Oskar Szwabowski – Wojna albo rewolucja

Oskar Szwabowski – Wojna albo rewolucja

Paul Mattick. 2014. Biznes się kręci: Kryzys gospodarczy i upadek kapitalizmu. Tłum. Krzysztof Król. Poznań: Wydawnictwo Bractwo Trojka.

Dominująca narracja dotycząca kryzysu, który rozpoczął się w 2007 roku, podkreśla, że jego przyczyną była sytuacja na rynkach finansowych. Z jednej strony, różnej maści keynesiści wskazują, że źródło kryzysu tkwi w niekontrolowanej spekulacji, z drugiej zaś, neoliberałowie podkreślają, że do kryzysu doszło w wyniku polityki państw, która zaburzyła naturalne dążenie rynku do samoregulacji. W dyskursie medialnym kryzys jest redukowany do działań konkretnych podmiotów i erozji kapitalistycznej etyki – w tej perspektywie to chciwość i brak odpowiedzialności wspieranej przez państwowe deregulacje mają stanowić przyczynę załamania się rynku. Zamiast analizy otrzymujemy więc albo dogmatyczne narracje ideologiczne, pewne schematy nakładane na zjawiska i oferujące od razu gotowe rozwiązania problemów, albo też mamy do czynienia z indywidualizacją problemu i obciążeniem winą konkretnych osoby, nie zaś samych praw funkcjonowania kapitalizmu. Książka Paula Matticka pod tytułem Biznes się kręci ukazuje jałowość obydwu tych narracji.

 Zdaniem Matticka poważna analiza kryzysu wymaga spojrzenia na dynamikę rozwoju kapitalizmu w dłuższej perspektywie, dzięki czemu można uniknąć popadnięcia w nostalgiczno-skandaliczne problematyzowanie neoliberalizmu, wyjaśniające przemiany zapoczątkowane w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku jako zamach polityczny, wynikający jedynie z dominacji pewnej ideologii. Zamiast tego autor wskazuje na konieczność, z perspektywy kapitału, zmian będących odpowiedzią na wyczerpanie się pewnego modelu, który nie był w stanie dłużej dostarczać zysków ani stymulować gospodarki. Finansjeryzacja gospodarki nie jest jedynie naroślą, aberracją, ale racjonalnym posunięciem w określonych strukturach. Finansjeryzacja nie jest również tylko „wybrykiem”, który utrudnia funkcjonowanie „bezproblemowego” kapitalizmu, ale odpowiedzią na problemy „realnej gospodarki”. Mattick wskazuje, że kryzys lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku stanowił oznakę wyczerpania się pewnego modelu gospodarczego. Wzrost ekonomiczny po II wojnie światowej wynikał z działań państwa, nie zaś typowej prywatnej przedsiębiorczości. Nastąpiło coś, co autor określa mianem zarządzania kryzysem. We wspomnianym okresie gospodarka przybrała postać mieszaną, w której państwo wprowadzało różnego rodzaju dopalacze i stymulatory. Niestety, działania władz politycznych, zdaniem Matticka, nie doprowadziły do samodzielnego ożywienia kapitalistycznej przedsiębiorczości. Wręcz przeciwnie. Wzrost gospodarczy stymulowany poprzez określoną politykę państwową zakończył się zapaścią. Finanseryzacja i zysk poprzez dług stały się sposobem powstrzymywania tego załamania, odczuwanego teraz z pełną mocą.

Kryzys gospodarczy przyczynił się też do obnażenia kryzysu teorii ekonomicznej. Dominujące sposoby konceptualizacji tego pierwszego, jak i proponowane rozwiązania, wskazują na jej ograniczenia. Teorie grzęzną w dogmatyzmie i nie są w stanie nie tylko rozpoznać natury załamania się gospodarki, ale również natury samego systemu kapitalistycznego. Bazując na myśli Marksa, Mattick przypomina podstawowe prawa rządzące kapitalizmem. Tym, co stanowi cel działania kapitalistów, jest zysk, a firmy powstają po to, aby zarabiać pieniądze. Takie stwierdzenie może wydać się banalne, jednak to właśnie w działaniu dla zysku tkwi klucz do zrozumienia przyczyn kryzysów nękających kapitalizm.

Mattick stawia dość pesymistyczną diagnozę. Stwierdza, że proponowane zarówno przez neoliberałów, jak i keynesistów rozwiązania nie uchronią nas przed dalszym pogłębianiem się kryzysu. Rozwiązaniem depresji może być sama depresja, stwierdza autor, która poprzez destrukcje może przywrócić gospodarce kapitalistycznej rentowność. Odwołując się do koncepcji cyklów ekonomicznych zauważa, że gwałtowne zapaści służyły do zreformowania sposobu produkcji. Rekonfiguracja kapitalizmu odbywała się często za pomocą konfliktów zbrojnych, przy dużych ofiarach społecznych, a towarzysząca im destrukcja tworzyła przestrzeń dla rozwoju nowego, lepszego kapitalizmu. Mattick dowodzi, że kapitalizm może ocalić jedynie jego bezwzględna logika. Całkiem możliwe, że to ocalenie wiedzie przez cierpienie licznych ofiar recesji gospodarczej i przez wojnę o zasięgu światowym. Gospodarka mieszana, która coraz częściej chroni kapitalistów przed zgubnymi skutkami samego kapitalizmu – takimi jak bankructwo nierentownych przedsiębiorstw, ryzyko inwestycji, konkurencja – staje się niewydolna. Nie jest w stanie w dłuższej perspektywie uchronić system przed upadkiem. Kruszące się imperia prowadzą coraz to intensywniejsze kampanie prowojenne. Konflikty wybuchają już nie tylko na peryferiach, ale i w krajach półperyferyjnych. Nie bez znaczenia są też koszty ludzkie tej walki o ocalenie systemu, objawiające się choćby w radykalnym pogorszeniu warunków bytowych szerokich mas. Trzeźwe spojrzenie, które proponuje Mattick, może wydawać się bardzo pesymistyczne. Niemniej, nie prowadzi ono do rozpaczy, a jedynie pozwala postawić realną alternatywę: głęboki kryzys związany z rozpadem więzi społecznych i konfliktami zbrojnymi albo uruchomienie produkcji innego świata.

            Mattick nie szuka alternatywy w państwowych regulacjach, w chronieniu quasi-kapitalizmu, ani w neoliberalnej wizji wolności przedsiębiorców. Mocy konstytuujących inny świat nie dostrzega również w partiach ani związkach zawodowych, które stabilizowały panujący model produkcji, zwłaszcza w jego złotym, powojennym okresie. Moc zmiany, produkcji innego porządku społecznego odnajduje Mattick w aktywności społeczeństwa zdanego na siebie samo. Społeczna rewolucja oznaczałaby więc dla niego oddolne przejęcie mieszkań, zakładów pracy, porzuconych ziem, a także uruchomienie usług. Byłyby to skromne działania mające głównie na celu samo przetrwanie – ale w tej radykalnej „polityce rzeczy małych” zaktualizowałaby się zupełnie inna logika i inna struktura społeczna. Praktyka mas uruchomiłaby produkcję opartą na wartości użytecznej, tym samym odcinając się od logiki kapitalistycznej z jej dominacją wartości wymiennej. Pomimo skromności i pozornie nieantagonistycznej praktyki samych ludzi, działanie takie nie oznacza braku konfliktu. Mattick stwierdza, że każde działanie mające na celu społeczne przechwycenie i uruchomienie alternatywnej produkcji i życia społecznego spotyka się i spotka z brutalną represją ze strony władz. Niemniej, wydaje się, że rozproszona wojna domowa jest jedynym sposobem na powstrzymanie wojny światowej i globalnego wyniszczenia, które mogłoby być jej efektem.

Książka Matticka dotycząca kryzysu, który wstrząsnął światową gospodarką w 2007 roku, jest bardzo ważną pozycją na polskim „rynku idei”. Autor przeprowadza bezkompromisową analizę, rysując opartą w równym stopniu na faktach, co teorii, ponurą z perspektywy większości społeczeństwa, wizję przyszłości. Jego rozważania nie są jednak pozbawione nadziei, która rodzi się z głębokiego pesymizmu. Pomimo skromnych rozmiarów, książka jest bogata w swej treści. Nie bez znaczenia jest również fakt, że pomimo ekonomiczno-filozoficznego charakteru tej pozycji, jest ona wolna od typowego dla rozpraw naukowych żargonu. Autor w przejrzysty, jasny sposób wyjaśnia zawiłe problemy związane z kryzysem. To wszystko czyni książkę Matticka godną polecenia każdemu, kto pragnie zrozumieć mechanizmy działania współczesnego kapitalizmu i źródła trwającej od kilku lat recesji.

Oskar Szwabowski

Tomasz Orłowski – Dlaczego rację miał… Arystoteles

Tomasz Orłowski – Dlaczego rację miał… Arystoteles

Terry Eagleton. 2014. Dlaczego Marks miał rację. Tłum. Bartosz Kuźniarz. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

 Na pierwszy rzut oka wydana niedawno książka Terry’ego Eagletona Dlaczego Marks miał rację przypomina coś w rodzaju „podręcznika” przeznaczonego przede wszystkim dla czytelników nieznających Marksa i marksizmu z „pierwszej ręki” lub nieznających ich wcale. Sam autor przyznaje zresztą we wstępie, że taki był w istocie jeden z celów jego książki. I cel ten nie tylko spełnia, ale oddaje nam w ręce najlepszy przykład na to, jak takie „pozaprogramowe podręczniki” należy tworzyć. Choć, żeby być precyzyjnym, książka w swej formie przypomina raczej coś w rodzaju „przewodnika” niż podręcznik w szkolnym znaczeniu. A może dlatego, że mam w pamięci przeważnie źle złożone i potwornie nudne podręczniki z lat szkolnych, trudno mi ostatecznie przystać na to porównanie. Książka jest bowiem rzeczywiście niezwykle przystępna, zarówno jeśli idzie o język, jakim prowadzi swój wywód Eagleton, jak i samą strukturę dzieła. Eseistyczna konwencja, po którą sięga, pozwala mu wyraźnie zaznaczyć własne usytuowanie w obszarze myśli marksistowskiej. Tekst podzielony jest na dziesięć krótkich „rozpraw”, z których każda stanowi odpowiedź na popularne przekłamania i mity, w jakie obrósł marksizm w powszechnym odbiorze. Większość tych zarzutów zdaje się wyjęta wprost z internetowych forów, gdzie lewicy przyszło tłumaczyć się z „propagowania totalitaryzmu”, „niebezpiecznej utopii” i tym podobnych zarzutów, które formułowane są przeważnie przez pryzmat stalinowskiego „narodowego komunizmu” oraz patologii realnego socjalizmu, a które zapewne niejedna i niejeden z nas musieli odpierać w politycznych sporach. Po pierwsze więc właśnie dlatego, tzn. ze względu na „postsowieckie tabu”, z którym boryka się od ćwierćwiecza polska lewica, po drugie zaś z powodu zawłaszczenia i zwulgaryzowania ideałów takich jak „samorealizacja” czy „wolność” przez wolnorynkową i nacjonalistyczną prawicę, Dlaczego Marks miał rację wydaje mi się książką niezwykle nam dziś potrzebną.

Większość mitów, z którymi autor polemizuje, dotyczy przypisywanej filozofii Marksa „utopijności” i jego rzekomo naiwnej wiary we „wszechmoc człowieka”. Ten zaś, zauważa Eagletona, stoi w sprzeczności z równie popularnym zarzutem, jakoby Marks, przeciwnie, odzierał człowieka z jego godności, pozbawiając go „duchowej substancji” i sprowadzając do pozbawionego moralnego zmysłu narzędzia, którego działania są ściśle zdeterminowane przez warunki ekonomiczne, w których dane mu jest zaistnieć. Musimy więc wybrać jeden z nich lub porzucić oba. Można jednak odnieść wrażenie, że gdy autor przechodzi już do tego drugiego zadania, nie czyni tego z całą mocą, z jaką można by tego dzieła dokonać. Zamiast dawać czytelnikowi gotowe odpowiedzi i rozsupływać wszystkie sprzeczności, a jednocześnie mając pewnie świadomość tego, że nie sposób przedstawić całej złożoności Marksowskiej analizy na kartach dwustustronicowej książeczki, Eagleton decyduje się nas pozostawić ze świadomością tej niezwykłej złożoności i tym samym zachęcić do samodzielnego studiowania pism niemieckiego filozofa. Samego twórcy Kapitału również nie przedstawia nam w czarno-białych barwach. Pisze między innymi, że „Marks był szczególnym przypadkiem pesymisty w odniesieniu do przeszłości i człowiekiem spoglądającym z rzadko spotykanym optymizmem w przyszłość” (s. 85). Autor chce, byśmy widzieli Marksa jako postać niejednorodną, jako realistę i marzyciela, wrażliwego poetę oraz znawcę Balzaca i poszukiwacza niepodważalnych praw życia ekonomicznego w jednej osobie; kogoś, kto w swych dziełach obwieścił ludziom jakąś niezwykłą, tajemną prawdę, by za chwilę dodać, że nie ma takich wielkich prawd i wolno nam kwestionować wszystko. Ostatecznie sam Eagleton nie sprzedaje nam żadnych gotowych recept na choroby współczesności i aby rozbić wyobrażenie o marksistach jako jednomyślnej awangardzie partyjnej, która prowadzi ludzkość przez kręte ścieżki historii, ukazuje czytelnikowi wewnętrzne zróżnicowanie „środowiska marksistowskiego” i różne propozycje socjalistycznych rozwiązań z ich mocnymi i słabymi stronami. Przede wszystkim jednak zostawia nas z przekonaniem, że nawet wielkie zmiany są nie tylko możliwe, ale i „konieczne”, a czyni to pokazując,w jak kruchym i chybotliwym jest globalno-kapitalistyczny kolos. Nie sposób też nie dostrzec kryjących się pod tym pozornie „bezstronnym” tekstem Eagletona egzystencjalistyczno-humanistycznych i wczesnomarksowskich korzeni jego myśli. Choć nie zdradza tego tak wyraziście jak w poprzednich książkach, nie można mieć wątpliwości, że „Marks, który miał rację”, to zdaniem Eagletona ten, który pisał w roku 1844 w Rękopisach ekonomiczno-filozoficznych, że komunizm to „rzeczywiste przyswojenie ludzkiej istoty przez człowieka i dla człowieka”, „pełny powrót człowieka do samego siebie jako do człowieka społecznego, to znaczy ludzkiego, powrót dokonany świadomie i w oparciu o całe bogactwo dotychczasowego rozwoju”, i który to komunizm jako „skończony naturalizm = humanizmowi, jako skończony humanizm = naturalizmowi”.

Mity, które brytyjski filozof omawia jako pierwszy i ostatni, dotyczą kwestii „aktualności” Marksowskich diagnoz i użyteczności jego filozofii. O ile jednak w pierwszym znajdujemy stanowisko, zgodnie z którym nasz świat nie jest już ponurym i niebezpiecznym światem, w którym żył Marks, nie ma zatem czego dziś jego narzędziami naprawiać, to dziesiąty mit mówi, że marksizm okazuje się zupełnie nieprzydatny w kontekście współczesnych problemów. Wybranie tych esejów jako „otwierającego” i „zamykającego” zdaje się być zabiegiem nieprzypadkowym, mamy bowiem do czynienia ze swoistą klamrą: wciąż istnieją problemy, które musimy rozwiązać – a Karol Marks może nam cały czas wiele powiedzieć na temat tego, jak to uczynić. Eagleton zaczyna więc od czegoś, co może przywodzić na myśl „terapię szokową”, mającą pozbawić najbardziej nieuświadomionego czytelnika złudzeń, jakobyśmy zdołali uporać się ze społecznymi niesprawiedliwościami znanymi z czasów Problemów klasy robotniczej w Anglii Engelsa i dokonali jakiejś znaczącej korekty świata oraz nas samych. Na przekór neoliberalnej „propagandzie sukcesu”, przywołuje zatem przypadki nieludzkich praktyk korporacji lokujących produkcję w słabo rozwiniętych i niedemokratycznych krajach. Pisze też o dzielnicach slumsów w Lagos i Dhace i pogłębiających się nierównościach majątkowych. Przez dalszą część książki autor jednak zajmuje pozycję defensywną, przekonując nas raczej, czym marksizm z całą pewnością nie jest, zamiast wyjaśniać, co powinniśmy pod tym pojęciem rozumieć. Spośród dziesięciu „esejów” jedynie w trzecim dowiadujemy się czegoś więcej o pojęciach z Marksowskiego instrumentarium, takich jak „siły wytwórcze”, „stosunki produkcji” czy „walka klas”. W pozostałej części książki te pojęcia pojawiają się sporadycznie. Eagleton nie zarysowuje nam nawet różnicy między podejściem „Marksowskim” a „marksistowskim”, stosując je nawet zamiennie z „socjalistycznym”, przez co można się naprawdę pogubić, co jest pomysłem samego Marksa, a co jego kontynuatorów i kontynuatorek.

Czym jest zatem książka Eagletona?

Pisałem wcześniej, że jest to rodzaj podręcznika czy też „przewodnika po marksizmie”. Skoro jednak filozofia marksistowska jako taka nie jest wcale głównym tematem książki, w jaki sposób mielibyśmy po jej lekturze „zostać marksistami”, choćby zupełnie początkującymi? Otóż, oczywiście, nie zostaniemy nimi i nie jest nawet ambicją autora, by tak się stało. Nie sądzę zresztą, by mogło istnieć jakiekolwiek „poza-Marksowskie” źródło, które mogłoby to zadanie spełnić. Jeśli chcielibyśmy kogoś wprowadzić w arkana myśli Marksa, powinniśmy wybierać raczej między np. I tomem Kapitału a Ideologią niemiecką, czy też chociażby Manifestem komunistycznym.

W jednym ze swoich przemówień Pablo Iglesias, lider hiszpańskiej partii Podemos, która według sondaży przedwyborczych jako jedyna może zagrozić socjalliberalnej PSOE i konserwatywno-prawicowej PP, powiedział, cytując hiszpańskiego socjologa Césara Renduelesa: „większość ludzi jest przeciwko kapitalizmowi, ale o tym nie wie. Większość ludzi broni feminizmu, chociaż nie czytali Judith Butler ani Simone de Beauvoir.” Należałoby jeszcze dodać, że nieważne jakich środków byśmy użyli (a myślę teraz o tych naprawdę paskudnych), większość ludzi nigdy nie przeczyta też Karola Marksa (ani nawet Terry’ego Eagletona!). Pojawianie się takich ślepo oddanych wyznawców nie powinno jednak napawać nas zbyt wielkim optymizmem. Cóż nam bowiem po marksistach i marksistkach, dla których ostateczną granicą społecznego zaangażowania miałoby być pójście na wybory – ten świecki odpowiednik odwiedzania kościoła dwa razy do roku (analogia nie jest przypadkowa: statystyki mówią, że tylko niewielki procent chrześcijan i chrześcijanek czytał Biblię). Jak słusznie sugeruje w posłowiu do książki Bartosz Kuźniarz, „postmarksistowskiego i pozbawionego realnej substancji Marksa, zwolennika aborcji, filozofii w szkole i budowy spalarni śmieci, należy zdecydowanie odróżnić od Marksa w wersji hardcore, materialistycznego autora teorii walki klas, koncepcji dyktatury proletariatu, postulatu zniesienia własności prywatnej i żelaznego prawa konieczności historycznej” (s. 201). W tym sensie Eagleton nie uczyni z nikogo „hardcorowego marksisty”, a więc po prostu marksisty w ścisłym rozumieniu tego słowa, ale czytelnicy Dlaczego Marks miał rację niekoniecznie muszą zostać jedynie zwolennikami tego „postmarksistowskiego i pozbawionego realnej substancji Marksa”. O ile ci ostatni są przykładem tego, jak sprawnie mechanizmy liberalnej demokracji „spuszczają powietrze” z obiecujących ruchów, jakie pojawiają się na politycznym horyzoncie, przekształcając je w akceptowalne, postpolityczne wydmuszki, to uważni czytelnicy Eagletona zajmą raczej pozycję do nich przeciwną. Nie tak wyraźnie jak w innej książce brytyjskiego filozofa, w Końcu teorii, ale i w Dlaczego Marks miał rację autor odwołuje się bowiem do Arystotelesowskiego rozumienia „polityki” i człowieka jako „podmiotu politycznego” (zoon politikon), który stoi w opozycji do figury zamkniętego w czterech ścianach swego białego domku za miastem człowieka w liberalno-demokratycznym porządku.

Nie wystarczy z pewnością w tym samym ustępie streścić najnowszy film o przygodach superbohatera, rzucić soczystym cytatem z Manifestu komunistycznego, a wszystko okrasić (znanym nam już z trzech poprzednich książek) żartem, by zbudować struktury oporu i kłaść podwaliny pod nowy ład społeczno-polityczny, zwłaszcza jeśli na koniec jeszcze „pozwolimy sobie ująć rzecz po Lacanowsku”. Nie, to jest raczej najlepszy przepis na to, jak zostać starym, zgorzkniałym marksistą. Rozumie to dobrze autor Dlaczego Marks miał rację, przyjmując inną strategię i proponując, by równolegle z Marksem czytać Arystotelesa. Sam twórca Kapitału jest może w najnowszej książce Eagletona jedynie przykrywką dla popularyzowania myśli greckiego filozofa, który nie tylko „miał rację”, ale mimo upływu czasu ma nam wciąż wiele do powiedzenia.

Tomasz Orłowski

Piotr Kuligowski – Przemoc, sojusz ekstremów i strach

Piotr Kuligowski – Przemoc, sojusz ekstremów i strach

Georges Sorel. 2014. Rozważania o przemocy. Tłum. Marek J. Mosakowski, wstęp Igor Stokfiszewski. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Dlaczego Wydawnictwo Krytyki Politycznej zdecydowało się na edycję tekstów Georges’a Sorela pod zbiorczym tytułem Rozważania o przemocy? Na pierwszy rzut oka decyzja wydaje się zasadna, gdyż teksty te nigdy wcześniej nie zostały zbiorczo wydane w języku polskim. Sam Sorel natomiast, przede wszystkim przez stworzenie oryginalnej koncepcji mitu i ukazanie jego doniosłej roli w walkach rewolucyjnych, bywał dość często przywoływany przez historyków, którzy posługiwali się ukutymi przez niego narzędziami do badania ruchów emancypacyjnych i rewolucji społecznych. Z drugiej jednak strony trudno pozbyć się wrażenia, iż w jakimś stopniu Sorel przynależy do plejady myślicieli „łotrzykowskich”, których do kanonu polskiej lewicowości próbuje, przez swoje wydawnictwa, dokooptować „Krytyka Polityczna”. Poprzez pewne meandry własnych koncepcji, ale także ich śmiałość i nieszablonowość, Sorel zmierza momentami w rejony, która budzą niepokój. Tym samym wpisuje się w pewnym stopniu w zabiegi służące pozyskaniu dla lewicy takich postaci, jak św. Paweł czy Carl Schmitt.

            Zresztą zastanawiać się można, jak na wydanie antologii swoich pism i akademicką dyskusję nad ich przesłaniem zareagowałby sam Sorel, który wszak dość konsekwentnie łączył antyelitaryzm z antyintelektualizmem. W wydanych krótko po Rozważaniach Złudzeniach postępu (które notabene także zasługują na wznowienie, gdyż w języku polskim dostępna jest jedynie wersja z 1912 roku) francuski syndykalista pisał, że burżuazja nigdy nie obawiała się abstrakcyjnych idei i przestrzegał proletariat przed ufaniem nauce (s. 147). Elementy te warto przywołać przed przejściem do krytycznego omówienia koncepcji zawartych w Rozważaniach, pozwoli to bowiem osadzić Sorelowskie koncepty w szerszym kontekście przemian dokonujących się podówczas w europejskiej myśli politycznej. Przełom wieku dziewiętnastego i dwudziestego jest bowiem momentem, w którym zachodziło zjawisko, które Grzegorz Krzywiec określił w książce Szowinizm po polsku jako „rewoltę idealistyczną”. Rewolta ta kiełkowała w dobie neoromantycznego zwrotu i była wynikiem przede wszystkim krytyki marksizmu (a raczej jego dominujących wówczas interpretacji). Wynikało to z pewnego zmęczenia naukowością, a raczej schematycznością wykładni marksowskich koncepcji. „Rewolta idealistyczna” była odrzuceniem imputowanego Marksowi determinizmu i stawiała idealizm w miejscu materializmu.

            W tym kierunku zmierzała także Sorelowska krytyka Marksa zawarta w Rozważaniach. Francuski myśliciel w istocie próbował odpowiedzieć na kwestię, którą już w 1891 roku podnosił polski socjalista Karol Szczęsny. Na łamach Pobudki: Czasopisma narodowo-socyalistycznego pisał on, iż teoria Marksa służy raczej jako teoretyczne narzędzie do analizy kapitalizmu, tymczasem nie wykazuje większej użyteczności, gdy traktować ją jako program praktycznego działania. By odpowiedzieć na ten dylemat, uwidaczniający się w europejskich ugrupowaniach socjalistycznych tego okresu, Sorel postanowił „uzupełnić” myśl Marksowską, idąc niejako w dwóch kierunkach. Po pierwsze, wyostrzył Marksowskie odrzucenie utopizmu jako niepraktycznej mrzonki, zaciemniającej rzeczywiste cele i zadania rewolucyjnego proletariatu. Po drugie, wysunął koncepcję strajku generalnego jako frontalnego ataku sił rewolucyjnych na system kapitalistyczny.

            Krytykując utopię, Sorel zmierzał przede wszystkim do wyzwolenia rewolucji z wszelkich ram, z jakichkolwiek programowych obostrzeń, które mogłyby ją ograniczać i kierować w konkretną stronę. Zdaniem francuskiego syndykalisty siła ruchu rewolucyjnego polegać miała na jego spontanicznej kreatywności i sprawczości, czyniących go niebezpieczniejszym, bo nieokiełznanym. Utopia jawiła mu się jako niemożliwa także dlatego, że kapitalizm nie może być fundamentem pod tworzenie nowej etyki czy dalekosiężnego programu socjalistycznej alternatywy. Afirmacja woluntaryzmu skłoniła wręcz Sorela do ironizowania na temat belgijskich czy francuskich kooperatyw – w jego ujęciu w tym krajach, w których rewolucyjny syndykalizm jest najsłabszy, „organizacja socjalizmu opiera się (…) na piekarniach, sklepach spożywczych i pasmanteryjnych” (s. 158).

            Z kolei w swej wizji strajku generalnego wysunął Sorel dwie interesujące koncepcje: porównał walkę proletariatu do sytuacji wojennej i wprowadził pojęcie mitu proletariackiego. Ten ostatni jest po prostu systemem obrazów, zdolnym wzniecić płomienne uczucia (s. 123–128). Wedle francuskiego myśliciela, w chrześcijaństwie taką rolę odgrywa zapowiedź ponownego przyjścia Chrystusa, w ruchu rewolucyjnym natomiast energię i spontaniczność winien wyzwolić mit strajku generalnego. W swych dociekaniach Sorel zmierza jednak w niepokojących kierunkach, np. sądzi, że charakter tego mitu jest uzależniony od tradycji narodowej, co otwiera przestrzeń do spekulacji na temat owych tradycji i może prowadzić do dzielenia narodów na lepsze i gorsze. Nadto zakładał, że w dobie kapitalistycznej dekadencji przełomu wieków tylko przemoc proletariacka może uratować europejską cywilizację przed upadkiem.

            Rewolucja u Sorela jest więc czystym aktem niszczenia. Francuski syndykalista pochwala sam akt destrukcji starego porządku, nie siląc się na wskazanie konkretnych kierunków pożądanej zmiany. Natomiast włączanie do analizy wątków narodowych i cywilizacyjnych oraz uznanie, że syndykaty powinny przede wszystkim przyciągać silne (moralnie, ale i fizycznie) jednostki (s. 285) tworzy polityczną próżnię, którą w okresie międzywojennym próbowali wypełniać nowi kontestatorzy – ruchy faszystowskie. W swym odrzuceniu programu politycznego jawi się więc Sorel jako prekursor koncepcji sojuszu ekstremów, czyli wspólnego frontu wszystkich sił antysystemowych, walczących przeciwko zgniliźnie zachodniego kapitalizmu.

            Trudno nie ulec wrażeniu, że w Rozważaniach otrzymuje czytelnik rewolucyjny kondensat, apologię społecznej przemocy, zamieszek i terroru rewolucyjnego w czystej formie. W tym kontekście wstęp Igora Stokfiszewskiego zdaje się pełnić rolę zawleczki, którą zapobiegliwi wydawcy dołączyli do odbezpieczonego granatu. Stokfiszewski bowiem, sięgając po przykład Ukrainy, przestrzega, iż „przemoc służy tu zniewoleniu, ograniczeniu procesów emancypacyjnych i dążności do samostanowienia, nie zaś – wyzwoleniu spod ucisku” (s. 12). Na tej samej stronie autor wskazuje, że de facto za wydaniem zbioru przemawiały, po pierwsze, głębsza chęć zrozumienia sporów filozoficznych w początkach dwudziestego wieku, po drugie zaś – dążenie do pełniejszego zrozumienia myśli Stanisława Brzozowskiego, który wszak z Sorela obficie czerpał (s. 12). Treść wstępu i zawartość książki tworzą więc dysonans, który chyba świadczy o tym, że wydawcy w jakimś sensie sami przestraszyli się treści, które dali czytelnikom do rąk.

Piotr Kuligowski

Kamil Piskała – Rozważania o przemocy, czyli krótkie stulecie, które miało zakończyć historię

Kamil Piskała – Rozważania o przemocy, czyli krótkie stulecie, które miało zakończyć historię

Enzo Traverso. 2014. Historia jako pole bitwy: Interpretacja przemocy w XX wieku. Tłum. Światosław Florian Nowicki. Warszawa: Książka i Prasa.

„Polityka historyczna” a sprawa polska

W licznych dyskusjach dotyczących przyczyn słabości w Polsce szeroko rozumianej lewicy wskazuje się często na brak spójnej i przekonującej wizji „polityki historycznej”. Jako istotne elementy przygotowujące, trwającą do dziś dyskursywną hegemonię konserwatywnego liberalizmu przypomina się przy takich okazjach spektakularne działania IPN (zwłaszcza w początkowych latach jego istnienia), medialny sukces Muzeum Powstania Warszawskiego, karierę kolorowych „magazynów historycznych” i cichą „konserwatywną rewolucję”, która dokonać się miała na wydziałach historycznych. Z różnych stron da się nawet słyszeć głosy, że to właśnie odnalezienie zaginionego świętego Graala „lewicowej polityki historycznej” stanowi w ogóle warunek wstępny jakiejkolwiek skutecznej walki o nadwiślański rząd dusz, a co więcej, że na jego poszukiwania należy ruszyć szlakiem przetartym już przez prawicowych oponentów. Mnożą się więc pomysły tworzenia „lewicowych” kontrmitów czy apele o poszukiwanie „naszych” bohaterów, którzy swą dzielnością oraz niepokalaną biografią mogliby przyćmić tych, których „oni” noszą na swych sztandarach (patrząc na flagi wywieszane na piłkarskich stadionach, można brać to sformułowanie dość dosłownie). Odnotować należy, że nawet tzw. parlamentarna lewica w pewnym momencie postanowiła swojej dawno zagubionej „lewicowości” szukać w mrokach przeszłości, czego efektem był „Niezbędnik historyczny lewicy”, prezentujący, powiedzmy, dość „osobliwą” wizję „lewicowej polityki historycznej” (o licznych błędach na poziomie przytaczanej faktografii nie wspominając) oraz groteskowa kampania medialna na rzecz ustanowienia „Roku Edwarda Gierka”.

            Choć dyskusje na temat politycznych użytków czynionych z historii ostatnio w polskich środowiskach lewicowych i postępowych nieco przycichły, to temat ten nadal budzi stosunkowo duże zainteresowanie i emocje. Z tego już tylko względu spodziewać się można, że Historia jako pole bitwy pióra włosko-francuskiego historyka Enzo Traverso, wydana kilka tygodni temu w serii „Le Monde Diplomatique”, liczyć może na sporą popularność i niemało komentarzy.

W poszukiwaniu pola bitwy

Książka Traverso, choć jej autora niewątpliwie zaliczyć należy do obozu radykalnej lewicy, zawiedzie jednak oczekiwania wszystkich tych, którzy – zachęceni choćby samym tytułem i renomą autora – liczą na swoisty podręcznik „lewicowego” spojrzenia na przeszłość. Nie znajdziemy tu prostych wskazówek czy odpowiedzi na pytanie o to, jak uprawiać postępową, emancypacyjną historię, ani też próby przepisania w tym duchu jakiegoś fragmentu dziejów Europy. Traverso jest badaczem zbyt subtelnym, a zarazem zbyt mocno przywiązanym do (dobrze pojętego) warsztatu swej dyscypliny i norm stawianych akademickiej historiografii, by oferować czytelnikom łatwe rozwiązania czy przejrzyste schematy. W Historii jako polu bitwy skupia się raczej na pytaniu i mnożeniu wątpliwości, z erudycją komentuje spory badaczy, wstrzymując się jednak zwykle od ferowania ocen czy stanowczych rozstrzygnięć.

Podobnie jak dla rodzimych orędowników „lewicowej polityki historycznej”, również dla Traverso historia stanowi pole walki. Jednak (odwołując się wciąż do tytułowej metafory) Traverso w zebranych tu esejach nie zabiera nas wcale tam, gdzie objawia się to w sposób najbardziej oczywisty, a więc w miejsca, gdzie wre realny bój, słychać chrzęst oręża, a oddech zatyka wzniecony przez tysięczne stopy żołnierzy bitewny kurz. Nie zabiera nas nawet do „sztabów” batalii toczonych na polu przeszłości, gdzie obmyśla się kolejne manewry i wyznacza kierunki natarcia. Zamiast tego uchyla przed nami drzwi do gabinetów pracujących z dala od bitewnego zgiełku teoretyków wojny, którzy w ciszy i skupieniu opracowują pojęcia, metafory i interpretacje, które wyznaczają ramy, w jakich toczą się kolejne starcia, formatują sposób myślenia dowódców i sztabowców, i wreszcie, określają styl oraz metodę walki pojedynczych żołnierzy.

            Jak pisze Traverso, rytm polityki i historiografii jest wspólny. Niełatwo byłoby wymyślić lepszy barometr mierzący nastroje i polityczny klimat teraźniejszości, niż historiografia. Wyniki pomiaru – jak zdaje się sugerować włoski historyk – sprawdzać jednak należy w oparciu o dzieła wybitne, przełomowe, otwierające nowe perspektywy i na lata wyznaczające kierunki poszukiwań badaczy na całym świecie, nawet jeśli ich „polityczność” na pierwszy rzut oka zdaje się ukryta. To z ich perspektywy, a nie z poziomu uwikłanej w bieżące rozgrywki „publicystyki historycznej” czy mocno „zaangażowanych”, lecz zarazem często kiepskich rozpraw akademickich, najlepiej widać przebieg toczącego się boju i najłatwiej odróżniać momenty kluczowe od tych, które mają tylko epizodyczne znaczenie.

            Pisząc o tym wspólnym rytmie polityki i historiografii, Traverso cytuje Pasaże Benjamina: „zdarzenia, które otaczają historyka i w których bierze on udział, stanowią podstawę jego przedstawienia – jako tekst napisany sympatycznym atramentem”. W zebranych w tej książce esejach Traverso tropi te zapisane „sympatycznym atramentem” fragmenty prac historyków tej miary, co Eric Hobsbawm, Zeev Sternhell, George L. Mosse, Arno Mayer, Ernst Kantorowicz, Emilio Gentile, Michel Foucault, Saul Friedländer czy François Furet. Tym, co wszystkich ich łączy, jest zainteresowanie problemem przemocy. A to właśnie z przemocą zwykło się kojarzyć poprzednie stulecie, co zgrabnie ujmują określenia w stylu „koszmar dwudziestego wieku”, „mroczny wiek dwudziesty” itd.

Historiografia po „końcu historii”

Jak przekonuje jednak Traverso, zjawisko powszechnego postrzegania „krótkiego dwudziestego wieku” przez pryzmat masowej przemocy i cierpienia ma stosunkowo krótką historię. Ten sposób konceptualizacji – zdaniem wielu jedyny możliwy do pomyślenia – współbrzmi z rytmem przemian politycznych, stopniowo dokonujących się od 1975 roku, a mających swoją dramatyczną kulminację w upadku muru berlińskiego i ostatecznym rozpadzie bloku państw „socjalistycznych”. Odwołując się do zaproponowanego przez Kosselecka terminu „czas siodła” (Sattelzeit), Traverso pisze: „Zachowując wszelkie proporcje, można by wysunąć tezę, że lata pomiędzy końcem wojny w Wietnamie (1975) a 11 września 2001 wyglądają jak rozkołysanie, przejście, na którego końcu krajobraz intelektualny i polityczny uległ całkowitej zmianie, zmienił się nasz słownik, a dawne punkty orientacyjne zostały zastąpione innymi”. Ćwierćwiecze to przyniosło upadek resztek nadziei związanych nie tylko z radziecką wizją emancypacji, lecz w ogóle z jakimikolwiek projektami całościowej zmiany społecznej. Był to czas tryumfalnego pochodu ideologii kapitalistycznej, liberalnego dyskursu praw człowieka i masowej afirmacji systemu demokracji przedstawicielskiej w jej zachodnim wariancie. Traverso pisze: „Podczas tego ćwierćwiecza słowa takie jak rewolucja albo komunizm zmieniły swoje znaczenie w kulturze, mentalności i wyobraźni zbiorowej: zamiast oznaczać aspirację albo działanie emancypacyjne, przywołują odtąd na myśl świat totalitarny. A z drugiej strony, słowa takie, jak rynek, przedsiębiorstwo, kapitalizm albo indywidualizm, przeszły drogę odwrotną: nie określają już świata alienacji, egoizmu (…) ale naturalne podstawy posttotalitarnych społeczeństw liberalnych” (s. 10–11). Przemiany te, jak przekonuje autor, przemodelowały całkowicie akademicką historiografię, w centrum zainteresowań badaczy stawiając problem przemocy i jej ofiar, dowartościowując jednocześnie pamięć i jej świadectwa.

            Najbardziej jaskrawym przykładem tych przemian, spośród licznych podawanych przez Traverso, jest z pewnością głęboka reinterpretacja w dyskursie akademickiej historiografii zjawiska rewolucji w ogóle, zwłaszcza zaś rewolucji 1789 i 1917 roku. Bez odpowiedniej atmosfery politycznej trudno byłoby pomyśleć niezwykłą karierę, jaką zrobiły schematy interpretacyjne zaproponowane przez takich badaczy jak choćby François Furet, Richard Pipes czy Martin Malia. Rewolucja, pozbawiona w zasadzie swojego potencjału emancypacyjnego i własnej społecznej dynamiki, sprowadzona zostaje w ich optyce do rezultatu zabiegów zdeterminowanych intelektualistów pragnących zrealizować za wszelką cenę obmyśloną przez siebie „utopię”. Rewolucje i ich skutki stają się zjawiskami raczej z porządku „historii idei” niż „historii społecznej” i jawią się jako swoiste przypadkowe „potknięcia” na drodze ku coraz większej wolności i ładowi, zawinione przez pogrążonych w „złudzeniach” intelektualistów (w polskim przekładzie tytuł jednej z ważniejszych prac Fureta brzmi: Przeszłość pewnego złudzenia: Esej o idei komunistycznej w XX wieku), których koncepcje od samego początku in potentia niosły ze sobą zalążek przyszłego totalitaryzmu. W ten sposób historiografia, mimowolnie lub nie, poddaje się pokusie naturalizacji istniejącego porządku i swoistej liberalnej teleologii. Otwarcie zresztą stwierdza to sam Furet (cytowany przez Traverso), którego można chyba uznać za jednego z bardziej elokwentnych obrońców tej wizji historii: „Idea innego społeczeństwa stała się prawie niemożliwa do pomyślenia, a zresztą nikt w dzisiejszym świecie nie występuje w tej kwestii nawet z zarysem nowej koncepcji. Jesteśmy skazani na życie w świecie, w którym żyjemy” (s. 296).

            Traverso zwraca też uwagę na swoiste podobieństwo „ideokratycznych” wyjaśnień, tak popularnych w konserwatywnej zachodniej „sowietologii” (przez polskich badaczy przyjmowanej w zasadzie bezkrytycznie) z wizją świata radzieckiego obecną w oficjalnej propagandzie reżimu. Ta „antybolszewicka wersja zbolszewizowanej historii”, chcąc dowieść „ideokratycznego” charakteru państwa radzieckiego (i tym samym przestrzec przed intelektualistami chytrze namawiającymi nas do „naprawy świata”), za dobrą monetę bierze propagandę i ideologiczny dyskurs reżimu, akcentując rzekomo rzeczywiste podporządkowanie całego życia codziennego oficjalnej ideologii, zniewalającą monumentalność i absolutnie totalny charakter systemu, czy wreszcie bezpośrednią odpowiedzialność jego przywódców za każdą decyzję aparatu władzy. W ten sposób, choć zmieniają się barwy, a biel staje się czernią (i na odwrót), sam obraz „wielkiego sternika” Stalina pozostaje nietknięty. Różnica polega jedynie na tym, że w tej pierwszej wersji był on odpowiedzialny za wszelkie dobro, jakie spływało na „ludzi radzieckich”, w tym drugim zaś osobiście odpowiada za każde zło, które ich spotkało.

Historia, czyli walka

Publikacja polskiego przekładu błyskotliwej książki Traverso wpłynąć może bardzo korzystnie na przebieg polskich dyskusji na temat strategii, jaką winna przyjąć lewica względem przeszłości. Uznanie historii za „pole bitwy” nie jest oczywiście dziś niczym nowatorskim. Traverso pokazuje jednak, jak złożony jest proces zdobywania przewagi i jak wiele czynników decyduje o tym, która ze stron (chwilowo) weźmie w toczących się boju górę nad przeciwnikiem. Instrumentalizacja historii, świadome i planowe kreowanie płaskich mitów czy trwonienie całych sił na publicystyczne przepychanki z historią w tle, mogą okazać się drogą donikąd. Walki na polu „polityki historycznej”, oderwane od realnej walki klasowej, okazać się mogą jałowe, a nawet jeśli tu i ówdzie uda się odnieść w nich jakiś sukces, to samo w sobie nie odmieni to w poważniejszy sposób sytuacji lewicy w Polsce.

            Przedstawiony przez Traverso w ostatniej części książki bilans sporów o interpretację zjawiska przemocy w XX wieku nie jest budujący. Jak zauważa, w atmosferze głębokich przemian politycznych pod koniec stulecia nastąpił „zanik utopii”. Od pokoleń popychające ludzi na całym świecie do politycznego działania marzenie o innym i lepszym świecie, u progu dwudziestego pierwszego wieku jawić zaczęło się jako nie tylko niepoważne, ale wręcz niebezpieczne. Doświadczenie dwudziestowiecznej przemocy, zinterpretowane właśnie jako konsekwencja napędzanych utopią dążeń emancypacyjnych, stało się przestrogą, którą trudno bagatelizować. Rewolucja w perspektywie historiograficznej straciła swój emancypacyjny potencjał, a komunizm (i szerzej, każdy projekt radykalnej, egalitarnej zmiany społecznej) zniknął z „horyzontu oczekiwań”, w „polu doświadczenia” (Kosseleck) pozostawiając po sobie tylko ruiny. Taka jest choćby wymowa Wieku skrajności Hobsbawma, wciąż chyba najbardziej wpływowego historyka lewicy.

            „Świat bez utopii – pisze Traverso – zwraca w sposób nieunikniony swoje spojrzenie ku przeszłości” (s. 301). Krach utopii pociągnął za sobą w naturalny sposób nadejście kultu pamięci i dowartościowanie doświadczenia jednostki, odczytywanych jednak w duchu „empatycznego humanizmu”, współczującego ofiarom i upamiętniającego ich cierpienie, lecz zarazem ślepego na ich walkę i, „utopijną” właśnie, nadzieję, którą ze sobą niosła.

Ta nowa wrażliwość w stosunku do ofiar rzuca na XX w. całkiem nowe światło, wprowadzając na nowo do historii postacie, które – wbrew swojej wszechobecności – pozostawały zawsze w cieniu. Historia przypomina teraz krajobraz oglądany przez Anioła z IX tezy Waltera Benjamina: pokryte ruinami pole rosnące bezustannie ku niebu. Z tą tylko różnicą, że nowy duch czasu jest dokładnie na antypodach mesjanizmu żydowsko-niemieckiego filozofa. Żaden czas teraźniejszy nie wchodzi w rezonans z przeszłością, by spełnić nadzieję pokonanych. Pamięć Gułagu zatarła pamięć o rewolucjach, pamięć Szoah zastąpiła pamięć o antyfaszyzmie, pamięć o niewolnictwie zaćmiła pamięć o antykolonializmie (…)” (s. 302–303).

            Światowa lewica, przerażona skalą porażki poniesionej w ostatnich dekadach dwudziestego wieku, pogrążyła się w melancholii, łatwo przyjmując jako swój dyskurs ofiar i liberalnego humanitaryzmu, zamykając jednocześnie oczy na polityczny potencjał tkwiący w historii. Czy wobec tego – zdaje się pytać Traverso – nie nadszedł już czas na zdecydowany zwrot ku zdystansowanej wobec bieżących przepychanek politycznych, uprawianej w rzetelny sposób historii bojowej? Marks powiadał, że „Historia wszelkiego społeczeństwa dotychczasowego jest historią walk klasowych”. Walka, z samej swej natury, pociąga za sobą ofiary. Pamięć o nich przywrócić należy jednak, jak przekonuje Benjamin, nie poprzez celebrowanie ich cierpienia, lecz przez dochowanie wierności marzeniom i nadziejom, w imię których walczyły i w imię których miały odwagę cierpieć.

Kamil Piskała

 

 

Łukasz Milenkowicz – Noc proletariuszy

Łukasz Milenkowicz – Noc proletariuszy

Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Alicja Palęcka, Jan Sowa i Tomasz Warczok. 2014. Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu: Raport z badań, red. Piotr Marecki. Kraków: Korporacja Ha!art.

Socjologia literatury jest dziedziną o dość krótkim rodowodzie. Początek jej historii można datować na opublikowanie przez Mme de Staël Literatury w jej związkach z instytucjami społecznymi (1800). Wtedy to rozpoczęła się historia stopniowego odbierania literaturze autonomii i „odwracania na nogi” wiedzy o niej. Autorka De l’Allemagne jako pierwsza wskazała na inną genealogię dzieła literackiego, niż wyraz twórczej indywidualności czy abstrakcyjnie pojętej historii literatury. Determinujący charakter struktury społecznej czy materialności sieci komunikacyjnych, choć głównie kontestowany w estetykach i praktykach literackich romantyzmu, powrócił w pozytywistyczno-scjentystycznej wizji sztuki Taine’a, a później trwał, kultywowany głównie przez socjologizujących czytelników marksistowskich, z tak wpływowymi postaciami jak Lukács czy Goldmann na czele.

            Jedną z nowszych i wciąż nieprzetrawionych do końca (przynajmniej w polskim literaturoznawstwie) propozycji w tej dziedzinie jest projekt socjologii literatury Pierre’a Bourdieu. Podejście francuskiego badacza łączy w sobie dwa nurty socjologii literatury, zwykle od siebie oddzielane: socjologię produkcji literackiej i socjologię recepcji (Escarpit). Bourdieu, proponując w Regułach sztuki błyskotliwą interpretację Flaubertowskiej Szkoły uczuć, wyraźnie pokazał również – najciekawszą chyba w swoim projekcie – dwutorowość podejścia do samego materiału.

            To właśnie tą metodologią posłużył się zespół badaczy i badaczek zaangażowanych w realizację projektu Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu. Na tle zasadniczej nieobecności socjologii literatury na polskich uniwersytetach, na którą zwracają uwagę we wstępie autorzy i autorki (sam autor Dystynkcji motywuje opór przed obiektywizacją nauk o kulturze fetyszyzacją opisywanych przez tę dziedzinę artefaktów), projekt istotnie wydaje się obiecujący.

            Nauka o przedmiotach kulturowych, tak, jak projektuje ją Bourdieu w Regułach sztuki, polega zatem na trzech związanych ze sobą procedurach:

Po pierwsze analizę pozycji pola literackiego (czy też innych pól) w łonie pola władzy oraz jej ewolucji w czasie. Po drugie, analizę wewnętrznej struktury pola literackiego (czy też innych pól) jako uniwersum posłusznego swoim własnym prawom funkcjonowania oraz transformacji, czyli jako struktury obiektywnych relacji między pozycjami zajmowanymi przez jednostki lub grupy, znajdujące się w sytuacji rywalizowania o prawomocność. Po trzecie, analizę genezy habitusów właściwych tym, którzy te pozycje zajmują, czyli systemu dyspozycji, które jako wytwory trajektorii społecznej oraz pozycji wewnątrz pola literackiego (lub innych pól) znajdują w tej pozycji okazję, mniej bądź bardziej sprzyjającą temu, by się aktualizować (Pierre Bourdieu. 2001. Reguły sztuki: Geneza i struktura pola literackiego. Tłum. Andrzej Zawadzki. Kraków: Universitas, s. 327).

            Taki też rodzaj badania autorzy i autorki raportu przeprowadzają na polskim polu literackim, zajmując się kolejno swoistością polskiego pola literackiego, jego powiązaniem z innymi polami, oraz habitusem obecnych w polu agentów.

            Pierwsza z opisanych operacji ukazuje konstytucję polskiego pola literackiego w powiązaniu z jego dążeniem do autonomizacji: strukturalnej, rozumianej jako zajmowanie niezależnego wobec reszty społeczeństwa obszaru, oraz jako dyspozytywu dyskursywnego, za pomocą którego grupy aktorów stoją na straży autonomii swojego pola wobec heteronomicznych sił oraz reprodukują hierarchie w ramach samego pola, tocząc gry o różne stawki. Jest to pewnego rodzaju typ idealny.

            W analizowanej przez Bourdieu Francji, kulminacja tego procesu przypada na dziewiętnasty wiek i ściśle powiązana jest z rodzącym się kapitalizmem. Obok czynników po habermasowsku powiązanych z kształtowaną przez mieszczan sferą publiczną, czyli grupą prywatnych osób chcących mówić z pozycji społecznego ogółu, pojawia się najważniejszy dla francuskiego socjologa bodziec, czyli wolna cyrkulacja kapitału (czy kapitałów). To owa wymiana kapitału jest dla autora Reguł sztuki głównym medium różnicowania się pola oraz towarzyszących temu walk o dominację i niezależność (zogniskowana wokół wymian kapitału symbolicznego). To również w ramach owej cyrkulacji wytwarza się najbardziej specyficzny dla pola literackiego ekonomizm – posiadanie interesu w bezinteresowności. Innymi słowy, dynamiki pola literatury, w której rywalizują ze sobą dwie siły: komercyjna i eksperymentalna.

            To dlatego opis konstytucji pola nie daje się oddzielić od sił, które owe pole heteronomizują. W raporcie przytoczone zostają kolejno pola ekonomii, mediów oraz edukacji. Dodatkowo została zanalizowana wewnętrzna dla pola literackiego instytucja festiwali literackich. I chociaż pełna analiza genezy polskiego pola i uchwycenie jego specyfiki wymagałyby cofnięcia się o kilka wieków wstecz, uwzględnienia odmiennej przecież trajektorii związanej z modernizacją, to specyfika przełomu 1989 roku i towarzysząca mu zmiana warunków gry domaga się oddzielnej analizy.

            Zatem spośród badanych w raporcie charakterystycznych sił heteronomizujących wymienić można przede wszystkim wpływ transformacji ustrojowej i pojawienia się wolnego rynku, które – choć wpłynęły znacznie na wzrost liczby wydawnictw i poszerzenie oferty wydawniczej – poprzez wystawienie nowych podmiotów na skrajną niestabilność, połączoną z takimi czynnikami zewnętrznymi, jak np. początkowy brak rozwiniętej sieci dystrybutorów i hurtowni, zmuszały do przyjmowania przez aktorów heteronomizujących dla pola strategii, takich jak krótkoterminowe inwestycje nastawione na szybki zysk czy zwiększanie wydajności produkcji. Spychało to na margines małe oficyny, a duże wydawnictwa zmuszało do pomnażania kapitału tylko ekonomicznego, wykluczając przedsięwzięcia niekomercyjne.

            Pojawiające się później, mające temu przeciwdziałać dotacje raczej pogłębiły stan wyjściowy. Komplikując procedury przyznawania dotacji i wymagając od podmiotów wykazania sporych wkładów własnych czy dostosowania się do z góry założonych wytycznych, ustalanych poza polem (jak dotacje przeznaczone na promowanie klasycznych, „konsekrowanych” już pisarzy), wyklucza się z finansowania małe oficyny i heteronomizuje się strategie dużych wydawnictw.

            Wśród innych ekonomicznych czynników heteronomizujących zwraca również uwagę zagadnienie podwójności życia pisarzy (formuła Bernarda Lahire’a), przez co należy rozumieć paradoksalną sytuację, kiedy w mało zautonomizowanym polu cyrkulacja kapitału symbolicznego jest spowolniona, przez co autorzy nie mogą sobie pozwolić na eksperymenty artystyczne czy długoterminowe gry prestiżu. Wytwarza to ekstremalną sytuację, w której albo jest się autorem komercyjnym bezpośrednio powiązanym z potrzebami rynku, albo całkowicie wykluczonym z niego autorem niezależnym (jest to charakterystyczne dla funkcjonowania poezji w polskim polu). Widać w tym przypadku dobrze, jak hierarchie, które powinny być kształtowane autonomicznie wewnątrz pola, pod wpływem zewnętrznej presji zmieniają swój charakter. Rzeczywistość podwójnego życia pisarzy ujawniona została również podczas przeprowadzonych przez zespół wywiadów. Pomimo zróżnicowania otrzymanych w toku badań odpowiedzi, jednym z najbardziej zgodnych poglądów w grupie badanych była właśnie niemożliwość utrzymania się z pisarstwa. Zresztą sam fakt zróżnicowania odpowiedzi na zawarte w ankietach pytania jest również pewnego rodzaju symptomem niedorozwinięcia literackiego habitusu w Polsce. Oprócz bowiem sporych rozbieżności w kwestiach zasadniczych dla pisarstwa, zwraca uwagę kształtowanie postaw badanych poprzez zewnętrzne dla pola literackiego siły: ekonomię i media.

            Samo polskie pole literackie ulega heteronomizacji także ­pod wpływem kolejnych zewnętrznych podmiotów. Jedną z ciekawszych relacji problematyzowanych przez autorów i autorki raportu jest zależność pomiędzy uniwersum literackim a światem mediów. Przedstawiona przez Bourdieu jako wieczny konflikt, tym razem o środki przekazu i narzędzia upowszechniania, relacja z polem mediów jest zagrożeniem dla świata literackiego. Gdy autonomia pola jest słaba, łatwo narzucić mu z zewnątrz standardy artystyczne i wzorce prestiżu. Obok takich zjawisk jak uproszczenie przekazu pod wpływem nowych mediów, na uwagę zasługują mechanizmy przechwytywania przez media metod konsekracyjnych. Ponieważ przyznawane przez gazety nagrody mają ogromną siłę oddziaływania i największy wpływ na sprzedaż książek w Polsce, a także zawłaszczyły rożnego rodzaju kapitał ekspercki, można właściwie mówić o przeniesieniu podmiotów konsekracyjnych poza nawias pola literackiego. Przewaga ta posunięta jest tak daleko, że jest nawet w stanie wyznaczać i kształtować dominujące gatunki literackie, na przykład uprzywilejowywać prozę. Towarzyszą temu różne inne mechanizmy podporządkowania, jak np. tworzone przez media rankingi, listy bestsellerów, prezentacja sylwetek autorów i autorek, które nie tylko zaburzają kluczowe dla autonomii pola procesy wewnętrznej hierarchizacji, ale w ogóle wyrzucają pisarzy poza pole, każąc występować w roli celebrytów (najjaskrawiej widać to w tzw. prasie lifestyle’owej i kobiecej).

            Dalej w kontekście heteronomizacji poruszony zostaje problem edukacji szkolnej. Sztywny kanon nauczanych w szkole lektur i nieobecność w nim literatury współczesnej, a także problem z wyrabianiem przez szkołę kompetencji potrzebnych do jej analizy sprawia, że szkolna edukacja nie powiększa kapitału kulturowego uczniów, skazując ich na kontakt z literaturą zapośredniczony przez media.

            Osobną część referowanego w raporcie badania stanowi analiza sytuacji wydawnictw, dokonana na podstawie pogłębionych wywiadów. Ponownie, na pierwszy plan wysuwa się słabość instytucji wewnętrznych dla pola. Opozycje zdominowanych i dominujących oraz przepływy kapitału wyznaczane są często albo poprzez czynniki zewnętrzne, albo wewnętrzne, lecz ortodoksyjne – jak mechanizmy konsekracyjne oparte na dawno kanonizowanych klasykach. Instytucje takie jak krytyka literacka są zmarginalizowane i nie mają właściwie żadnego znaczenia dla dużych graczy.

            W ogólnych wnioskach z projektu przedstawiona została raczej ponura wizja pola literackiego zdominowanego przez siły heteronomizacji, wobec których nie wykształciło ono praktycznie żadnych mechanizmów obronnych, co na różnych poziomach potwierdzają przeprowadzone wywiady. Czynniki zewnętrzne, zamiast działać jak sprzężenie, napędzać uniezależnianie się pola, raczej przejmują nad nim kontrolę. Zwraca uwagę przede wszystkim nikła obecność ekonomizmu „interesownej bezinteresowności” charakterystycznego dla autonomicznego pola literackiego. Strategie, które powinny być typowe dla uczestniczących w nim aktorów, jak długoterminowe inwestycje zapośredniczone przez kapitał symboliczny, eksperymenty artystyczne czy wytwarzanie wewnętrznych hierarchii – nie istnieją albo istnieją w formie szczątkowej. Podobnie habitusy uczestniczących w polu aktorów kształtowane są głównie przez zewnętrzne dla pola siły, media i instytucje. Te instytucje i mechanizmy, które mogłyby temu zapobiec, jak choćby system edukacji czy dotacji publicznych, są w dużej mierze niewystarczające, bądź źle skierowane.

            Przy lekturze raportu narzuca się pytanie, dlaczego tak daleko posunięta subwersja pola nie została przewidziana już na wstępnym etapie formułowania założeń projektu? W obliczu ujawnionej w raporcie ogromnej słabości polskiego pola literackiego, skądinąd dobrze przecież każdemu znanej, narzędzia wypracowane przez autora Reguł sztuki ukazują pewnego rodzaju nieprzystawalność. Ukazana przez autorów i autorki na różnych poziomach heteronomizacja pola literackiego powinna być traktowana chyba nie jako rezultat analizy, lecz jako interesujący i problematyczny punkt wyjścia dla dalszych pogłębionych badań.

Łukasz Milenkowicz