Jeden z ostatnich wywiadów przeprowadzonych z Neilem Smithem. David Huggill rozmawia ze słynnym geografem i antropologiem m.in. o rewolucji, jej aktualności oraz konieczności przedefiniowania pojęcia klasy robotniczej.

DAVID HUGILL: Twierdzisz, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat lewica cierpi na brak radykalnych pomysłów politycznych. Ma to szczególnie miejsce w Stanach Zjednoczonych i krajach europejskich. Natomiast niedawno w kontekście rewolucji w Egipcie i Tunezji sugerowałeś, że możemy być świadkami powrotu tego, co nazywasz „imperatywem rewolucyjnym”. Co zatem stało się z groźbą rewolucji i dlaczego powraca ona właśnie teraz?1

NEIL SMITH: Uderzające jest to, że pokolenie północnoamerykańskich i europejskich socjalistów, feministek i antyglobalistycznych aktywistów, a więc ludzi sprzeciwiających się kapitalizmowi w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego i na początku dwudziestego pierwszego wieku, nie mówi o rewolucji w ogóle. Rewolucje są faktami życiowymi i historycznymi, ale już od lat postrzega się je jako coś kompletnie oderwanego od rzeczywistości. Taka sytuacja wynika z odpowiedzi na wstrząsy lat sześćdziesiątych, a w szczególności na wydarzenia roku 1968. Poza problemami, które zrodził, rok 1968 poruszył wielką liczbę ludzi na całym świecie i skupił ich wokół rozmaitych walk. Wyłaniający się wówczas ruch był z pewnością wielojęzyczny i polimorficzny – w rzeczywistości jednak był pozbawiony rdzenia. Podniósł natomiast kwestię rewolucyjnej zmiany w wielu różnych dziedzinach.

Rewolucyjna zmiana jednak nie nastąpiła. Klasa kapitalistyczna dzięki neoliberalizmowi zabezpieczyła swoje zwycięstwo. Jednym z największych aktów przemocy w ramach tego zwycięstwa (nie zamierzam umniejszać znaczenia tych, którzy oddali życie w walce z neoliberalizmem) było to, że lewica również zaczęła wierzyć, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Z tą właśnie sytuacją mierzyliśmy się w Europie i USA w późnych latach dziewięćdziesiątych i na początku nowego wieku. Wydawało mi się jednak wówczas oczywiste, że rewolucyjne alternatywy należy traktować poważnie. Nie chciałbym tego spłycać, twierdząc, że rewolucja czeka na nas tuż za rogiem – nie była tam i nie jest. Musimy jednak przyjąć, że polityczna rewolta w końcu się wydarzy. Będzie ona wyglądała inaczej, posiadała odmienne znaczenia i inne konsekwencje w zależności od miejsca, ale na pewno się wydarzy.

Obserwowanie gwałtownych wydarzeń w Tunezji, a następnie w Egipcie, które rozprzestrzeniły się później na wielu obszarach Afryki Północnej i Azji Południowo-Zachodniej było niezwykle ekscytujące. W ten sposób obnażone zostało złudne przekonanie o tym, że rewolucje są domeną przeszłości. To zadziwiające, jak wiele spośród tych wydarzeń w niemożliwy do przewidzenia sposób owładnęło ludzką wyobraźnią.

Wygląda jednak na to, że w Stanach Zjednoczonych straciliśmy gniew, który narósł u zarania kryzysu finansowego w 2007 roku. W pierwszych dniach zdawało się, że wszyscy wiemy, kto i co ponosi odpowiedzialność za ekonomiczną katastrofę. Dziś wydaje się, że ta wściekłość zniknęła, a wielu pogodziło się z nową falą oszczędności. Czy ten zapalny moment ludowego oburzenia został raz na zawsze utracony?

Naprawdę nie wiem, czy utraciliśmy go, ale z pewnością spalił na panewce. W każdym razie został pozbawiony swojej ostrości. Skądinąd poziom walki klasowej prowadzonej przez klasę rządzącą jest zadziwiający i jednocześnie bardzo dramatyczny. Bankier Warren Buffett zaledwie kilka lat temu stwierdził, że: „owszem, walka klas istnieje, ale to moja klasa, klasa bogaczy, jest tą, która wszczyna wojnę i wygrywa”. Kiedy członkowie klasy rządzącej dostrzegają, że lewicowa dyskusja o oszczędnościach jest manifestacją walki klasowej, zdają sobie sprawę, że sami w ten sposób także ją prowadzą. Przenoszą odpowiedzialność za podniesienie kwestii walki klas na ludzi, przeciwko którym walczą. Pytanie nie brzmi zatem, czy walka klas trwa, ale jak przekroczyć nasz niebywały brak zorganizowania. Arabska wiosna i ostatnie ruchy przeciwko programom cięć w Europie są bez wątpienia ważne, ale dokąd one zmierzają? Jaki rodzaj organizacji jest dziś możliwy, zwłaszcza na przecięciu granic narodowych?

Może to zabrzmieć dziwnie, ale jestem optymistą. Kryzys, który rozpoczął się w 2007 roku, w żaden sposób nie został do tej pory rozwiązany. Różne programy oszczędnościowe wprowadzane od jakiegoś czasu są jedynie początkiem systematycznego ataku klasowego. Programy ratunkowe dla banków, szczególnie w USA, ale też w Europie, w żaden sposób nie rozwiązały podstawowych problemów ekonomicznych. Te informacje możesz uzyskać nawet z gazet głównego nurtu. Ludzie tacy jak ekonomista Paul Krugman na łamach „New York Times”, a nawet ci, którzy nie identyfikują się tak mocno z liberałami, piszą, że warunki, które spowodowały kryzys, nie zostały zmienione. Bardziej niż kiedykolwiek wzmacnia się przekonanie, że niektóre banki są zbyt duże, by upaść. Marks podkreślał, że w kapitalistycznym porządku rozwiązanie kryzysu musi opierać się na dewaluacji samego kapitału. Ogromne ilości istniejącego kapitału muszą zostać zniszczone, by odtworzyć warunki, w których możliwy jest wzrost. Kapitalizm jest niesamowicie pomysłowy, ale takie zniszczenie nie miało miejsca, a nawet się jeszcze nie zaczęło.

Zasugerowałeś, że neoliberalny projekt zaczął się wyczerpywać, że przestał generować nowe idee. Ale czy w rzeczywistości nie wygląda na to, że otwierają się nowe fronty neoliberalnego kontrataku? Weźmy dla przykładu ataki gubernatora Walkera na prawo do negocjacji zbiorowych w Wisconsin. Czy nie przedstawia to całkiem nowej fazy w neoliberalnej kampanii? Czy to ostatnie tchnienie umierającego projektu, czy raczej znaki nowej rundy neoliberalnej innowacji?

Myślę, że chodzi o obie te rzeczy. Choć neoliberalizm jest martwy, to nadal dominuje. Jürgen Habermas poczynił podobną uwagę odnośnie nowoczesności w latach osiemdziesiątych2. Czytając go dwa lub trzy lata temu, zrozumiałem, że to jest właśnie stan, w jakim znajdował się neoliberalizm. Jest martwy, ponieważ został zakwestionowany przez serię walk, idei i okoliczności. Ruch antyglobalistyczny, choć zdezorganizowany, podzielony i skupiony na różnych celach, wyjaśnił wielu ludziom, że w rzeczywistości istnieje alternatywa. Latynoamerykańskie rewolty, zarówno przy urnach wyborczych, jak i na ulicach i w lasach, były niezwykłymi znakami, że można go podważyć. W trakcie kryzysu gospodarczego późnych lat dziewięćdziesiątych wielu zagorzałych zwolenników neoliberalnego kursu opuściło tonący statek. Joseph Stieglitz, Jeffrey Sachs i inni stwierdzali: „no dobrze, więc to jednak nie działa”. Wtedy nastąpił oczywiście kryzys roku 2007.

Wszystkie te kwestie stanowiły kluczowe stawki dla neoliberalizmu. Mimo to pozostał on dominujący w tym sensie, że ciągle nie istnieją globalni pretendenci do zastąpienia go. To może się zmienić wraz z Arabską Wiosną, a w każdym razie może to być przynajmniej oznaka tego, że pojawiły się już pewne wyzwania. Uważam, że neoliberalizm był rzeczywiście zainteresowany obalaniem części władzy państwowej. Zwracał się przede wszystkim przeciwko niektórym rodzajom wsparcia ze strony państwa dla sfery społecznej reprodukcji, przepisom dotyczącym mieszkalnictwa, zasiłkom dla bezrobotnych czy opiece medycznej. Ludzie przyzwyczaili się, że tego typu rzeczy zapewnia państwo opiekuńcze, ciągle jednak mówię tutaj o USA i państwach Europy.

Jak rozumiem, nieszczególnie lubujesz się w hasłach „nowego keynesizmu”?

Współczesna lewica mogłaby się wiele nauczyć z wczesnej feministycznej i marksistowskiej krytyki państwa dobrobytu. Zgodnie z jej linią podtrzymuje ono i ochrania kapitalizm. Część tych analiz wskazywała na fakt, że państwo dobrobytu odnawia społeczną kontrolę dzięki programom bezpieczeństwa socjalnego. To ostatnie nie polegało tylko na dawaniu bonów bezrobotnym, zabezpieczało także przed rewolucją. Oznaczało klasowe bezpieczeństwo rządzących. Kiedy rozmontujesz państwo dobrobytu, zabierzesz tym samym niejawną formę zabezpieczania dla klas rządzących.

Pomaga to wyjaśnić politykę kontroli i bezpieczeństwa, z jaką mierzymy się dzisiaj – czy to na ulicach Toronto, Madison, czy Kairu. Przejawy stanu wyjątkowego na ulicach świadczą o tym, że neoliberalizm powoli się kończy. Kiedy państwo musi użyć siły, czyli narzędzia, które zawsze chowa na ostatnią okazję, oznacza to, że zmieniły się zasady gry. Dzisiejsza sytuacja jest inna dlatego, że polityka kontroli i bezpieczeństwa objęła także politykę społeczną. Wypełniła ona próżnię powstałą dzięki sukcesywnemu demontowaniu społecznej strony państwa. Oczywiście ta inna strona państwa – aparat bezpieczeństwa, ekonomiczne wsparcie dla banków i kapitalistycznych instytucji itd. – została dziś jeszcze bardziej umocniona. Nie chodzi tu zatem o rozmontowywanie państwa, a tylko jego funkcji związanych z bezpieczeństwem socjalnym. Kiedy już to się wydarzy, pozostanie tylko militaryzacja ulicy.

W swojej książce, The New Urban Frontier, opisujesz jak gentryfikacja manhattańskiej Lower East Side była pobudzana mściwym pragnieniem odzyskania miasta z rąk biednych. Czy słyszysz echa tego rewanżystowskiego ducha w polityce kontroli i bezpieczeństwa, którą opisałeś?

W przypadku rewanżyzmu wczesnych lat dziewięćdziesiątych mieliśmy do czynienia z rozpoznaniem – nie tylko po stronie klasy rządzącej, ale także klasy średniej i wyższej klasy średniej – że miasto zostało im ukradzione. Ale przez co? Przez państwo dobrobytu, przez liberalną politykę miejską, przez wspieranie mieszkalnictwa, opieki medycznej dla biednych, zasiłków dla bezrobotnych itd. W ich przekonaniu miasto zostało ukradzione przez ludzi, którzy na nie zwyczajnie nie zasługują: bezdomnych, kolorowych, imigrantów, klasę robotniczą. Dla mnie ten poziom rewanżyzmu – przypisywanie winy i znajdywanie celu – jest częścią procesu, dzięki któremu można uzasadnić pełnowymiarową napaść na państwo.

Inną rzeczą, o której należałoby wspomnieć, jest to, że łatwo było odkryć rewanżyzm w Nowym Jorku w latach dziewięćdziesiątych, kiedy liberałowie zwracali się przeciwko własnej etyce, własnej moralności, właściwej sobie sympatii dla bezdomnych, biednych i imigrantów. Ale w miastach Ameryki Łacińskiej, Azji i Afryki rewanżyzm obecny był od zawsze. Nie istniały tam nigdy ani państwo keynesowskie, ani mechanizmy socjalnego zabezpieczenia, które byłyby pierwszym elementem obronnym klasy rządzącej przeciwko rewolcie. Przy braku zabezpieczeń socjalnych musiano polegać na bezpośrednich formach kontroli. Zabijanie dzieci w fawelach w Rio de Janeiro jest jednym z tego przykładów. Rządzący w USA i Europie teraz dopiero doganiają swoich kolegów z Azji, Ameryki Łacińskiej i części Afryki.

Byłeś na ulicach Toronto w trakcie spotkania G20 i mówiłeś wówczas, że zadziwiła Cię reakcja ludzi na agresję policji. Czy to wydarzenie obnażyło naturę państwa w sposób, który może być politycznie użyteczny?

Naiwnością było sądzić, że kapitalistyczne państwo stanie się dobroczynne. Max Weber miał rację, kiedy mówił, że państwo jest właśnie tą instytucją, która ma monopol na prawne użycie przemocy. Sprawdza się to zarówno w przypadku Kanady, jak i innych państw. Masowe aresztowania w czerwcu 2010 roku i ilość pieniędzy wydanych na G20 unaoczniły wielu ludziom, że mieliśmy do czynienia z aparatem opresji, od Ottawy aż po ulice Toronto. Operacja zabezpieczenia G20 była dla policji poligonem doświadczalnym na okoliczność przyszłych wydarzeń i dała jej szansę na użycie broni, której dotąd nigdy nie używała.

Czy takie rozwiązania mogą się utrwalić? Czy ciągle będą mieć miejsce, nawet po zrobieniu kozłów ofiarnych z kilku „zepsutych gliniarzy”?

Tak, ale tylko jeżeli pójdą w parze z pewnym rodzajem edukacji i politycznej świadomości. Kiedy policjant robi coś dobrego – np. pomaga starszej pani przejść przez ulicę – nikt nie powie: „co za gnojek!”. Nikt tak nie powie: dlaczego? Ponieważ ideologiczna predyspozycja pozwala założyć, że policjanci są po naszej stronie. Oczywiście wiemy, że są oni funkcjonariuszami państwa, a ostatecznie także prywatnej własności. Zadaniem policji jest sprawowanie pieczy nad uprawomocnioną przemocą państwa, a im bardziej zagrożone są interesy klasy rządzącej, tym większa jest owa przemoc. Policja w trakcie G20 robiła tylko to, do czego jest ogólnie zobligowana.

Stwierdzając to, musimy być bardzo ostrożni, aby takie stanowisko nie zamieniło się w antypolicyjną postawę wobec konkretnych funkcjonariuszy. Naomi Klein, z którą nie zgadzam się w kilku kwestiach, miała rację, gdy na demonstracji G20 odbywającej się w okolicy posterunku policji, spojrzała podczas swego wystąpienia na patrol policji i powiedziała: „nie jesteście naszymi wrogami”. Następnie spojrzała na szczyt budynku i powiedziała: „wasi szefowie, którzy tam siedzą, robią to, co każą im robić politycy i klasy korporacyjne, to oni są wrogami”. O taką postawę właśnie chodzi. Niezależnie, czy wśród nich są łajdacy, czy po prostu zepsuci gliniarze, to nie o nich chodzi.

Jako że światowa populacja staje się coraz bardziej miejska, budowa miast stała się kluczową strategią akumulacji. Czy to oznacza, że ruchy miejskie uzyskają dzięki temu pozycję centralną?

Budowa miast to ogromne przemysłowe przedsięwzięcie wytwarzania wartości dodatkowej. Przed kryzysem około 23% produktu krajowego Irlandii było bezpośrednio powiązane z sektorem budowlanym: z budownictwem mieszkaniowym, budową ulic, dróg, budynków, biur itd. Budownictwo jest kluczowe dla tego, o co chodzi w gospodarce kapitalistycznej: dla budowy miast. Nie ma jednak bezpośredniej relacji pomiędzy analizami ekonomicznymi i strategią polityczną. Tylko dlatego, że budowanie miast odegrało kluczową rolę w spowodowaniu kryzysu, nie znaczy, że opozycja skierowana przeciwko jego skutkom jest z konieczności miejska.

Istnieje niesamowite poruszenie wokół polityki, środowiskowej, rdzennej i żywnościowej. Myślę, że znaczna część owej opozycji będzie wywodziła z centrów miast, po części dlatego, że – jak elegancko i prosto wyrazili to Marks i Engels – akumulacja kapitału w jednym miejscu jest jednocześnie akumulacją klasy robotniczej. Lewica jest w tym momencie na etapie przemyśliwania, co składa się na tę klasę, a co konstytuuje wartość. Jeżeli postawimy te pytania w kategoriach ekonomicznych, możemy dowiedzieć się, gdzie są słabe ogniwa łańcucha i w którym miejscu ich zerwanie będzie najbardziej dotkliwe dla klasy kapitalistycznej. Marks i Engels opisywali akumulację klasy robotniczej; my musimy zadać sobie pytanie, jak zarysowuje się ta kwestia dzisiaj.

Od czego jednak zacząć tę pracę?

Musimy ustanowić połączenie pomiędzy tym, co dzieje się w miejscu pracy, a tym, co ma miejsce poza nim. Byłem recenzentem pracy na temat historii Międzynarodowego Związku Pracownic Przemysłu Odzieżowego (International Ladies’ Garment Workers’ Union) w Nowym Jorku, w której mój student doszedł do wniosku, że związkowy radykalizm był silniejszy w momencie, kiedy kwestie miejsca pracy i wspólnoty były ze sobą połączone. Przykład stanowią tu związki budujące domy dla własnych robotników.

Powróćmy do Twojego pytania o znaczenie budownictwa w reżimie kapitalistycznym oraz stopnia, w którym urbanizacja stała się siłą napędową kapitalistycznej akumulacji. Jeżeli rzeczywiście tak jest, to polityczną koniecznością jest organizowanie się wokół przemysłu budowlanego. Nie oznacza to tylko ludzi, robotników, którzy po prostu budują budynki. Chodzi także o organizowanie się wokół użytkowania tego, co zostało wybudowane. Jak poskładać te części razem? Mieszkalnictwo jest względnie oczywistym miejscem, od którego można zacząć. Jak wygląda socjalistyczna polityka wobec środowiska zabudowanego? Mógłbyś pomyśleć, że dowiemy się tego po 30-40 latach istnienia radykalnej geografii, ale ja nie jestem dzisiaj tego taki pewien.

Sugerujesz zatem, że potrzebujemy uwspółcześnienia naszego rozumienia klas? Możesz powiedzieć coś więcej?

Prawda jest taka, że lewica pozwoliła zdefiniować klasy prawicy. Po pierwsze, prawica właściwie unicestwiła tę kwestię, poza kilkoma wyjątkami, kiedy różnice klasowe mogą być użyte jako broń przeciwko lewicy. Jednak wbrew swoim zapewnieniom, prawica prowadziła walkę klas dużo bardziej efektywnie niż lewica. W tym czasie ta ostatnia nawet nie odrobiła zadania polegającego na rozpoznaniu kształtu nowej klasy robotniczej. To jest coś, co powinniśmy byli robić począwszy od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Dzisiaj mamy do czynienia z pewną liczbą mocnych opracowań takich kwestii jak prekariat, a feministki i socjalistyczni akademicy tropią nowe modele pracy, które nie pasują do przemysłowego wzorca klasy robotniczej. Należy uczciwie przyznać, że lewica wyraźnie podkreśla względne zawężenie modelu fabryki przemysłowej. Zwróciło to uwagę Marksa i Engelsa już w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Wiadomo, dlaczego tak się stało, biorąc pod uwagę poziom uprzemysłowienia, produkcji fabrycznej i przetwórstwa. Ale jak odnieść to do czasów nam współczesnych? Jak wpisują się w tę logikę praca prekarna lub biurowa? Jak powinniśmy przemyśleć skład klasy robotniczej, by włączyć w nasze myślenie nowsze formy jej życia – aż do momentu, gdy z definicji będzie ono prekarne? Klasa dotyczy społecznych stosunków produkcji, ale nie form, jakie produkcja przyjmuje.

Lewica pozwoliła prawicy ujść na sucho z kłamstwem, że skoro już dawno nie istnieje przemysłowa klasa robotnicza, to socjalizm jest bez znaczenia. To głupi argument. Klasa robotnicza istnieje, po prostu wygląda dzisiaj inaczej. My powinniśmy wiedzieć jak, a do tej pory nie szło nam to zbyt dobrze. Jednym z największych sukcesów neoliberalnego kapitalizmu w Ameryce Północnej i Europie było to, że oduczył on ludzi myślenia w kategoriach klasowych. Doszło wręcz do tego, że w publicznym dyskursie w Stanach Zjednoczonych – a w Kanadzie nie wygląda to dużo lepiej – istnieją dzisiaj trzy klasy: bezdomni, milionerzy i klasa średnia. To wszystko. Ten cały język, ta cała retoryka polega w dużej mierze na pozbyciu się klasy robotniczej. Sposób, w jaki tego dokonano, był bardzo zmyślny, zagrano tu kartą piętna rzekomo związanego z przynależnością do klasy robotniczej. Jak tego dokonano? Podkreślano bardzo ograniczony stereotyp o tym, że klasa robotnicza składa się z górników, hutników i nikogo więcej. Zawęzili pojęcie klasy robotniczej do tej relatywnie małej grupy przygniecionej deindustrializacją, która zasługiwała na nasze współczucie. Stąd blisko już było do wyraźnej niechęci wiążącej się z przypisywaniem kogoś do klasy robotniczej, ponieważ skończyłoby się to jedynie skromnym współczuciem. W ten sposób wszyscy staliśmy się klasą średnią. Voila! Problem rozwiązany.

Ludzie utracili język, w którym mogli mówić o sobie jako o klasie robotniczej, ale nie całkowicie. Dla każdego z nas, kto pracuje w materii języka, ważne jest, by wyraźnie mówić o „klasie robotniczej”, ponieważ odnosi się to do ludzi doświadczanych oszczędnościami, cięciami budżetowymi, kryzysem fiskalnym itd. Wszystkie te kwestie uderzają właśnie w klasę robotniczą3.

 

Przełożył Michał Rauszer

Neil Smith (1954-2012) wykładał antropologię i geografię w Graduate Center na City University w Nowym Jorku, był dyrektorem tamtejszego Center for Place, Culture and Politics. Głównym obszarem jego zainteresowań była gentryfikacja, ponadto zajmował się także badaniami nad Marksowskim pojęciem „nierównomiernego rozwoju”. Autor wielu książek, m.in.: Uneven Development: Nature, Capital and the Production of Space (1984), The New Urban Frontier: Gentrification and the Revanchist City (1996) oraz The Endgame of Globalization (2005).

  1. Tekst pochodzi z czasopisma „Upping the Anti. A Journal of Theory and Action” 13/2012 http://uppingtheanti.org/journal/article/13-neil-smith/ Dziękujemy redakcji za możliwość tłumaczenia i publikacji. []
  2. Zob. J. Habermas, Modernity versus Postmodernity, “New German Critique” 1981, nr 22, s. 3-14 (przyp. tłum). []
  3. Krótko przed oddaniem tego numeru do druku Smith zaproponował by dodać następujące zdania: „Ruch Occupy Wall Street, który od 15 października organizował demonstracje w blisko tysiącu miast na całym świecie, jest czymś budującym. Jest czymś emblematycznym dla tego rodzaju politycznej mobilizacji, która musi się wydarzyć w odpowiedzi na kryzys ekonomiczny i drapieżne praktyki kapitalistycznych programów oszczędnościowych”. []
Share This