• Facebook
  • Twitter
Rok 2014 zakończył się fiaskiem wyborów prezydenta Republiki Greckiej, a w związku z tym ogłoszeniem przedterminowych wyborów parlamentarnych. To wydarzenie polityczne o ogromnym znaczeniu, mogące nadać charakter całemu nadchodzącemu 2015 rokowi, który w Europie zamkną wybory parlamentarne w Hiszpanii (gdzie już w maju odbędą się wybory lokalne). Jasne jest, że wybory w Grecji nie są po prostu zwykłymi wyborami „krajowymi”. Liczne i poważne ingerencje niemieckiego rządu i Komisji Europejskiej, nasilone w ostatnich tygodniach, pokazują wyraźnie, że stawką w grze jest złożona równowaga między instytucjami europejskimi, zredefiniowana w ostatnich latach poprzez zarządzanie kryzysowe. Reakcja giełdy w Atenach na samą zapowiedź przyspieszonych wyborów, która padła ze strony Antonisa Samarasa (premiera Grecji – przyp. tłum.) z 9 grudnia, w postaci spadku kursów o ponad 12 procent, unaoczniła, jaką rolę odegrałby inny kluczowy aktor, czyli kapitał finansowy.

Wobec tych okoliczności Syriza stoi oczywiście przed skomplikowaną rozgrywką i doprawdy naiwne wydają się nam stanowiska zajmowane przez przedstawicieli europejskiej lewicy – obciążone realizmem politycznym – proponujące ewolucyjne scenariusze przezwyciężenia neoliberalizmu i polityki cięć poprzez odzyskanie narodowej suwerenności. Uważamy raczej, że w najbliższych wyborach w Grecji i Hiszpanii (zwłaszcza gdy potraktujemy je łącznie) gra dotyczy kluczowej szansy na otwarcie nowych przestrzeni politycznych w Europie. W związku z tym należy nieprzerwanie wspierać Syrizę, w pierwszej kolejności przyczyniając się do określenia warunków, dzięki którym zwycięstwo wyborcze nie doprowadzi – jak zdarzało się już wiele razy w historii „lewicy” – do zablokowania możliwości, ale raczej wyzwoli ekspansywny ruch o wyraźnie konstytuującym charakterze.

Dotychczas zawsze rozważaliśmy i uprawialiśmy politykę wykraczającą poza moment wyborczy, spoglądając przede wszystkim na ruchy i walki zwrócone przeciwko dominacji i wyzyskowi. Nadal czynimy tak samo. Jednak nie przeszkadza nam to w dostrzeżeniu wagi, jaką poszczególne wybory mogą mieć w perspektywie walki klas. Tak było w wielu krajach Ameryki Łacińskiej w ostatnim dziesięcioleciu i tak może być także w Grecji i Hiszpanii – a tym samym w Europie – w roku 2015. Szansą, która się w tym momencie pojawia, jest przełamanie związanej z europejską dwuwładzą Partii Ludowej i Partii Socjalistycznej dominacji jednego sposobu myślenia – zerwanie z „ekstremizmem centrum”, który charakteryzował polityczne ramy zarządzania kryzysowego w Europie w ostatnich latach. W tych ramach zdefiniowano neokonserwatywne scenariusze stabilizacji oraz dokonało się znaczące pogłębienie neoliberalizmu, zdecydowanie wrogie zdobywaniu nowych przestrzeni wolności i równości. Atak na warunki życia, kooperacji i pracy był szczególnie gwałtowny w krajach południowej Europy (choć wystąpił nie tylko tam). Z „ekstremizmu centrum” zrodził się zaś jego bliźniaczy, nie tak mile widziany w społeczeństwie brat: wykwit „narodowych” prawic, często otwarcie faszystowskich, które wprowadzają do struktury społecznej elementy brutalnej dyscypliny i nowej hierarchizacji.

Te procesy i tendencje mają solidne korzenie w społeczeństwach europejskich. Oczywiście wybory nie położą temu kresu, ale bez wątpienia splot greckich i hiszpańskich wyborów może stanowić punkt zwrotny, którego potrzebujemy, aby wyrwać walki toczące się przeciw zaciskaniu pasa ze zwykłego wymiaru „oporu”, artykułując definitywnie napięcie między ponownym przywłaszczeniem bogactwa a budową nowych form organizacyjnych, które walki te wyraziły w swoim programie konstytuującym.

Co prawda nie na to wskazują siły polityczne takie jak Syriza czy Podemos, ale uważamy, że byłoby błędem mierzyć ich działania z tego punktu widzenia. Obie partie (które są siłami bardzo różnymi, zarówno z punktu widzenia kultury politycznej, historii, jak i relacji z innymi ruchami) wskazują dzisiaj wprost na konieczność rekonstrukcji hipotezy socjaldemokratycznej. Wskazują na potrzebę określenia programu reform zdolnego rozliczyć się z ostatecznym kryzysem historycznej socjaldemokracji oraz z głębokimi przekształceniami kapitału i pracy. W gruncie rzeczy analogiczny eksperyment dokonuje się w Turyngii, gdzie Die Linke sformowała rząd z udziałem SPD i Zielonych. Nie gorszy nas to: zerwanie z „ekstremizmem centrum” musi podjąć problem budowy nowej struktury mediacji, otwarcia przestrzeni, w których życie i współpraca będą po prostu łatwiejsze i mniej bolesne. Często podkreślaliśmy strukturalne trudności, na które podobne projekty napotykają w obliczu logiki współczesnego kapitalizmu wraz z jego instytucjami finansowymi i sposobami „wydobywania” wartości dodatkowej. Jednak sam fakt, że mówi się o nich wprost (w znacznym stopniu pod wpływem wielkich tegorocznych walk w Grecji i Hiszpanii), wydaje nam się ważny sam w sobie i może wyznaczyć warunki wyłonienia się nowych ruchów oraz przyczynić do ujęcia walk w bardziej zaawansowanych kategoriach, tj. jasnego postawienia pytania o „politykę walk”. O to właśnie toczy się najważniejsza gra.

W ostatnich tygodniach w ramach europejskiej dyskusji wiele mówi się o przezwyciężeniu strachu i o „powrocie do zwyciężania”. Zawsze byliśmy do tego przekonani, ale pod warunkiem, że „zwyciężanie” nie zostanie sprowadzone wyłącznie do wygrania w wyborach przez jakąś siłę „lewicową”, taką jak Syriza (lub „populistyczną” – w znaczeniu jakie przypisuje temu terminowi Ernesto Laclau – jak Podemos). Powiedzieliśmy już, jak istotne wydają się nam wyniki najbliższych wyborów w Grecji i Hiszpanii oraz że Syriza i Podemos reprezentują znaczące zmiany – w stopniu, w jakim potrafiły otworzyć (powtórzmy, pod wpływem poważnych walk) nowe przestrzenie polityczne, nieredukowalne do władztwa starych nomenklatur. Oto właśnie ćwiczenie z odnowionego realizmu politycznego, które chroni nas przed myśleniem, że wynik wyborów może sam w sobie stanowić „zwycięstwo”. Nie chcąc ponownie podejmować tutaj dyskusji z ostatnich lat o kryzysie reprezentacji, procesach finansjeryzacji i przekształceniach państwa związanych z globalizacją, należy stwierdzić, że aktualnie ograniczenia w działaniach rządów – szczególnie wewnątrz Unii Europejskiej – są oczywiste, a najlepiej przygotowani liderzy Syrizy i Podemos są ich świadomi.

Ograniczenia te nie mogą być przekroczone przez żadną pojedynczą partię, tym bardziej na podstawie prostego żądania „suwerenności narodowej”. Tendencje do usztywnienia i zamykania się widoczne zarówno w przypadku Syrizy, jak i Podemos, mogą zostać zrozumiane tylko pod warunkiem, że pamiętamy o pilnych potrzebach i koniecznościach wyznaczanych przez daty wyborów. Bez wątpienia, katastrofą byłoby, gdyby się one umocniły. Potrzebny jest eksperyment otwarcia na budowę i utrwalenie nowej ramy dla kontr-władz, nowych instytucji, dojrzałych doświadczeń samoorganizacji społecznej, nie zapominający równocześnie, że gra toczy się na poziomie europejskim. Hipotetyczne działania rządu, który zwróciłby się przeciw polityce zaciskania pasa musiałyby być podjęte nie tylko na skalę krajową, ale także mieć za cel złamanie utrwalonej równowagi, jaką zbudowały instytucje europejskie w odniesieniu do zarządzania kryzysowego. A to wszystko po to, by otworzyć nowe przestrzenie (np. poczynając od bezkompromisowych negocjacji w kwestii zadłużenia) dla wyłonienia się radykalnych ruchów społecznych działających na poziomie europejskim.

To właśnie ten potencjał podwójnego otwarcia, na ruchy społeczne zdolne do wytworzenia odpowiednich form instytucjonalnych i na wymiar europejski, musi być w najbliższych miesiącach miarą oceny działania sił takich jak Syriza i Podemos. I to właśnie odwołując się do tych dwóch aspektów, same ruchy mogą odegrać istotną rolę w formułowaniu programu i uruchomieniu procesu konstytuującego. Oczywiście są to kwestie wysuwane teraz również we Włoszech, między innymi na podstawie doświadczeń „strajku społecznego”. Wrócimy jeszcze do tego. Nowy teren polityczny może być poszerzany na podstawie programu konstytuującego, wykraczającego poza wyrażenie oburzenia i wyrazów wściekłości, które powinny być rozumiane jako odbicie fundamentalnej niemocy politycznej.

Rok 2015 będzie w Europie dobrym rokiem, jeżeli uda nam się stworzyć bardziej postępowe warunki do zmierzenia się z perspektywy konstytuującej ze starymi problemami (jak stosunki między partiami, związkami i ruchami, internacjonalizm, właściwa relacja między reformą i rewolucją), które stają dzisiaj przed nami pod radykalnie nowymi postaciami. Polityka walk może rozpoznać te nierozwiązane problemy i nie uda jej się to inaczej, jak tylko przez podjęcie ich na nowo. Czy nie z tym mamy dzisiaj do czynienia w Europie?

Przełożył Maciej Szlinder

Share This