlatego John Bercow, uwielbiany na kontynencie były już speaker Izby Gmin, był w stanie połączyć swoją personę tradycjonalisty, trybuna-strażnika parlamentarnej suwerenności, z aktywnym działaniem na rzecz ustrojowej zmiany – wzmocnienia, za pomocą precedensu i umiejętnej gry konwencjami, legislatywy kosztem egzekutywy. To stąd, jak się zdaje, płynął szacunek Nelsona Mandeli (ale też np. Roberta Mugabe) dla parlamentu w Westminsterze. To dlatego wśród największych zwolenników dziwnej brytyjskiej ordynacji wyborczej był Tony Benn, mentor radykalnej lewicy. To wreszcie dlatego Marks zakładał, że w Anglii robotnicy mogą w teorii przejąć władzę na drodze parlamentarnego zwycięstwa[4].

W tym kontekście zbliżające się wybory do Izby Gmin – zaplanowane na 12 grudnia 2019 – jawią się nie tylko jako punkt zwrotny w brexitowej debacie i potencjalny przełom dla Projektu Corbyn, lecz jako zdarzenie kluczowe dla szerszej politycznej formacji czy wręcz dla całego pokolenia globalnej lewicy. Jeśli Partia Pracy wygra te wybory (przez co rozumieć należy: odbierze większość Torysom, utworzy rząd przy cichym wsparciu Szkockiej Partii Narodowej i jeszcze cichszym poparciu ze strony Liberalnych Demokratów), przez najbliższe lata dostarczać będzie nam lekcji tego, jak w XXI wieku łączyć polityczną skuteczność z radykalizmem – również jak przechwytywać i wykorzystywać instytucje państwowe. Jeśli przegra – a jej szanse trudno oszacować, bo chyba nikt w Wielkiej Brytanii nie wierzy dziś przedwyborczym sondażom – to i tak z ostatniej kampanii wyborczej, z działań podejmowanych przez Labour w opozycji i z okołobrexitowego zamieszania wyciągnąć można wartościowe dla lewicy lekcje.

1. Radykalizm „socjaldemokracji walk klasowych”

Termin „socjaldemokracja walk klasowych” to mało zręczne tłumaczenie frazy używanej w The Socialist Manifesto Bhaskara Sunkary – naczelnego „Jacobina” – na określenie lewicowej polityki związanej z nazwiskami Berniego Sandera czy Jeremy’ego Corbyna. To, najprościej rzecz ujmując, forma pośrednia między zachodnią socjaldemokracją a socjalizmem. Nieco konkretniej – to takie wykorzystanie socjaldemokratycznych narzędzi, które wychodzi z uznania logiki walki klas (i politycznego prymatu różnicy klasowej), żeby wspierać oddolne sposoby organizacji klasy pracujących; transfer środków i narzędzi z liberalno-demokratycznego państwa do instytucji tworzonych przez robotników.

Gdy brytyjskie media opisują nowy manifest wyborczy Partii Pracy jako najbardziej radykalny tego rodzaju dokument od dziesięcioleci – gdy na brytyjskiej lewicy zupełnie otwarcie mówi się o wprowadzaniu socjalizmu, a kandydatem na kanclerza (ministra finansów) jest marksista i nieoczywisty trockista John McDonnell – łatwo zapomnieć o złożonym napięciu, na które zwraca uwagę Sunkara. Z jednej strony – owszem, manifest Labour jest radykalny według wszystkich kryteriów bieżącej sytuacji politycznej. Z drugiej strony – rację mają ci, którzy zauważą, że proponuje on wykorzystanie środków zasadniczo akceptowalnych dla umiarkowanych socjaldemokratów; centrolewicę razi nie to, co chcą zrobić corbyniści, lecz ile chcą tego zrobić naraz. Z trzeciej jeszcze strony – mówimy bowiem o złożonym napięciu – ten radykalno-reformistyczny[5] program wychylony jest w przyszłość: jego celem jest nie tyle naprawa liberalno-demokratycznego państwa, co wykorzystanie tego państwa do osłabienia pozycji kapitału oraz (co bodaj istotniejsze) wzmocnienia pozycji pracowników.

Jest więc w programie Partii Pracy kilka punktów, które są – owszem – ważne, nawet kluczowe, ale radykalne tylko z tego względu, że partie liberalne i konserwatywne starają się o nich milczeć bądź powiedzieć jak najmniej. Jest tak, na przykład, z planem zmuszenia międzynarodowych korporacji, by składały oświadczenia podatkowe na podstawie tego, gdzie odnotowują zyski; z podwyżką podatków dla najwięcej zarabiających; z zastrzykiem środków dla NHS (służby zdrowia); albo z utworzeniem Zielonego Funduszu Transformacyjnego, „radykalnego” o tyle, że zwiększa szanse przetrwania ludzkiego gatunku po roku 2050. Podobnie z renacjonalizacją niektórych kluczowych sektorów gospodarki – radykalną tylko dlatego, że słowo „nacjonalizacja” obłożone jest potężnym tabu, bo przeniesienie wodociągów pod publiczny zarząd jest rozwiązaniem „zdroworozsądkowym” dla większości Brytyjczyków[6].

Są jednak też w manifeście rozwiązania mające nie tyle centralizować brytyjską politykę i gospodarkę, co wzmacniać pozycję pracowników względem naraz kapitału i państwa. Do pewnego stopnia ma tak zadziałać plan dużych inwestycji infrastrukturalnych poza Londynem – uniezależniających biedną północ Anglii od centralnej metropolii. Jeszcze wyraźniej transfer do pracowników i wykluczonych widać w obietnicach powszechnego dostępu do edukacji przez całe życie (o roli edukacji wyższej dla brytyjskiego ruchu robotniczego napisano całe książki); o odbudowie sieci transportu publicznego; o zapewnieniu powszechnego szerokopasmowego dostępu do internetu. Zwłaszcza ta trzecia część wydaje się kluczowa – wyszydzony przez konserwatystów jako kaprys, powszechny dostęp do szybkiego internetu jest w Wielkiej Brytanii warunkiem nie tylko sprawnego poruszania się w częściowo sprywatyzowanych systemach państwowej biurokracji, dotychczas celowo opartych na nieprzejrzystości i trudności dostępu (jak system zasiłków dla bezrobotnych i niepełnosprawnych), ale i możliwości dostępu do informacji niezapośredniczonych w neoliberalnych mediach. Corbyniści od początku polegają na alternatywnych kanałach komunikacji, na oddolnie tworzonych przez lewicę mediach – rozumieją rolę internetu dla tworzenia społecznych ruchów i budowy instytucji pracowniczych.

Są wreszcie w programie Labour punkty faktycznie radykalne, stanowiące konkretną – chociaż, oczywiście, zalążkową; pierwszy krok raczej niż gotowe rozwiązanie – odpowiedź na deficyt demokracji i próbę tworzenia przyczółków dla nowych form organizacji klasowej: chodzi przede wszystkim o przeprowadzenie programów pilotażowych Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego oraz plan shares for workers, zakładający wzmocnienie reprezentacji pracowniczej w radach nadzorczych (do 1/3) oraz egzekwowany przez państwo system udziałów i dywidend pracowniczych.

Kluczowe wydaje się to, że większość z radykalnych planów Labour będzie trudno odwrócić potencjalnemu konserwatywnemu rządowi – nawet kilka lat funkcjonowania dochodu podstawowego, powszechnego szerokopasmowego internetu czy Narodowej Służby Edukacji (na wzór NHS) spowoduje ich silne społeczne ukorzenienie i jakakolwiek próba cofnięcia reform spotka się z potężnym, przeniesionym na ulice oporem.

Program Labour nie jest idealny – długo można by rozmawiać o jego mankamentach – ale stanowi jakiegoś rodzaju przełom. Jego radykalizm można by podsumować trzema hasłami. Po pierwsze – radykalizm jako łamanie tabu, jako pokazanie, że da się cofnąć neoliberalne reformy, a prywatyzacja nie jest procesem nieodwracalnym. Po drugie – radykalizm jako działanie na wszystkich frontach, jako jednoczesne progresywne wykorzystanie wszystkich narzędzi dostępnych w ramach demokracji liberalnej (w programie Labour mówi się też dużo o kwestiach etnicznych, rasowych, genderowych). Po trzecie – radykalizm jako budowanie przyczółków do dalszych walk, wzmacnianie pozycji pracowników i ułatwianie im samoorganizacji.

2. Żadnych paktów z centrystami

To zapewne lekcja szczególnie istotna dla polskiej lewicy. Niektóre z najbardziej zaciekłych i manipulacyjnych ataków wymierzonych w Corbyna i Partię Pracy przez ostatnie miesiące pochodzą nie od Torysów, nie od otwarcie neokonserwatywnych mediów w stylu Spectatora czy The Evening Standard, ale od zadeklarowanych centrystów, „wrażliwych społecznie” liberałów. Lidera Labour za główny cel obrała Jo Swinson, obecna przewodnicząca Liberalnych Demokratów (których najtrafniejszy opis brzmiałby chyba „Koalicja Obywatelska, ale z resztkami moralnego kręgosłupa i  kompetentnie prowadzonymi mediami spolecznościowymi). Otwartymi kłamstwami (np. upartym powtarzaniem, że przed referendum brexitowym Corbyn nie uczestniczył aktywnie w kampanii na rzecz pozostania w UE) i zmanipulowanymi materiałami wyborczymi (słynne już na tym etapie przekłamane wykresy poparcia dla partii politycznych, rozpowszechniane przez Lib Demow) centryści starali się zniechęcić prounijną – „proeuropejską” – część elektoratu do głosowania na Partię Pracy. Sondaże wskazują, że im się to nie udało; ale skutkiem ubocznym jest to, że Labour – skupione na walce o anty-brexiterów – zniechęciło do siebie pro-brexiterów, których stara się teraz odzyskać w ostatnich tygodniach kampanii.

Niewielu wierzyło, że Liberalni Demokraci zajmą miejsce Labour wśród tzw. Remainerów, (głównie) wielkomiejskich prounijnych wyborców. Ale ich działania – podobnie jak artykuły nominalnie lewicującego Guardiana czy New Statesmana – nastawione są od miesięcy, jeśli nie lat, na doraźne, partyzanckie podcinanie socjalistycznego projektu. Centryści, deklaratywnie broniący politycznego decorum i racjonalnej debaty, w sytuacji zagrożenia socjalistycznym rządem nie są ponad polityczny trolling – nawet gdy wiąże się z nim ryzyko pięciu lat pod Borisem Johnsonem. Nie sposób nie pomyśleć, że wielu z nich gotowych jest postawić raczej na wewnętrzny przewrót w Partii Konserwatywnej, na rząd torysowskich technokratów – niż na rząd Jeremy’ego Corbyna.

Jak zawsze w obliczu politycznego kryzysu, w prawo skręciło też BBC – którego szefowa, Laura Kuessenberg, jest dobrą znajomą Dominica Cummingsa, „szarej eminencji” brexitowej kampanii i gabinetu Borisa Johnsona. W 1984, w relacjach ze strajków górniczych BBC zamieniało kolejność nagrań, by zasugerować, że to górnicy pierwsi zaatakowali policjantów[7]; dziś w odpowiedzi na wyciek kompromitujących dla rządu dokumentów publikuje materiał o tym, w jaki sposób Boris Johnson jada podwieczorek[8].

Sposoby reprodukcji establishmentu to oczywiście osobny, potężny temat – Owen Jones napisał o nim świetną książkę – na szczęście lewica Partii Pracy rozumie je całkiem nieźle: dlatego tyle wysiłku wkłada w tworzenie własnych mediów. Od wskrzeszonego Tribune i analitycznej Novary po celowo tabloidowe w formie The Canary i Skwawkbox czy tematycznie skonkretyzowane Jewish Voice for Labour, brytyjska lewica pokazuje, że przy solidarnościowym podejściu i konsolidacji lewicowych środowisk wokół jednego szerokiego politycznego projektu można szybko stworzyć sieć dobrze działających, widocznych, zróżnicowanych mediów.

Mówiąc o stosunku centrystów do Corbyna i socjalistycznej lewicy nie sposób nie wspomnieć, oczywiście, o zarzutach o antysemityzm. Na samym wstępie należałoby zaznaczyć: tak, w liczącej niemal pół miliona członkiń i członków Partii Pracy, zdarzają się przypadki antysemickich wypowiedzi i zachowań. Wśród owego pół miliona ludzi bywają antysemici, bo brytyjskie społeczeństwo – podobnie jak polskie, niemieckie czy amerykańskie – ma długą historię antysemityzmu. Jednocześnie badania regularnie wskazują, że liczba postaw antysemickich na brytyjskiej lewicy, w tym w Partii Pracy, jest na tym samym poziomie (bądź nieco niższa) niż społeczna średnia; w antysemityzmie przodują – cóż za zaskoczenie – konserwatyści[9]. Co więcej, liczba ta zmniejszyła się odkąd Jeremy Corbyn został liderem partii[10]. Innymi słowy, powtarzane w głownonurtowych mediach „newsy” o szczególnym, systemowym problemie z antysemityzmem w Partii Pracy są zwyczajnym kłamstwem – nastawionym na manipulację wyborcami. Historię tego kłamstwa zbadał niedawno pięcioosobowy, interdyscyplinarny zespół złożony z medioznawców i socjologów[11]. Warto sięgnąć do ich książki, jeśli chce się zrozumieć, jakie mechanizmy manipulacji pozwalają mediom obrócić w dowód rzekomego antysemityzmu historię o tym, że Corbyn został zaproszony przez grupę żydowskich anarchistów z organizacji Jewdas na kolację sederową; albo dlaczego za „antysemityzm” usunięto z Labour wieloletniego socjalistycznego aktywistę, który powiedział publicznie tyle, że partia zbyt łatwo w kwestii tego rodzaju zarzutów przyjmuje „przepraszającą” postawę[12].

Byłoby wspaniale, gdyby na tym sprawę można było zamknąć.

Niestety – nie da się, bo oszczerstwa o antysemityzm dzięki brytyjskim mediom przylgnęły na dobre do osoby Jeremy’ego Corbyna. To, oczywiście, nie pierwszy taki atak. Uznane, nobliwe, mainstreamowe stacje i gazety jedną ręką od lat deklarują zwalczanie „fake newsów”, drugą zaś próbują Corbynowi przykleić etykietę nienawidzącego żołnierzy antypatrioty, tchórza (bo nie deklaruje gotowości do użycia arsenału nuklearnego), sympatyka IRA i Hamasu, a nawet czechosłowackiego szpiega[13] i ukrytego homofoba [14]. Antysemityzm to jednak zarzut w obecnym politycznym klimacie w jakimś sensie szczególny – a potraktowany instrumentalnie, jako narzędzie  politycznej propagandy (również przez te organizacje żydowskie, które sympatyzują z linią Trumpa i Netanjahu), celowo wygrywa delikatną kwestię rozróżnienia między krytyką państwa Izrael a faktycznym antysemityzmem.  

To cyniczne granie zarzutami o antysemityzm tworzy bardzo niebezpieczną sytuację. Z jednej strony – odwraca uwagę od faktycznej neonazistowskiej, antysemickiej przemocy, o czym mówił niedawno w viralowym wideo David Graeber[15]. Z drugiej strony, tworzy spiralę nieufności między organizacjami żydowskimi i nową lewicą, między żydowskimi i nie-żydowskimi członkami Partii Pracy; świetnie opisał to niedawno jeden z radykalnych publicystów młodej brytyjskiej lewicy[16].

Zarzut antysemityzmu ma zniechęcić do wspierania Labour w pierwszej kolejności nie tylko brytyjskich Żydów, ale centrystów właśnie – zwłaszcza tych, którzy w pełni i bezkrytycznie zinternalizowali logikę liberalnej polityki tożsamości. Sama Partia Pracy ma zaś trudność z wypracowaniem przekonującej odpowiedzi na zarzuty, bo może co prawda zaostrzyć procedury dyscyplinarne, zaprosić do rozmów nad nimi przedstawicieli danej mniejszości – laburzyści zrobili dokładnie to – ale nie może, bez katastrofalnych medialnie skutków, otwarcie sprzeciwić się żadnej tych zarzutów części. Jeśli bowiem przedstawiciele jakiejś mniejszości czują się przez nią zagrożeni, to nie ma tu miejsca na niuans ani krytykę – czucie jest społecznym faktem; jeśli medialni liderzy tej mniejszości twierdzą, że jest ona prześladowana, to nie można publicznie zarzucić im cynizmu ani ukrytych interesów; każda mniejszość czy wykluczona grupa ma też prawo definiować samodzielnie, jakiego rodzaju wypowiedzi i działania stanowią jej dyskryminację.

Nie jest tak, że Partia Pracy i lewica w ogóle na jakimkolwiek etapie eksplicytnie zgodziły się na tak zarysowane zasady dyskusji. Nie jest też tak, że te ramy są powszechnie przyjęte – nie dotyczą choćby islamofobii ani debaty na łamach prawicowych mediów. Ale gdzieś po drodze, może w latach Blaira i Browna, Labour zgodziła się na te zasady, uznając za swój cel nie tyle systemowe, jednoznaczne wsparcie pracy przeciw kapitałowi, co abstrakcyjną walkę z każdą formą niesprawiedliwości i wykluczenia „w ogóle”[17]. Tak naszkicowana wizja świata posklejana jest z równorzędnych, słabo związanych ze sobą elementów, pochodzących zarówno z tradycji radykalnej, socjalistycznej, klasowej, jak i liberalnej. Działania antydyskryminacyjne i emancypacyjne nie są w jej ramach pochodną polityki klasowej, ale równoległą i autonomiczną „nitką” lewicowej rzekomo polityki. Lewica nie proponuje więc własnego spojrzenia na kwestie – na przykład – rasizmu, seksizmu, antysemityzmu, homofobii czy transfobii, ale przejmuje ich liberalne rozumienie, pozwalając sobie jedynie na niewielkie korekty.

W efekcie brytyjska lewica stworzyła coś w rodzaju tylnej furtki, backdooru, przez który można zaatakować ją w kryzysowym momencie. Zarzuty o systemowy antysemityzm na lewicy – a nawet osobisty antysemityzm Corbyna – pojawiły się bowiem, owszem, w momencie, w którym establishment zrozumiał, że corbyniści mogą faktycznie przejąć władzę. Ale zalążek tych zarzutów, czy raczej grunt pod nie, został ustanowiony dawno temu i trwał w uśpieniu wewnątrz logiki czy wizji świata akceptowanej też przez lewicę[18].

3. Brexit, lexit i kryzys sprawczości

Nie da się wreszcie mówić o najbliższych brytyjskich wyborach bez wspomnienia o Brexicie. Jednocześnie warto pamiętać, że dwie ogólnokrajowe partie Zjednoczonego Królestwa, które starały się całą debatę przedwyborczą skupić wyłącznie na kwestii wyjścia (bądź niewychodzenia) z UE, to Konserwatyści i Liberalni Demokraci. Lewica – w tym Partia Pracy – konsekwentnie odmawia uznania, że Brexit jest kryzysem sam w sobie, że wziął się z niczego i że jest jedynym istotnym społecznie problemem (na poziomie taktycznym Labour zdecydowało się skupić w kampanii na temacie służby zdrowia). Dla prounijnie nastawionych socjalistów, wynik brexitowego referendum jest przede wszystkim konsekwencją całych dekad socjalnych zaniedbań, fasadowego charakteru współczesnej demokracji, powszechnego poczucia braku politycznej sprawczości wśród gorzej położonych i jeszcze powszechniejszej niechęci do różnie wyobrażonego establishmentu (uzasadnionej, chociaż źle skanalizowanej). Antyunijna lewica również będzie widzieć Brexit jako kwestię agencji, przesilenie wywołane odarciem klas pracujących ze sprawczości i masowym upominaniem się o demokrację. Dla „lexiterów”, zrzeszonych dziś przede wszystkim w grupie Leave Fight Transform, wyjście z UE jest jednocześnie nadzieją na realizację faktycznie socjalistycznego programu szerokiej renacjonalizacji, pracowniczej demokracji czy nawet kontroli kapitału[19].

Sami liderzy Partii Pracy, chociaż zasadniczo nastawieni prounijnie – nawet Corbyn, wieloletni eurosceptyk w linii Tony’ego Benna, wspominany jako nieprzejednany krytyk unijnych instytucji choćby prze Tariqa Alego[20], w brexitowej kampanii agitował na rzecz pozostania w UE – od początku starają się godzić perspektywy leaverów i remainerów, odmawiając uznania podziału między nimi za jedyny politycznie istotny w obliczu kryzysu. Skutki tego zniuansowanego podejścia, chętnie nazywanego „triangulacją” zwłaszcza przez liberałów, były różne – ostatecznie antyunijni wyborcy odpłynęli z Partii Pracy w stopniu dużo większym niż wyborcy prounijni; Labour wie jednak, że nie może wygrać wyborów bez wsparcia przynajmniej części leaverów. „Triangulacja” może nie być wyjściem idealnym – ale wszystkie pozostałe wydają się gorsze i dają w najlepszym wypadku nadzieję na wątłe, krótkotrwałe, jałowe zwycięstwo.

Z naszej perspektywy, i z perspektywy głębszych lekcji dla lewicy w ogóle, cała okołobrexitowa debata zdaje się mieć jeden wyraźny przekaz: właśnie w tego rodzaju sprawach, w momentach kryzysu, przesilenia i wyjątkowej politycznej złożoności, lewica nie może pozwolić sobie na odpuszczenie niuansu i krytycznego spojrzenia. Dlatego wiele lewicowych organizacji – również tych na lewicy Labour czy wręcz na lewo od Labour – otwarcie zadeklarowało, że nie zajmie stanowiska w sprawie Brexitu. Było tak w wypadku anarchokomunistycznego Plan C[21], było tak w wypadku trockistowskiego Socialist Appeal, które opublikowało równolegle teksty nie tyle nawet za i przeciw Brexitowi, co przeciwko naiwności obu referendalnych obozów[22].

Należy też pamiętać, że obóz lewicowych leaverów nie składa się wyłącznie ze starych eurosceptyków, trockistek i prowokatorów. Jest tam sporo działaczy związkowych – od wpływowych, doświadczonych organizatorów w stylu Lena McCluskeya (szefa Unite, drugiego największego związku w kraju) po głośnego ostatnio w mediach Eddiego Dempseya. Znajdziemy w tym obozie, wbrew stereotypowi, niemało działaczek studenckich i młodzieżowych – włącznie z Larą McNeill, przedstawicielką młodych przy Labour National Executive Committee (głównym organem centralnym partii). Znajdziemy dużo osób przybyłych do Wielkiej Brytanii z kontynentalnej Europy i wiele osób mieszanego pochodzenia: od anglo-brytyjskiego reżysera i filozofa Thomasa Faziego, broniącego państwa narodowego z socjalistycznej perspektywy[23] po Costasa Lapavitsasa, dawnego posła Syrizy. Gdy na początku roku rozmawialiśmy o Brexicie z towarzyszami i towarzyszkami związanymi z Plan C w Birmingham, pierwszą osobą, która przyznała się do głosowania za wyjściem z UE, była studentka z Katalonii. Ze zrozumiałych przyczyn wśród największych entuzjastów lexitu wydają się być niemal z założenia, w każdej radykalnej brytyjskiej organizacji, towarzyszki i towarzysze z Grecji.

Podziały stają się jeszcze bardziej skomplikowane, gdy pamięta się, że kwestia stosunku do UE i do wolnego przepływu osób – imigracji – bywają na lewicy kompletnie rozdzielne. Pierwszy raz zwrócił nam na to uwagę Owen Holland, organizator Momentum z Camden – najwięksi eurosceptycy potrafią być największymi entuzjastami swobodnej, nieograniczonej migracji, i na odwrót. Nawet tam, gdzie głos leave faktycznie motywowany był rasistowskimi uprzedzeniami, trudno mówić o jednym rasizmie: niechęć do imigrantów z UE i do imigrantów z Commonwealthu niekoniecznie idą w parze. Podczas kampanii wyborczej w 2015 Nigel Farage, faszyzujący arcybrexiter i karykatura XIX-wiecznego kolonizatora, sugerował nawet, że Brexit będzie z pożytkiem dla imigrantów z dawnych brytyjskich kolonii[24].

Według ostatniego sondażu YouGovu, nowe referendum w sprawie wyjścia z UE skończyłoby się dokładnie tak samo, jak poprzednie[25].

Brexitu nie da się łatwo rozwiązać.

To niby banalna, ale w rzeczywistości kompletnie nieoczywista teza. Gdy bowiem przypomnimy sobie okołobrexitowe wypowiedzi centrowych, racjonalnych, zdroworozsądkowych polityków liberalnego mainstreamu – zwłaszcza na kontynencie, również w Polsce – to zauważymy zupełnie inne podejście do sprawy. Radosław Sikorski potrafi zredukować całą kwestię do wewnętrznego brytyjskiego „paraliżu politycznego[26]”; Róża Thun woli określenie „polityczna niemoc[27]”. Oni i podobni im politycy za oczywiste rozwiązanie problemów w stylu Brexitu uznają proste, „efektywne”, szybkie interwencje ze strony nieograniczonej niczym poza neoliberalnym konsensusem egzekutywy. Za wzór stawiają domyślnie quasi-autokratów w stylu Merkel czy Macrona; i możemy wyobrazić sobie faktycznie, że kanclerz Niemiec bądź prezydent Francji – albo któryś inny kontynentalny, centrowy, chadecko-liberalno-socjaldemokratyczny lider – Brexitowy bałagan „rozwiązałby” faktycznie w dwa tygodnie, wedle własnego widzimisię, przy kompletnej bierności kontynentalnych parlamentów-przybudówek (w razie publicznego oporu korzystając najwyżej z wodnych armatek). Takie załatwienie sprawy nie załatwiłoby, rzecz jasna, niczego.

Owi liberalni politycy narzekający na parlamentarny paraliż w Westminsterze – a nawet niektórzy aktywiści lewicy, uwiedzeni podobną retoryką – są w rzeczywistości na rękę prawicy w rodzaju Torysów Johnsona. To przecież Konserwatyści uczynili swoim hasłem wyborczym „get Brexit done”, krótki, zwięzły wyraz tęsknoty do silnych, skutecznych liderów, którzy i samodzielnie wygonią imigrantów, i rozprawią się z marudzącymi na ulicach lewakami, i znajdą sposób na zdyscyplinowanie krnąbrnych parlamentarzystów. W Londynie rozmawialiśmy z Simonem Laytonem z Queen Mary University[28], autorem nadchodzącej książki Piratical States, poświęconej między innymi temu, jak „twardzi” zwolennicy Brexitu wpisują się w tradycję korsarską: jako (we własnych oczach) ludzie akcji, energiczne i zdecydowane jednostki motywowane nie tyle pragnieniem przygody, co zdolnością obrócenia w zysk sytuacji zamętu i katastrofy. Żyją wyzwaniem i kryzysem, których koszt ponoszą inni.

Być może w środku Brexitowego „paraliżu” odkrywamy więc – jako lewica, dla naszej własnej tradycji – jakiś rodzaj parlamentaryzmu, który częściowo, warunkowo, kontekstualnie jednak jest do odzyskania, który mówi nam coś o relatywnych pożytkach z bardzo określonego kulturowo modelu parlamentarnej debaty i oporu. Nasza niechęć do parlamentaryzmu jest często związana z tym, że widzimy go intuicyjnie jako proste przedłużenie faszyzującej z założenia (a zazwyczaj dodatkowo beznadziejnie technokratycznej) egzekutywy. Może da się jednak inaczej.

4. Wygrana tak czy inaczej?

Wynik czwartkowych wyborów jest szalenie trudny do przewidzenia. Jakikolwiek jednak nie będzie, Jeremy Corbyn i skupiony wokół niego ruch już w tej chwili zrobili bardzo dużo dla brytyjskiej i międzynarodowej lewicy. Zdobyczy całego projektu nie będzie się dało łatwo wymazać i zapomnieć. I chociaż za kilka dni powyższy tekst będzie wymagał całościowej niemalże aktualizacji, pewne lekcje zachowają ważność. Corbynizm jest już nieodwracalnie częścią wspólnej tradycji.

 


[1]     Tegoż, The World Turned Upside Down. Radical Ideas During the English Revolution, London 1972.

[2]     https://www.mirror.co.uk/news/politics/moment-brexit-secretary-urged-mps-14140212

[3]     https://www.ft.com/content/83d2880a-4bef-11e9-bbc9-6917dce3dc62

[4]     https://www.marxists.org/archive/marx/works/1872/09/08.htm Coś podobnego Marks zakładał oczywiście o Stanach Zjednoczonych – jednak podczas gdy Kongres od około stu lat traci wpływ na kształt amerykańskiej polityki, Izba Gmin, jak pokazuje Brexit, jest wciąż faktycznym ośrodkiem władzy.

[5]     Z rozmysłem nawiązujemy tu do koncepcji pewnej radykalnej strategii lewicowej, rozwijanej w środowisku „Praktyki Teoretycznej” między innymi przez Macieja Szlindera, zwłaszcza w jego uwagach o rewolucyjnym potencjale dochodu podstawowego.

[6]     https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/11/12/labour-economic-policies-are-popular-so-why-arent-

[7]     https://www.theguardian.com/commentisfree/2015/jul/22/orgreave-truth-police-miners-strike

[8]     https://www.thecanary.co/opinion/2019/11/28/we-need-to-talk-about-the-bbc-because-now-its-taking-propaganda-to-the-next-level/

[9]     Np. https://cst.org.uk/public/data/file/7/4/JPR.2017.Antisemitism%20in%20contemporary%20Great%20Britain.pdf Lewica częściej niż prawica deklaruje postawy krytyczne wobec państwa Izrael, co też nie wydaje się dużym zaskoczeniem.

[10]   https://evolvepolitics.com/yougov-polls-show-anti-semitism-in-labour-has-actually-reduced-dramatically-since-jeremy-corbyn-became-leader/

[11]   https://www.plutobooks.com/9781786805720/bad-news-for-labour/

[12]   https://www.jewishvoiceforlabour.org.uk/article/suspending-chris-williamson-the-fury-and-the-fakery/

[13]   https://www.thesun.co.uk/news/5581166/jeremy-corbyn-communist-spy-cold-war-briefings/

[14]   Corbyn, wieloletni sojusznik osób nieheteronormatywnych, na wydarzeniu z okazji miesiąca historii LGBT+ powiedział, że nikt nie ma prawa być prześladowanym ze względu na to, że „zdecydował się” być gejem bądź lesbijką – za co później przeprosił: https://www.esquire.com/uk/culture/news/a12898/jeremy-corbyn-gay-people-choose-sexuality/

[15]   https://www.youtube.com/watch?time_continue=1&v=tZ8MeRagpmc&feature=emb_logo

[16]   https://samkriss.com/2019/11/08/the-war-against-the-jews/

[17]   Trudno uniknąć tu skojarzenia z krytyką idei i pojęcia „intersekcjonalności”, proponowaną przez Waltera Benna Michaelsa czy Adolpha Reeda.

[18] Nie sposób nie odnieść tych spostrzeżeń do polskiego kontekstu i niedawnej dyskusji z udziałem Rafała Wosia oraz Michała Sutowskiego: niezależnie od tego, czy w tej chwili istnieje w Polsce realne napięcie między lewicą „tożsamościową” i „klasową”, między jej potencjalnymi dwoma elektoratami, napięcie takie istnieje w logice dyskursu – nierozstrzygnięte, nieprzemyślane, ignorowane tworzy już dziś grunt pod przyszłe konflikty i ataki ze strony liberałów.

[19]   (Często przywoływanym przez nich dowodem na to, że corbynowskiej obietnicy nie da się spełnić w ramach Unii Europejskiej, jest zderzenie zapowiedzi powrotu do systemu kolei państwowych z wymogami niesławnego IV Pakietu Kolejowego.)

[20]   https://www.independent.co.uk/news/uk/politics/jeremy-corbyn-would-be-campaigning-for-brexit-if-he-was-not-labour-leader-says-long-time-ally-tariq-a7032736.html

[21]   Kolektyw znany m.in. dzięki Markowi Fisherowi, pod wieloma względami – jak się zdaje – bliski w intuicjach i perspektywie środowisku Praktyki Teoretycznej. Polecamy ich tekst przedwyborczy: https://www.weareplanc.org/blog/a-hero-lies-in-you-plan-c-statement-on-the-uk-general-election/

[22]   https://www.socialist.net/the-delusions-of-brexit.htm

https://www.socialist.net/the-myth-of-social-europe.htm

[23]   Zob. np. https://www.jacobinmag.com/2019/05/european-union-parliament-elections-antidemocratic           

[24]   https://www.theguardian.com/politics/2015/apr/22/nigel-farage-immigrants-india-australia-better-than-eastern-europeans

[25]   https://twitter.com/LeftieStats/status/1202379800897294336

[26]   https://www.money.pl/gospodarka/we-wtorek-kluczowe-glosowanie-ws-brexitu-radoslaw-sikorski-nikt-nie-wie-co-sie-dzis-wydarzy-6338507928508033a.html

[27]   https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1786290,1,wielka-brytania-juz-nuzy.read

[28]   https://www.qmul.ac.uk/history/people/academic-staff/profiles/laytonsimon.html

Antoni Domènech – Republicanism, Socialism and Basic Income

Antoni Domènech – Republicanism, Socialism and Basic Income

Interview with Antoni Domènech

Maciej Szlinder: You perceive your academic work as a part of Marxist, socialist tradition. What in your opinion are the most important Marxist’s arguments for basic income?

Antoni Domènech: I’ve been interested in basic income for 20 years. I sympathise with this idea, but I’m not so much engaged theoretically and politically like, for example, Daniel Raventós. I think that there is a connection between basic income and a socialist tradition. If we understand the latter that has descended from the democratic republican tradition. The key point is that the origin of all modern ideas of basic income is The Agrarian Justice by Tom Paine1 . This is very interesting pamphlet, also from a historical point of view. The idea that something like a universal basic income is necessary for guaranteeing the right to existence is a very old idea of Robespierre with whom Paine was disputing. Later, Paine understood his mistake. He didn’t support Robespierre before the Thermidor and Agrarian Justice could be perceived as an amendment to this mistake reconnecting with Robespierre’s views: the idea of guaranteeing the right to existence in the situation of the rise of privatising powers which are hostile to any kind of the commons. It is a fundamental, terrific rise in eighteenth century in England, but also in France, of what Robespierre called the “tyrannical political economy”, which is probably the best name for capitalism. Robespierre presented the program of “popular political economy” in opposition to this. In my opinion, this program of the extreme Jacobin left was retrieved 2 years after the Thermidor in 1796 by Tom Paine in his program of agrarian justice. The idea behind this is that we need a social republic which will guarantee the global rights of existence. But how we can achieve that? Paine’s answer was that we can achieve it by universalising a small agrarian propriety. It was also a dream on the other side of the Atlantic, Jefferson’s dream that all people should be small, free and independent farmers. Robespierre had already understood that guaranteeing everyone basic living conditions was impossible before the industrial revolution. And guaranteeing that nobody needs to ask for permission of others to be able to live – this is the basis of a republican freedom. I perceive a basic income as a part of this tradition. Socialism is the other form of defending these values of the First French Republic, by trying to universalise republican freedom after the industrial revolution. Marx defines socialism in different ways but in a famous passage from Instructions for the Delegates of the Provisional General Council written for the First International, he defines it as “the republican and beneficent system of the association of free and equal producers2 who appropriate together the means of production. So “republican association.” The other famous definition of socialism by Marx at the end of chapter 32 of Capital Volume 1 is “the expropriation of the expropriators”3 . I perceive the fight for basic income in this context.

Do you think that basic income can be a means of “expropriating the expropriators”?

No, but basic income could be understood as a common means of de-commodifying vast areas of the social and economic life and, also as a means of empowerment of the wage labourers in the relations of power. The first thing I told you are the basic values of the republican democracy of the revolution. The second idea has more to do with the modern socialism of the nineteenth century, the idea of a strengthening the bargaining position of the workers’ negotiators and strengthening the possibility of remodelling the economy by, for example, industrial, trade and agricultural cooperatives. Basic income favours cooperative movement.

Your connection between republicanism and socialism stands in contradiction to the probably more popular current vision of republicanism presented by people like Quentin Skinner, about whom it’s hard to say he is a socialist or even a leftist.

Quentin Skinner is interesting because he is trying to rescue the idea of republican freedom as something different from the liberal freedom that was imposed in the nineteenth century. But there are two things that seem to me to be completely insufficient in his perspective. The first is that he is completely blind to the democratic tradition of republicanism. In his writings, it is like Athens had never existed, nor had The First French Republic. There was only Rome. And the former was the most important in terms of the democratic point of view. It is very significant that for him republicanism is the debates made by Cicero at the end of the republic and Machiavelli interpreted in a very questionable way. In his vision, Aspasia, Cleon, Ephialtes, Pericles just don’t exist. He also has no understanding of the economic and fiscal foundations that led to the fall of the Roman Republic, which was basically oligarchical. Moreover, even inside Rome, Quentin Skinner is completely blind to the democratic elements: the plebeian reform of the constitution in the third century BC, Lex Agraria, Lex Frumentaria. The republic of Cicero was the last oligarchy which tried to defend itself from an uprising of the people which ended up with Julius Caesar.

The third point of my disagreement with Skinner is that he doesn’t realise the republican freedom has its roots in the notion, the structure and the institutionalisation of property and the correlations of social powers. For him the political philosophy is an analysis of texts and discourses. For instance, he has no historical understanding of the English Revolution of 1640. He just doesn’t see the social powers there. And these events were wonderfully analysed by serious Marxists like Christopher Hill, George Rudé and maybe the greatest of them, Rodney Hilton (who was a medievalist but also wrote very interesting things about the English Revolution). That is, in my opinion, the most important historiography done in the twentieth century – a very serious way of thinking.

And what are the relations between Skinner and Philip Pettit one of the most important current republican thinker and a defender of basic income?

Skinner is very close to the philosophical approach of Philip Pettit. We can find the same blind spots in their writings that Greece and the First French Republic don’t exist. Neither does Jefferson, there are only Anti-Federalists. But Pettit tried to build a definition of republican freedom against the backdrop of nineteenth and twentieth century liberalism. His definition is that one is free (in the republican way) if there can’t be any arbitrary interference in his/her life from anyone (neither private nor by the state). This is a psychological definition; I don’t mean that it doesn’t capture something, but it misses the essence. And the essence in the republican tradition, both oligarchic and democratic, is that you are free if your material existence doesn’t depend on another. Of course, if you depend on me because you’re my slave, salary worker or my wife, I can interfere arbitrarily in your life. In this point, these definitions intersect. But I can interfere arbitrarily in your life in forms that have nothing to do with political freedom. For example, I can come to your friend and tell him a white lie: I know that his wife is cheating on him but I’m telling him that she’s not so as not to upset him. It’s an arbitrary interference but has nothing to do with the material conditions that have always been the central issue of the republican tradition. Pettit, by ignoring that, is psychologising social relations. All the neo-republican approach of historians like Skinner or philosophers like Pettit completely ignores the democratic tradition. They also misinterpret the meaning of Cicero and Latin republicanism in the context of a terrible war in Europe from the third century BC to the end of the republic in the first century BC. And philosophically, Pettit and Skinner psychologise the freedom, by eradicating it from its institutional, economic, material and social conditions of possibility. I’m very critical about this. Skinner also works with a similar approach to John G. A. Pocock, the author of The Machiavellian Moment4 . They both were starting with a very interesting, and sometimes forgotten Marxist called Neil Wood, husband of Ellen Meiksins Wood. These two did a lot of relevant things in reference to republicanism (for example a very interesting book about Cicero – Cicero’s Social and Political Thought5 ), but contrary to Skinner or Pettit, they are not academic stars, purely for political reasons.

What do you think of other traditions among basic income supporters that declare themselves Marxists or defend this proposal on the basis of Marx’s writings? One of the most important articles in the history of the basic income debate was A Capitalist Road to Communism6 written by Philippe Van Parijs and Robert van der Veen in which the authors propose that basic income can be a means of transforming the capitalist society to a communist one. What do you think of this kind of idea?

I have translated this very early article by my old friend Philippe Van Parijs into Spanish. But I think it’s not the best way to argue for a basic income. It’s totally disconnected from the economic reality of factual capitalism. There are many people like those who work with the idea of basic income and use some of the Marxist notions, but who are totally neoclassical. They have no idea of Luxemburgian, Kaleckian or even Keynesian perspectives. For them, Marxism is just scholastic thinking. I think that this analytical Marxism is a dead end.

And what about the works of Erik Olin Wright?

I am very disappointed by his book Envisioning Real Utopias7 , as for me that’s “methodological creationism.” If Marxism has been an important intellectual tradition, it is because of his understanding of the historical and dynamical processes and that has political consequences in the sense that you can say: ok, we are in this historical situation with such a correlation of forces, and we have two, three, four possible paths to take. That is a sort of Darwinist perspective, in the best sense of Darwinism, understanding that we are path-dependent. And these people think like a creationist – we have a wonderful idea of basic income and a just society, we construct a wonderful utopia because of some moral reasons and one must aspire to this, regardless of the material, social, political, institutional conditions we have. There is an American leftist critic Russell Jacobi who has devastated the book by E.O. Wright from a historical perspective.

Other Marxists that defend basic income and attack the formerly mentioned for being detached from the current, historical development of capitalism are the autonomist Marxists. What do you think of their approach?

I have a very bad opinion on this. For me, it is a speculative Marxism. I perceive Van Parijs and Wright as late scholastic philosophers like Francisco Suarez from the sixteenth and seventeenth century who at least have an analytical and conceptual apparatus that is precise and strict. But Negri is as speculative as they are but without this apparatus. It’s almost like “anything goes.” In the books of Negri and Hardt, there are almost no facts, no statistics, it’s a bad philosophy. Marx said about Feuerbach that he was ahistorical when he was materialist and he was non-materialist when he was historical – that’s also true about Negri. When he is historical, he speaks of cognitive capitalism with no understanding of the real dynamical forces of capitalism. It’s a neo-Hegelian bastard philosophy. I met Negri in the seventies in Italy and I have a very bad opinion not only of his philosophy but also of his political attitude. Socialism is also the real history of the working class with the labour unions, worker’s parties etc. You can think what you want about labour unions, you can say that social democratic parties have been horrible reformists, but these were the concrete, historical, real crystallisations of the working-class movement. Negri comes from a Catholic movement in Italy; he has been always a strong anti-communist and anti-syndicalist thinker. He was always against the real, concrete institutionalisations of the working-class movement, against the Communist Party, against the Italian Socialist Party of Pietro Nenni, against the CGIL (Confederazione Generale Italiana del Lavoro – Italian General Confederation of Labor). Pasolini said about Negri: that’s the Catholic utopia of a bourgeoisie communism8 , and that’s exact in my opinion.

So, what is your proposition to convince these real institutions of the working-class movement, namely labour unions, to understand the historical dynamics and stop demanding a step back to the Fordist era and take a move forward fighting for a universal basic income?

That’s very difficult indeed. I’ve spoken with labour union leaders and they stick to the classic welfare state. But they are starting to understand that this is an old world which won’t come back. You can try to convince them to open their minds to solutions like basic income, but this would be very difficult. In fact, most of the big labour unions are totally defeated. They must understand we are in a historical stage in the European Union and United States and that they must radically change their minds.

The French, British or German labour unions can relate to the “golden age of capitalism” of the fifties and sixties, but the Spanish ones cannot do that, because you’ve never had a “golden age” here – until 1975 you had a fascist, Francoist regime without freedom of association, when labour unions were controlled by the government or illegal. Does this historically specific situation make Spanish unions more open to the new political propositions?

On the contrary. To understand the Spanish transition to a parliamentary monarchy, one must consider that the aim of antifascist restoration was to become a reformed capitalist system of Western Europe, the welfare state and the democratic state of rights. If you look at the Spanish Constitution of 1978, you can see that it was inspired by the German Constitution of 1949. But the Spanish transition happened to be in the moment of a total change in welfare state capitalism. So, in Spain, a welfare state has never been developed like it was in other Western European countries. The Spanish labour unions have never had the opportunity to become great organisations such as German or Italian ones, not to mention Sweden. The rate of affiliation was always much smaller than countries like Germany, Sweden or Italy. Spanish unions became public assistance organisations and have been very much devolved into corruption. Spanish capitalism after Francoism has developed a very special form of economy – it was a corrupted political economy, with co-optation of the left formations and union workers. People see that and this is one of the reasons why unions are discredited and so weak here. It has been similar to the Polish neoliberal transition but not so radical like in your case.

Antoni Domènech (1952) Spanish philosopher, professor of methodology of social sciences at the Faculty of Economics and Business, University of Barcelona. Translator. Author of several book, including El eclipse de la fraternidad. Una revisión republicana de la tradición socialista (Crítica, 2004) [The Eclipse of Fraternity: A Republican Revision of the Socialist Tradition]. The editor of journal Sin Permiso.

Polish translation of this interview is available here.

Former interviews about basic income:

Lluís Torrens, Basic income, economic growth and the city

José A. Noguera, Basic income as a political horizon

Jurgen De Wispelaere, Exciting Times Ahead: Experiments and the Politics of Basic Income

Erik Olin Wright, Sociology and Epistemology of Real Utopias

Daniel Raventós, Basic Income in the Spotlight in Spain

Guy Standing, The Strategy for Basic Income

The interviewer received funding for preparation of PhD thesis from Polish National Science Centre as part of PhD scholarship decision DEC-2015/16/T/HS1/00295.

  1. Thomas Paine. Agrarian Justice, 1797. []
  2. Karl Marx, Instructions for the Delegates of the Provisional General Council. The Different Questions¸ 1866. []
  3. The centralization of the means of production and the socialization of labour reach a point at which they become incompatible with their capitalist integument. This integument is burst asunder. The knell of capitalist private property sounds. The expropriators are expropriated.” Karl Marx, Capital: A Critique of Political Economy; Volume I. Penguin Harmondsworth, London, 1976, p. 929. []
  4. John G.A. Pocock, The Machiavellian Moment: Florentine Political Thought and the Atlantic Republican Tradition, Princeton University Press, Princeton&Oxford, 1975. []
  5. Neal Wood, Cicero’s Social and Political Thought, University of California Press, Berkeley 1988. []
  6. Robert van der Veen, Philippe Van Parijs, A Capitalist Road to Communism, „Theory and Society” 15 (5), 1986, pp. 635–655. []
  7. Erik O. Wright, Envisioning Real Utopias, Verso, London and New York, NY, 2010. []
  8. Pier Paolo Pasolini, La prima, vera rivoluzione di destra, Il Tempo, 15 july 1973. []