Socjalizm na święta [Wybory w UK]

 Paweł Kaczmarski, Marta Koronkiewicz

W brytyjskiej polityce ostatnich lat cichą karierę zrobiła metafora „świata wywróconego do góry nogami”, the world turned upside down. Fraza to nienowa, ukuta podczas angielskich wojen domowych XVII wieku – w tytule jednej ze swoich kluczowych książek[1] umieścił ją Christopher Hill, czołowy przedstawiciel słynnej Grupy Historyków Partii Komunistycznej – a przywoływana często w okresach politycznego zamętu i ustrojowej zmiany. Świat do góry nogami to świat politycznych absurdów i konwencji wypaczonych tak daleko, że nie da się rozpoznać ich oryginalnego kształtu – ale to też świat oparty na złamanych hierarchiach, na nagłym upodmiotowieniu tych, którzy pozostawawli dotąd niewidoczni i bezsilni. To świat przejściowy – świat absurdu, ale też świat potencjalnego przełomu.

„Wywrócony” stan współczesnej brytyjskiej polityki trudno zignorować, gdy patrzy się choćby na pierwsze strony gazet. Absurdy mnożą się z roku na rok: brexitowe referendum, mające oddać kluczową polityczną decyzję w ręce ludzi, staje się polem koteryjnej walki między odległymi kuzynami królowej (spokrewnieni są z nią zarówno David Cameron i George Osborne z jednej strony brexitowej barykady, jak i Boris Johnson z drugiej). Druga kobieta-premier w historii kraju okazuje się niemal równie konserwatywną i imperialistyczną fanatyczką co pierwsza – a chociaż ma być premierem na czas kryzysu (dla Torysów May wydaje się naturalnym wyborem: wywodzi się w końcu z rodziny służących), okazuje się niezdolna do zapanowania nad własną partią i odchodzi po rekordowo krótkim czasie 1106 dni. (Po drodze przegrywa jedno z głosowań różnicą 230 głosów – kolejny historyczny rekord.) Jej następca nie tylko przegrywa swoje pierwsze głosowanie w Izbie Gmin – jako pierwszy premier od czasów Williama Pitta Młodszego w 1783 roku – przegrywa też sześć kolejnych, w trzy miesiące przebijając pod tym względem dziesięcioletnie rządy Tony’ego Blaira. Egzekutywa usiłuje rozwiązać kryzys, rozwiązując parlament, ale nie potrafi powiedzieć tego wprost, tłumacząc podchody „względami technicznymi” (i ostatecznie przegrywa w sądzie); ministrowie świadomie głosują przeciwko ustawom, które kilka sekund wcześniej zachwalali z parlamentarnej mównicy[2]; sondaże wskazują, że każda opcja wyjścia z kryzysu ma w społeczeństwie więcej przeciwników niż zwolenników[3]. Konstytucyjni prawnicy są na serio zmuszeni rozważać kwestię tego, jak często rząd może przedkładać parlamentowi niezmieniony projekt odrzuconej już ustawy. W większym stopniu niż zwykle partia władzy pozwala sobie na naciąganie i otwarte ignorowanie konstytucyjnych konwencji, a brytyjski system polityczny – słabo skodyfikowany, oparty na tysiącu przypisów do przypisów i na tysiącstronicowych tomach w stylu Erskine’a Maya – jak wiadomo, konwencją właśnie stoi.

Jednocześnie w tej formie, w jakiej używają jej liberalne i konserwatywne media, fraza „świat wywrócony do góry nogami” ma głęboko reakcyjny wymiar: konotuje chęć powrotu do świata we właściwej pozycji, do status quo, strach przed zmianą. Dobrze żyło się w UE, dobrze – no, może nieidealnie, ale nieźle – żyło się pod technokratycznymi rządami Blaira, Browna i Camerona. Z tej perspektywy nagłe ustrojowe przesunięcia, trudna i brudna polityczna debata oraz rzekomy „paraliż polityczny” traktowane są nie jako odpowiedź na kryzys – widoczna polityczna reprezentacja socjoekonomicznego kryzysu, który narasta od dekad i wpisany jest strukturalnie w kapitalizm, zwłaszcza w jego thatcherowsko-reaganowskiej formie – tylko kryzys sam w sobie. Problemem, innymi słowy, są z tego punktu widzenia objawy – i to dopiero takie, których obie strony establishmentu (bardziej liberalna i bardziej konserwatywna) zwyczajnie nie mogą zignorować.

Perspektywa ta ignoruje jednak istotną cechę brytyjskiego systemu politycznego: jego płynność i dynamiczność, a nawet szerzej – otwarcie na zmianę.

Brzmieć to może w pierwszej chwili paradoksalnie. Ceremoniał i pompa nieodłącznie związane z brytyjskim parlamentaryzmem wydają się w pierwszej chwili kompletnie nieuzgadnialne z tak nowoczesnymi rzekomo kategoriami. A zostawiając na boku drażliwe kwestie nowoczesności – należałoby przynajmniej uznać, że nie ma przejścia między śmiesznym przepychem Westminsteru a radykalną polityką. Jednak wśród historycznych powodów, dla których Brytyjczycy unikali sztywnej kodyfikacji politycznego systemu, były intuicje nie tak odległe lewicowej wrażliwości: założenie, że aparat państwowy jest wyrazem i rezultatem konfliktu, nie zaś czymś, co można doprowadzić (jak wierzą w Ameryce wyznawcy Konstytucji) do harmonii i perfekcji. System westminsterski jest budowany na wizji ciągłego sporu, ciągłego napięcia między partiami, klasami, ośrodkami władzy (choćby między legislatywą a egzekutywą, królewską prerogatywą sprawowaną przez rząd a parlamentem); dlatego wśród XVII-wiecznych zwolenników republiki byli tacy, którzy widzieli ją z założenia jako „okres przejściowy”, sposób oczyszczenia kraju z ekscesów monarchii, po którym Anglicy z powrotem znajdą sobie króla. Nic nie jest dane na stałe, idea doskonałego państwa to mrzonka. Zjednoczone Królestwo jest bodaj jedynym liberalno-demokratycznym krajem, którego konstytucja (piórem Waltera Bagehota, autora jednego z tzw. works of authority) przyznaje otwarcie, że część instytucji państwowych istnieje tylko na zasadzie spektaklu – teatralnego przedstawienia, mającego zachwycać masy i utrzymywać je w stanie politycznej bierności.

Cyniczne? Owszem, ale w pewnym sensie szczere – twórcy brytyjskiego systemu nie łudzili się, że państwowość jest czymś więcej niż chwilowym zawieszeniem broni. Debata parlamentarna to w ścisłym sensie proces negocjacji. Właśnie dlatego John Bercow, uwielbiany na kontynencie były już speaker Izby Gmin, był w stanie połączyć swoją personę tradycjonalisty, trybuna-strażnika parlamentarnej suwerenności, z aktywnym działaniem na rzecz ustrojowej zmiany – wzmocnienia, za pomocą precedensu i umiejętnej gry konwencjami, legislatywy kosztem egzekutywy. To stąd, jak się zdaje, płynął szacunek Nelsona Mandeli (ale też np. Roberta Mugabe) dla parlamentu w Westminsterze. To dlatego wśród największych zwolenników dziwnej brytyjskiej ordynacji wyborczej był Tony Benn, mentor radykalnej lewicy. To wreszcie dlatego Marks zakładał, że w Anglii robotnicy mogą w teorii przejąć władzę na drodze parlamentarnego zwycięstwa[4].

W tym kontekście zbliżające się wybory do Izby Gmin – zaplanowane na 12 grudnia 2019 – jawią się nie tylko jako punkt zwrotny w brexitowej debacie i potencjalny przełom dla Projektu Corbyn, lecz jako zdarzenie kluczowe dla szerszej politycznej formacji czy wręcz dla całego pokolenia globalnej lewicy. Jeśli Partia Pracy wygra te wybory (przez co rozumieć należy: odbierze większość Torysom, utworzy rząd przy cichym wsparciu Szkockiej Partii Narodowej i jeszcze cichszym poparciu ze strony Liberalnych Demokratów), przez najbliższe lata dostarczać będzie nam lekcji tego, jak w XXI wieku łączyć polityczną skuteczność z radykalizmem – również jak przechwytywać i wykorzystywać instytucje państwowe. Jeśli przegra – a jej szanse trudno oszacować, bo chyba nikt w Wielkiej Brytanii nie wierzy dziś przedwyborczym sondażom – to i tak z ostatniej kampanii wyborczej, z działań podejmowanych przez Labour w opozycji i z okołobrexitowego zamieszania wyciągnąć można wartościowe dla lewicy lekcje.

1. Radykalizm „socjaldemokracji walk klasowych”

Termin „socjaldemokracja walk klasowych” to mało zręczne tłumaczenie frazy używanej w The Socialist Manifesto Bhaskara Sunkary – naczelnego „Jacobina” – na określenie lewicowej polityki związanej z nazwiskami Berniego Sandera czy Jeremy’ego Corbyna. To, najprościej rzecz ujmując, forma pośrednia między zachodnią socjaldemokracją a socjalizmem. Nieco konkretniej – to takie wykorzystanie socjaldemokratycznych narzędzi, które wychodzi z uznania logiki walki klas (i politycznego prymatu różnicy klasowej), żeby wspierać oddolne sposoby organizacji klasy pracujących; transfer środków i narzędzi z liberalno-demokratycznego państwa do instytucji tworzonych przez robotników.

Gdy brytyjskie media opisują nowy manifest wyborczy Partii Pracy jako najbardziej radykalny tego rodzaju dokument od dziesięcioleci – gdy na brytyjskiej lewicy zupełnie otwarcie mówi się o wprowadzaniu socjalizmu, a kandydatem na kanclerza (ministra finansów) jest marksista i nieoczywisty trockista John McDonnell – łatwo zapomnieć o złożonym napięciu, na które zwraca uwagę Sunkara. Z jednej strony – owszem, manifest Labour jest radykalny według wszystkich kryteriów bieżącej sytuacji politycznej. Z drugiej strony – rację mają ci, którzy zauważą, że proponuje on wykorzystanie środków zasadniczo akceptowalnych dla umiarkowanych socjaldemokratów; centrolewicę razi nie to, co chcą zrobić corbyniści, lecz ile chcą tego zrobić naraz. Z trzeciej jeszcze strony – mówimy bowiem o złożonym napięciu – ten radykalno-reformistyczny[5] program wychylony jest w przyszłość: jego celem jest nie tyle naprawa liberalno-demokratycznego państwa, co wykorzystanie tego państwa do osłabienia pozycji kapitału oraz (co bodaj istotniejsze) wzmocnienia pozycji pracowników.

Jest więc w programie Partii Pracy kilka punktów, które są – owszem – ważne, nawet kluczowe, ale radykalne tylko z tego względu, że partie liberalne i konserwatywne starają się o nich milczeć bądź powiedzieć jak najmniej. Jest tak, na przykład, z planem zmuszenia międzynarodowych korporacji, by składały oświadczenia podatkowe na podstawie tego, gdzie odnotowują zyski; z podwyżką podatków dla najwięcej zarabiających; z zastrzykiem środków dla NHS (służby zdrowia); albo z utworzeniem Zielonego Funduszu Transformacyjnego, „radykalnego” o tyle, że zwiększa szanse przetrwania ludzkiego gatunku po roku 2050. Podobnie z renacjonalizacją niektórych kluczowych sektorów gospodarki – radykalną tylko dlatego, że słowo „nacjonalizacja” obłożone jest potężnym tabu, bo przeniesienie wodociągów pod publiczny zarząd jest rozwiązaniem „zdroworozsądkowym” dla większości Brytyjczyków[6].

Są jednak też w manifeście rozwiązania mające nie tyle centralizować brytyjską politykę i gospodarkę, co wzmacniać pozycję pracowników względem naraz kapitału i państwa. Do pewnego stopnia ma tak zadziałać plan dużych inwestycji infrastrukturalnych poza Londynem – uniezależniających biedną północ Anglii od centralnej metropolii. Jeszcze wyraźniej transfer do pracowników i wykluczonych widać w obietnicach powszechnego dostępu do edukacji przez całe życie (o roli edukacji wyższej dla brytyjskiego ruchu robotniczego napisano całe książki); o odbudowie sieci transportu publicznego; o zapewnieniu powszechnego szerokopasmowego dostępu do internetu. Zwłaszcza ta trzecia część wydaje się kluczowa – wyszydzony przez konserwatystów jako kaprys, powszechny dostęp do szybkiego internetu jest w Wielkiej Brytanii warunkiem nie tylko sprawnego poruszania się w częściowo sprywatyzowanych systemach państwowej biurokracji, dotychczas celowo opartych na nieprzejrzystości i trudności dostępu (jak system zasiłków dla bezrobotnych i niepełnosprawnych), ale i możliwości dostępu do informacji niezapośredniczonych w neoliberalnych mediach. Corbyniści od początku polegają na alternatywnych kanałach komunikacji, na oddolnie tworzonych przez lewicę mediach – rozumieją rolę internetu dla tworzenia społecznych ruchów i budowy instytucji pracowniczych.

Są wreszcie w programie Labour punkty faktycznie radykalne, stanowiące konkretną – chociaż, oczywiście, zalążkową; pierwszy krok raczej niż gotowe rozwiązanie – odpowiedź na deficyt demokracji i próbę tworzenia przyczółków dla nowych form organizacji klasowej: chodzi przede wszystkim o przeprowadzenie programów pilotażowych Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego oraz plan shares for workers, zakładający wzmocnienie reprezentacji pracowniczej w radach nadzorczych (do 1/3) oraz egzekwowany przez państwo system udziałów i dywidend pracowniczych.

Kluczowe wydaje się to, że większość z radykalnych planów Labour będzie trudno odwrócić potencjalnemu konserwatywnemu rządowi – nawet kilka lat funkcjonowania dochodu podstawowego, powszechnego szerokopasmowego internetu czy Narodowej Służby Edukacji (na wzór NHS) spowoduje ich silne społeczne ukorzenienie i jakakolwiek próba cofnięcia reform spotka się z potężnym, przeniesionym na ulice oporem.

Program Labour nie jest idealny – długo można by rozmawiać o jego mankamentach – ale stanowi jakiegoś rodzaju przełom. Jego radykalizm można by podsumować trzema hasłami. Po pierwsze – radykalizm jako łamanie tabu, jako pokazanie, że da się cofnąć neoliberalne reformy, a prywatyzacja nie jest procesem nieodwracalnym. Po drugie – radykalizm jako działanie na wszystkich frontach, jako jednoczesne progresywne wykorzystanie wszystkich narzędzi dostępnych w ramach demokracji liberalnej (w programie Labour mówi się też dużo o kwestiach etnicznych, rasowych, genderowych). Po trzecie – radykalizm jako budowanie przyczółków do dalszych walk, wzmacnianie pozycji pracowników i ułatwianie im samoorganizacji.

2. Żadnych paktów z centrystami

To zapewne lekcja szczególnie istotna dla polskiej lewicy. Niektóre z najbardziej zaciekłych i manipulacyjnych ataków wymierzonych w Corbyna i Partię Pracy przez ostatnie miesiące pochodzą nie od Torysów, nie od otwarcie neokonserwatywnych mediów w stylu Spectatora czy The Evening Standard, ale od zadeklarowanych centrystów, „wrażliwych społecznie” liberałów. Lidera Labour za główny cel obrała Jo Swinson, obecna przewodnicząca Liberalnych Demokratów (których najtrafniejszy opis brzmiałby chyba „Koalicja Obywatelska, ale z resztkami moralnego kręgosłupa i  kompetentnie prowadzonymi mediami spolecznościowymi). Otwartymi kłamstwami (np. upartym powtarzaniem, że przed referendum brexitowym Corbyn nie uczestniczył aktywnie w kampanii na rzecz pozostania w UE) i zmanipulowanymi materiałami wyborczymi (słynne już na tym etapie przekłamane wykresy poparcia dla partii politycznych, rozpowszechniane przez Lib Demow) centryści starali się zniechęcić prounijną – „proeuropejską” – część elektoratu do głosowania na Partię Pracy. Sondaże wskazują, że im się to nie udało; ale skutkiem ubocznym jest to, że Labour – skupione na walce o anty-brexiterów – zniechęciło do siebie pro-brexiterów, których stara się teraz odzyskać w ostatnich tygodniach kampanii.

Niewielu wierzyło, że Liberalni Demokraci zajmą miejsce Labour wśród tzw. Remainerów, (głównie) wielkomiejskich prounijnych wyborców. Ale ich działania – podobnie jak artykuły nominalnie lewicującego Guardiana czy New Statesmana – nastawione są od miesięcy, jeśli nie lat, na doraźne, partyzanckie podcinanie socjalistycznego projektu. Centryści, deklaratywnie broniący politycznego decorum i racjonalnej debaty, w sytuacji zagrożenia socjalistycznym rządem nie są ponad polityczny trolling – nawet gdy wiąże się z nim ryzyko pięciu lat pod Borisem Johnsonem. Nie sposób nie pomyśleć, że wielu z nich gotowych jest postawić raczej na wewnętrzny przewrót w Partii Konserwatywnej, na rząd torysowskich technokratów – niż na rząd Jeremy’ego Corbyna.

Jak zawsze w obliczu politycznego kryzysu, w prawo skręciło też BBC – którego szefowa, Laura Kuessenberg, jest dobrą znajomą Dominica Cummingsa, „szarej eminencji” brexitowej kampanii i gabinetu Borisa Johnsona. W 1984, w relacjach ze strajków górniczych BBC zamieniało kolejność nagrań, by zasugerować, że to górnicy pierwsi zaatakowali policjantów[7]; dziś w odpowiedzi na wyciek kompromitujących dla rządu dokumentów publikuje materiał o tym, w jaki sposób Boris Johnson jada podwieczorek[8].

Sposoby reprodukcji establishmentu to oczywiście osobny, potężny temat – Owen Jones napisał o nim świetną książkę – na szczęście lewica Partii Pracy rozumie je całkiem nieźle: dlatego tyle wysiłku wkłada w tworzenie własnych mediów. Od wskrzeszonego Tribune i analitycznej Novary po celowo tabloidowe w formie The Canary i Skwawkbox czy tematycznie skonkretyzowane Jewish Voice for Labour, brytyjska lewica pokazuje, że przy solidarnościowym podejściu i konsolidacji lewicowych środowisk wokół jednego szerokiego politycznego projektu można szybko stworzyć sieć dobrze działających, widocznych, zróżnicowanych mediów.

Mówiąc o stosunku centrystów do Corbyna i socjalistycznej lewicy nie sposób nie wspomnieć, oczywiście, o zarzutach o antysemityzm. Na samym wstępie należałoby zaznaczyć: tak, w liczącej niemal pół miliona członkiń i członków Partii Pracy, zdarzają się przypadki antysemickich wypowiedzi i zachowań. Wśród owego pół miliona ludzi bywają antysemici, bo brytyjskie społeczeństwo – podobnie jak polskie, niemieckie czy amerykańskie – ma długą historię antysemityzmu. Jednocześnie badania regularnie wskazują, że liczba postaw antysemickich na brytyjskiej lewicy, w tym w Partii Pracy, jest na tym samym poziomie (bądź nieco niższa) niż społeczna średnia; w antysemityzmie przodują – cóż za zaskoczenie – konserwatyści[9]. Co więcej, liczba ta zmniejszyła się odkąd Jeremy Corbyn został liderem partii[10]. Innymi słowy, powtarzane w głownonurtowych mediach „newsy” o szczególnym, systemowym problemie z antysemityzmem w Partii Pracy są zwyczajnym kłamstwem – nastawionym na manipulację wyborcami. Historię tego kłamstwa zbadał niedawno pięcioosobowy, interdyscyplinarny zespół złożony z medioznawców i socjologów[11]. Warto sięgnąć do ich książki, jeśli chce się zrozumieć, jakie mechanizmy manipulacji pozwalają mediom obrócić w dowód rzekomego antysemityzmu historię o tym, że Corbyn został zaproszony przez grupę żydowskich anarchistów z organizacji Jewdas na kolację sederową; albo dlaczego za „antysemityzm” usunięto z Labour wieloletniego socjalistycznego aktywistę, który powiedział publicznie tyle, że partia zbyt łatwo w kwestii tego rodzaju zarzutów przyjmuje „przepraszającą” postawę[12].

Byłoby wspaniale, gdyby na tym sprawę można było zamknąć.

Niestety – nie da się, bo oszczerstwa o antysemityzm dzięki brytyjskim mediom przylgnęły na dobre do osoby Jeremy’ego Corbyna. To, oczywiście, nie pierwszy taki atak. Uznane, nobliwe, mainstreamowe stacje i gazety jedną ręką od lat deklarują zwalczanie „fake newsów”, drugą zaś próbują Corbynowi przykleić etykietę nienawidzącego żołnierzy antypatrioty, tchórza (bo nie deklaruje gotowości do użycia arsenału nuklearnego), sympatyka IRA i Hamasu, a nawet czechosłowackiego szpiega[13] i ukrytego homofoba [14]. Antysemityzm to jednak zarzut w obecnym politycznym klimacie w jakimś sensie szczególny – a potraktowany instrumentalnie, jako narzędzie  politycznej propagandy (również przez te organizacje żydowskie, które sympatyzują z linią Trumpa i Netanjahu), celowo wygrywa delikatną kwestię rozróżnienia między krytyką państwa Izrael a faktycznym antysemityzmem.  

To cyniczne granie zarzutami o antysemityzm tworzy bardzo niebezpieczną sytuację. Z jednej strony – odwraca uwagę od faktycznej neonazistowskiej, antysemickiej przemocy, o czym mówił niedawno w viralowym wideo David Graeber[15]. Z drugiej strony, tworzy spiralę nieufności między organizacjami żydowskimi i nową lewicą, między żydowskimi i nie-żydowskimi członkami Partii Pracy; świetnie opisał to niedawno jeden z radykalnych publicystów młodej brytyjskiej lewicy[16].

Zarzut antysemityzmu ma zniechęcić do wspierania Labour w pierwszej kolejności nie tylko brytyjskich Żydów, ale centrystów właśnie – zwłaszcza tych, którzy w pełni i bezkrytycznie zinternalizowali logikę liberalnej polityki tożsamości. Sama Partia Pracy ma zaś trudność z wypracowaniem przekonującej odpowiedzi na zarzuty, bo może co prawda zaostrzyć procedury dyscyplinarne, zaprosić do rozmów nad nimi przedstawicieli danej mniejszości – laburzyści zrobili dokładnie to – ale nie może, bez katastrofalnych medialnie skutków, otwarcie sprzeciwić się żadnej tych zarzutów części. Jeśli bowiem przedstawiciele jakiejś mniejszości czują się przez nią zagrożeni, to nie ma tu miejsca na niuans ani krytykę – czucie jest społecznym faktem; jeśli medialni liderzy tej mniejszości twierdzą, że jest ona prześladowana, to nie można publicznie zarzucić im cynizmu ani ukrytych interesów; każda mniejszość czy wykluczona grupa ma też prawo definiować samodzielnie, jakiego rodzaju wypowiedzi i działania stanowią jej dyskryminację.

Nie jest tak, że Partia Pracy i lewica w ogóle na jakimkolwiek etapie eksplicytnie zgodziły się na tak zarysowane zasady dyskusji. Nie jest też tak, że te ramy są powszechnie przyjęte – nie dotyczą choćby islamofobii ani debaty na łamach prawicowych mediów. Ale gdzieś po drodze, może w latach Blaira i Browna, Labour zgodziła się na te zasady, uznając za swój cel nie tyle systemowe, jednoznaczne wsparcie pracy przeciw kapitałowi, co abstrakcyjną walkę z każdą formą niesprawiedliwości i wykluczenia „w ogóle”[17]. Tak naszkicowana wizja świata posklejana jest z równorzędnych, słabo związanych ze sobą elementów, pochodzących zarówno z tradycji radykalnej, socjalistycznej, klasowej, jak i liberalnej. Działania antydyskryminacyjne i emancypacyjne nie są w jej ramach pochodną polityki klasowej, ale równoległą i autonomiczną „nitką” lewicowej rzekomo polityki. Lewica nie proponuje więc własnego spojrzenia na kwestie – na przykład – rasizmu, seksizmu, antysemityzmu, homofobii czy transfobii, ale przejmuje ich liberalne rozumienie, pozwalając sobie jedynie na niewielkie korekty.

W efekcie brytyjska lewica stworzyła coś w rodzaju tylnej furtki, backdooru, przez który można zaatakować ją w kryzysowym momencie. Zarzuty o systemowy antysemityzm na lewicy – a nawet osobisty antysemityzm Corbyna – pojawiły się bowiem, owszem, w momencie, w którym establishment zrozumiał, że corbyniści mogą faktycznie przejąć władzę. Ale zalążek tych zarzutów, czy raczej grunt pod nie, został ustanowiony dawno temu i trwał w uśpieniu wewnątrz logiki czy wizji świata akceptowanej też przez lewicę[18].

3. Brexit, lexit i kryzys sprawczości

Nie da się wreszcie mówić o najbliższych brytyjskich wyborach bez wspomnienia o Brexicie. Jednocześnie warto pamiętać, że dwie ogólnokrajowe partie Zjednoczonego Królestwa, które starały się całą debatę przedwyborczą skupić wyłącznie na kwestii wyjścia (bądź niewychodzenia) z UE, to Konserwatyści i Liberalni Demokraci. Lewica – w tym Partia Pracy – konsekwentnie odmawia uznania, że Brexit jest kryzysem sam w sobie, że wziął się z niczego i że jest jedynym istotnym społecznie problemem (na poziomie taktycznym Labour zdecydowało się skupić w kampanii na temacie służby zdrowia). Dla prounijnie nastawionych socjalistów, wynik brexitowego referendum jest przede wszystkim konsekwencją całych dekad socjalnych zaniedbań, fasadowego charakteru współczesnej demokracji, powszechnego poczucia braku politycznej sprawczości wśród gorzej położonych i jeszcze powszechniejszej niechęci do różnie wyobrażonego establishmentu (uzasadnionej, chociaż źle skanalizowanej). Antyunijna lewica również będzie widzieć Brexit jako kwestię agencji, przesilenie wywołane odarciem klas pracujących ze sprawczości i masowym upominaniem się o demokrację. Dla „lexiterów”, zrzeszonych dziś przede wszystkim w grupie Leave Fight Transform, wyjście z UE jest jednocześnie nadzieją na realizację faktycznie socjalistycznego programu szerokiej renacjonalizacji, pracowniczej demokracji czy nawet kontroli kapitału[19].

Sami liderzy Partii Pracy, chociaż zasadniczo nastawieni prounijnie – nawet Corbyn, wieloletni eurosceptyk w linii Tony’ego Benna, wspominany jako nieprzejednany krytyk unijnych instytucji choćby prze Tariqa Alego[20], w brexitowej kampanii agitował na rzecz pozostania w UE – od początku starają się godzić perspektywy leaverów i remainerów, odmawiając uznania podziału między nimi za jedyny politycznie istotny w obliczu kryzysu. Skutki tego zniuansowanego podejścia, chętnie nazywanego „triangulacją” zwłaszcza przez liberałów, były różne – ostatecznie antyunijni wyborcy odpłynęli z Partii Pracy w stopniu dużo większym niż wyborcy prounijni; Labour wie jednak, że nie może wygrać wyborów bez wsparcia przynajmniej części leaverów. „Triangulacja” może nie być wyjściem idealnym – ale wszystkie pozostałe wydają się gorsze i dają w najlepszym wypadku nadzieję na wątłe, krótkotrwałe, jałowe zwycięstwo.

Z naszej perspektywy, i z perspektywy głębszych lekcji dla lewicy w ogóle, cała okołobrexitowa debata zdaje się mieć jeden wyraźny przekaz: właśnie w tego rodzaju sprawach, w momentach kryzysu, przesilenia i wyjątkowej politycznej złożoności, lewica nie może pozwolić sobie na odpuszczenie niuansu i krytycznego spojrzenia. Dlatego wiele lewicowych organizacji – również tych na lewicy Labour czy wręcz na lewo od Labour – otwarcie zadeklarowało, że nie zajmie stanowiska w sprawie Brexitu. Było tak w wypadku anarchokomunistycznego Plan C[21], było tak w wypadku trockistowskiego Socialist Appeal, które opublikowało równolegle teksty nie tyle nawet za i przeciw Brexitowi, co przeciwko naiwności obu referendalnych obozów[22].

Należy też pamiętać, że obóz lewicowych leaverów nie składa się wyłącznie ze starych eurosceptyków, trockistek i prowokatorów. Jest tam sporo działaczy związkowych – od wpływowych, doświadczonych organizatorów w stylu Lena McCluskeya (szefa Unite, drugiego największego związku w kraju) po głośnego ostatnio w mediach Eddiego Dempseya. Znajdziemy w tym obozie, wbrew stereotypowi, niemało działaczek studenckich i młodzieżowych – włącznie z Larą McNeill, przedstawicielką młodych przy Labour National Executive Committee (głównym organem centralnym partii). Znajdziemy dużo osób przybyłych do Wielkiej Brytanii z kontynentalnej Europy i wiele osób mieszanego pochodzenia: od anglo-brytyjskiego reżysera i filozofa Thomasa Faziego, broniącego państwa narodowego z socjalistycznej perspektywy[23] po Costasa Lapavitsasa, dawnego posła Syrizy. Gdy na początku roku rozmawialiśmy o Brexicie z towarzyszami i towarzyszkami związanymi z Plan C w Birmingham, pierwszą osobą, która przyznała się do głosowania za wyjściem z UE, była studentka z Katalonii. Ze zrozumiałych przyczyn wśród największych entuzjastów lexitu wydają się być niemal z założenia, w każdej radykalnej brytyjskiej organizacji, towarzyszki i towarzysze z Grecji.

Podziały stają się jeszcze bardziej skomplikowane, gdy pamięta się, że kwestia stosunku do UE i do wolnego przepływu osób – imigracji – bywają na lewicy kompletnie rozdzielne. Pierwszy raz zwrócił nam na to uwagę Owen Holland, organizator Momentum z Camden – najwięksi eurosceptycy potrafią być największymi entuzjastami swobodnej, nieograniczonej migracji, i na odwrót. Nawet tam, gdzie głos leave faktycznie motywowany był rasistowskimi uprzedzeniami, trudno mówić o jednym rasizmie: niechęć do imigrantów z UE i do imigrantów z Commonwealthu niekoniecznie idą w parze. Podczas kampanii wyborczej w 2015 Nigel Farage, faszyzujący arcybrexiter i karykatura XIX-wiecznego kolonizatora, sugerował nawet, że Brexit będzie z pożytkiem dla imigrantów z dawnych brytyjskich kolonii[24].

Według ostatniego sondażu YouGovu, nowe referendum w sprawie wyjścia z UE skończyłoby się dokładnie tak samo, jak poprzednie[25].

Brexitu nie da się łatwo rozwiązać.

To niby banalna, ale w rzeczywistości kompletnie nieoczywista teza. Gdy bowiem przypomnimy sobie okołobrexitowe wypowiedzi centrowych, racjonalnych, zdroworozsądkowych polityków liberalnego mainstreamu – zwłaszcza na kontynencie, również w Polsce – to zauważymy zupełnie inne podejście do sprawy. Radosław Sikorski potrafi zredukować całą kwestię do wewnętrznego brytyjskiego „paraliżu politycznego[26]”; Róża Thun woli określenie „polityczna niemoc[27]”. Oni i podobni im politycy za oczywiste rozwiązanie problemów w stylu Brexitu uznają proste, „efektywne”, szybkie interwencje ze strony nieograniczonej niczym poza neoliberalnym konsensusem egzekutywy. Za wzór stawiają domyślnie quasi-autokratów w stylu Merkel czy Macrona; i możemy wyobrazić sobie faktycznie, że kanclerz Niemiec bądź prezydent Francji – albo któryś inny kontynentalny, centrowy, chadecko-liberalno-socjaldemokratyczny lider – Brexitowy bałagan „rozwiązałby” faktycznie w dwa tygodnie, wedle własnego widzimisię, przy kompletnej bierności kontynentalnych parlamentów-przybudówek (w razie publicznego oporu korzystając najwyżej z wodnych armatek). Takie załatwienie sprawy nie załatwiłoby, rzecz jasna, niczego.

Owi liberalni politycy narzekający na parlamentarny paraliż w Westminsterze – a nawet niektórzy aktywiści lewicy, uwiedzeni podobną retoryką – są w rzeczywistości na rękę prawicy w rodzaju Torysów Johnsona. To przecież Konserwatyści uczynili swoim hasłem wyborczym „get Brexit done”, krótki, zwięzły wyraz tęsknoty do silnych, skutecznych liderów, którzy i samodzielnie wygonią imigrantów, i rozprawią się z marudzącymi na ulicach lewakami, i znajdą sposób na zdyscyplinowanie krnąbrnych parlamentarzystów. W Londynie rozmawialiśmy z Simonem Laytonem z Queen Mary University[28], autorem nadchodzącej książki Piratical States, poświęconej między innymi temu, jak „twardzi” zwolennicy Brexitu wpisują się w tradycję korsarską: jako (we własnych oczach) ludzie akcji, energiczne i zdecydowane jednostki motywowane nie tyle pragnieniem przygody, co zdolnością obrócenia w zysk sytuacji zamętu i katastrofy. Żyją wyzwaniem i kryzysem, których koszt ponoszą inni.

Być może w środku Brexitowego „paraliżu” odkrywamy więc – jako lewica, dla naszej własnej tradycji – jakiś rodzaj parlamentaryzmu, który częściowo, warunkowo, kontekstualnie jednak jest do odzyskania, który mówi nam coś o relatywnych pożytkach z bardzo określonego kulturowo modelu parlamentarnej debaty i oporu. Nasza niechęć do parlamentaryzmu jest często związana z tym, że widzimy go intuicyjnie jako proste przedłużenie faszyzującej z założenia (a zazwyczaj dodatkowo beznadziejnie technokratycznej) egzekutywy. Może da się jednak inaczej.

4. Wygrana tak czy inaczej?

Wynik czwartkowych wyborów jest szalenie trudny do przewidzenia. Jakikolwiek jednak nie będzie, Jeremy Corbyn i skupiony wokół niego ruch już w tej chwili zrobili bardzo dużo dla brytyjskiej i międzynarodowej lewicy. Zdobyczy całego projektu nie będzie się dało łatwo wymazać i zapomnieć. I chociaż za kilka dni powyższy tekst będzie wymagał całościowej niemalże aktualizacji, pewne lekcje zachowają ważność. Corbynizm jest już nieodwracalnie częścią wspólnej tradycji.

 


[1]     Tegoż, The World Turned Upside Down. Radical Ideas During the English Revolution, London 1972.

[2]     https://www.mirror.co.uk/news/politics/moment-brexit-secretary-urged-mps-14140212

[3]     https://www.ft.com/content/83d2880a-4bef-11e9-bbc9-6917dce3dc62

[4]     https://www.marxists.org/archive/marx/works/1872/09/08.htm Coś podobnego Marks zakładał oczywiście o Stanach Zjednoczonych – jednak podczas gdy Kongres od około stu lat traci wpływ na kształt amerykańskiej polityki, Izba Gmin, jak pokazuje Brexit, jest wciąż faktycznym ośrodkiem władzy.

[5]     Z rozmysłem nawiązujemy tu do koncepcji pewnej radykalnej strategii lewicowej, rozwijanej w środowisku „Praktyki Teoretycznej” między innymi przez Macieja Szlindera, zwłaszcza w jego uwagach o rewolucyjnym potencjale dochodu podstawowego.

[6]     https://yougov.co.uk/topics/politics/articles-reports/2019/11/12/labour-economic-policies-are-popular-so-why-arent-

[7]     https://www.theguardian.com/commentisfree/2015/jul/22/orgreave-truth-police-miners-strike

[8]     https://www.thecanary.co/opinion/2019/11/28/we-need-to-talk-about-the-bbc-because-now-its-taking-propaganda-to-the-next-level/

[9]     Np. https://cst.org.uk/public/data/file/7/4/JPR.2017.Antisemitism%20in%20contemporary%20Great%20Britain.pdf Lewica częściej niż prawica deklaruje postawy krytyczne wobec państwa Izrael, co też nie wydaje się dużym zaskoczeniem.

[10]   https://evolvepolitics.com/yougov-polls-show-anti-semitism-in-labour-has-actually-reduced-dramatically-since-jeremy-corbyn-became-leader/

[11]   https://www.plutobooks.com/9781786805720/bad-news-for-labour/

[12]   https://www.jewishvoiceforlabour.org.uk/article/suspending-chris-williamson-the-fury-and-the-fakery/

[13]   https://www.thesun.co.uk/news/5581166/jeremy-corbyn-communist-spy-cold-war-briefings/

[14]   Corbyn, wieloletni sojusznik osób nieheteronormatywnych, na wydarzeniu z okazji miesiąca historii LGBT+ powiedział, że nikt nie ma prawa być prześladowanym ze względu na to, że „zdecydował się” być gejem bądź lesbijką – za co później przeprosił: https://www.esquire.com/uk/culture/news/a12898/jeremy-corbyn-gay-people-choose-sexuality/

[15]   https://www.youtube.com/watch?time_continue=1&v=tZ8MeRagpmc&feature=emb_logo

[16]   https://samkriss.com/2019/11/08/the-war-against-the-jews/

[17]   Trudno uniknąć tu skojarzenia z krytyką idei i pojęcia „intersekcjonalności”, proponowaną przez Waltera Benna Michaelsa czy Adolpha Reeda.

[18] Nie sposób nie odnieść tych spostrzeżeń do polskiego kontekstu i niedawnej dyskusji z udziałem Rafała Wosia oraz Michała Sutowskiego: niezależnie od tego, czy w tej chwili istnieje w Polsce realne napięcie między lewicą „tożsamościową” i „klasową”, między jej potencjalnymi dwoma elektoratami, napięcie takie istnieje w logice dyskursu – nierozstrzygnięte, nieprzemyślane, ignorowane tworzy już dziś grunt pod przyszłe konflikty i ataki ze strony liberałów.

[19]   (Często przywoływanym przez nich dowodem na to, że corbynowskiej obietnicy nie da się spełnić w ramach Unii Europejskiej, jest zderzenie zapowiedzi powrotu do systemu kolei państwowych z wymogami niesławnego IV Pakietu Kolejowego.)

[20]   https://www.independent.co.uk/news/uk/politics/jeremy-corbyn-would-be-campaigning-for-brexit-if-he-was-not-labour-leader-says-long-time-ally-tariq-a7032736.html

[21]   Kolektyw znany m.in. dzięki Markowi Fisherowi, pod wieloma względami – jak się zdaje – bliski w intuicjach i perspektywie środowisku Praktyki Teoretycznej. Polecamy ich tekst przedwyborczy: https://www.weareplanc.org/blog/a-hero-lies-in-you-plan-c-statement-on-the-uk-general-election/

[22]   https://www.socialist.net/the-delusions-of-brexit.htm

https://www.socialist.net/the-myth-of-social-europe.htm

[23]   Zob. np. https://www.jacobinmag.com/2019/05/european-union-parliament-elections-antidemocratic           

[24]   https://www.theguardian.com/politics/2015/apr/22/nigel-farage-immigrants-india-australia-better-than-eastern-europeans

[25]   https://twitter.com/LeftieStats/status/1202379800897294336

[26]   https://www.money.pl/gospodarka/we-wtorek-kluczowe-glosowanie-ws-brexitu-radoslaw-sikorski-nikt-nie-wie-co-sie-dzis-wydarzy-6338507928508033a.html

[27]   https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1786290,1,wielka-brytania-juz-nuzy.read

[28]   https://www.qmul.ac.uk/history/people/academic-staff/profiles/laytonsimon.html

Share This