Bartosz Ślosarski – Od marzeń do powstańczych przecięć

Bartosz Ślosarski – Od marzeń do powstańczych przecięć

Slavoj Žižek, Rok niebezpiecznych marzeń, tłum. Maciej Kropiwnicki, Barbara Szelewa, wstęp Igor Stokfiszewski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.

Slavoj Žižek, główny przedstawiciel i teoretyk lewicy lacanowskiej, jest znany ze swojej komentatorskiej i publikacyjnej nadaktywności. Po światowej premierze kolejnego filmu, po zagranicznym wydaniu książki z dowcipami o demoludach, czytelnikom mogła umknąć książka Rok niebezpiecznych marzeń, stanowiąca komentarz do protestów społecznych 2011 roku. Poszczególne eseje omawiają kwestie ogólnej kondycji znajdującego się w kryzysie kapitalizmu. Słoweński filozof w swoich rozważaniach przechodzi od Arabskiej Wiosny przez zamieszki w Wielkiej Brytanii, aż do budowania zrewoltowanych zgromadzeń miejskiej biedoty w Hiszpanii, Grecji i Stanach Zjednoczonych.

Žižek proponuje wpisać współczesne konflikty w dynamikę antagonizmu między kapitałem a pracą, zmuszającego system kapitalistyczny do ciągłego rewolucjonizowania się i ekspansji. Słoweński filozof uważa, że dominującą grupą w ostatniej fali protestów była spauperyzowana część burżuazji (równoznaczna z warstwami średnimi w strukturze stratyfikacji dochodów), nazywana przez niego „burżuazją opłacaną”. Nowe pokolenie klasy średniej nie jest w stanie utrzymać poziomu życia swoich rodziców, coraz częściej wchodząc w buty miejskiej biedoty. Najlepszą egzemplifikacją tego stanu było według Žižka współistnienie klasycznego proletariatu oraz „postburżuazyjnego” prekariatu (głównie studentów) w amerykańskim ruchu Occupy.

Według Žižka główny nurt Occupy Wall Street, jak również wiele innych antyneoliberalnych ruchów społecznych, nie posiadał wizji alternatywnego porządku społecznego, stąd też nie był w stanie odrzucić kapitalizmu jako całości, próbując kontestować jedynie jego postać finansową. OWS wyraziło autentyczny gniew, jednakże poprzestało na tym, nie przekształcając się w żaden projekt pozytywnej zmiany. Podobnie stało się z bojownikami z greckiego placu Syntagma, którzy co prawda stworzyli przestrzeń egalitarnej wolności bez centralnej władzy, ale w kwestii alternatywy poprzestali na konsensusie mówiącym, że nie istnieje wyraźna potrzeba tworzenia nowej partii bądź bezpośredniego przejęcia władzy państwowej. Za niezbędny uznali za to ruch społeczeństwa obywatelskiego, który wywierałby presję na istniejące partie polityczne.

W tym sensie ruchy wielości miejskiej po formalnym geście odrzucenia – który na początku liczy się bardziej niż jakakolwiek pozytywna treść – nie przekształciły się w ruch „negacji określonej”. Protestujący zamiast walczyć, afirmatywnie przyjęli postawę podmiotu historycznego. Posiadając takową kondycję ontologiczną, można jedynie prowokować i podważać autorytet „Pana” (w tym wypadku elitę finansową oraz polityczną). Jak pisze Žižek, Pan pytając „czego chcecie?”, ma na celu wykluczenie prawdziwej odpowiedzi, jaką jest samo obalenie elit – sensem pytania protestujących staje się zatem włączenie ich samych w tryby skorumpowanej demokracji partycypacyjnej. Protestujący znajdują się w powyższym histerycznym impasie, ponieważ nie dokonali przełożenia protestu na konkretny projekt społeczno-politycznej zmiany. W istocie kluczowym pytaniem Žižka jest na nowo postawione Leninowskie „co robić?”, a dokładniej: kto jest podmiotem zmiany, jak ją przeprowadzić, na jakich zagadnieniach skupić swoją walkę itd. Podstawowy problem postkryzysowych ruchów społecznych tkwiłby wobec tego w mechanizmach oraz w języku mobilizacji. Przyjmując za Alainem Badiou, że żyjemy w bezświatowej przestrzeni społecznej, w której to pozbawieni jesteśmy sensownych orientacji poznawczych – Žižek stwierdza, że podmioty histeryczne zagubiły się w narracjach horyzontalnych, pochodzących z lewicowego języka walk kulturowych. O ile w wypadku różnic kulturowych mobilizacja horyzontalna spełniała swoją rolę, ponieważ zakładała pokojowe współistnienie, o tyle nie sprawdza się w kontekście konfliktu klasowego. Mobilizacja na rzecz walki klasowej polegałaby wobec tego na rozdrapywaniu różnic, jak również na przemianie sprzeczności klasowych w naczelny antagonizm w ramach społeczeństwa. Celem jest usunięcie kapitalistycznych stosunków produkcji, nie zaś budowanie pokojowo współistniejących relacji między wyzyskiwanymi a wyzyskującymi. Walka klasowa, którą chciałoby toczyć Occupy Wall Street, polega według Žižka na zminimalizowaniu złożonej struktury społecznej do jej najmniejszej antagonistycznej różnicy, a nie tworzeniu otwartych przestrzeni wspólnej egzystencji, debaty oraz konsensusu społecznego.

Wojna kulturowa prowadzona przez fundamentalistyczną prawicę jest zdaniem autora przeniesieniem walki klasowej, której po upadku Związku Radzieckiego lewica nie chciała, a współcześnie już nie potrafi wyrazić horyzontalnym językiem pokojowego współistnienia. Z jednej strony jest to przyczyna przejścia klasy robotniczej pod sztandary konserwatywnej reakcji, zaś z drugiej strony generuje to wybuchy frustracji miejskiej biedoty, jak choćby te, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii, w 2011 roku. Tym samym Žižek dochodzi do wniosku, że dziś potrzeba nam awangardy, która ponownie postawi pytanie „co robić?”, zaś protestujący i ich rodziny będą mogli na to pytanie odpowiedzieć. Partia w rozumieniu lewicy lacanowskiej ma przede wszystkim stanowić znak zapytania dla miejskiej biedoty, która odpowiadając, wykroczy poza swoją aktualną kondycję i świadomość społeczną.

W powyższej narracji trzeba jednak oddzielić ziarna od plew, inaczej bardzo interesujące uwagi mogą zagubić się w gąszczu błędnych analiz. Problematyzowanie horyzontalizmu przez Žižka odnosi się bezpośrednio do prohoryzontalnych narracji, szczególnie tych lansowanych przez Michaela Hardta i Antonia Negriego, których prace – zwłaszcza zaś Multitude – miały przemożny wpływ na takie ruchy, jak Occupy Wall Street. Według teoretyków postoperaistycznych horyzontalne praktyki oporu są polityczną odpowiedzią na techniczny skład pracy biopolitycznej opartej na produkowaniu i reprodukowaniu dobra wspólnego, jak język, kody, afekty, ale też wspólnie posiadane dobra materialne. Stąd też uważam, że głównym błędem Žižka jest właśnie mylne wskazywanie źródeł horyzontalizmu, który posiada swoją materialną podstawę w przekształconym polu produkcji, a w mniejszym stopniu w polu kultury.

Zdaniem Žižka horyzontalny język współistnienia zaciemnia szereg różnic i antagonizmów w obrębie wielości, czyniąc narracje spowinowacone bądź wprost oparte na koncepcji pracy biopolitycznej szkodliwymi politycznie. Stąd też wynika problem późniejszy, który nazywam problemem negacji „nie-dookreślonej”. Miejska wielość przecinana jest szeregiem antagonizmów realnie istniejących w społeczeństwie klasowym – rasą, gender, wysokością/regularnością płacy roboczej bądź jej brakiem itd. Na tym jednak nie koniec podziałów, ponieważ mając do czynienia z procesem realnego subsumowania wszystkiego, co żywe, pod kapitał, mamy zarazem do czynienia z nieustannym czasem przejścia oraz ciągłym współistnieniem np. robotnika fabrycznego zaangażowanego w działalność związków zawodowych i partii politycznych, jak również studentki przymierzającej się do (prekarnej) pracy w sektorze wiedzy. Ogólnie zakreślona tendencja współczesnego kapitalizmu jest tylko momentem wstępnym analizy składu klasowego, podobnież jest z alternatywną wizją opartą na demokratycznym zarządzaniu „tym, co wspólne”, w której to pojedynczości tworzące wielość zyskają konkretne twarze.

W tym sensie Slavoj Žižek pozostaje przy słusznej intuicji, co nie oznacza, że jego krytyka jest zasadna merytorycznie. W Multitude Hardt i Negri wyraźnie określają wielość jako kategorię klasową w rozumieniu Mario Trontiego – jako projekt polityczny oparty na przesłankach ekonomicznych. Zgromadzenia Ogólne, które powstawały na uniwersytetach, w miastach czy fabrykach, stanowiły podstawę czy też impuls dla budowania bloku politycznego między różnymi grupami wyzyskiwanych, zadłużonych bądź też obciążonych kapitalistyczną rentą. Leninowskie pytanie „co robić?”, które postawił Žižek, pozostanie bez odpowiedzi, gdy nie podąży się za konkretnymi walkami. Jednak o ile ogólne zarysowanie ogólnej tendencji dotyczącej kapitału finansowego żerującego na ciele społecznej reprodukcji, było niezbędne na wstępnym poziomie analizy technicznego składu klasowego, o tyle nie jest wystarczające na poziomie politycznej rekompozycji klasy. Tworzenie takowego bloku politycznego wymaga konkretnej analizy konkretnej sytuacji, czyli tym samym uchwycenia wielości podziałów i punktów wspólnych, jak również krzyżujących się tendencji i tego, co dla kapitalizmu nowe (hegemoniczna praca biopolityczna) oraz tego, co dla niego trwałe (praca globalnego proletariatu w Chinach, Polsce czy USA). Intuicja lewicy lacanowskiej dotycząca słabości języka współistnienia, wyrażona słowami Žižka, jest słuszną krytyką demokracji liberalnej, ale nie można jej wykorzystać do restytuowanych w ramach protestów Occupy form demokracji pracowniczej.

Nieuzasadnione jest zatem stwierdzenie, że współczesnym ruchom społecznym potrzeba psychoanalityka, który postawi pytanie „co robić?”, zaś masowy podmiot przestanie histeryzować i sobie na to pytanie odpowie. Należałoby zapytać: co robić w tej konkretnej sytuacji, mobilizując konkretne grupy społeczne? Odpowiedź powinna być umotywowana empirycznie i często z tym właśnie mamy do czynienia. Trzy lata po „roku niebezpiecznych marzeń”, marzenia nie wygasły. Weźmy choćby stworzoną ad hoc hiszpańską partię Podemos (pod względem struktury przypominającą acampadas, czyli zgromadzenia demokratyczne), która weszła do Parlamentu Europejskiego i staje się jedną z kluczowych sił w kraju, co wcale nie wyklucza się z przejściem aktywistów z Ruchu „Oburzonych” do ruchów lokatorskich, okupujących i organizujących pustostany dla tych, których nie stać na mieszkanie. Occupy Sandy jako samoregulująca się organizacja samopomocy skutecznie wsparła nowojorską społeczność dotkniętą zniszczeniami huraganowymi. Grecka SYRIZA jest najbliżej zwycięstwa w wyborach do narodowego parlamentu, ale pozostaje w ciągłej „szorstkiej przyjaźni” z aktywistami z ruchów miejskich, którzy nie uznają jej przejścia na pozycję „trzeciej drogi”. Czyż te obrazki nie pokazują, że potencjał oporu nie zmarnował się, a raczej skanalizował na wielu poziomach, odpowiadając na konkretne zapotrzebowania?

Bartosz Ślosarski