Jan-Werner Muller. 2017. Co to jest populizm? Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

 

“Widmo krąży po świecie: widmo populizmu”. Tym cytatem z wydanej w 1969 r. publikacji Ghity Ionescu i Ernesta Gellnera Populism: Its Meanig and National Character, rozpoczyna swoją książkę Werner Müller. Najwyraźniej to widmo krąży po świecie prawie od pół wieku.

Po zwycięstwie Trumpa, zdobyciu większości parlamentarnej przez PiS, umocnieniu się władzy Wiktora Orbana na Węgrzech oraz wejściu Marie Le Pen do drugiej tury wyborów prezydenckich, populizm funkcjonuje w mediach głównego nurtu jako słowo klucz, które obok demokracji nieliberalnej, postprawdy, fake news, czy ostatnio neoautorytaryzmu, ma tłumaczyć sukcesy prawicowych ugrupowań w krajach Zachodnich.

Jednak zanim populizm stał się w oczach opinii publicznej domeną prawicy, był po prostu pałką, którą mainstream okładał na lewo i prawo wszystkich kwestionujących status quo sprowadzający się do postpolitycznej demokracji liberalnej i całkowitej władzy niewidzialnej ręki rynku. Populistami byli zarówno Donald Trump, jak i Bernie Sanders, a Podemos i Syriza zostały przez centro-liberalne media włączone do “międzynarodówki populistycznej” razem z holenderską Partią Wolności, UKIP i Wolnościową Partią Austrii.

Jeżeli więc widmo krąży po świecie, to najbardziej boją się go politycy i media głównego nurtu, a lęk jest tak dojmujący, że widzą je wszędzie. Książka Co to jest populizm? wydaje się wyrastać z przekonania, że na dobrą sprawę nie wiemy, czego się boimy.

Czym nie jest populizm

Odpowiedź na tytułowe pytanie Müller zaczyna od pokazania, że powszechne w debacie publicznej definicje populizmu w rzeczywistości donikąd nie prowadzą. Populizm, po pierwsze, nie polega na składaniu nieodpowiedzialnych obietnic. Samo pojęcie „odpowiedzialnej” polityki każe zadać pytanie na czyje potrzeby określone rozwiązania są odpowiedziami. „Odpowiedzialna” polityka wprowadzona po kryzysie 2008 r. nie dość, że przyniosła opłakane skutki społeczne, to sama w sobie była oparta na bezmyślnych przesłankach. Odpowiedziała jednak na roszczenia finansjery do zabezpieczenia jej interesów. Zauważmy, że przywileje podatkowe dla najbogatszych, których koszty ponosi „niezamożna większość”, są traktowane jako racjonalna polityka, a jednocześnie progresywne podatki funkcjonują jako przykład skrajnego populizm, który rzuci gospodarkę na kolana.

Choć zarzut składania obietnic bez pokrycia stawia się wyłącznie populistom, to, w demokracji liberalnej „obietnica wyborcza” niemal zawsze funkcjonuje jako synonim ściemy. Jeżeli jednak składa ją, z przymróżeniem oka, „odpowiedzialny” polityk z partii głównego nurtu, to opinia publiczna nie widzi problemu. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy populista swoimi obietnicami wyborczymi chce zdobyć głosy przeciw staus quo, albo, co gorsza, faktycznie zamierza je zrealizować.

Po drugie, Müller przestrzega przed wiązaniem populizmu z konkretnymi grupami społeczno-ekonomicznymi. O ile „zwłaszcza w Europie ludzie głosujący na partie określane mianem prawicowo-populistycznych zarabiają mniej i są gorzej wykształceni” (Müller, 2017, s. 33), to jednak elektorat populistów składa się również z części aspirującej klasy średniej, czy nawet grup uprzywilejowanych. Jak pokazuje, abstrahując od jego ograniczeń, raport Macieja Gduli Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta, poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości przebiega w poprzek stratyfikacji społecznej. Istotą populizmu nie jest to, do jakiej grupy społeczno-ekonomicznej kieruje swój przekaz, ale raczej obietnica, czy też pakiet postulatów, które mogą się okazać atrakcyjne dla całego przekroju społecznego.

Po trzecie zdaniem Müllera należy unikać takich określeń jak „frustracja”, gniew czy , ”resentyment”. Nie chodzi tu o to, że populizm nie jest formą wyrazu tych emocji, czy ich artykulacji w debacie publicznej, ale o to, że gniew nie zawsze musi być słuszny, mimo że stanowi – jak wiemy chociażby od od Sloterdjika – niezbędne paliwo dla polityki. Upatrywanie odpowiedzi na sukcesy populistów w emocjach wyborców, czyli „przeniesienie dyskusji na grunt psychologii społecznej […] oznacza jednak porzucenie podstawowego demokratycznego obowiązku zaangażowania w racjonalną dyskusję” (s. 36). Określanie konkretnych postulatów jako mających swoje źródło w resentymencie jest prostą drogą do ich zlekceważenia.

Problem z ludem

Czym w takim razie jest populizm? Według Müllera to „szczególny rodzaj moralizującej wyobraźni politycznej i taki sposób postrzegania świata politycznego, który ustawia moralnie czysty i w pełni zjednoczony [fikcyjny] naród czy lud naprzeciw elitom, ukazywanym jako skorumpowane bądź z innego powodu gorsze moralnie” (s. 40).

Na pierwszy rzut oka definicja ta wydaje się jasna. Partie antyestablishmentowe zazwyczaj przeciwstawiają zwykłych ludzi, „milczącą większość” lub szarego człowieka elitom, które widzą wyłącznie czubek własnego nosa i nie wywiązują się z demokratycznego obowiązku reprezentacji. Istnieje jednak wyraźna różnica między Podemos, które staje w opozycji do la casta, Bernie Sandersem reprezentującym 99% społeczeństwa przeciwko Wall Street i skorumpowanemu, systemowi politycznemu, czy Razem, mającym na sztandarach hasło “Polska dla milionów, nie dla milionerów” a prawicowym populizmem.

Dla lewicy antyelitaryzm ma ostatecznie charakter klasowy. System polityczny jest zepsuty, ponieważ służy interesom elit polityczno-biznesowych. Jak mówił Andrzej Lepper: “nieważne, kto wygrywa wybory, bo i tak rządzi Leszek Balcerowicz”. Żądanie prawdziwej demokracji łączy się z wołaniem o sprawiedliwość społeczną. Prawica z kolei posługuje się właśnie moralizującą wyobraźnią polityczną. Elity są obce, niepolskie, co najwyżej polskojęzyczne. Ostatecznym zatem zarzutem wobec elit jest oskarżenie ich o zdradę narodu.

Wiąże się z tym drugi, kluczowy aspekt prawdziwego, w rozumieniu Müllera, populizmu. Jest nim ustanowienie “moralnie czystego i w pełni zjednoczonego [fikcyjnego] ludu”. Populizm wykonuje polityczną operację opartą na dwuznaczności terminu lud. Z jednej strony oznacza on wspólnotę polityczną, społeczeństwo, demos, który rządzi w demokracji – a więc Lud pisany wielką literą, z preambuły Konstytucji USA zaczynającej się od słów We the People. W Polsce sformułowanie to tłumaczy się jako “my Naród” i to właśnie ten Naród według ustawy zasadniczej posiada władzę zwierzchnią w Rzeczpospolitej Polskiej. Z drugiej strony mamy lud pisany małą literą, który oznacza plebs, klasy ludowe, masy, jednym słowem wykluczoną z udziału we władzy część społeczeństwa.

Müller twierdzi, że populiści, stając po stronie „zwykłych ludzi”, uzurpują sobie jednocześnie prawo do reprezentowania Ludu jako całości. Lewica może krytykować status quo i domagać się uznania „zwykłych ludzi” za pełnoprawną część wspólnoty politycznej, ale nie świadczy to o jej populizmie. By zostać populistą potrzeba przekonania, że „jakaś część narodu jest narodem” [s. 44], i że samozwańczy populista stanowi tego narodu jedynego prawowitego przedstawiciela. W obu przypadkach mówimy We the People, ale w pierwszym dodajemy, że “my również jesteśmy Ludem”, w drugim zaś stwierdzamy kategorycznie, że „wyłącznie my jesteśmy Ludem”.

Co najmniej od czasów Hegemonii i strategii socjalistycznej Ernesto Laclau i Chantal Mouffe wiemy, że „społeczeństwo nie istnieje”. Ciało polityczne jest rozczłonkowane, składa się z wielu grup interesu, które nie mogą zostać ostatecznie uzgodnione. Zamiast Ludu mamy do czynienia z ludźmi, organizującymi się wokół konkretnych żądań. Natomiast populiści zamiast ludzi uparcie chcą widzieć Lud.

Populiści wykonują swego rodzaju dwutakt. W pierwszym kroku, kiedy są w opozycji, jednoczą społeczeństwo przeciwko wspólnemu wrogowi, którym są elity. Ustanawiając “moralnie czysty i w pełni zjednoczony [fikcyjny] naród”. W drugim, już po zdobyciu władzy, obwołują się wykonawcami woli powszechnej “w pełni zjednoczonego narodu”. Dlatego Prawo i Sprawiedliwość, które zdobyło 5,7 miliona głosów w 38 milionowym kraju, może twierdzić, że reprezentuje wolę suwerena.

Tym więc, co wyróżnia populizm jest odrzucenie pluralizmu. Odmienne wizje w ramach wspólnoty politycznej czy konflikty interesów między różnymi grupami społecznymi są nie do zaakceptowania. Skoro Ludem jest tylko ta część, która stoi po stronie populistów, to wszelka opozycja wobec nich jest nielegalna, wyrzucona poza obręb demosu.

Jeżeli przyjrzymy się krytyce liberalizmu przeprowadzonej w Polityczności przez Chantal Mouffe to okazuje się gest wyrzucenia konkurencyjnych żądań poza obręb wspólnoty politycznej nie jest wyłącznością prawicowych populistów. To właśnie liberałowie zastąpili włąsciwy polityce antagonizm konsensusem, w ramach którego demokracja liberalna i wolny rynek są dogmatami. Jeżeli ktoś zgłaszał roszczenia, które nie mieściły się w tym pospolitycznym konsensusie, tracił automatycznie prawo głosu jako populista, człowiek nierozumiejący jak działa gospodarka lub po prostu niedojrzały do demokracji.

Porównajmy teraz Andrzeja Leppera, pierwszego populistę III RP, przeciw którego widmu połączyła się w nagonce cała ówczesna klasa polityczna, z będącym uosobieniem racjonalności Donaldem Tuskiem, tej nagonce przewodzącemu.

Samoobrona była głosem niezamożnych rolników, reprezentującym również interesy klas ludowych. Program z 2005 opowiadał się za Trzecią Drogą, wyciągnięciem Polski z kryzysu ekonomicznego, postawieniem na nogi przemysłu, interwencjonizmem w gospodarce, redystrybucją oraz „powszechną lustracją majątkową i gospodarczą”. Lewicowy program połączony z elementami nauczania Jana Pawła II. Posługując się kategoriami Müllera, Andrzej Lepper domagał się uznania spauperyzowanych rolników i przegranych transformacji ustrojowej za równoprawnych uczestników życia politycznego. „Ten kraj jest nasz i wasz”. Tak brzmi demokratyczne hasło “my również jesteśmy ludem”. Jest to paradoksalny wniosek z lektury Co to jest populizm? – najbardziej populistyczna, w sensie odwołania się do klas ludowych, partia w historii III RP nie może być uznana za populistyczną.

Z kolei osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej pod przewodnictwem Donalda Tuska to czas tryumfu liberalnej postpolityki, która rezygnuje z rządzenia i ogranicza się do zarządzania. “Nie róbmy polityki, budujmy drogi”. Wszystkie głosy niezadowolenia czy inne wizje tego jak powinna być rządzona Polska były wyrzucane poza nawias dyskusji jako populistyczne, nieracjonalne czy „polityczne”. Tradycja ta sięga początków transformacji ustrojowej, kiedy protestujący przeciwko planowi Balcerowicza byli stygmatyzowani jako zacofani homo sovieticus bez prawa głosu w debacie publicznej.

Skoro populizm to ”szczególny rodzaj moralizującej wyobraźni politycznej która ustawia moralnie czysty i w pełni zjednoczony [fikcyjny] naród czy lud przeciwko elitom, ukazywanym jako skorumpowane bądź z innego powodu gorsze moralnie”, to liberalny populizm ustawia elity naprzeciw ludowi, w imieniu wspólnoty politycznej, z której “ciemny lud” zostaje wyłączony. Jest to populizm à rebours, czy raczej populizm w białych rękawiczkach.

O demokratyczny populizm

Książka Müllera na pewno przyda się modelowemu odbiorcy nękanemu przez widmo populizmu przedstawicieli liberalno-lewicowej opinii publicznej. Jednak Co to jest populizm?, być może z racji tego, że stanowi rozwinięcie wykładów wygłoszonych w 2013 w Instytucie Nauk o Człowieku, ma swoje ograniczenia. Po pierwsze, horyzontem dla Müllera jest demokracja liberalna. Populizm i postpolityka to dwie strony kryzysu aktualnego systemu politycznego, będące „lustrzanymi odbiciami” (s.137). Wystarczy więc znaleźć złoty środek pomiędzy tymi skrajnościami a wszystko powinno wrócić do normy. Jeżeli technokratyczne rządy cierpiały na niedobór demokracji, to populizm wydaje się być przegięciem w drugą stronę, potraktowaniem idei suwerenności ludu i woli powszechnej zbyt poważnie. „Demokracja w sam raz”, taka recepta płynie z książki Müllera. To czym właściwie ma być ta demokracja, już w niej nie pada.

Po drugie, nie znajdziemy analizy sił społecznych, które doprowadziły do zwycięstwa prawicowych populistów. Wydaje się jakby Donald Trump, Viktor Orban, czy Jarosław Kaczyński po prostu uznali część narodu za jego całość i zostali wyniesieni przez nią do władzy. Müller być może słusznie przestrzega przed nadmiernym przywiązywaniem się do kategorii socjoekonomicznych, ale bez rzetelniej klasowej analizy populizmu znowu okazuje się, że mamy do czynienia z widmem, które po prostu nawiedziło demokrację liberalną. Być może znacznie lepszym określeniem na to, co dzieje się aktualnie w Polsce byłby stary dobry bonapartyzm, czyli wymiana elit, która w teorii ma realizować żądania ludu a w praktyce służy interesom burżuazji.

Po trzecie wreszcie, o ile pojęcie populizmu używane w debacie publicznej jest zbyt szerokie, to z kolei definicja proponowana przez Müllera ogranicza się tak naprawdę do formacji, które w imię demosu redefiniują ustrój demokratyczny w celu zawłaszczenia państwa. Müllerowskiemu populizmowi zbyt blisko jest do autorytaryzmu, różnica polega na tym na ile poważnie traktuje się jeszcze demokrację. Z lewicowego punktu widzenia bezkonkurencyjny pozostaje Rozum populistyczny Ernesto Laclau, dla którego populizm, czyli “konstruowanie ludu”, jest raczej pewną modalnością polityki, a w szczególności polityki demokratycznej, a nie jej mrocznym rewersem. Dla Müllera lewicowy populizm “jest zbędny, jeśli nie wprost niebezpieczny” [s. 139]. Pozostaje pytanie, czy dla lewicy demokratyczny (sic!) populizm, który według formuły Laclau realizuje „żądanie plebsu do stania się populusem” nie jest koniecznym narzędziem do zmiany satus quo.

Jednak przy wszystkich zarzutach, z książki Müllera płynie na pewno jeden ważny wniosek. Egzorcyzmowanie widma nic nie da. Z populistami należy dyskutować na płaszczyźnie politycznej a nie straszyć nimi opinię publiczną. Zadaniem demokratycznej polityki, szczególnie tej lewicowej, jest ciągłe przypominanie „my również jesteśmy Ludem” i rozbijanie populistycznego monopolu na reprezentowanie woli powszechnej.

 

 

 

Share This