Prezentujemy drugą część publicznej dyskusji poświęconej książce Marks. Nowe perspektywy, przeprowadzonej w gronie redakcji i współpracowników Praktyki Teoretycznej 21 lutego 2014 roku w księgarni Zemsta w Poznaniu. Marks. Nowe perspektywy jest kolejną pozycją opublikowaną przez Wydawnictwo Naukowe PWN w tzw. serii Marksowskiej, ukazującej się pod matronatem naszego czasopisma. W spotkaniu w charakterze prelegentów udział wzięli Joanna Bednarek, Michał Pospiszyl oraz Jan Sowa. Dyskusję moderował Bartosz Ślosarski. Transkrypcja została sporządzona przez Piotra Drygasa i Eliasza Robakiewicza, a zredagowana przez Kamila Piskałę.

 Joanna Bednarek: Nasza dyskusja przerodziła się w bitwę o to, jaka postać walki jest hegemoniczna i jaki sektor produkcji jest hegemoniczny. To, co próbowali zrobić Hardt i Negri, to wymknąć się tego rodzaju dyskusjom, jednak sądzę, że była to próba nieudana. Stawką było pokazanie, że praca biopolityczna jest czymś innym niż tylko operowaniem kodem – Hardt i Negri chcieli również wpleść w swoją definicję tego, co nazywali kiedyś praca niematerialną, a teraz nazywają pracą biopolityczną, element emocjonalny, cielesny czy materialny. A zatem widzą, że nie można mówić po prostu o hegemonii tych sektorów, w których stopa zysku jest największa. Jako przykłady pracy biopolitycznej podają przecież pracę opiekuńczą kobiet czy rolników produkujących na własne potrzeby. Próbują wobec tego rozszerzyć pojęcie pracy biopolitycznej, choć czynią to w sposób rozpaczliwy oraz słaby pojęciowo. Widać jednak, że jest to próba ucieczki od takiego myślenia, które wcześniej reprezentowali. Negri w czasie współpracy z „Futur Antérieur” był wąsko sprofilowany techno-informatycznie, można powiedzieć obrazowo, że widział Apple’a, ale nie widział FoxConna. MassimilianoTomba w jednym z artykułów stara się pokazać, że to, co Negri uznaje za tendencję, nie pokrywa się z jej marksowskim rozumieniem. Tomba odwołuje się tym samym do scholastycznych dyskusji na temat względnej wartości dodatkowej oraz tezy Negriego o przejściu od formalnej do realnej subsumcji pracy pod kapitał i związanych z tym form ekstrakcji wartości dodatkowej. Jednakże Tomba pokazuje, że zawsze mamy do czynienia z dwiema stronami medalu, czyli inwestowaniem w strategie względnej wartości dodatkowej przez kapitał, któremu jednak zawsze towarzyszą strategie bezwzględnej wartości dodatkowej. Jeżeli próbujemy zrozumieć kapitalizm, zarówno w znaczeniu obiektywistycznym, jak i subiektywistycznym, czyli walki klas, to musimy dostrzegać fabryki FoxConna, wyzysk, wydłużenie czasu pracy, czyli krótko mówiąc: musimy widzieć obie strony kapitalizmu.

Jan Sowa: Definicja „pracy biopolitycznej” jest rozszerzeniem, a nie przekreślaniem wcześniejszej definicji „pracy niematerialnej”. W jej ramach znajdują się wszystkie te rzeczy, o których mówiłaś.

J.B.: Mówiłeś, że istnieją sektory, w których stopa zysku jest największa oraz o typowych dla nich formach walki klasowej, walki z wyzyskiem. Jeżeli używamy takich argumentów, to one są z tradycyjnie marksistowskiego punktu widzenia poprawne i spójne, ale to nie interesuje Hardta i Negriego. Oni próbują zrobić coś, co jest znacznie mniej zdyscyplinowane teoretycznie: mówiąc, że w tej kategorii mieszczą się chociażby kobiety wykonujące prace reprodukcyjną czy rolnicy, przekreślają tę spójną i dobrą pojęciowo, ale jednocześnie bardzo dogmatyczną linię, która szuka hegemonicznego sektora. Mamy do czynienia z perspektywą obiektywistyczną, gdzie stawiamy pytania zgodnie z logiką: która forma organizacji pracy będzie hegemoniczna, gdzie jest największa stopa zysku, który sektor najbardziej dynamicznie się rozwija itd., ale to jest właśnie podejście obiektywistyczne i progresywistyczne.

J.S.: Marksizm jest skrajnie progresywistyczny.

J.B.: Niekoniecznie. I właśnie operaiści pokazują, że nie…

J.S.: Marks jest bardzo progresywistyczny.

J.B.: Marks często przeczy sam sobie, pisząc bardzo różne rzeczy. Najcenniejsza intuicja operaizmu jest taka, że ta obiektywistyczna i progresywistyczna interpretacja pism Marksa nie jest jedyną.

Michał Pospiszyl: Chciałbym odnieść się jeszcze do tego sformułowania, którego użył Janek, czyli wyobrażenia sobie kapitalizmu rozwijającego się bez walki klasowej. Wydaje mi się to bardzo abstrakcyjną formułą, która jest zarazem bardzo niemarksowska. Jeśli operujemy na podstawie alternatywy, którą przedstawiłeś – gdzie z jednej strony jest hegemonia pracy niematerialnej, a z drugiej walka klas, jako dwie najważniejsze części składowe tej teorii – to skłaniałbym się zdecydowanie w kierunku sformułowania, że to walka klasowa jest tym, co najważniejsze w teorii autonomistycznej, jak również jednocześnie tym, co najbliższe pismom Marksa. Dzięki walce klas najlepiej możemy dostrzec skomplikowanie rozwoju historycznego, który nie posiada z góry założonego heglowskiego celu, jako czegoś, co uzasadnia ten rozwój, tłumaczy go post factum. Perspektywa walki klasowej pokazuje, że rozwój kapitału jest ściśle związany z toczącymi się walkami. Konkurencja kapitalistów jest wtórna wobec walk klasowych, które zmuszają kapitalistów, żeby między sobą konkurowali. Pułapki teorii pracy niematerialnej czy hegemonii pracy niematerialnej wiążą się z tym, że bardzo łatwo jest je zamienić na coś, co opisuje rzeczywistość współczesnego kapitalizmu, tak jak to próbowaliśmy wcześniej przedstawić, zupełnie zapominając o tej materialnej pracy, która cały czas istnieje i która jest ślepą plamką tej teorii. Mogłoby się właściwie wydawać, że ta praca na peryferiach jest wykonywana przez maszyny, a w centrum siedzą informatycy, którzy je obsługują i że tak ten współczesny kapitalizm się kręci.

J.S.: Zgadzam się z kwestiami nacisku na walkę klasową przez operaizm, natomiast nie zgadzam się, że to jest moment, w którym operaizm czy postoperaizm jest najwierniejszy Marksowi…

M.P.: Manifest Komunistyczny zaczyna się od kluczowego dla całego marksizmu zdania: „historia wszystkich społeczeństw jest historią walk klasowych”. Przyjmując taką wyjściową pozycję, nie sposób dłużej powtarzać, za tzw. burżuazyjnymi marksistami, że Marks zachwyca się dokonaniami kapitalizmu. Pochwala on raczej kapitalizm, który nieuchronnie musi się zmieniać w efekcie walk klasowych. Kapitaliści nie obalają feudalizmu dlatego, że coś im się w tym feudalizmie nie podoba, bo jeżeli się dokładnie przyjrzeć przejściu między feudalizmem a kapitalizmem, to widać, że dokonuje się tam jedynie przetasowanie elit. Nie mieliśmy do czynienia z bezpośrednią walką kapitalistów z feudałami, raczej z konkurencją i częściową kohabitacją. Jeżeli toczyła się jakaś walka klasowa podczas transformacji feudalizmu w kapitalizm, to nie była to walka między feudałami i kapitalistami, ale walki chłopskie czy miejskiego motłochu, które spowodowały zniszczenie tego skostniałego feudalnego świata. Dopiero odpowiedzią na te walki był kapitalizm, jako nowa forma podporządkowania klas pracujących, których nie daje się już dyscyplinować za pomocą mechanizmów świata feudalnego. W tym sensie w bardzo podobny sposób można interpretować, jak właśnie robi to sam Marks, rozwój kapitalizmu w kontekście walk społecznych. Przy takiej analizie okazuje się, że takie wynalazki, jak maszyna parowa, zegar czy demokracja parlamentarna, nie są wynikiem jakichś abstrakcyjnych działań i pomysłów, ale stają się elementem materialnego ruchu historii. Najciekawsze u Marksa są te momenty, w których można zobaczyć, że nie ma żadnej gotowej historii, nie ma takiego procesu, który jest rozpisany z góry i realizuje się sam z siebie. Historia przebiega w sposób aleatoryczny i niezdeterminowany.

J.S.: Z samego tego zdania, które przytoczyłeś, wyraźnie wynika, że walka klasowa nie jest czymś dystynktywnym dla kapitalizmu, ponieważ historia wszystkich społeczeństw jest historią walk klasowych. Nie da się zrozumieć kapitalizmu, koncentrując się na walce klasowej, ponieważ ona toczy się również poza kapitalizmem – zarówno przed, jak i po nim. Marks napisał Kapitał, zaś to, co operaiści próbują zrobić, to dopisanie książki, która powinna powstać po Kapitale, a która dotyczyłaby siły klasy robotniczej i koncentrowałaby się na kwestiach siły roboczej, a nie na kapitale. Intencja podstawowa Marksa to nie jest intencja opisu tych walk klasowych, bo one nie są specyficzne dla kapitalizmu.

M.P.: W samym Kapitale znajdziesz jednak fragmenty o walce klasowej, na przykład w kontekście skrócenia dnia pracy czy w kontekście akumulacji pierwotnej. Kapitał można czytać oczywiście jako książkę, która opisuje cały proces niejako z góry (od strony kapitału), można jednak – i na tym polegają jego polityczne lektury, m.in. ta proponowana przez Cleavera – czytać Kapitał od strony walk klasowych.

J.S.: Oczywiście, że tak. To, co wydaje mi się Świętym Graalem, to wyjaśnienie bardzo osobliwego, trochę religijnego procesu autonomizacji pracy martwej i jej panowania nad pracą żywą. Operaiści mają wizję przyszłego społeczeństwa komunistycznego opartą na Fragmencie o maszynach. Jest to wizja, nie umniejszając roli walk klasowych dla tego procesu, w której autonomizacja pracy martwej zostaje przenicowana – praca martwa oddaje wszystko, co zakumulowała, i staje się źródłem powszechnego dobrobytu.

Krystian Szadkowski: Jeżeli dokładnie przeczytasz Fragment o maszynach, to masz tam w istocie dwie sprzeczne tendencje. Automatyzację procesu wyzwolenia Marks ograniczył tym, co Negri nazwie sto lat później kryzysem prawa wartości. Nie ma we „Fragmencie…” nic na temat automatycznego przejścia do komunizmu w wyniku rozwoju innowacji technologicznych. One jedynie tworzą warunki dla takiego przejścia. Ograniczeniem jest to, co Negri słusznie moim zdaniem, choć ta teoria bywa na wiele sposobów skutecznie krytykowana, nazywa przejściem prawa wartości z jego funkcji ekonomicznej w polityczną. Ono nie działa w sposób efektywny, nie dotyka rzeczywistości ekonomicznej w tej rozwiniętej fazie przechwytywania przez pracę martwą społecznych sił wytwórczych. Jest jedynie politycznym stróżem istniejącego porządku. Tylko walki przeciwko irracjonalnej sytuacji, w której mimo potężnego rozwoju sił wytwórczych, wciąż musimy tak dużo pracować, może doprowadzić do przekroczenia panowania kapitału.

J.S.: Marks mówi, że właśnie nie musimy pracować. Dlaczego mamy do czynienia z kryzysem prawa wartości? Dlatego, że to nie czas pracy jest źródłem wartości, a to, co Marks nazywa „czasem dysponowalnym”.

K.Sz.: Nadal jednak w tym ujęciu przejście to jest uwarunkowane przez mobilizację polityczną, walkę klasową przeciwko tej irracjonalności, na bazie której rozwija się dalej kapitał.

J.S.: Zgoda, nie ma żadnego automatyzmu, aczkolwiek, jeżeli jesteśmy materialistami, to sensownym jest przedstawienie takich problemów, dla których istnieją materialne podstawy do ich rozwiązania. W tym sensie relacja między kapitalizmem i komunizmem nie jest relacją negacji, tylko zniesienia w sensie heglowskim, czyli zachowania i jednocześnie anulowania, realizacji na innym poziomie. Kapitalizm jest warunkiem możliwości komunizmu. Komunizm korzysta z jego osiągnięć, w tym osiągnięć materialnych – sens tego przejścia polega na tym, że system maszyn, pewne ucieleśnienie tego intelektu powszechnego, staje się warunkiem możliwości posiadania czasu wolnego. To jest punkt dojścia autonomizującej się pracy martwej, zaś praca żywa może być wyłącznym źródłem wartości (to jest ortodoksyjne prawo wartości). Z tej alternatywnej perspektywy mamy do czynienia z sytuacją, w której powstaje wartość pochodząca skądinąd, mająca za swój warunek możliwości autonomizację pracy martwej w systemie maszyn. To jest zjawisko, które Marksa interesuje: fetyszyzm towarowy, alienacja itd. Ten religijny język używany niekiedy przez Marksa służy właśnie opisowi zjawiska autonomizacji.

K.Sz.: Na poziomie Grundrisse to się nazywa „transpozycja sił pracy w siły kapitału” i to jest abstrakcyjna figura porządkująca całość Marksowskiego myślenia od wczesnych rozważań dotyczących alienacji aż po analizy Kapitału. Wróciłbym w tym kontekście na chwilę do Nauki logiki Hegla, uważam bowiem, że Michael Lebowitz w książce Beyond Capital poczynił bardzo ciekawe spostrzeżenie dotyczące funkcjonowania w myśleniu Marksa (zwłaszcza w kontekście końca panowania kapitału) heglowskiego rozróżnienia na „granicę” i „ograniczenie”. Kapitał jest w stanie w sposób nieskończony się rozwijać, stanowi on bowiem według Marksa jedynie swoje własne ograniczenie, które nieustanie przekracza. Kiedy zaś Marks mówi o walce klasowej, traktuje ją jako granicę kapitału, jedyne, co może położyć mu kres. Nie da się w obrębie produkcji kapitalistycznej wykroczyć poza nią samą. Te rzeczy, które wydają się problemem rozszerzania akumulacji kapitału, są tylko jego ograniczeniami w sensie heglowskim. Aby przejść do rzeczywistości, która leży poza kapitałem, potrzebna jest zmienna stanowiąca granicę tego systemu.

Mikołaj Ratajczak: Chciałem zaproponować przejście do innego etapu dyskusji nad tą książką, czy też może raczej powrót do zarzuconego wątku. W pewnym momencie zaczęliśmy mówić o tym, czym jest operaizm, a czym postoperaizm. Pojawiło się też pytanie o diagnozę kapitalizmu ze względu na relację między walką klas a odpowiednimi sektorami przemysłu i stopami zysku w danych obszarach produkcji. Jaką moglibyśmy w tym kontekście sformułować propozycję pojęciowej różnicy między postoperaizmem a operaizmem? Wydaje mi się, że postoperaiści, np. Marazzi, zaproponowali teorię, zgodnie z którą hegemonia pracy kognitywnej czy biopolitycznej umożliwiła też rekonstrukcję całego kryzysu kapitału. Wcześniej dla operaizmu najważniejsze było podkreślenie autonomii klasy robotniczej, także wobec logiki prawa wartości, przez co jedną z ich najważniejszych diagnoz była przywołana teza Negriego o kryzysie prawa wartości. W Nowych perspektywach Marazzi oraz Vercellone pokazują, jak kryzys prawa wartości został przechwycony przez kapitał w procesie finansjeryzacji. Autonomizacja pracy martwej w kapitale przemysłowym zachodziła zgodnie z logiką Fragmentu o maszynach, natomiast postoperaiści próbują opisać, jak ta autonomizacja zachodzi za pomocą kapitału finansowego. Marazzi przedstawia bardzo ciekawą oraz technicznie dopracowaną próbę połączenia perspektywy biopolitycznej z teorią kapitalizmu kognitywnego i logiką finansjeryzacji – kapitał finansowy wytwarza według niego wartość na bazie włączenia „życia” w mechanizmy finansowe na drodze prywatyzacji i kapitalizacji całości czasu życia – czasu wolnego, ale także przyszłości życia przez włączenie funduszy emerytalnych do globalnych przepływów kapitału finansowego. Przeczytam może pewien interesujący w tym kontekście fragment: „finansjeryzację należy zatem rozumieć jako narzędzie przechwytywania wartości, generowanej poza przedsiębiorstwem wartości przejawiającej się w formach właściwych dynamizmowi rynku pracy: elastyczności, prekarności i kreatywności. […] Finansjeryzację należy rozumieć jako przejście od fabryki do społeczeństwa, od fordystycznego do postfordystycznego homo ecoonomicus, a w każdym razie do robotnika społecznego produkującego nawet wówczas, gdy nie jest bezpośrednio związany z jakimkolwiek miejscem produkcji, wytwarzającym z samego faktu pozostawania przy życiu”. Czy pewnym zasadniczym elementem projektu postoperaistycznego nie jest właśnie próba sformułowania teorii kapitalizmu, który przetrwał i zmetabolizował już nie tylko ruchy kontrkulturowe, ale przede wszystkim sam kryzys prawa wartości?

J.S.: To jest bardzo ciekawy moment, ponieważ, o ile postoperaiści rzeczywiście mówią o problemie związanym z kryzysem prawa wartości, twierdząc, że wartości nie da się już zmierzyć tak łatwo jak kiedyś, to jednak kapitał wciąż ma narzędzia do przekształcania tej wartości oraz jakiegoś jej szacowania. Jeżeli spojrzymy np. na wartość giełdową Facebooka, to ona nie odpowiada żadnej własności związanej z kodem czy czymś w tym stylu, bo można sobie wyobrazić po prostu podobną sieć społecznościową (np. Google+). Nie odpowiada też nawet jakiemuś majątkowi tej spółki. Jest to wyłącznie wyraz przechwycenia pracy wielości, pracy wszystkich użytkowników portalu za pomocą tego, o czym pisał Pasquinelli, np. za pomocą algorytmu Google PageRank i tak dalej. Ci teoretycy mówią, że rozchwianie sektora finansowego, który się porusza od skrajnego niedoszacowania do skrajnego przeszacowania, jest wyrazem niemożliwości właściwego uchwycenia wartości. Kapitał dysponuje jednak bardzo sprytnymi narzędziami przechwytu, zaś osiągnięciem postoperaizmu jest to, że zwrócono uwagę na fakt, że pracujemy nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy zatrudnieni w konkretnym miejscu pracy, ale również wtedy, gdy wracamy do domu, otwieramy Facebooka, wysyłamy maile…

M.R.: Tylko że praca z perspektywy kapitału jest inna od czynności wykonywanych z naszej perspektywy. Z naszej perspektywy aktywność na Facebooku czy innych portalach społecznościowych jest zawiązywaniem relacji, co sprowadza się właśnie do wykonywania pracy biopolitycznej. Zawiązywanie relacji jest produktywne również z punktu widzenia tworzenia wartości użytkowej, jednocześnie będąc produktywnym w zupełnym innym sensie, z perspektywy innych postaci wartości…

J.S.: Z perspektywy kapitału jest to wartość dodatkowa, którą można przechwycić, spieniężyć, wykorzystać.

Krzysztof Król: Dlaczego kapitał nie jest wstanie policzyć tej pracy? Czym jest ten kryzys prawa wartości? Nie wiem, czy to nie jest tak, że w rzeczywistości kapitałowi nie opłaca się po prostu liczyć tej pracy, bo może przechwycić wartość nie w formie wartości dodatkowej, tylko w jakiś sposób zapośredniczony i niemierzalny, nie musząc jej mierzyć. Nie wiem, czy ten kryzys, który został zinterpretowany jako kryzys kapitalizmu, jest słabością kapitalizmu. A może jest to właśnie jego siła, że nie musi narzucać pewnej miary, ponieważ jest w stanie przechwycić wartość nie w formie wartości kapitalistycznej, tylko za pomocą jakiegoś zapośredniczenia? Czy kapitał musi narzucać miarę, by być efektywnym?

J.S.: Zgadzam się. Wydaje mi się, że kapitał nie tylko nie musi tego mierzyć po to, żeby przechwycić te wartości, ale nawet jest lepiej, jeśli jej nie można zmierzyć, ponieważ jest ją wtedy łatwiej przechwycić. Nie wiemy, ile warte jest nasze kliknięcie, w związku z tym nie wiemy również, w jakim stopniu jesteśmy wyzyskiwani, a wobec tego nie prowadzimy wobec tych mechanizmów żadnego zorganizowanego oporu. W tym sensie tak, nie rozpatrujemy tego w ogóle jako pracy i to jest rzeczywiście triumf kapitału. I to jest dla mnie kolejny moment słabości postoperaizmu (nie jestem jakimś bezkrytycznym wyznawcą tej teorii): postoperaiści stwierdzają, że nie da się tej przechwytywanej wartości w żaden sposób oszacować, a jednak my widzimy, że tego rodzaju próby są wciąż podejmowane.

K.Sz.: Massimo De Angelis słusznie wskazuje, że jeśli kapitalizm opanowuje pewien sektor i jeśli rzeczywiście chce mieć w nim kontrolę nad procesem produkcji, to zawsze narzuca jakąś miarę i zawsze ma sposoby jej egzekwowania. Kapitał jest w stanie sztucznie narzucać tę miarę i wyznaczać społecznie niezbędny czas pracy przez odniesienie się do ogółu stosunków społecznych i procesów wytwórczych zachodzących w tej właśnie akurat branży, również w innych miejscach. Widać to na przykładzie sfery szkolnictwa wyższego, w którym mamy do czynienia z pracą niematerialną w ściśle definicyjnym sensie. Z drugiej strony w tej sferze pojawia się wyraźna, brutalna i politycznie narzucana miara, którą np. każdy, kto pracuje w akademii, zna pod postacią systemu punktowego. Jest to sposób mierzenia wartości w systemie szkolnictwa wyższego, który za pośrednictwem państwa narzuca kapitał wydawniczy. Akurat w Polsce ten przykład jest bardzo jasny i klarowny, bo mamy do czynienia z nagim panowaniem kapitału, w ramach którego produkcja akademicka podporządkowana została bezpośrednio interesom monopolistycznych wydawnictw akademickich.

J.S.: Google wie, ile kosztuje jedno klikniecie, wyświetlenie reklamy, podobnie też jest z Facebookiem. Może więc i my powinniśmy się tym zainteresować.

K.Sz.: Idea jest taka, że ta miara jest zawsze czymś irracjonalnym względem rzeczywistej wartości, rzeczywistego nakładu pracy, czasu pracy, który został włożony w „wyprodukowanie” jednego kliknięcia. Walka klasowa toczy się również o wyznaczanie płacy, czyli wartości siły roboczej w oparciu o czas pracy. Dlaczego rozdział o płacy roboczej w Kapitale jest taki krótki? Dlatego, że płace uznane są w Kapitale za zmienną stałą na pewnym określonym etapie historycznym, i to dzięki temu Marks może rozwinąć całą swoją analizę. Niemniej właśnie określenie płacy w relacji do różnie rozumianego prawa wartości, które jest narzucane mniej lub bardziej sztucznie przez kapitał, to jest sfera rzeczywistej walki klasowej.

Bartosz Ślosarski: Chciałbym przejść do mniej kontrowersyjnego zagadnienia, które jednak łączy się z tym, o czym wspominał Mikołaj, czyli życiem wprzęgniętym w kapitalistyczne stosunki produkcji, życiem jako źródłem wartości. Wraz z subsumcją życia pod kapitał pojawiają się również nowe możliwości, nowe sfery oraz nowe cele walki klasowej. Carlo Vercellone, Michael Hardt, Antonio Negri konsekwentnie mówią w tym kontekście o dochodzie podstawowym jako jednym z celów pośrednich walki klasowej, ale z drugiej strony znane są nam praktyki typu wenezuelskiego, czyli wprzęgnięcia w stosunki najemne pracy domowej, pracy opiekuńczej kobiet. Mamy te dwie wizje – jak sądzicie, co powinno być przedmiotem zainteresowania obecnie toczących się walk klasowych?

J.B.: Jeśli chodzi o kwestię dochodu podstawowego, to wydawał mi się on świetnym pomysłem, ponieważ miał odpowiadać na fakt, iż życie jako takie jest produktywne dla kapitału. Jednakże logika kapitału jest taka, że aktywności ludzkie selektywnie uznawane są za produktywne, trochę na zasadzie starej dobrej strategii: dziel i rządź. Pewne formy produktywności są uznane, czyli wprzęgnięte w tryby pracy najemnej, pewne pozostają nieuznane. Uznanie jakiejś pracy przez kapitał za produktywną czy też pozostawienie jej w otchłani tego, co nieopłacone i niewidoczne, zależy od bardzo wielu czynników. Dochód podstawowy mógłby być sposobem na poradzenie sobie z tą kwestią, jednak tylko wtedy, gdy towarzyszyłyby mu takie rozwiązania, które nie rozmontują wszystkich instytucji gwarantujących solidarność społeczną. W praktyce politycznej natomiast mówi się częściej o dochodzie podstawowym w sposób libertariański – czyli implementacji dochodu miałby towarzyszyć demontaż wszystkich instytucji gwarantujących solidarność społeczną. Guy Standing w Prekariacie stawia postulat, by dochodowi podstawowemu towarzyszył wymóg uczestniczenia w procesach decyzyjnych, np. w lokalnych formach demokracji. Mam wrażenie, że niezależnie od wszystkich innych pomysłów Standinga, które są bardzo kontrowersyjne, to jest akurat bardzo sensowne, bo jest to sposób myślenia o dochodzie podstawowym nie jako próbie aktywizowania klasy robotniczej jako konsumentów, tylko aktywizowania klasy robotniczej jako tych właśnie, którzy są produktywni, z pozycji walki klas: jako twórców relacji, życia biologicznego, zoe, i jako obywateli.

M.P.: W Warszawie ostatnio odbyła się dyskusja dotycząca właśnie niewidzialnej pracy, w której zresztą brała udział również Joanna i na której pojawił się temat odpłatności za pracę domową wraz z dyskusją, jak powinno to być rozwiązane i czy właściwie opłacenie jej nie jest sparametryzowaniem i w tym sensie poddaniem logice prawa wartości. Warto zwrócić uwagę na pojawiające się tam argumenty często zmierzały w takim kierunku, jakby praca domowa była jedyną, w której wykonuje się afektywną, kognitywną robotę. Mówimy zazwyczaj, że nie jesteśmy w stanie tej pracy zmierzyć, uważając, że pozostałą pracę już zmierzyć się daje, ponieważ ten robotnik w fabryce jest takim mózgiem w słoju, wykonującym pracę bez żadnych afektów, be żadnego zaangażowania, bez skupienia i tak dalej, wobec czego jego praca poddaje się bardzo łatwo logice prawa wartości, a te inne, czysto afektywne, nie. Wydaje mi się jednak, że ten podział, który czasami przeprowadza się w dyskusjach na temat opłacenia pracy domowej, jest z gruntu niesłuszny, i w tym sensie sądzę, że dochód podstawowy stanowi pewną próbę rozwiązania tego problemu. To jest logiczna konsekwencja, tak zresztą przebiega to u Negriego w kontekście kryzysu prawa wartości, i w oczywisty sposób nasuwa się, że jedynym sposobem na jego przezwyciężenie jest walka o jakąś formę dochodu powszechnego. Mnie się wydaje, że mamy do czynienia z czymś takim jak kryzys prawa wartości, choć niekoniecznie lokowałbym go, tak jak to czyni Negri, ściśle w kontekście ostatnich zmian w kapitalizmie. Robotnicy świetnie radzili sobie bez znajomości teorii wartości dodatkowej, a więc nie jest to teoria, która w każdej sytuacji stanowi dobre czy efektywne narzędzie walki klasowej. Wyzysk przecież nie dokonuje się ot tak, na tej części, która zostaje robotnikowi zabrana, a reszta w postaci „godnej” płacy zostaje mu sprawiedliwie zwrócona. Wyzysk dokonuje się wobec całej wykonywanej pracy, nie tylko zresztą tej ściśle „materialnej”, ale także afektywnej czy kognitywnej. W tym sensie stawką powinna być taka teoria wartości, która nie jest teorią wartości narzucaną przez kapitał, a która jest wytwarzana immanentnie, jest powiązana z życiem społecznym, powinna być przedmiotem walki politycznej, a nie miejscem reprodukowania zewnętrznej, mieszczańskiej teorii wartości, która moim zdaniem służy temu, by ten wyzysk odbywał się dalej, a walka toczyła się na warunkach wyznaczanych robotnikom przez kapitalistów.

Szczepan Kopyt: Jak mieliby sobie poradzić robotnicy bez jakieś kontrteorii, która pozwoliłaby im przeciwstawić się wyzyskowi?

M.P.: Nie twierdzę, że należy zrezygnować z teorii, która opisuje strukturę wyzysku. Chodzi mi jedynie o to, że krytyka ekonomii politycznej przeprowadzana przez Marksa odbywa się na warunkach dyktowanych jej przez kapitał. To znaczy, że mamy pewne miary i w ramach tych miar dokonujemy przesunięć: wydłużamy, skracamy dzień pracy. Sam Marks zresztą bardzo często wychodził poza krytykę mieszczańskiej teorii wartości. Na przykład podczas wykładu wygłoszonego na zebraniu I Międzynarodówki w 1865 roku ganił ruch robotniczy właśnie za fetyszyzowanie walki w ramach obowiązującego systemu wartości, kończąc wykład słynnym zdaniem, że podstawą programu ruchu robotniczego nie powinna być walka o sprawiedliwe płace, ale o zniesienie systemu pracy najemnej.

K.K.: Teoria Marksa jest teorią wyzysku kapitalistycznego, zaś sam wyzysk ma i miał również miejsce w formach niekapitalistycznych. Tak jak wyzysk w kapitalizmie przybiera formę przechwytywania wartości dodatkowej wytwarzanej w trakcie pracy dodatkowej, tak mamy również innego rodzaju formy wyzysku, które są realizowane za pomocą innego rodzaju stosunków. W społeczeństwach przedkapitalistycznych też istniał wyzysk, choć niekoniecznie sprowadzał się do pozyskiwania wartości dodatkowej.

J.S.: Zależy jak precyzyjnie chcemy używać terminu „wyzysk”. Z punktu widzenia Marksowskiego nie ma wyzysku, jeżeli nie ma pracy najemnej, bo to jest zdefiniowane łącznie z pracą najemną.

Sz.K.: Mam wrażenie, że kiedy próbujemy wyobrazić sobie taką alternatywną wizję historii, to patrzymy na nią na poziomie ścierania się teorii, gubiąc materialny aspekt nadbudowy, który wpływa na organizację walk. Nie umiem sobie wyobrazić tej alternatywnej historii, w której jakaś forma kontry, ale zrozumiałej dla oponentów burżuazyjnych, nie byłaby przeprowadzona.

J.S.: Jestem wielkim zwolennikiem dochodu gwarantowanego i opłacenia pracy w gospodarstwie domowym. Zresztą mając pięcioletnie dziecko, nie mogę inaczej do tego podchodzić, bo zdarza mi się rezygnować z różnych odpłatnych, w sensie symbolicznie-materialnym, aktywności i po prostu zajmować się pracą afektywną. Jednak wydaje mi się, że ten problem jest bardzo złożony. Jeżeli popatrzymy na kapitalizm w szerszej perspektywie – zarówno geograficznej, jak i historycznej – to większość siły roboczej nie pochodzi z reprodukcji, ale pochodzi z zewnętrza, czyli kolonializmu, migracji i tak dalej… Rewolucja przemysłowa nie była zasilana robotnikami, którzy się reprodukowali, ale migracją spoza kapitalistycznej sfery reprodukcji. Nie żebym chciał podważyć postulaty polityczne, aczkolwiek na poziomie teoretycznym nie wydaje mi się, że reprodukcja jest tak absolutnie kluczowa dla kapitalizmu.

K.Sz.: Jeśli już akceptować dochód podstawowy, to tylko w wersjach radykalnych, prezentowanych przez postoperaistycznych ekonomistów, jak choćby przez Andreę Fumagallego. Po pierwsze, koncepcja dochodu gwarantowanego powinna być łączona z prawem do obywatelstwa. Zazwyczaj bowiem ciężko jest wyprowadzić tego rodzaju świadczenia na zewnątrz. Po drugie, jeśli spojrzeć na to racjonalnie, to poziom dystrybucji środków i świadczeń zależy zawsze od wypadkowej stosunków między kapitałem a pracą w danej formacji społeczno-gospodarczej. Jeżeli dochód gwarantowany jest czymś, co wzmacnia pozycję pracy na gruncie danego społeczeństwa i jest traktowany jako jeden z etapów na drodze do obalenia kapitalizmu, jest dla mnie akceptowalny. Traktowany jako rozwiązanie wyłącznie z zakresu podziału jest reakcyjny.

M.R.: Sądzę, że z perspektyw postoperaistycznych można wnosić radykalniejsze postulaty, np. na bazie samego doczytania Marksa można postawić taką tezę, że renta jako główne źródło dochodu w kapitalizmie kognitywnym, o czym pisze Vercellone w swoim tekście o trójjedni kapitału, definiuje niejako główną relację władzy w ramach tej postaci kapitalizmu. Być może te diagnozy dotyczące nowych form zysku i wyzysku będą mogły stanowić podstawę dla niereakcyjnych form reformizmu. Na przykład w kwestii dochodu podstawowego można bardzo łatwo wysunąć ten sam zarzut, który Janek wysunął pod adresem walk o wzrost płac, to znaczy, że bardzo szybko np. inflacyjne czy finansowe mechanizmy mogą doprowadzić do tego, że ten dochód będzie tak naprawdę niski, jeśli się go tylko prawnie zdefiniuje…

J.S.: Tego rodzaju rozwiązania musiałyby być koniecznie rewaluowane. Na przykład, zgodnie ze stopą inflacji.

M.R.: No tak, ale zgodnie z jakimi mechanizmami? Stopę inflacji można bardzo łatwo obejść, bo produkcja pieniądza nie odbywa się już przez państwo. Odniesienia do stopy inflacji byłyby sensowne, gdyby pieniądz był wciąż produkowany przez państwo, gdyby produkcja pieniądza była głównym mechanizmem regulacji polityki finansowej. Ale to już się nie dzieje. Myślę, że Mikołaj Iwański potwierdzi moje intuicje.

Mikołaj Iwański: Jeszcze w latach osiemdziesiątych można było wyliczyć tzw. współczynnik kreacji pieniądza, określający, ile wartości dodatkowej wydrukowany pieniądz generuje w obiegu bankowym. Wychodziło to na ogół między 1.18 a 1.27. W tym momencie nikt się nie łudzi, że coś takiego da się policzyć, ponieważ pieniądzem bankowym jest tak naprawdę zobowiązanie, czyli zdolność do zaciągania zobowiązań – i tutaj tak naprawdę nie ma innej opcji. W ramach instrumentów polityki otwartej można dopuszczać pieniądz, ale tylko ten pieniądz fizyczny, materialny, papierowy, przez skup albo sprzedaż obligacji oraz regulowanie tych transakcji w sposób gotówkowy. Poziomy rezerw obowiązkowych banku działały jeszcze w latach osiemdziesiątych, to był ostatni moment, kiedy faktycznie odpowiedniki tej polskiej Rady Polityki Pieniężnej mogły coś realnie zdziałać – później jednak stracono nad tym kontrolę. Natomiast teraz żyjemy tak naprawdę w epoce postinflacyjnej – jedyny postulat thatcherowski, który spełnił się niemalże w 100%, to mianowicie to, że mamy inflację poniżej 3%, która jest czymś w zasadzie stałym.

M.R.: I zależy praktycznie wyłącznie od kryzysów.

M.I.: Podaż pieniądza, czyli to, co FED ostatnio robił, pompując 80 miliardów dolarów miesięcznie w gospodarkę, w ogóle nie wpływa na poziom inflacji.

M.R.: Samym postulatem dochodu gwarantowanego tego mechanizmu się nie zmieni. W tym sensie proces finansjeryzacji może bardzo łatwo przechwycić wprowadzenie samego mechanizmu dochodu gwarantowanego. Dlatego skuteczniejszym narzędziem w walce z logiką kapitału byłyby rozwiązania bazujące na stwierdzeniu, że jeśli Vercellone, Marazzi i Fumagari mają rację i następuje przejście od zysku do renty, to można diagnozować bardzo łatwo główne miejsca wytwarzania wartości dodatkowej – tam, gdzie dochód otrzymuje się w formie renty. Tym samym wracamy do kwestii prywatyzacji kodów, wracamy do szkolnictwa i nauki, do całego biokapitału, teorii, którą Marazzi formułuje, uderzając w obecną transformację kapitalizmu. Jednym z wniosków płynących z jego analiz mógłby być postulat wprowadzania prawnych i ekonomicznych narzędzi demontowania mechanizmu renty – od redefinicji prawa własności przez wprowadzenie podatków od renty aż po zainstalowanie waluty z ograniczoną czasowo lub przestrzennie skutecznością.

J.S.: Jedynym fundamentalnie krytycznym postulatem jest przejęcie własności środków produkcji. Dochód gwarantowany spełnia tę funkcję, ale wyłącznie wtedy, kiedy przyjmiesz postoperaistyczne założenie, że żyjemy w fabryce społecznej i że każdy moment naszej egzystencji jest momentem produkcyjnym. Wtedy rzeczywiście przejęcie kontroli nad czasem, który gwarantuje minimalny dochód, jest zarazem przejęciem kontroli nad środkami produkcji. Jeżeli nie zgadzamy się z taką perspektywą, to wtedy dochód gwarantowany jest kolejną płatnością transferową, ma się nijak do własności środków produkcji, jest wyłącznie ultrakeynesowską metodą stabilizacji kapitalizmu.

Magdalena Malinowska: Może być krytycznym postulatem, jeżeli założymy, że ten dochód gwarantowany będzie wyższy niż płaca minimalna i robotnicy nie pójdą pracować do fabryki, odmówią pracy w fabryce, pozostając przy samym dochodzie gwarantowanym. To jedyna taka sytuacja, kiedy dochód gwarantowany odbije się na stosunkach kapitalistycznych

J.S.: Nie może być takiej sytuacji, że płaca minimalna jest niższa niż dochód gwarantowany. Płaca minimalna musi być natychmiast podniesiona, by ktoś poszedł do pracy, więc na początku może tak być, ale to oczywiście doprowadzi do podniesienia ceny siły roboczej

M.M.: W sytuacji bezrobocia nie będzie miało to dla kapitału żadnego znaczenia.

J.S.: Tak, niemniej ci, którzy otrzymają płatności w postaci dochodu gwarantowanego, nie będą mieli żadnego wpływu na sposób wykorzystywania środków produkcji. Będą mogli wyłącznie iść i te pieniądze wydać. Z punktu widzenia ich egzystencji rzeczywiście jest to różnica. Z punktu widzenia własności środków produkcji, która jednak dla Marksa jest kluczową perspektywą, to właściwie nic nie zmienia.

M.R.: Chciałem jeszcze wrócić do walki z rentą. Walka z jej różnymi formami jest walką o odzyskanie, w pewnym stopniu, środków produkcji. Bo jeśli rentę można zdefiniować jako autonomizację pewnego rodzaju kapitału, tak że nie możesz już używać tego, z czego ktoś inny czerpie zyski, to w kapitalizmie kognitywnym przez kodowanie różnych obszarów wiedzy prowadzi się do ich prywatyzacji. Odzyskanie tych form, z których generuje się zysk na podstawie renty, jest walką o odzyskanie środków produkcji, o ich uspołecznienie. Ruch Wolnego Oprogramowania można bardzo łatwo zdefiniować jako walkę z kapitałem opartym na rencie.

J.S.: Tak, ale jest to wyłącznie uspołecznienie pewnej wartości, która jest generowana przy użyciu tych środków produkcji, ale nie ma na przykład żadnego wpływu na to, czy możemy decydować o tym, co budujemy. Nie daje ci to żadnej kontroli nad mocami produkcyjnymi.

M.R.: Ale przynajmniej odbierasz kontrolę pewnym pojedynczym, konkretnym decydentom, zupełnie oddzielonym od jakichkolwiek demokratycznych sposobów kontroli.

B.Ś.: Czy mówienie o dochodzie podstawowym nie stanowi jednak pewnej pułapki? Mówimy o koncepcjach postoperaistycznych, które pociągają za sobą dość konkretną formę organizacji walki klasowej, zaraz później mówimy natomiast o dochodzie podstawowym, który będzie np. jakoś reglamentowany, wprowadzany przez państwo. Czy to się nie wyklucza? Organizacja walki klasowej współcześnie ma to do siebie, że posiada charakter samorządny i sprowadza się do uwspólniania środków produkcji. Jak zatem w ogóle wprowadzać zmianę społeczną, kiedy odrzucamy kwestie reprezentacji, i hierarchicznej organizacji?

J.S.: Właśnie nie wiemy tego, dlatego, że przez kilka stuleci, od czasów polemiki, w której po jednej stronie mamy Spinozę, a po drugiej Hobbesa i Burke’a, wygrywały pojęcia i praktyki związane z narodem, z obywatelstwem, przedstawicielstwem i tak dalej. Przegrał nurt bardziej radykalny związany z demokracją oraz wielością. To są problemy, które właśnie Paolo Virno diagnozuje w Grammar of the Multitude. Nie mamy dziś ani odpowiedniej praktyki, ani odpowiednich pojęć, właściwie mówiąc, jesteśmy znowu w siedemnastym wieku i trzeba to wszystko wymyślić od nowa, zarówno teoretycznie, jak i w pewnej praktyce. To jest ciekawe, gdy popatrzymy na różne ruchy w różnych miejscach na świecie, np. Oburzonych, Occupy czy też problemy EuroMajdanu z ich własnymi przedstawicielami. Na Ukrainie nieustannie słychać było głosy: nie chcemy mieć reprezentacji, nie chcemy, żeby czy Kliczko, czy opozycja nas reprezentowali. Oni chcieli czegoś innego niż protestujący, choć w istocie nie wiadomo dokładnie, czego. Nie mamy wypracowanych żadnych form pozwalających to jakoś zinstytucjonalizować, i to jest właśnie zadanie na teraz.

M.P.: Częściowo się zgadzam, w tym sensie, że nie mamy gotowego projektu i w tym sensie jest to jakoś problematyczne. Zwłaszcza w tekstach Negriego jest rodzaj sprzecznego fiksowania się na pewnej formie oporu oraz dogmatycznego rozstrzygnięcia, że ma on się toczyć w ten a nie inny sposób, ponieważ zmienił się sposób produkcji, wobec czego podmiot polityczny też będzie inny. Wydaje mi się jednak, że nie do końca o to chodzi. Należy podjąć próbę wypracowania teorii, która toczy się na zasadzie współbadania i uczestniczenia w tym ruchu. Próbę skonceptualizowania go i nadania mu ram. Chodzi o wykuwanie pojęć w walce, która się toczy, a nie przychodzenie z gotowym projektem, który należy po prostu zrealizować.

J.B.: Mam właściwie tylko kilka słów do dodania. Wydaje mi się, że lekcją, którą posiadł postoperaizm na podstawie doświadczenia ruchu Occupy czy Oburzonych, jest to, by nie fetyszyzować demokracji bezpośredniej, żeby nie budować topornej alternatywy, mówiącej, że z jednej strony mamy demokrację przedstawicielską, a z drugiej tę wymarzoną demokrację bezpośrednią, która ma być w jakiś sposób realizacją spinozjańskiej idei wielości.

M.R.: To jest skądinąd realizacja koncepcji Carla Schmitta. On też pisał o demokracji bezpośredniej.

J.B.: Tak, ale u niego mamy jeszcze ideę wodzostwa. Więc faktycznie stoimy przed bardzo dużym problemem teoretycznym i praktycznym – stworzenia instytucji, które byłyby na miarę wielości czy też produktywności samego życia. Są pewne mechanizmy, które mogą być alternatywne i niedawne ruchy społeczne wypracowały pewnego rodzaju instytucje, które są zarazem mobilne i prowizoryczne. Antonio Nergi, pisząc np. o Occupy, próbował pokazać, że jest to system, który może działać, choć niekoniecznie idealnie i jedynie na małą lokalną skalę. Problem w tym, na ile są to mechanizmy, które mogą być trwałe, które nie są praktycznymi mechanizmami lokalnymi, a bardziej instytucjami. Dziś niestety jeszcze nie wiemy, jak sobie z tym wyzwaniem poradzić.

Share This