Piotr Juskowiak – Korzenie okupacji – refleksje krakowskie

Piotr Juskowiak – Korzenie okupacji – refleksje krakowskie

Gramatyka politycznego protestu, jak każdy zespół reguł odpowiedzialny za tworzenie kolektywnie zrozumiałych komunikatów, cechuje się niespotykaną trwałością w samym polu tego, co społeczne. Choć ograniczony zestaw form oporu ułatwiać może próby jego prewencyjnego rozbrajania, tradycja wcześniejszych lub równolegle toczonych walk sprzyja także twórczej kontynuacji i współpracy w obszarze politycznej mobilizacji i organizacji. Obserwowany w tej perspektywie cykl walk to każdorazowo owych walk recykling, a nowi aktorzy czy scenografia to kolejne wariacje na „uniwersalny” temat, czyli antagonistyczną strukturę kapitału opartego na wyzysku społecznego stosunku klasowego1. Śledząc losy kampanii spod znaku „occupy”, warto mieć zatem na uwadze ich zakorzenienie w dziedzictwie ruchów robotniczych2, niezbywalny dla marksizmu i ruchu prawa do miasta komponent klasowy, jak również stanowiącą o ich „istocie” literalną rewitalizację starań o zapuszczenie korzeni w skutecznie to uniemożliwiającej publicznej przestrzeni miast.

Taktyka okupacji odnowiona przez aktywistów z Puerta del Sol, parku Zucotti czy placu Syntagma stała się w ostatnim tygodniu narzędziem demokratycznej walki mieszkanek i mieszkańców Krakowa. Spędzających dni w namiotach oburzonych (przywracających polityce Spinozjańskie indignatio jako punkt wyjścia pro-równościowej i wolnej od moralnego imperatywu konsensu rebelii3) na krakowski Rynek Główny przywiodły te same powody, co ich kolegów i koleżanki z innych części świata: niechęć dla struktur neoliberalizmu i deptane przez niego prawa. Żądania demokracji uczestniczącej, uspołecznienia polityki mieszkaniowej miasta, przeciwdziałania wykluczeniu oraz zaprzestania komercjalizacji sfer edukacji, kultury czy miejskich terenów zielonych pozwoliły na uwspólnienie stanowiska grup tak odmiennych jak anarchiści, lokatorzy, przeciwnicy likwidacji szkół, studenci, prekarni pracownicy, emeryci czy bezrobotni. Choć w postulatach tych brzmi nuta nostalgii za uwolnioną od mechanizmów kapitalizmu przestrzenią publiczną, to właśnie krótki żywot protestu w pełni obnaża wszystkie jej wady, mgliście zarysowując bardziej pożądany kierunek jej przekształcania.

Jeżeli dzieje nowoczesnej urbanizacji, jak chce tego m.in. David Harvey, to historia coraz skuteczniejszej symbiozy poszukującego stabilizacji kapitału i dającego taką możliwość dysponenta państwowej własności, to w powstającą w jej efekcie przestrzeń nieodłącznie wpisane są utowarowienie, militaryzacja i władza spektaklu4. Wobec takiego rodowodu i niezależnie od towarzyszących jej konotacji (agora, polis, res-publica), przestrzeń publiczna mieści w sobie zawsze prywatno-handlowy element, co zmusza odpowiedzialne za nią władze do zarządzania zgodnego z imperatywem pomnażania wartości i akumulacji trzech nieskończenie wymiennych postaci kapitału (ekonomicznego, kulturowego i społecznego). Zabezpieczenie tego interesu wiąże się z kolei z koniecznością uruchamiania aparatu przemocy zawsze wtedy, gdy dochodzi do niezgodnych z nim użyć przestrzeni.

Dochodzimy w ten sposób do problemu pacyfikacji postawionego zgodnie z przepisami prawa miasteczka namiotowego w Krakowie. Tym, których dziwić mogą okoliczności zaistniałego wydarzenia – wykonana o świcie delegalizacja obozowiska z uwagi na rzekomo zbyt małą liczbę demonstrujących – w sukurs przychodzi Rancièrowska wizja policji. Nie warto jej tym razem wiązać z określonymi służbami, problem, o którym mowa ma bowiem charakter strukturalny. Policja, jak pisze Rancière, to symboliczna konstytucja społeczeństwa5 stojąca na straży panujących w nim definicji, reprezentacji czy habitusów. Choć przychodzi jej działać w społeczeństwie spektakularnym, jej prymarne zadanie to redukowanie wizualnego nadmiaru i wykluczanie niepożądanych przez władze interwencji w określony porządek modalności percepcyjnych. Nie zawsze pamięta się, iż policja to również specyficzny reżim przestrzenny, strażnik miejsca (genius loci) jako przestrzeni wyznaczonej wyłącznie przez cyrkulację towarów i ciał. Każde działanie podważające tę wizję wymusza na niej nie tyle dzieło represji, co rozproszenia, uniewidocznienia6 czy przemieszczenia niepokornych jednostek poza uprzywilejowany obszar wytwarzania jaki stanowi dziś miejska fabryka społeczna.

Gorliwość krakowskiej policji (tak w administracyjnym, jak i filozoficznym sensie) odsłania przy tym w ciekawy sposób dwuznaczność skazanego na niepowodzenie procesu upodobniania się do metropolii i miast globalnych, który chciałbym tu nazwać urbanistyczną mimikrą. Jeśli w przypadku podmiotu kolonialnego, jak pisze Homi Bhabha, imitacja prowadzi do sytuacji, w której staje się on „prawie taki sam, ale nie całkiem”7 , a konsekwencją owego ześlizgiwania się jest destabilizacja i delegitymizacja autorytetu kolonializmu, to mimikra miejska to przykład autoimmunologicznej „choroby” prowadzącej do hiperbolizacji sprzeczności obecnych na gruncie zakorzenionej w innych warunkach strukturalnych formie urbanizmu. Widać to dobrze na przykładzie glokalnego ruchu oburzenia i okupacji. Jeśli jego amerykańska czy zachodnioeuropejska odmiana pozwala nam jeszcze wierzyć w sens walk o przestrzeń publiczną (z uwagi np. na czas trwania i ilość uspołeczniających ją ludzi), to „okupacja po polsku” uwypukla jej główny paradoks i wyczerpującą się w punkcie wyjścia formułę z racji policyjnych (pacyfikacja przez rozproszenie) i komercyjnych („pacyfikacja przez cappuccino”8 ) podstaw tego, co publiczne.

Jako że sens traci dziś każde z przydawanych mu tradycyjnie znaczeń takich jak przeciwieństwo tego, co prywatne, istnienie samorządnej publiczności i oparta na powszechnym dostępie otwartość9, jedyną nadzieję na wolne od tożsamościowych podstaw zakorzenienie10 i wciąż dla wielu niewyobrażalne swobodne użycie stanowi przestrzeń wspólna. Tylko pozbawione piętna tymczasowości demokratyczne jej wytwarzabue, z czego doskonale zdaje sobie sprawę drżąca przed namiotami władza, stanowi szansę na zaistnienie transformacyjnej i zawsze oddolnej polityki. I odwrotnie, pozbawione wymiaru konstruktywnego zajmowania miejsca żądania prawa do miasta same skazują się niejako na efemeryczność, a zatem i nieskuteczność w walce z zawsze uprzestrzennionym mariażem państwa z kapitałem.

Choć wstęp do wspomnianego oddolnego wytwarzania przestrzeni to rozpleniająca się z brakiem poszanowania dla geograficznych barier praktyka okupacji, klucz do właściwego wykorzystania jej potencjału stanowi, jak zauważają Noam Chomsky, Antonio Negri czy Harvey11 , krok w stronę trwałej organizacji ruchu w formie przekucia zaistniałych w obozowiskach i na ulicach więzi oraz form demokracji w kolektywne zarządzanie miejskimi dobrami wspólnymi. Nawet jeśli pozostaje to perspektywą dość odległą i skazaną na nieraz brutalne, policyjne podtrzymywanie status quo, demokratyczna polityka zaczyna i kończy się oddolnie. Świadomość tego faktu powoduje, iż impuls energii zgromadzonej na ulicach jednego miasta z łatwością przechodzi na ciała manifestujące chęć bycia razem w miejscach od pierwotnego nawet bardzo odległych. W ten sposób daleki od wygaszenia protest z Krakowa już teraz znajduje swoją kontynuację na wspólnotowo okupowanych ulicach Warszawy.

„Kolektywna siła ciał w przestrzeni publicznej”12 nadal stanowi najskuteczniejszy sposób na materialne zakłócenie coraz bardziej dematerializującej się władzy kapitalizmu. Jej zniesienie wymaga czegoś więcej – odzyskiwania tego, co wspólne. W tym właśnie celu powtórzyć należy zawołanie miejskich aktywistów z całego świata: widzimy się na ulicach, bo miasto to my!

 

  1.   H. Cleaver, Polityczne czytanie Kapitału, tłum. I. Czyż, Poznań 2011. []
  2. A. Negri, Hiszpańskie refleksje, tłum. M. N. Wróblewska, „Bez Dogmatu” 2011, nr 89, s. 8. []
  3. M. Negri, A. Hardt, Rzecz-pospolita. Poza własność i dobro publiczne, tłum. Praktyka Teoretyczna, Kraków 2012 (w druku). []
  4. D. Harvey, The Political Economy of Public Space, w: The Politics of Public Space, red. S. Low, N. Smith, London-New York 2006. []
  5. J. Rancière, Na brzegach politycznego, tłum. I. Bojadżijewa, J. Sowa, Kraków 2008, s. 28. []
  6. Na uwagę zasługuje tu braku śladu po pacyfikacji obozowiska krakowskich oburzonych na stronach internetowych odpowiedzialnych za to instytucji: Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie, Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, Straży Miejskiej Miasta Krakowa czy Urzędu Miasta Krakowa. []
  7. H. Bhabha, Miejsca kultury, tłum. T. Dobrogoszcz, Kraków 2010, s. 80. []
  8. S. Zukin, The Culture of Cities, Cambridge, MA-Oxford 1995. []
  9. C. Mouffe, Which Public Space for Critical Artistic Practices?, http://readingpublicimage.files.wordpress.com/ 2012/04/chantal_mouffe_cork_caucus.pdf [data dostępu 26.05.2012]. []
  10. O tym jak groźny to dla władz zamiar świadczą losy ogródków powstających w ostatnich latach na nieczynnym lotnisku Tempelhof w Berlinie. Władze wydając ostatecznie zgodę na jego parkowo-ogrodowe zagospodarowanie, zabroniły jednocześnie, aby zapowiadające realizację projektu spontanicznie zakładane uprawy mogły ukorzeniać się w samym podłożu byłego lotniska. Tymczasowe rozwiązanie polega zatem na sadzeniu roślin w skrzynkach wypełnionych ziemią. []
  11. N. Chomsky, Occupy, Brooklyn, New York 2012; D. Harvrey, Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja, tłum. Praktyka Teoretyczna, Warszawa 2012; M. Hardt, A. Negri, Demokracja priorytetowym celem walk społecznych 2011 roku, tłum. A. Wojczyńska, http://www.praktykateoretyczna.pl/index.php/michael-hardt-antonio-negri-demokracja-priorytetowym-celem-walk-spolecznych-2011-roku/ [data dostępu 26.05.2012]. []
  12. D. Harvey, Bunt miast, s. 214. []
Maria Czechonadskich, Aleksiej Pienzin – Od 4 grudnia do 4 marca: upolitycznienie, protesty i wątpliwości ruchu antyputinowskiego w Rosji

Maria Czechonadskich, Aleksiej Pienzin – Od 4 grudnia do 4 marca: upolitycznienie, protesty i wątpliwości ruchu antyputinowskiego w Rosji

Zanim rozpoczęły się protesty

Oczywistością jest, że erupcja powszechnych protestów skierowanych przeciw oszustwom wyborczym w trakcie wyborów parlamentarnych w grudniu 2011 r. nie mogła wziąć się znikąd i nie została wywołana jedynie przez formalne naruszenia proceduralne. Szok i „chaos”, jakie wystąpiły w Rosji w okresie transformacji lat dziewięćdziesiątych, doprowadziły do społecznej degradacji, która w nowym milenium przyjęła formę wielu lokalnych katastrof, wielowarstwowych układów korupcyjnych, administracyjnej i policyjnej kontroli przestrzeni publicznej oraz mediów, a także ogromnej przepaści dzielącej najbogatsze i najbiedniejsze części populacji. Doradcy Putina zajmujący się public relations stworzyli ideologię mającą służyć „zapomnieniu” poprzedniego państwa, a wspierającą jednocześnie nowy system dominacji. Podstawowa struktura tej narracji mówiącej o „nowej stabilizacji” przypomina mit założycielski, w którym punktem kulminacyjnym jest przejście od „chaosu” do nowego i dobrego „porządku”. Narracja ta wykluczyła wszystkie elementy, które nie wspierały obrazu nowego wspaniałego świata – a więc emerytów, studentów, mieszkańców „regionów w stanie ekonomicznej depresji”, emigrantów oraz pracowników kultury i edukacji. Byli oni niewidzialni w tym krajobrazie, wraz z promieniującymi centrami degradacji społecznej, nieformalnymi zależnościami, korupcją i codzienną przemocą. Prekaryzacja i zmagania z powszechną bezbronnością prowadziły do rozwoju „alternatywnych” form zabezpieczenia socjalnego, przypominających sieci mafijne, powodujących szeroko występujący sceptycyzm względem jakichkolwiek form otwartego życia publicznego lub politycznego. Biorąc pod uwagę kontekst procesu de-polityzacji trwającego przez ostatnią dekadę, niedawne protesty uliczne mogą wydawać się większym cudem, niż są w rzeczywistości. Niemniej jednak w tym samym czasie pamiętać należy także o wielu czynnikach fundujących dzisiejsze przebudzenie polityczne.

Pod koniec pierwszej dekady dwudziestego pierwszego stulecia opór i samoorganizacja przekształciły się w nowe ruchy społeczne, przy których tworzeniu udział brało wiele organizacji „nowej lewicy” (grupy anarchistów, antyfaszystów, socjalistów, niezależne grupy intelektualistów i świadomych politycznie pracowników kultury). Przez szereg lat „ruch oszukanych udziałowców” (ludzi, którzy zainwestowali oszczędności w budowę domów, ale zostali oszukani przez deweloperów) zorganizował ogromną sieć samopomocy i wsparcia prawnego dla sądzonych aktywistów. Organizował także akcje protestacyjne w wielu rosyjskich miastach. Jednym z najjaskrawszych przykładów tego typu był także ruch na rzecz „Dostępnej edukacji szkolnej dla rosyjskich dzieci” – strajk głodowy wychowawców i rodziców wywołał od 2010 r. serię podobnych wydarzeń na terenie całej Rosji. Kolejnym niedawnym przykładem był ruch protestu skupiony wokół akcji ratowania lasu chimkowskiego, znajdującego się w pobliżu małego miasteczka w okolicy Moskwy. Aktywna część mieszkańców była przeciwna budowie nowej autostrady, która spowodowałaby dewastację znacznej części lokalnego lasu. Protest ten urósł do szerokiego i pełnego energii ruchu społecznego, nazwanego przez dziennikarzy „Bitwą o Chimki”. Poza tym, niektóre z niezależnych związków zawodowych zyskały niedawno na rozpoznawalności dzięki zorganizowaniu kilku odbijających się echem strajków, jak na przykład ten w fabryce Forda w pobliżu Petersburga. Także po liberalnej stronie spektrum politycznego znalazło się wiele aktywnych i walczących organizacji i sieci pracujących przeciwko pogwałceniom konstytucji i praw człowieka oraz budujących alternatywną przestrzeń publiczną w sieci, blogosferze i serwisach społecznościowych.

Pierwszym zapalnikiem dla trwających protestów społecznych był kongres Jednej Rosji (proputinowskiej „partii rządzącej”) z września 2011 r., na którym prezydent Miedwiediew ogłosił, że premier Władimir Putin weźmie udział w przyszłych wyborach prezydenckich. Ta zaskakująca deklaracja (choć oczekiwana przez część obserwatorów) oznaczała, że Putin, po zastosowaniu niedawno zaakceptowanych zmian w konstytucji Federacji Rosyjskiej, ma realną szansę zostać wybranym na głowę państwa na następne sześć lat, a później być może na sześć kolejnych. Dla wielu ta dwunastoletnia perspektywa oznaczała ewidentne i przygnębiające przedłużenie obecnego status quo fałszywej „stabilizacji”.


„Czy jesteśmy 146%?”

Gwałtowne masowe upolitycznienie stało się widoczne w dniu wyborów parlamentarnych, które odbywały się 4 grudnia 2011 r., kiedy to znaczna część mieszkańców miast uczestniczyła w nich jako obywatelscy obserwatorzy w punktach wyborczych. Wygląda na to, że prawie każdy oficjalnie zliczony procent głosów oddanych na Jedną Rosję stał się nie tylko oczywistym oszustwem, ale też dowodem na szybko zmieniający się balans między władzą i oporem rosyjskiego społeczeństwa. Oszustwo sprowokowało pierwsze starcia między posłusznymi i/lub opłacanymi poplecznikami rządów Putina oraz opierającą się im oddolną wielością. Do „popleczników” zaliczają się bierni, zubożali obywatele, gotowi do sfałszowania kart do głosowania za piętnaście euro, jak również przewodniczący lokalnych komitetów wyborczych, oficerowie policji i urzędnicy państwowi, posłuszni rozkazom pod groźbą natychmiastowego zwolnienia. Niemniej jednak ta wielka armia nie jest w stanie zdusić obywatelskiego oporu. Co minutę obserwatorzy na stronach internetowych i serwisach społecznościowych opisywali kolejne oburzające przypadki pogwałcenia procedur wyborczych. Oszustwo było tak absurdalne i niezdarne, że bez trudu ujawniano groteskowe błędy oficjalnych mediów. Na przykład, kiedy jedna z państwowych stacji telewizyjnych zaprezentowała podsumowanie wyników głosowania z obwodu rostowskiego, nietrudno było zauważyć, że suma głosów oddanych na wszystkie partie równała się 146%. Oburzone sprawozdania niezależnych obserwatorów z punktów do głosowania poprzedzały doniesienia na temat aresztowań przeprowadzanych na spontanicznie zorganizowanych powyborczych protestach. Nie były to tylko izolowane przypadki przejścia od roli neutralnego „obserwatora” z punktu do głosowania do oburzonego świadka, a potem zmobilizowanego aktywisty. Proces ten można w tej chwili zauważyć w znacznej części społeczeństwa.

Pierwsza duża mobilizacja w Moskwie odbyła się pierwszego dnia po wyborach, 5 grudnia, kiedy to około 7 tysięcy ludzi protestowało przeciwko fałszerstwom wyborczym. Po oficjalnej części demonstracji część protestujących, głównie aktywistów i ludzi młodych, skierowała się na Plac Łubiański – symboliczne miejsce władzy, w którym znajdują się biura państwowych resortów siłowych. Protestujący zostali zablokowani i szybko rozproszeni. W tym samym czasie aresztowano niektórych z opozycyjnych liderów. Sytuacja powtórzyła się dnia następnego, kiedy ludzie ruszyli w kierunku Placu Triumfalnego, kolejnego symbolicznego miejsca w centrum Moskwy, wyznaczonego jako punkt spotkania dla „Strategii 31”, ruchu liberalnej opozycji, który walczył w obronie prawa do pokojowych zgromadzeń i wolności słowa (artykuł 31 konstytucji Federacji Rosyjskiej) przez ostatnie kilka lat. Władze zabroniły organizacji zgromadzenia i odcięły cały teren, używając specjalnych ogrodzeń; wozy policyjne i wojskowe patrolowały całą długość ulicy Twerskiej. Na terenie placu grupy sponsorowanych przez Kreml członków organizacji młodzieżowych, osłaniane przez policję, wykrzykiwały nieprzerwanie „Putin! Rosja!” – osobliwy i koszmarny spektakl. Policja działała w swój zwyczajowy sposób, agresywnie rozbijając zgrupowania i aresztując protestujących. Tego popołudnia zwykli uczestnicy, podobnie jak i dziennikarze, byli okrutnie bici; komendy policji zalała fala aresztowanych.

Wydarzenia tego dnia zapoczątkowały rządową taktykę tworzenia obrazu „wroga” tej „dobrej części społeczeństwa”, która zadeklarowała poparcie dla „stabilności” kraju. Kolejne spotkania i wiece przygotowywane były pod wpływem rosnącego niepokoju, który odczuwali członkowie społeczności protestacyjnej. Strach przed przemocą widzianą w 1993 r. podczas rebelii przeciw neoliberalnym reformom prezydenta Borysa Jelcyna, kiedy to czołgi ostrzeliwały parlament, a ofiary liczono w setkach, znalazł swój wyraz w popularnej mantrze „Pokojowa transformacja, nie rewolucja!”. Użytkownicy Facebooka stworzyli specjalne instrukcje, mające na celu zapobieżenie możliwym „prowokacjom” podczas nadchodzących spotkań. Pomysłem, z którym wielu ludzi prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu wyszło demonstrować, było okazywanie „pokojowej i przyjaznej” atmosfery wieców w opozycji do prowokacyjnego stylu działania radykalnych aktywistów politycznych.

Wiec na Placu Bołotnym w Moskwie z 10 grudnia zgromadził nadspodziewanie dużą liczbę uczestników – ponad 60 tysięcy ludzi zgodnie z szacunkami opozycyjnej prasy. Inne miasta Rosji również się przyłączyły, organizując demonstracje „dla uczciwych wyborów” z imponującą liczbą protestujących oraz pomysłowymi sloganami i banerami. Ludzie wyrażali swoje polityczne deklaracje i uczucia poprzez wywrotowy humor albo prawdziwą wściekłość. Ze względów bezpieczeństwa nikt z komitetu opozycji nie wyruszył w kierunku Kremla wraz z wybitnym pisarzem i politykiem Eduardem Limonowem, przywódcą Partii Narodowo-Bolszewickiej. Od tego momentu protest podzielił się na radykalną, wojowniczą część oraz dawniej apolitycznych, przeważnie liberalnych obywatelskich aktywistów i mieszkańców miasta. Taktyka policji także się zmieniła. Zmianę tę przypisać należy dwóm czynnikom: negatywnym reakcjom międzynarodowych mediów i spadkom na giełdzie, które miały miejsce po rozpętaniu przemocy na Placu Triumfalnym, a także gwałtownemu powiększeniu się szeregów ruchu – władze policyjne były świadome, że nie są go już w stanie kontrolować, korzystając jedynie z przemocy.

Tak więc ogromna masa protestujących zaczęła rządzić się sama. 10 grudnia uczestnicy ruchu zgodzili się zahamować jakiekolwiek próby podjęcia bardziej radykalnych działań i wezwań do agresywnych zachowań także w przemówieniach czy sloganach. Ta nowa umowa dotycząca zabezpieczenia protestu była, ponownie, efektem myślenia naznaczonego traumą; rodzaju impasu, kiedy to nikt nie wierzy, że do pozytywnej zmiany może dojść w wyniku działania środków rewolucyjnych (po doświadczeniach radzieckich i z lat dziewięćdziesiątych), a z drugiej strony nikt tak naprawdę nie widzi możliwości przeprowadzenia pokojowej transformacji pozbawionej mniej lub bardziej radykalnych działań. Tendencja do samoubezpieczania się kontynuowana była na następnym spotkaniu na Prospekcie Sakharova 24 grudnia i podczas ostatniego marszu protestacyjnego 4 lutego 2012 r. Tak czy inaczej dla wszystkich było jasne, że pokojowa atmosfera protestów trwała tylko podczas największych spotkań i wieców. Na przykład, kiedy ludzie wyszli na ulice, aby wesprzeć Siergieja Udalcowa, koordynatora koalicji Frontu Lewicy, aresztowanego w Moskwie w dzień wyborów, rzekomo za „opieranie się funkcjonariuszom policyjnym”, i który był na ponad dwutygodniowej głodówce, policja odpowiedziała standardowymi metodami siłowymi wymierzonymi w aktywistów.


Skład klasowy ruchu i próby ideologicznej ekspresji

Od samego początku społeczny i polityczny skład protestów nie był stały. Jego zmiany stają się widoczne, kiedy porówna się początkowe akcje, zdominowane przez politycznych aktywistów i młodzież, z tymi, które nastąpiły po nich, a w których udział brało wielu ludzi w średnim wieku, emerytów, sprekaryzowanych pracowników kultury i edukacji, jak również menadżerów, urzędników i przedstawicieli „klasy średniej”.

Kiedy przyglądamy się ruchowi, widoczne są zmiany równowagi sił, która wahała się od hegemonii liberałów do prób legitymizacji skrajnej prawicy, włączonej do głównego komitetu opozycji przewodzonego przez Aleksieja Nawalnego, popularnego populistycznego blogera o sympatiach nacjonalistycznych (stał się sławny dzięki prowadzeniu wielu śledztw dotyczących korupcji w największych rosyjskich korporacjach). W przeciwieństwie do liberałów, głosy lewicowe nie były w komitecie zbyt silne, częściowo ze względu na niewypowiedzianą umowę każącą zapomnieć o jakiejkolwiek radykalnej lewicowej „retoryce”. Historia postsowieckiej radykalnej lewicy to zupełnie inna historia; wystarczy powiedzieć, że do tej pory lewica w powszechnej opinii była często utożsamiana z przestarzałą i konserwatywną partią komunistyczną (Komunistyczną Partią Federacji Rosyjskiej) i zmiennością radzieckiej przeszłości. Z drugiej strony, dzięki lokalnemu aktywizmowi organizacji Nowej Lewicy i krytycznie myślących intelektualistów i artystów, jak również ze względu na wyraźne ostatnimi czasy ślady globalnego ekonomicznego zamieszania, polityka społeczna uzyskała większe znaczenie w debacie publicznej.

Liberałowie przypisują wzrost niezadowolenia z rządów Putina tak zwanej „klasie średniej”, która powiększyła się w poprzednim dziesięcioleciu – podczas Putinowskiej „stabilizacji”. Bardzo szybko przyswoili oni sobie retorykę „pokojowej transformacji, nie rewolucji” jako argumentu za przyszłością „normalnej rywalizacji wolnorynkowej” sił politycznych w procesie demokratycznych wyborów. Idea politycznego przebudzenia się klasy średniej przeniesiona została na całość rosyjskich protestów przeciw niesprawiedliwym wyborom. Jednakże ten monolityczny konstrukt usuwa w cień wiele różnic występujących między protestującymi. Jest nie tylko uproszczeniem, ale także świadomym ignorowaniem społecznych oraz politycznych różnic wewnątrz ruchu. W rzeczywistości słyszymy żądania wysuwane w imieniu tej „klasy średniej”, a oficjalne mass-media post factum przypięły już plakietkę „rewolucji miejskiej klasy średniej” całemu ruchowi.

Tylko, na przykład, co z tysiącami nowoprzybyłych z małych rosyjskich miasteczek, którzy nie mają oficjalnego statusu „zarejestrowanego” mieszkańca Moskwy (podobnie jest i w innych dużych miastach)? Od ludzi przybywających z innych miast wymaga się oficjalnego zarejestrowania u lokalnych władz; bez owego zarejestrowania bardzo trudno jest głosować, tak jak i otrzymać pomoc medyczną czy inne rodzaje opieki społecznej. Wynajem mieszkania w Moskwie to koszt ponad połowy średniej pensji urzędnika. Podobnie ma się sprawa ze studentami, nauczycielami, artystami, uczonymi i emerytami, którzy obecnie znajdują się w kategorii „skrajnie ubogich” – nikt nie wie, w jaki sposób są w stanie przetrwać z dochodami jakimi dysponują (200-500 euro na miesiąc). W rzeczywistości wewnątrz ruchu znajduje się niewidzialna armia biednych. Ci protestujący są symptomem dużo głębszego społecznego niezadowolenia z poniżających warunków życia dla wielu w tej dobrze wyedukowanej, miejskiej populacji.

Ideologia „miejskiej klasy średniej” odegrała dla protestu zdecydowanie negatywną rolę. Wobec małych miast i wiosek, gdzie ludzie często nie korzystają wcale z Internetu, ruch został przez oficjalne media zaprezentowany jako rewolta bogatych, którzy, co więcej (opisani przez państwowe media na sposób dziwnej teorii spiskowej), korzystają ze środków administracji Stanów Zjednoczonych, aby „dojść do władzy” i kontynuować antyspołeczną politykę lat dziewięćdziesiątych. Doradcy Putina szybko wyłowili temat „klasy średniej”, aby móc spekulować na temat różnic klasowych między Moskwą a prowincją, pomiędzy dobrze sobie radzącą klasą średnią a najbiedniejszymi. Obecnie media państwowe przeciwstawiają niepokoje wywołane przez protestujących populistycznej idei „stabilności”. Jeśli, początkowo, ten propagandowy obraz „wroga” nie nosił żadnej społecznej twarzy, to teraz jest już „jasne”, że ów obraz, ironicznie, jest inwersją starego radzieckiego marksizmu. Został zaprojektowany jako twarz wroga tradycyjnej klasy pracującej (skupionej teraz głównie na rosyjskiej prowincji) – jako „burżuazja” zamieszkująca Moskwę, Petersburg i inne duże miasta.

Ten niebezpieczny scenariusz jest ważną częścią przedwyborczej kampanii głównego kandydata Kremla i miał już pewien wpływ na wzrost sondaży Putina. Jedyna Rosja i Front Narodowy, stworzony przez Kreml, żeby stymulować oddolne poparcie dla swojej polityki, organizują spotkania w Moskwie i wzdłuż całego kraju, aby wychwalać ową osławioną „stabilizację” i jej wszechmocnego czempiona Władimira Putina. Znaczna część robotników przemysłowych w mniejszych miastach, przewodzonych przez zdradzieckie związki zawodowe, jak i zależnych od państwa urzędników, jest zmuszana za pomocą administracyjnego nacisku, szantażu czy łapówek do uczestniczenia w tych spotkaniach.

„Nawet nie możecie nas sobie wyobrazić!”

Nowe posunięcia władzy nakłoniły wielu krytycznie myślących protestujących, nie tylko na lewicy,  do zastanowienia się nad sposobami przekształcenia obrazu ruchu w dzień wyborów prezydenckich, czyli 4 marca. „Nawet nie możecie nas sobie wyobrazić/reprezentować!” („Wy nas daże nie priedstawlaietie!”). To hasło, które opiera się na grze słów z podwójnym znaczeniem „wyobrażać sobie” i „reprezentować”, stworzone zostało przez radykalne grupy studentów z Petersburga w grudniu, a stało się powszechnie znane jako najbardziej uderzające wyrażenie poglądów krytycznej części ruchu.

Brak zaufania wśród protestujących dla liberalnych przywódców opozycyjnych wywołał masową samoorganizację ludzi, którzy chcieli rozmawiać na własne tematy i czynić różnego rodzaju sugestie dotyczące taktyk walki. Na przykład podczas wiecu w alei Sacharowa 24 grudnia, powstały alternatywne platformy studentów, nauczycieli, pracowników kultury i tradycyjnych ruchów obywatelskich. W trakcie spotkań udostępniono dla wszystkich uczestników otwarty mikrofon i warsztaty „Przygotowywania własnych haseł”, zorganizowane przez Związek Zawodowy Pracowników Kultury i ruch Occupy Moscow.

Nikt nie może obecnie przewidzieć, jak i w jakiej chwili rosnący protest osiągnie swój szczyt, ani też kiedy będzie on w stanie rozmontować władzę tak zwanej „demokracji zarządzanej”, dominującej Rosję od ostatnich dziesięciu lat. Prawdopodobnie protesty, które wybuchną po 4 marca, będą tak silne, że sytuacja ponownie gwałtownie się zmieni. W tym samym czasie wielu aktywistów myśli o długoterminowych zmaganiach i pokłada nadzieje w demokratycznym opracowaniu bardziej świadomego socjalnie i ekonomicznie dopasowanego programu politycznego, zajmującego stanowisko wobec globalnego kryzysu neoliberalizmu i kwestii sprawiedliwości społecznej. Stało się już jednak coś nieodwracalnego – masowe uopolitycznienie i rosnąca polityczna świadomość nie mogą być już zatrzymane i uwięzione w banalnej mantrze demokracji przedstawicielskiej. Ta sytuacja otwartości i niepewności jest już sama w sobie osiągnięciem ruchu, które było nie do pomyślenia jeszcze trzy miesiące temu, w samym środku rozpaczy wywołanej wyobrażeniem sobie następnych sześciu do dwunastu lat Putinowskiej widmowej „stabilizacji”.

Rosyjskie wydarzenia są ważnym pretekstem do zastanowienia się nie tylko nad użytecznością i nadużyciami wyborczej gramatyki, ale także nad fundamentami demokracji przedstawicielskiej jako takiej. Model ten zakłada ideał autonomicznego podmiotu, który wyraża jej/jego zdanie i polityczne „poglądy” poprzez maszynerię wyborczą. Wraz z kierunkiem ostatnich wyborów w Rosji model ten został zakwestionowany, nie tylko z punktu widzenia abstrakcyjnej i często powtarzanej krytyki ideologii. To rzeczywistość we własnej osobie – barbarzyńska i upokarzająca dla większości poradzieckiego społeczeństwa, z jej brutalną siłą pieniędzy, administracyjnymi i policyjnymi interwencjami, które zneutralizowały jakiekolwiek przejawy prawa i zdeptały jakąkolwiek polityczną autonomię obywateli już dawno temu. Rosjanie odczuwali to wszystko bynajmniej nie na poziomie abstrakcji, ale swymi własnymi wrażliwymi, materialnymi ciałami. To, co dzieje się w Rosji, nawet biorąc pod uwagę całą jej specyfikę, nie jest obce całemu porządkowi globalnych masowych protestów rozpoczętych w zeszłym roku rewoltami w Tunezji i Egipcie, z wszystkimi ich przełomami i porażkami. Paradoksy i sprzeczności demokracji przedstawicielskiej stały się dużo wyraźniejsze dziś, kiedy oglądane są w skali globalnej. Na przykład tam, gdzie działają formalnie poprawne procedury reprezentacji i odbywają się niefałszowane wybory, są też ruchy Occupy Wall Street czy indignados, będące ekspresją 99 procent zawiedzionych przydatnością tych procedur do rzeczywistego „reprezentowania” czy informowania o potrzebach i interesach albo problematyzowania społecznych lub ekonomicznych realiów. My również mamy procedury reprezentacji, w ich pogwałconej i cynicznie wykoślawionej formie, w wyniku czego mamy także masową mobilizację oburzonych, mających na celu, świadomie lub nie, nie tylko przywrócenie tych procedur, ale także rozpoznanie tych samych nierozwiązanych kwestii ekonomicznych i socjalnych niesprawiedliwości wspólnych dla wszystkich krajów. Wraz z naszymi wieloma przyjaciółmi na miejscu wierzymy, że nasze lokalne zmagania w 2012 r. przyczynią się do wyłonienia się globalnego ruchu na rzecz prawdziwej demokracji.

Przełożył Maciej Mikulewicz

Gigi Roggero – W stronę instytucji dobra wspólnego

Rozwijany przez nas w tej książce polityczny projekt tworzenia instytucji dobra wspólnego przecina diagonalnie te fałszywe alternatywy – nie opowiada się ani za tym, co prywatne, ani za tym, co publiczne, ani za kapitalizmem, ani socjalizmem – otwierając nowe przestrzenie dla polityki.1

To krótkie zdanie ze wstępu o bardzo sugestywnym tytule Wielość staje-się-księciem – w doskonały sposób podsumowuje cele i treść książki Michaela Hardta i Antonia Negriego. Przede wszystkim – Rzecz-pospolita to nie tylko książka: to projekt polityczny. Zakłada to bezpośrednio kwestię metody, to znaczy, że niemożliwe jest czytanie i dyskutowanie tego tekstu poza kontekstem politycznym, poza współczesnymi walkami oraz przenikającym je rewolucyjnym napięciem. Po drugie, dobro wspólne (w liczbie pojedynczej) różni się od klasycznych interpretacji dóbr wspólnych, np. zasobów naturalnych. Dobro wspólne nie istnieje w przyrodzie, ale jest ustanawiane, jest przedmiotem produkcji. Jedynie żywa praca i jej walki sprawiają, że to, co wspólne, staje się dobrem wspólnym. Wreszcie zaś, powyżej cytowane zdanie z początku książki szkicuje profil nowej przestrzeni dla polityki: polityka dobra wspólnego bowiem ulokowana jest poza zużytą dychotomią między tym, co publiczne, a tym, co prywatne. Są one bowiem dwiema stronami tej samej kapitalistycznej monety. W ten sposób przestrzeń ta lokuje się poza systemem reprezentacji i suwerennością państwa narodowego, oraz wskazuje na konstytuujące cechy globalnych ruchów wielości. Autorzy zdają się twierdzić: nie mamy już nic do obrony, a do zbudowania cały wspólny świat!

Z tej przyczyny nadszedł kres wszystkich socjaldemokratycznych strategii oraz przestrzeni reformistycznej mediacji:

W tym społecznym obszarze produkcji biopolitycznej, w kontekście kapitału opartego na społeczeństwie, nie działają już dłużej mechanizmy integrujące, które funkcjonowały w ramach kapitału opartego na firmach. W tym miejscu jedno rzeczywiście dzieli się na dwa: w coraz większym stopniu autonomiczna siła robocza oraz kapitał, który staje bardziej i bardziej pozbawiony kontroli. Siła robocza nie jest już dłużej kapitałem zmiennym, włączonym w obręb ciała kapitału, ale oddzielną potęgą, której opór coraz to wzrasta.2

Zwróćmy jednak uwagę, że nie jest to żądanie spontanicznego rozwoju kolektywnego wyzwolenia. Wprost przeciwnie, jest to pierwszy z rezultatów optymizmu intelektu, zakorzeniony w formacji pracy kognitywnej wraz z jej kooperatywną i wytwórczą potentia. Jest to ambiwalentny wynik walki klasowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, antagonistycznego starcia między robotniczą autonomią a kapitalistyczną odpowiedzią na nią, rozwojem sił wytwórczych i ponownym przekształceniem systemu wyzysku. Mówiąc krótko, wskazuje on nowe pole walki, którego cechą charakterystyczną jest centralność dobra wspólnego – jest ono bowiem tym, co wytwarza kooperacja żywej wiedzy oraz tym, co kapitał przechwytuje. Oznacza to, że proces kapitalistycznego pomnażania wartości oraz akumulacja nie są już dłużej oparte na odgórnej organizacji pracy, ale na jej oddolnej grabieży. To właśnie podstawa wyzwolenia, jednak jego realizacja uzależniona jest od kolektywnej organizacji walk oraz zbiorowej kooperacji. W tym punkcie Hardt i Negri nie pozostawiają żadnych wątpliwości:

Możemy stawiać na zerwanie tej relacji w obrębie kapitału i wykorzystywać politycznie wyłaniającą się autonomię pracy biopolitycznej. Otwarta relacja społeczna, którą przedstawia przed nami kapitał, oznacza możliwość. Jednak by pchnąć ją przez próg potrzebna jest polityczna organizacja.3

Praca kognitywna nie jest abstrakcyjną figurą, ale podmiotem politycznym. Albo, ujmując to nieco trafniej, jest stawaniem-się podmiotu politycznego w walkach, w trakcie powstań północnoafrykańskich, ruchu acampadas czy Occupy Wall Street, czyli globalnych ruchów funkcjonujących w warunkach globalnego kryzysu gospodarczego. Dokładnie to było stawką, gdy aktywiści związani z ruchem operaismo zaczęli mówić o wyłaniającym się nowym składzie klasowym w samym środku kapitalistycznej kontrrewolucji po latach siedemdziesiątych. Zauważyli wówczas nowe cechy związane z kooperacyjnym i kognitywnym charakterem wykonywanej pracy, jak również przyjmowaną przezeń formę wielości. Raz jeszcze powtórzmy, nie byli oni prowadzeni przez optymizm woli czy wiarę w postęp historyczny – by zacytować najczęściej pojawiającą się i najnudniejszą retorykę lewicowej wiktymizacji i podporządkowywania wszystkiego tak zwanemu „mono-logicznemu myśleniu” – była to zdolność do stawiania na polityczne przewidywanie tendencji, która zawsze jest wewnętrzna względem składu klasowego.

W rzeczywistości powstanie i rewolucja nie są wydarzeniem, ale procesem naznaczonym ciągłością i nieciągłością, podmiotową sedymentacją oraz skokami naprzód. Jest to decydująca różnica między przedstawicielami operaismo oraz innymi radykalnymi myślicielami, którzy marzą o nadejściu metafizycznego komunizmu, odcieleśnionego od rzeczywistych procesów organizacji i walk: „Wydarzenie u Badiou – w rodzaju ukrzyżowania Chrystusa i jego zmartwychwstania, rewolucji francuskiej, czy też chińskiej rewolucji kulturalnej, by przytoczyć typowe dla niego przykłady – uzyskuje znaczenie i wartość zasadniczo po swoim zajściu”4 . Zatem w obrębie, a nie na zewnątrz procesu powinniśmy lokować kwestię form organizacji:

Tym jednak, co naprawdę konieczne, jak słusznie twierdził Lenin, jest wyrażany w ramach ludowego sprzeciwu związek etyczno-politycznego oburzenia z niepowstrzymywalną sekwencją aktów przemocy, wywłaszczenia i sabotażu przeciwko symbolom i instytucjonalnej rzeczywistości władzy. Według Lenina głównym problemem, z czym w pełni się zgadzamy, jest kwestia tego, jak przetłumaczyć każdy moment powstania na kategorie czasowości rządu, w jaki sposób uczynić powstanie czymś trwałym i stabilnym, a zatem ustanowić skuteczną żakerię.5

Termin żakeria może brzmieć całkiem dziwnie. Jednak Hardt i Negri używają go w szczególny sposób: współczesne żakerie nie są rewoltą wykluczonych, ale powstaniami podmiotów znajdujących się całkowicie wewnątrz procesów produkcji i akumulacji, ludzi wywłaszczonych ze społecznego bogactwa, które wytwarzają. W wydarzeniach w paryskich banlieu czy niedawnych zamieszkach w Wielkiej Brytanii widzimy – jak twierdzą Hardt i Negri – wyłanianie się nowej figury biedoty: biedota jest żywą pracą, formą życia, która wytwarza bogactwo innych oraz własne ubóstwo. W tym miejscu Marksowska definicja proletariatu znowu nabiera kształtu.

Walki i żakerie podkreślają rdzeń polityki dobra wspólnego: ponowne przyswojenie społecznego bogactwa oraz zniszczenie kapitalistycznych struktur dowodzenia. Współrzędne czasoprzestrzenne tej polityki ucieleśnione są w metropolii, czyli fabryce wytwarzającej dobro wspólne. Nie tylko dlatego, że okupacja przestrzeni metropolitalnych, na przykład placów, stała się centralna w działaniach na gruncie współczesnych walk, od Kasbahy w Tunisie przez plac Tahrir, Puerta del Sol i Park Zuccottich. Ukazuje ona konstytuujące praktyki potentiae wielości oraz ich nieredukowalność do zestawu reformistycznych żądań. Również w obrębie fabryki-metropolii wskazuje na centralność walk przeciwko rencie, która „działa poprzez odspołecznienie dobra wspólnego6 .

W jaki sposób przekształcić procesy ponownego przyswajania społecznego bogactwa w instytucje dobra wspólnego? Oto właśnie pytanie strategiczne. Jedno jest pewne w czasach globalnego kryzysu, który określony został przede wszystkim przez opór globalnego składu żywej pracy przeciwko rozkładowi dobra wspólnego: rewolucja powraca do programów ruchów społecznych, jednak w całkiem nowej formie – to znaczy bez roszczeń do przejmowania kontroli nad państwem. W tym kontekście Hardt i Negri rozwijają nowe pojęcie przejścia, przeciwko teoriom upadku kapitalizmu i ich socjalistycznym ideom:

Zamiast tego, typ przejścia, z którym pracujemy, wymaga rosnącej autonomii wielości zarówno od prywatnej jak i publicznej kontroli; przekształcenia społecznych podmiotów przez edukację i trening w kooperacji, komunikacji i organizowaniu społecznych spotkań; a tym samym akumulacji dobra wspólnego. Oto właśnie sposób, w jaki kapitał tworzy swoich grabarzy: dążąc do własnego zysku, próbując przedłużyć własne przetrwanie, musi sprzyjać rosnącej władzy i autonomii produktywnej wielości. A kiedy akumulacja tej władzy przekroczy określony próg, wielość wyłoni się wyposażona w zdolności do autonomicznego rządzenia wspólnym bogactwem.7

W ten sposób przejście jest immanentne względem konstytuującego ruchu składu żywej pracy: zakłada kwestię zerwania z kapitalistycznymi urządzeniami przechwytu oraz tworzenie nowych instytucji dobra wspólnego. „Oto teleologia materialistyczna, która pozbawiona jest złudzeń co do niewidzialnych rąk lub przyczyn ostatecznych, pchających naprzód historię. To teleologia forsowana jedynie przez nasze pragnienia i nasze walki, bez żadnego ostatecznego celu. Postęp będzie mierzony naszymi wzrastającymi możliwościami realizacji wspólnego szczęścia oraz utworzenia demokratycznego świata, w którym wszyscy razem będziemy mieli prawo, zdolność i chęć sprawowania władzy”8 . Moglibyśmy stwierdzić, że jest to autoteleologiczny ruch immanentny względem składu żywej pracy.

Dla Briana Andersona, recenzenta z „Wall Street Journal”, Rzecz-pospolita jest mroczną i złą książką. Dla Francisa Fukuyamy jest ona niebezpieczna. Przedstawiciele kapitalistycznych think tanków nie mylą się. Ich strach ma uzasadnione podstawy.

Przełożył Krystian Szadkowski

 

Gigi Roggero – Badacz na wydziale Polityki, Instytucji i Historii Uniwersytetu Bolońskiego. współautor książek Futuro anteriora, Rzym 2002, Precariopoli. Parole e pratiche delle nuove lotte sul lavoro, manifestolibri 2005, oraz Gli operaisti, Rzym 2005, autor Intelligenze fugitive, Rzym 2005, L’archivio postcoloniale, 2008 oraz The Production of Living Knowledge, Temple University Press 2011.

 

Więcej ankiet

 

 

  1. M. Hardt, A. Negri, Commonwealth, Cambridge MA 2009, s. IX. []
  2. Tamże, s. 292. []
  3. Tamże, s. 151. []
  4. Tamże, s. 60. []
  5. Tamże, s. 239. []
  6. Tamże, s. 258. []
  7. Tamże, s. 311. []
  8. Tamże, s. 378. []