Władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu planują zmianę w regulaminie studiów, chcąc nałożyć na studentki i studentów obowiązek regularnego uczestnictwa w wykładach. Obecna niska frekwencja miałaby świadczyć o lenistwie osób studiujących. Czy jednak na pewno to właśnie brak chęci do nauki odpowiada dziś za wysokie wskaźniki nieobecności? Czy przymus uczestnictwa może przyczynić się do realnej poprawy sytuacji?

Niemal od początku transformacji studentki i studenci w całej Polsce prowadzą podwójne życie. Kształcą się, jednocześnie pracując w celach zarobkowych. Jak pokazują badania, 40% osób studiujących pracuje w trakcie roku akademickiego, a większość z nich zarabia poniżej tysiąca złotych miesięcznie. 2/3 pracujących studentek i studentów zatrudnianych jest na umowy cywilno-prawne. Trudno określić skalę pracujących dorywczo na pokrycie bieżących opłat i potrzeb, a tym bardziej tych pracujących „na czarno”. Wszyscy ci studenci i te studentki wraz z pracującymi na czasowych umowach o pracę, wymuszonym samozatrudnieniu czy w szarej strefie tworzą polski prekariat – zróżnicowaną grupę, która żyje w ciągłej niepewności ekonomicznej i egzystencjalnej.

Niskie stypendia socjalne i niewystarczająca liczba miejsc w akademikach nie ułatwiają sytuacji materialnej studentów i studentek. Samo stypendium zresztą jest zazwyczaj sumą, która nie wystarcza nawet na wynajem pokoju lub stancji, zwłaszcza w Poznaniu, który jest jednym z droższych miast w Polsce pod kątem kosztów życia. Przy stawce godzinowej oferowanej zatrudnionym na śmieciówkach studentom i studentkom, oscylującej czasami w okolicach 5–7 złotych oraz częstej konieczności pracy na każde zawołanie pracodawcy, większość z nich, zwłaszcza osób przyjezdnych lub dojeżdżających, nie jest w stanie pogodzić harmonogramu studiów z pracą zarobkową. Istotna część studentów i studentek łączy dwa lub więcej kierunków studiów, co nie zawsze stanowi wyłączny efekt ich rozległych zainteresowań, ale nierzadko jest wymuszoną próbą uzyskania przewagi po studiach na szczególnie nieprzyjaznym dla młodych polskim rynku pracy. Wszystkie te osoby tworzą grupę, której szczególnie trudno sprostać wymogowi obecności na wykładach. Z pewnością jednak trudno odmówić im pracowitości.

Studencki prekariat jest wytworem splotu interesów polskiego, peryferyjnego kapitalizmu, który zbudował swój „sukces gospodarczy” na taniej i spolegliwej sile roboczej, oraz sektora szkolnictwa wyższego, zagłodzonego przez kryzys lat osiemdziesiątych, a następnie dobitego finansowo terapią szokową początku lat dziewięćdziesiątych. O ile polski przedsiębiorca zatrudniający na umowy śmieciowe widzi w rzeszy studentów i studentek jedynie tanią siłę roboczą, o tyle polski umasowiony uniwersytet publiczny dostrzega w nich zaledwie zasób, który należy przerobić, by otrzymać określony poziom ministerialnej dotacji czy utrzymać napływ czesnego. Z jednej strony zwolnienia ze składek na ubezpieczenia społeczne, które wraz z zatrudnieniem studentów i studentek otrzymuje przedsiębiorca, stanowią ukrytą formą dotowania kapitału ze środków publicznych, z drugiej zaś chroniczne niedofinansowanie publicznego szkolnictwa wyższego zmusza uniwersytety do rozwijania patologicznych strategii instrumentalizacji naborów.

Nad tym wszystkim rozpościera się długoletnia polityka kolejnych rządów, usiłujących zachęcić zwalnianych z podatków inwestorów do inwestycji w specjalnych strefach ekonomicznych, wabiąc ich obrazem milionów wyposażonych w języki obce studentów gotowych pracować z przyklejonym uśmiechem na twarzy w nowo otwieranych centrach logistycznych czy call-centres. Młodzi pracownicy walczą wobec tego o status studentów, bo tego rzekomo wymaga od nich polski rynek pracy. Studenci i studentki pracują na prekarnych warunkach, ponieważ muszą jakoś przetrwać okres studiów. Tak koło się zamyka. Ciężko jednak wyobrazić sobie sytuację lepszego dostosowania uniwersytetu do potrzeb polskich przedsiębiorców!

Jednakże student i studentka to pracownicy nie tylko na rynku pracy, ale również na uczelni, gdzie parametryzuje się ich aktywności i odpowiednio dyscyplinuje do ich wypełniania. Polski uniwersytet publiczny poświęca się ostatnio wymyślaniu metod dyscyplinowania młodych ludzi wprowadzając coraz to nowe, niezgodne z polskim prawem opłaty, w rodzaju tej za niezłożenie na czas pracy dyplomowej, przeciwko której protestują obecnie studenci na UW. Czy jedyny sposób radzenia sobie z pogłębiającym się kryzysem polskiego systemu szkolnictwa wyższego to przerzucanie go na barki studentów i studentek? Czy nie da się zaradzić sytuacji młodych ludzi na uniwersytecie i rynku pracy inaczej niż poprzez odgórne wprowadzanie przymusu i dyscypliny?

Docieramy tu do jeszcze jednego problemu odsłoniętego przez ostatnie wydarzenia na UAM. Wyobcowaniu, którego polscy studenci i studentki doświadczają w pracy nieustannie towarzyszy wyobcowanie na uczelni. Uniwersytet masowy konsekwentnie obniża jakość przekazywanej wiedzy, która w coraz mniejszym stopniu odnosi się do realiów ich życia społecznego i konkretnej sytuacji, w której się znajdują. Pozbawieni wpływu na tok oraz formułę nauczania, jak również rzadko kiedy uczestniczący w kształtowaniu sylabusów przedmiotowych, nie mówiąc już o szerszych warunkach, w których studiują, odczuwają rosnące wyobcowanie: czy to w ramach zajęć, środowiska akademickiego czy szerzej pojętych strukturach uniwersyteckich. Dla polskich studentów alienacja jest głównym doświadczeniem pokoleniowym, a brak wpływu na warunki pracy uzupełniany jest brakiem wpływu na warunki studiowania. Efektem jest daleko idące zniechęcenie i pasywność. Dlatego z entuzjazmem przyjmujemy ożywiony protest środowiska studenckiego.

Nie dziwi nas, że studentki i studenci protestują przeciwko próbom wymuszenia ich obecności na wykładach. Świadczy to o tym, że czegoś cennego się na nich nauczyli: że uniwersytet i przedsiębiorcy dbają przede wszystkim o siebie, a w masach studenckich widzą głównie zasób. Traktujemy ten sprzeciw jako protest wobec narzucania pracy, wobec rozszerzania i tak już napiętego grafiku zajęć. Uważamy jednak, że wyjściem z sytuacji nie jest proste oprotestowanie decyzji władz UAM i pozostanie przy dzisiejszym status quo. Studenci i władze uniwersyteckie mają według nas wspólny interes. Konieczne wydaje się zarówno wyswobodzenie życia studenckiego i uniwersyteckiego z relacji podporządkowania wobec potrzeb przedsiębiorców i rynku pracy, jak i przełamanie studenckiego wyobcowania na uniwersytecie. Słowem, demokratyzacja dostępu do szkolnictwa wyższego powinna przełożyć się na zdemokratyzowanie panujących w jego obrębie stosunków. Więcej demokracji na uniwersytecie – więcej demokracji w miejscu pracy. Miejsce studentów jest na uczelni, ale takiej, która służy realizacji ich potrzeb i rozwojowi.

Praktyka Teoretyczna

Share This