• Facebook
  • Twitter
Wybuch rewolucji w Łodzi. „Dni czerwcowe”

(„Z pola walki”, 30 VI 1905, nr 10)

 

[artykuł anonimowy, autorstwo ustalono na podstawie artykułu listu Róży Luksemburg do L. Jogichesa-Tyszki, zob. Bibliografia pierwodruków Róży Luksemburg, oprac. J.Kaczanowska, F.Tych, „Z pola walki” 1962, nr 3, s. 203, poz. 349]

Publikowany poniżej tekst Róży Luksemburg powstał bezpośrednio po tzw. powstaniu czerwcowym, które miało miejsce w Łodzi w 1905 r. Ten ogromny zryw, będący reakcją na zaplanowaną z wyrachowaniem przez carskie władze masakrę wielkiej manifestacji robotniczej, to jedyny przykład masowej, długotrwałej zbrojnej konfrontacji proletariatu i wojska w toku rewolucji w Królestwie Polskim. Był to najbardziej klasyczny przykład wystąpienia zupełnie spontanicznego i oddolnego – działające w Łodzi partie socjalistyczne, nie mogąc przeszkodzić wybuchowi walk, dały się ponieść wydarzeniom. Niniejszy artykuł, podobnie jak większość tekstów Róży Luksemburg z okresu rewolucji, łączy w sobie cechy tekstu agitacyjnego, nastawionego na doraźny efekt, z kilkoma ciekawymi intuicjami, rozwijanymi przez nią później w bardziej teoretycznych pracach.

Podjęta zostaje tutaj charakterystyczna dla autorki Akumulacji kapitału analiza proletariackiego doświadczenia politycznego doby rewolucji. Róża Luksemburg próbuje uchwycić proces cyrkulacji walk i budowy klasowej solidarności. Kolejne rewolucyjne wybuchy, wzajemnie się potęgujące, sprawiają, że proletariat poszczególnych miast, choć dzielą go nieraz setki kilometrów, poczyna stawać się jednym ciałem politycznym. Jest to warunek wstępny powodzenia walki.

Ale rewolucja jest jedynym rodzajem wojny, w której z szeregu porażek wynika w końcu zwycięstwo – pisze Róża Luksemburg. Myśl ta stanowi w pewnym sensie rdzeń jej teorii procesu rewolucyjnego. Teorii przez długi czas ostro krytykowanej, a zarazem interpretowanej w sposób uproszczony i schematyczny. Przeciwstawiano ją ostro leninowskiej teorii rewolucji. Wydaje się natomiast, że sama koncepcja Róży Luksemburg paradoksalnie okazuje się całkiem nowoczesna i poddana reinterpretacji stanowić może istotną wskazówkę w walkach toczonych dzisiaj. Autorka Akumulacji kapitału kładzie nacisk na proces cyrkulacji walk i konstruowania podmiotu rewolucyjnego. Jedynie otwarta konfrontacja z kapitałem i władzą państwową pozwala na pełne rozpoznanie doświadczanej na co dzień opresji i wyzysku. Na tym polega wartość każdej, nawet „przegranej” walki. W tym też sensie Róża Luksemburg proponuje nam oręż przeciwko fatalizmowi i politycznej bierności. 

 

 

W Łodzi krwi morze, stosy trupów, tysiące rannych. Straszne żniwo zebrał krwawy Anioł Mordu – konający absolutyzm carski.

W dniach 20-25 czerwca proletariat łódzki stanął na czele rewolucji, porywając się do walki tak potężnej, masowej, wytrwałej, jakiej od wybuchu wrzenia rewolucyjnego w caracie jeszcze nie było1. Kto „wywołał”, kto „spowodował” powstanie czerwcowe w Łodzi? Tak pytać mogą tylko ludzie ślepi i głusi na cierpienia i pragnienia naszej masy robotniczej, ludzie nierozumiejący, że rewolucja ludowa ma swoją wewnętrzną siłę żywiołową, z którą toczy się nieubłaganie naprzód. Ofiary majowe i bohaterstwo proletariatu Warszawy2 pobudzają ducha robotników łódzkich, zagrzewają ich do walki. Robotnicy łódzcy strajkują masowo i szarpią rozpaczliwie jarzmo wyzysku kapitalistycznego – bo muszą, bo jarzmo to dla zbudzonych na duchu stało się nie do zniesienia. Walczący robotnicy łódzcy urządzają olbrzymie zgromadzenia i demonstracje – bo muszą, bo przebudzona świadomość i solidarność klasowa dąży z nieprzepartą mocą do wspólnej akcji masowej, do tego orzeźwiającego, krzepiącego uczucia potęgi i otuchy, jakie daje zgnębionemu niewolnikowi kapitału i knuta maszerowanie w zwartej masie współbraci. Robotnicy łódzcy odpowiadają na zbrodnie zbirów carskich jeszcze większymi demonstracjami – bo muszą, bo zbudzeni i odrodzeni duchowo robotnicy nie mogą już przyjmować ulegle smagania z ręki ciemięzców, bo taka uległość złamałaby ich duchowo, zwichnęłaby ich wiarę we własne siły. Tak piętrząc się szybko, walka w Łodzi wybuchła bitwą na barykadach – jeden to łańcuch przyczyn i skutków, który przerwać się mógł tylko wtedy, gdyby robotnicy odstąpili od swych dążeń, gdyby cofnęli się z drogi wiodącej ich do wyzwolenia.

Proletariat łódzki został mimo obrony bohaterskiej zmiażdżony. Pozornie tryumfuje w Łodzi znowu ta sama siła brutalna bagnetu i kuli karabinowej, która w krwi zatopiła olbrzymią demonstrację majową w Warszawie, która rzezią straszną stłumiła styczniowe powstanie proletariatu w Petersburgu.

Ale rewolucja jest jedynym rodzajem wojny, w której z szeregu porażek wynika w końcu zwycięstwo. Absolutyzm tryumfuje w Petersburgu i w Warszawie, i w Łodzi, i w Kiszyniowie, i na Kaukazie – i każde z tych „zwycięstw” zbliża go fatalnie, nieubłaganie, o krok do grobu, a lud pracujący do zwycięstwa. Bo każda z tych rzezi absolutyzmu niesie dalej zarzewie nienawiści, buntu i walki, popycha dalej falę rewolucji, która, tocząc się z niewstrzymaną siłą, wzdyma się coraz wyżej, coraz potężniej.

W Warszawie w maju 20-tysięczny pochód wprawił w zdumienie rząd i burżuazję – po miesiącu w Łodzi 70-tysięczne tłumy maszerują pod sztandarem rewolucji. W Warszawie rzeź bezbronnego ludu zakończyła niebywałą olbrzymią demonstrację masową. Kula i bagnet tryumfowały nad uciekającą, ratującą się od morderczego napadu masą. W Łodzi po miesiącu odpowiedzią na rzeź bezbronnych demonstrantów jest już 48-godzinna walka zacięta na barykadach. Ciężko i z mozołem zdobywał już teraz absolutyzm swoje „zwycięstwo”. Przez pięć dni, od 20-go do 25-go, Łódź była ogniskiem nieprzerwanych demonstracji, strajków powszechnych, starć z żołdactwem – przez pięć dni w Łodzi wrzała nieprzerwanie walka. „Prawa” i bezprawia absolutyzmu, jarzmo kapitału były stratowane, zmiecione, masa robotnicza roztoczyła nad miastem swoją burzliwą, falującą, jak morze, groźną potęgę – w Łodzi przez pięć dni panią wszechwładną była Rewolucja!

I absolutyzm musiał w gorącej bitwie zdobywać piędź za piędzią! Przy pomocy garści rewolwerów, bohaterski proletariat opierał się przemocy zbójeckiej falangi przez całe dwie doby, aż go żelazo mordercze i znużenie śmiertelne powaliły o ziemie… Absolutyzm tryumfuje nad Łodzią, cisza grobowa wymiotła na chwilę rozgwar burzliwy Rewolucji. Wśród ciszy wkraczają z brzękiem stalowych bagnetów na plac bezprawia i mordów nowe zastępy zbójeckie, z okolic ściągnięte. Ale rzeki krwi, płynące po ulicach „zdobytego” miasta, wołają swym milczeniem do ludu całego kraju i całego państwa głośno i przeraźliwie, jak dzwon spiżowy, jęczący na alarm. Jeszcze szereg takich „zwycięstw” – i absolutyzm runie wśród powszechnego jednoczesnego powstania ludu na całym obszarze państwa.

Losy łódzkiego powstania rewolucyjnego wskazują widomie istotę i warunki zwycięstwa Rewolucji w caracie. Rozgoryczony, drżący, żądny pomsty na mordercach, robotnik łódzki woła: broni! Broń jest potrzebna, jest niezbędna. Ale żadna broń nie dałaby odosobnionemu miastu zwycięstwa nad caratem, panującym nad 120 milionami. Dopóki absolutyzm może ściągnąć do Łodzi coraz nowe pułki żołdactwa z miast i wsi okolicznych, zwycięstwo orężne robotników łódzkich jest płonną nadzieją. I tak samo pojedyncze zwycięstwo robotników warszawskich, petersburskich, moskiewskich. Dopiero kiedy powstanie będzie powszechnym, ogarnie wszystkie większe miasta i przerzuci się na wieś, kiedy carat nie będzie mógł ściągnąć swych zbójeckich zastępów z miejscowości „spokojnych” i koncentrować ich nacisk na zgniecenie jednego lub paru miast rewolucyjnych, wówczas zwycięstwo będzie po stronie ludu, bo wówczas najsilniejsza broń wojska „spokoju” już nie przywróci, i wówczas nagromadzony tu i ówdzie, a tłumiony jeszcze pomruk wśród samego wojska będzie miał dość siły i odwagi, by zlać się w głośny protest i zachwiać, złamać same szeregi obrońców caratu.

Rewolucja robotnicza może zwyciężyć absolutyzm tylko jako powszechne, jednoczesne, trwałe powstanie całego olbrzymiego ludu roboczego miast i wsi na obszarze państwa. Dziś absolutyzm żyje tylko odosobnieniem i rozproszeniem wybuchów rewolucyjnych, tym, że proletariat powstaje pojedynczo i kolejno w jednych punktach, gdy w innych chwilowo walka ucichła lub wcale jeszcze nie wybuchła.

Ale tymi pojedynczymi wybuchami żyje właśnie już Rewolucja. Proletariat zniesie panowanie knuta tylko w powszechnym powstaniu, ogarniającym naraz całe państwo. Ale to powszechne powstanie zrodzić się może tylko z pojedynczych wybuchów i każdy taki nowy wybuch rozszerza płomień rewolucyjny, przygotowuje i przyspiesza wybuch w innych miejscowościach, gdyż podnosi energię bojową proletariatu w całym państwie, nuży i zniechęca wojsko, dezorganizuje maszynę państwową, wyklarowuje i zaostrza stosunki klas i partii w społeczeństwie, podsyca ogólną atmosferę rewolucyjną. Pojedyncze powstanie czerwcowe łódzkiego proletariatu zostało zdławione, ale padając, wstrząsnęło ono podwalinami caratu, jak Samson filarami swego więzienia.

Biada pionierom! Rewolucja czysto robotnicza, jaką jest po raz pierwszy w dziejach nowożytnych obecna rewolucja w caracie, rodzi się, rozwija i potężnieje tylko przez samouświadomienie i zorganizowanie olbrzymiej klasy proletariatu, a szkołą jedyną tego uświadomienia i tej organizacji jest już nie przewodnictwo burżuazji, jak ongi w Europie, tylko własna walka niezmordowana proletariatu, własna krew, którą okupuje każdy krok w tej walce. Najstraszniejsze ofiary, największa część kosztów wzmagającej się powoli rewolucji przypada na te szeregi proletariatu, które, wyprzedając masę energią, świadomością, organizacją, pierwsze rzucają się do walki i pierwsze padają skoszone, aby swoim męczeństwem porwać dalsze szeregi braci do walki i na sobie stępić mordercze żelazo kontrrewolucji. Obok walki proletariuszy petersburskich, którzy w styczniu poczęli na wieki na śnieżnym całunie bruku w stolicy carowej, obok proletariuszy warszawskich, którzy przyćmioną skonem źrenicą oglądali po raz ostatni słońce majowe w tym roku, legli proletariusze łódzcy na swych barykadach, pod swym czerwonym sztandarem – jako pionierzy Rewolucji i wyzwolenie proletariatu w całym państwie rosyjskim.

Nie pierwsze to żniwo krwawe dni czerwcowych w dziejach klasy robotniczej. Tego samego 23-go, 24-go i 25 czerwca przed laty 57-ma, proletariat paryski staczał najpotężniejszy bój rewolucyjny z rządem burżuazji. W lutym 1848 roku proletariat, wraz z średnią i drobną burżuazją, obalił monarchię Ludwika Filipa i zaprowadził rządy republikańskie. Proletariat paryski wierzył wówczas, że republika zbawi go natychmiast od jarzma kapitału, że da mu chleb i pracę i sprawiedliwość społeczną. Ale w republice zapanowała burżuazja, czyli właśnie ten sam kapitał, a bohaterski proletariat Paryża zdradzony i oszukany przez klasy posiadające, rzucony na pastwę nędzy i bezrobocia, powstał w czerwcu z rozpaczliwym męstwem do walki przeciw starej niewoli. Cztery dni prawie wrzała walka na przedmieściach Paryża. Z bohaterstwem bezprzykładnym robotnik paryski zszańcował się za przeszło 400 barykadami, wybierając raczej śmierć z żonami i dziećmi, niż powrót do jarzma kapitału. Dni czerwcowe skończyły się klęską proletariatu. Rozszalała „zwycięska” burżuazja już po stłumieniu powstania wyrżnęła, wymordowała w pień 3 tysiące robotników, a 15 tysięcy skazała na katorgę i wygnanie. Była to rzeczywista porażka, która usunęła proletariat na długo z widowni rewolucji. Była to porażka nieunikniona, bo walczący bohatersko robotnik paryski szedł do boju łudząc się, że zdoła w republice burżuazyjnej jedną bitwą orężną znieść panowanie kapitału.

Ale klęska czerwcowa proletariatu paryskiego była zwycięstwem dla sprawy całego międzynarodowego proletariatu. Dopiero w tej strasznej rzezi bowiem, w tym morzu krwi własnej, proletariat francuski poznał po raz pierwszy, że jest odrębną klasą, która dla wyzwolenia swego może liczyć tylko na siebie samą, poznał, że wybawienie z piekła kapitału da mu nie sama republika burżuazyjna i nie jedna choćby najbardziej bohaterska bitwa uliczna, tylko długa walka klasowa przy pomocy praw politycznych, w republice zdobytych. Ofiary czerwcowe robotników w Paryżu były tą ceną, za którą międzynarodowy proletariat okupił świadomość swej odrębności klasowej i swych zadań klasowych. Morze krwi, wylanej w czerwcu 1848 roku na przedmieściach Paryża, stanęło między klasą robotniczą a klasą wyzyskiwaczy na całym świecie.

I dziś jeszcze, po pół wieku, ofiary czerwcowe proletariatu paryskiego wydają bujny plon – w rewolucji robotniczej caratu. Już z jasną świadomością swych dróg i celów klasowych, bez złudzeń, bez iluzji proletariat Rosji i Polski maszeruje sam jeden do szturmu na ostatnią twierdzę despotyzmu, aby obalając ją, przyspieszyć wyzwolenie swoje i całego międzynarodowego proletariatu.

  1. 18 czerwca 1905 roku wojsko zaatakowało kilkutysięczny pochód robotników łódzkich, wracających późnym popołudniem z niedzielnej „majówki” w podmiejskich Łagiewnikach. 20 czerwca odbył się manifestacyjny pogrzeb ofiar, który, choć obeszło się bez starć, jeszcze bardziej zaognił sytuację w mieście. Dzień później, 21 czerwca, pojawiła się pogłoska, że jedna z ofiar niedzielnych starć została potajemnie pochowana przez policję. Oburzeni tym faktem łódzcy robotnicy w ciągu kilku godzin zdołali zorganizować kilkudziesięciotysięczny (szacunki mówią nawet o 70 tysiacach osób) pochód, który przemaszerował przez centrum miasta. Na rogu ulicy Piotrkowskiej i obecnej ulicy Żwirki doszło do starcia z wojskiem, które wykorzystując zabudowę, przygotowało swoistą „zasadzkę” na manifestantów. Było kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, ostrzelany tłum rozbiegł się w panice, tratując przy tym wielu osób. W efekcie masakry w mieście wybuchły walki. W nocy z 22 na 23 czerwca zaczęły się pojawiać pierwsze barykady. Walczono przy użyciu nielicznych rewolwerów, kamieni brukowych, wrzątku i kwasu wylewanego z okien itd. Nierówna walka trwała do wieczora 24 czerwca. Liczba ofiar nie jest znana, szacunki wahają się od ok. 165 (dane oficjalne) do nawet 2000 osób. []
  2. 1 maja 1905 r. wielotysięczna manifestacja robotników w Warszawie została zaatakowana przez wojsko i policję. W wyniku walk zginęło kilkadziesiąt osób, kilkaset zostało rannych. []
Share This