• Facebook
  • Twitter
Z Janem Sową, autorem Fantomowego ciała króla – najlepszej książki roku 2012 zdaniem czytelników i czytelniczek „Praktyki Teoretycznej”, rozmawiają  Kamil Piskała i Michał Pospiszyl [część I]

Michał Pospiszyl, Kamil Piskała: Kilka tygodni temu w „Nowych Peryferiach” ukazała się krytyczna recenzja Fantomowego ciała króla. Jeden z podstawowych zarzutów, jaki się tam pojawia, dotyczy Twojego negatywnego afektu wobec polskości, który zdaniem autora recenzji Filipa Białka miałby uniemożliwić Ci chłodne i racjonalne spojrzenie na historię Polski. Oczywiście argument ten jest obosieczny, bo w ten sam sposób można wytykać Białkowi przesadne przywiązanie do Polski, które uniemożliwia mu dostrzeżenie ewentualnej politycznej szkodliwości kategorii polskości. Jednak można tę krytykę potraktować też jako pretekst do zastanowienia się, po co w ogóle teoretyk tak głęboko dostrzegający szkodliwość inwestycji libidynalnych w Polskę sam poświęca temu tematowi prawie 600 stron? Czy takie zaangażowanie nie służy jedynie wzmocnieniu dominującego dyskursu, karmiącego się „antypolskimi” atakami? Innymi słowy, czy Polski nie należałoby – używając Agambenowskiego pojęcia – raczej profanować niż z nią walczyć? Raczej się nią bawić niż z nią boksować?

Jeśli chodzi o zarzut Białka, że nie lubię polskości, to mam wobec niego podobne wątpliwości do Was. Łatwo go odwrócić, a poza tym wcale nie tłumaczy wiele. Sytuacja byłaby bez wątpienia prostsza, gdyby dało się wszystko sprowadzić do prostego „lubię” albo „nie lubię”, ale tak przecież nie jest. Moje własne odczucia względem polskości lepiej oddaje cytat z Dziennika Gombrowicza, otwierający ostatni rozdział książki: „Atakuję formę polską, ponieważ to jest moja forma”. Czy ją lubię? Cóż, tego samego dnia, którego przeczytałem recenzję Białka, pojawiła się informacja, że polska mniejszość dostała się do parlamentu litewskiego i zapowiedziała, że będzie walczyć o zakaz aborcji, in vitro i przeciwstawi się ustawom wprowadzającym równouprawnienie dla gejów. To jest właśnie polskość – i jak to lubić?

Krytyk nie da za wygraną i powie, że istnieje tradycja innej Polski – nowoczesnej, egalitarnej, socjalistycznej…

Tak, to może być prawdą, Ale zauważcie, mówię „może”, bo wyrażenie „nowoczesna Polska” wydaje mi się oksymoroniczne. „Polska” to historycznie rzecz biorąc nazwa tego, co opierało się nowoczesności, było nie tylko nienowoczesne, ale anty-nowoczesne, i dlatego zniknęło z mapy wraz z tryumfem nowoczesności na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku. O tym właśnie w dużej mierze jest Fantomowe ciało króla. Jednak prawdą jest również, że ten typ polskości, któremu wyraz dała polska mniejszość na Litwie, jest polskością hegemoniczną, a więc określającą kulturowy sens polskości jako takiej. Każdy, kto afirmuje swoje przywiązanie do polskości, powinien sobie z tego zdawać sprawę, niezależnie od tego, jakie są jego lub jej intencje.

Kultura, jak zauważył kiedyś Deleuze, istnieje nie w intencjach, ale w konsekwencjach. W tym wypadku konsekwencją manifestowania swojej sympatii wobec polskości jest afirmacja reakcjonizmu niezależna od afiliacji bądź sympatii, jakie się żywi. Z tego powodu przyparty do ściany przyznałbym, że polskości raczej nie lubię, zwłaszcza w wydaniu, jakie zaserwowała polska mniejszość na Litwie. Nie sądzę też, że podobnej niechęci należałoby się wstydzić i się z niej tłumaczyć. Tłumaczyć się i wstydzić powinni raczej ci, którzy taką polskość lubią. Żadnym wytłumaczeniem nie może być tu patriotyzm, ponieważ uwielbienie dla polskości jest obecnie szkodliwe dla Polski jako państwa, społeczeństwa, a nawet narodu. Jeśli ktoś uważa się dzisiaj za patriotę, to dla dobra Polski powinien przede wszystkim nie lubić polskości.

Ale czy to nie jest sprzeczne z materialistycznym czy marksistowskim podejściem, które jest Ci bliskie? Przecież to „zacofanie”, na które pomstujesz, nie jest efektem takich czy innych decyzji, wpływów kulturowych itd., ale właśnie peryferyjnej pozycji w globalnym podziale pracy. I chyba właściwie zmiana tej sytuacji może nastąpić tylko w momencie, w którym ów podział pracy ulegnie zniesieniu, a nie w wyniku symbolicznych sporów i kulturowej modernizacji od zawsze forsowanej przez polskich liberałów. Czy taka postawa nie jest analogiczna do klasistowskiego pomstowania na robotników, że nie słuchają Stockhausena?

Nie jest tak i to z dwóch powodów. Po pierwsze, historycznego. Zgoda, że zacofanie Polski to przede wszystkim efekt jej peryferyjnej kondycji – czyli „rozwoju niedorozwoju”, aby użyć kategorii zaczerpniętej wprost z teorii zależności – jednak owa kondycja nie była i nie jest rezultatem żywiołowych przemian kapitalizmu jako takiego ani też nie jest tylko wynikiem celowego działania rozwiniętych gospodarczo ośrodków na zachodzie kontynentu. Poświęcam w Fantomowym ciele króla trochę miejsca polemice z tezą głoszącą, że zacofanie Polski było efektem manipulacji czy nawet kolonizacji dokonanej przez zachodnie potęgi.

Jest to błędna interpretacja. Kluczową rolę w wepchnięciu I Rzeczpospolitej w stan zależności i niedorozwoju miała postawa jej elit oraz celowe działania przez nie podejmowane. Szlachta – bo o nią tu chodzi – nie dążyła oczywiście świadomie do zepchnięcia swojego państwa na bocznicę historii, realizowała jednak swoje interesy materialne w sposób, który do tego doprowadził. Dlatego na jej określenie używam terminu „elita kompradorska”, zaczerpniętego z badań nad kolonializmem w Ameryce Łacińskiej.

Rozwój gospodarki folwarcznej na terenach I Rzeczypospolitej wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami – pańszczyzną, niedorozwojem miast i mieszczaństwa, osłabieniem rodzimej produkcji proto-przemysłowej, mizerną pozycją rodzimego kupiectwa itp. – był wynikiem świadomych i celowych działań szlachty, która widziała możliwość realizacji swoich interesów raczej we współpracy z obcymi ośrodkami gospodarki kapitalistycznej niż z resztą własnego społeczeństwa. Bardzo konsekwentnie i zdecydowanie walczyła też ze wszystkimi przejawami nowoczesności i była w tym tak zaciekła, że gdy w wieku osiemnastym młodzi szlachcice zaczęli przywozić oświeceniowe idee ze swoich podróży na zachód kontynentu, w Sejmie zgłoszono projekt prawa zakazującego takich podróży (a pamiętamy, jak niechętnie szlachta odnosiła się do wszelkich zakazów i nakazów nakładanych na jej „złotą wolność”; jest to jeden z bardzo nielicznych przypadków, gdy szlachta sama z siebie proponuje ograniczenie swojej wolności, widać jednak, że czyni to w obronie swojego interesu klasowego). Ci, którzy dzisiaj propagują polskość, odwołując się do kultury sarmackiej i szukając w niej inspiracji dla rozwiązywania współczesnych problemów społecznych i politycznych, konsekrują właśnie tradycję odpowiedzialną za zacofanie i peryferyzację Polski. Kto chce temu przeciwdziałać, powinien tego rodzaju postawy aktywnie zwalczać.

Druga kwestia, nie historyczna, ale współczesna, a nawet przyszłościowa. Mówicie o tym, że podział pracy odpowiedzialny za peryferyjną kondycję pracy powinien „ulec zniesieniu”. Ale jak? Sam? Są takie interpretacje przemian historycznych, które podkreślają przede wszystkim rolę anonimowych, żywiołowych procesów, nie jest to jednak wizja Marksa czy marksizmu. W materialistyczno-historycznym ujęciu, pod którym się w pełni podpisuję i które starałem się wykorzystywać w Fantomowym ciele króla tak, jak się tylko dało (zwróćcie uwagę na porządek wywodu – zaczyna się od gospodarki, przechodzi przez kwestie społeczne i polityczne, a kończy na kulturze), głównym mechanizmem kształtującym porządek społeczny, polityczny i gospodarczy, jest walka. To, co powiedziałem przed chwilą, doskonale to ilustruje: porządek I Rzeczypospolitej był wynikiem walki, jaką szlachta prowadziła z jednej strony z chłopstwem, które zakuła w kajdany pańszczyzny, z drugiej z mieszczaństwem, które zmarginalizowała.

Nota bene, Krystian Szadkowski słusznie widzi w tym opisywaną przez Lenina sytuację, w której jednej klasie udaje się doskonale zdominować pozostałe wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami: zanikiem państwa oraz końcem polityki. To wszystko nie stało się samo i podobnie też obecny podział pracy sam nie „ulegnie zniesieniu”. Ktoś, jakiś podmiot, musi mu w tym „pomóc” (odwołuję się do Marksowskiej figury „akuszerki historii”). Jaki? Nie wiem i to jest obecnie jedno z kluczowych pytań teorii krytycznej od Żiżka i Badiou, przez Laclau i Mouffe, po Hardta i Negriego. Nikt nie ma zadowalającej odpowiedzi na pytanie, kto/co tym podmiotem będzie i jakie powinny być zasady konstrukcji owej rewolucyjnej podmiotowości (psychoanalityczne?, hegemoniczne?, biopolityczne?).

Nieco łatwiej stwierdzić, kto ma marne szanse takim podmiotem zostać. Na pewno nie będą nim pogrążeni w nostalgicznym resentymencie konserwatyści afirmujący polskość o przedwiecznych, sarmackich korzeniach. Ich działalność jest nie tylko mało obiecująca, ale wręcz szkodliwa, ponieważ zaabsorbowanie problematyką tożsamości, której logika lokuje się całkowicie w nadbudowie, odciąga uwagę i wysiłek od znacznie bardziej istotnych kwestii materialnej bazy. Popatrzcie na Indie: podczas gdy spór między islamem a hinduizmem mobilizuje kolejne miliony i obsadza ich energię libidalną wokół świątyń, chust, rytualnych ubojów itp., międzynarodowy kapitał w najlepsze posuwa wszystkich Hindusów bez względu na ich wyznanie czy kolor skóry. Polska wcale nie jest inna: narodowcy mogą sobie do woli skakać na demonstracjach, wykrzykując hasła o bogu i ojczyźnie, na co dzień jednak czeka ich smażenie frytek w McDonaldzie, siedzenie na kasie w supermarkecie albo praca na budowie. Droga do zmian w międzynarodowym podziale pracy nie wiedzie poprzez afirmację polskości, ale właśnie przez jej delegitymizację, ponieważ sama „polskość” to źródłowo i konstytutywnie nazwa zacofania oraz podrzędności.

A co z profanacją? Czy to nie jest lepsza droga?

To bardzo ciekawy problem. Gdy pisałem Fantomowe ciało króla, nieustannie konfrontowałem się z zasadniczym zdominowaniem polskiej historiografii przez interpretacje konserwatywno-prawicowe. Dziedzina ta jest w Polsce – zarówno obecnie, jak i historycznie – opanowana przez tę opcję polityczną. Mogłoby oczywiście być inaczej, bo nie wszędzie to tak wygląda. We Francji byli np. tacy historycy, jak Michelet czy Braudel, którzy jednoznacznie bronili ideałów emancypacyjnych i krytycznych. Pamiętajmy, że Michelet w 1871 roku stanął po stronie Komuny Paryskiej, kierując się motywacjami patriotycznymi!

W tej perspektywie można odczytywać moją książkę jako próbę – jak powiedzieliście – boksowania się z polskością na jej własnym terenie. Czy to jest słuszna postawa? Gdy pisałem książkę, wydawało mi się, że tak, ale dzisiaj nie jestem tego taki pewien. W zeszłym roku poszedłem 11 listopada na marsz antyfaszystowski. Było nas 1000, może 1500 osób, z czego większość stanowił radykalny Czarny Blok. W demonstracji patriotycznych faszystów wzięło udział dwadzieścia razy więcej ludzi. Ta prawicowa radykalizacja jest przynajmniej częściowo paniczną reakcją na próby przechwycenia narodowo-ojczyźnianego imaginarium przez środowiska lewicowo-emancypacyjne poprzez inicjatywy takie jak „Kolorowa Niepodległa”.

Lewica dużo mówiła i mówi o potrzebie ożywienia demokracji poprzez antagonizm, ale widać wyraźnie, że antagonizm stymuluje mobilizację po obu stronach barykady, a zmobilizowana prawica szybko pomnaża swoje szeregi i może łatwo stać się realnym problemem. Z tego punktu widzenia być może lepiej byłoby nie boksować się z prawicą, ale pozostawić ją samej sobie i wtedy całe to imaginarium stałoby się domeną weteranów i moherowych beretów, dzięki czemu z czasem problem nacjonalizmu znalazłby naturalne, biologiczne rozwiązanie – po prostu kiedyś zabrakłoby już nacjonalistów. Mówię „być może”, bo nie jestem co do tego całkowicie przekonany; to są raczej pewne wątpliwości, które dobrze zbiegają się z Waszym pytaniem i dlatego o nich wspominam.

Twoją książkę jednak trudno uznać za próbę przechwycenia tego narodowego imaginarium…

Tak, ta dygresja bardzo luźno wiąże się z Fantomowym ciałem króla. Wbrew temu, co możemy sądzić, to nie jest zasadniczo książka o Polsce. To książka o nowoczesności, bardzo ściśle związana z moją poprzednią książką, Ciesz się, późny wnuku: kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna. Właściwie należałoby je czytać razem jako dwa tomy jednej całości, jednak w porządku odwrotnym do ich powstawania. Może kiedyś, jeśli wystarczy mi na to czasu i narcyzmu, przerobię je na taką właśnie dwutomową całość.

Od czytania Fantomowego ciała króla jako książki przede wszystkim o Polsce i polskości chyba jednak nie uda Ci się uciec. A przynajmniej tak by wynikało z pierwszych komentarzy, i to pochodzących zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Ale dobrze, skoro nie o Polsce i polskości, to o czym jest ta książka?

To, że Fantomowe ciało króla jest często odbierane jako książka przede wszystkim o Polsce i polskości, pokazuje, jak silne są w naszej kulturze pewne klisze i jak bardzo jesteśmy przekonani, że Polska nie może być środkiem, ale tylko celem – jeśli ktoś o niej pisze, to musi się już interesować nią dla niej samej, a nie ze względu na coś innego. Ja interesuje się nią natomiast właśnie ze względu na to „coś innego”, czyli na nowoczesność, która zarówno w Fantomowym ciele króla, jak i we wcześniejszej książce jest dla mnie podstawowym punktem odniesienia. Ponieważ wcześniej zajmowałem się kwestiami bardzo odległymi i globalnymi – Ciesz się, późny wnuku dotyczy przemian społeczno-politycznych w takich miejscach, jak Tajlandia, Indie, Turcja, Kongo czy Japonia – teraz postanowiłem poświęcić książkę czemuś, co jest mi bliskie i co może z tego powodu znam lepiej. Ale interesuje mnie właśnie nowoczesność, a nie Polska czy Japonia. Dlatego następnej książki nie poświęcę ani Polsce, ani Europie Środkowo-Wschodniej, ale teorii i praktyce awangardy (w sztuce i polityce), co będzie dla mnie kontynuacją badań nad nowoczesnością, tym razem na polu przede wszystkim estetycznym.

Nie sądzisz jednak, że Twoje rozumienie nowoczesności i postępu jest zbyt entuzjastyczne? Zdajesz się podchodzić do nich w prostolinearny sposób, pomijając choćby krytykę nowoczesności, jaką przeprowadza współczesny marksizm z Hardtem, Negrim czy Wallersteinem na czele. W tym sensie o ile tezy o dużo gorszym losie najniższych klas czy strukturalnej niewydolności systemu I Rzeczpospolitej, w stosunku do analogicznych zjawisk na Zachodzie, mogą brzmieć pociągająco w kontekście groteskowych prób powoływania się niektórych prawicowych środowisk na tradycję demokracji szlacheckiej, to z historycznej perspektywy powiązane są z kontrowersyjnym przekonaniem o niewątpliwej wyższości zachodniego modelu rozwoju.

A przecież to właśnie to przekonanie stało się u zarania nowoczesności ideologicznym narzędziem uzasadniania kolonializmu. W tym kontekście być może udałoby się obrócić Twoją tezę o przyczynach upadku I Rzeczpospolitej w podobnym duchu, jak badane są dziś przez teoretyczki systemów-światów przyczyny narodzin kapitalizmu w Europie, uzasadniane nie siłą Zachodu, ale „przypadkowym” osłabieniem Wschodu. Czy w ten sam sposób nie można by powiedzieć, że przyczyną upadku I RP nie była siła szlachty, ale słabość mieszczaństwa, która wynikała z bardzo wielu przyczyn, spośród których uprzywilejowanie szlachty byłoby być może jednym, ale na pewno nie jedynym czy nawet podstawowym czynnikiem sprawczym?

Zacznijmy od końca – słabość mieszczaństwa i siła szlachty to dwie strony tego samego medalu, dlatego odwrócenie, o którym mówicie, jest w zasadzie tylko odwróceniem monety tak, aby ukazać jej rewers. Skoro już wspomnieliście tradycję (post)operaistyczną, to pociągnę ten wątek. Operaiści bardzo dobrze pokazują, że porządek społeczny nie jest wynikiem jakiejś samoistnej ewolucji społecznego ekosystemu, ale efektem prowadzonych w nim walk. Relacja między szlachtą a mieszczaństwem w I Rzeczpospolitej była niczym innym, jak walką klasową, w której szlachta odniosła zdecydowane zwycięstwo. Oczywiście do tego zwycięstwa przyczyniły się inne czynniki, nie sama tylko aktywność szlachty – na przykład geografia, demografia czy inne mniej lub bardziej przygodne kwestie – tak jak czasem ukształtowanie terenu pomaga którejś ze stron wygrać bitwę, co nie zmienia faktu, że mamy do czynienia ze zbrojną potyczką. Szlachta była tego zresztą doskonale świadoma, co pokazuje długa lista anty-miejskich i anty-mieszczańskich legislacji podejmowanych przez sejm okresu I Rzeczpospolitej. Szczytem kuriozum było prawo zakazujące polskim kupcom prowadzenia handlu zagranicznego, przegłosowane dokładnie w momencie, gdy zachód Europy rozwijał się właśnie dzięki handlowi międzynarodowemu.

Teraz a propos mojego stosunku do nowoczesności. Zwróćcie uwagę, że w Fantomowym ciele króla ocena nowoczesności postawiona jest w bardzo konkretnej optyce, a mianowicie konfrontacji zachodniej modernizacji z trwającym uparcie w Europie Środkowo-Wschodniej feudalizmem i jego konsekwencjami. Nigdzie nie pojawia się kwestia obiektywnej i absolutnej wyższości nowoczesnego porządku społeczno-polityczno-gospodarczego nad wszelkimi innymi formami organizacji ludzkiego świata. Kto zna moją poprzednią książkę, ten wie, że jestem jak najdalszy od gloryfikowania kapitalizmu i rządu przedstawicielskiego jako szczytowych osiągnięć gatunku ludzkiego, i że uważam je za formacje, które należy przekroczyć. Nie mam jednak również wątpliwości, że w zestawieniu nowoczesności z feudalizmem nowoczesność jest lepsza i że rynek siły roboczej jest lepszy niż rynek niewolników. W tym sensie jestem bardzo ortodoksyjnym marksistą, bo nie mam wątpliwości, że np. zastąpienie pańszczyzny systemem pracy najemnej było postępem.

Tylko czy nie należałoby rozumieć tego „wtórnego” feudalizmu nie jako niepoddanej jeszcze zachodniej modernizacji rzeczywistości, ale wręcz przeciwnie – jako jej ultra-nowoczesny wytwór? Dajesz przecież w książce gigantyczną liczbę dowodów na to, że środkowoeuropejski feudalizm do złudzenia przypomina kolonialne niewolnictwo, a zdajesz się nie wyciągać z tego dość naturalnego wniosku, że właśnie nim jest, że to, co dzieje się w ówczesnej Polsce, nie jest wcale wyrazem zacofania, ale tego samego „postępu”, który doprowadza do gigantycznej eksploatacji pracy niewolniczej na Haiti, w Ameryce Południowej i Północnej.

Tak dokładnie jest, trzeba jednak pamiętać, że jak to trafnie zauważył Benjamin, w perspektywie Marksowskiej wszyscy obecni oraz przyszli zwycięzcy są dziedzicami przeszłych zwycięstw, a więc również zwycięstw posiadaczy niewolników nad niewolnikami. Stąd zdaniem Benjamina mamy tylko słabą siłę mesjaniczną: nie możemy pomóc tym pokonanym, ale możemy w ich imieniu znieść kapitalizm, aby jego zwycięstwo zrelatywizować i uczynić je etapem na drodze do lepszego, bardziej sprawiedliwego świata.

Mojej książki nie należy odczytywać jako zachęty, aby teraz robić coś, co kraje obecnie bogate robiły dwieście lat temu. Jest natomiast przestrogą, aby nie robić tego, co dwieście lat temu doprowadziło do peryferyzacji I Rzeczpospolitej, czyli na przykład nie pozwalać elitom na realizację ich partykularnych celów w sojuszu z kapitałem, ale przeciw reszcie społeczeństwa. Nie warto również dążyć do awansu w obrębie struktury centrowo-peryferyjnej, o czym mówię wprost pod koniec książki. Trzeba przebić się na drugą stronę tego rodzaju relacji, bo one strukturalnie wymuszają podział na panów i niewolników.

Z tych właśnie powodów samo zastąpienie niewolnictwa czy pańszczyzny systemem pracy najemnej nie może być uznane za punkt dojścia i powinniśmy dążyć do jego przezwyciężenia. Podobnie sprawa ma się z parlamentaryzmem zestawionym z monarchią. Z tego też powodu warto moje dwie ostatnie książki czytać razem, bo Ciesz się, późny wnuku prowadzi różne wątki z Fantomowego ciała króla tam, gdzie chcieliby je poprowadzić emancypacyjno-postępowi krytycy nowoczesności.

Pociągnijmy ten wątek różnorodności systemów społecznych. Historia sposobów organizowania się społeczeństw pokazuje, że często systemy z eurocentrycznej perspektywy wyglądające na mafijne funkcjonują w całkiem sprawny i wcale nie bardziej niesprawiedliwy sposób niż te wdrażane w krajach centrum. Na przykład przytaczana przez Ciebie w bardzo afirmatywny sposób książka Mączaka o klientyzmie stawia dokładnie odwrotną tezę do Twojej, starając się raczej zakwestionować stereotypowe przekonanie o niewydolności systemów klientelskich i ich jakoby strukturalnej słabości w stosunku do rzekomo sprawiedliwych i egalitarnych systemów stosowanych wówczas na Zachodzie. Być może więc anachronizm szlacheckiej Rzeczypospolitej, choć rządził się inną logiką, wciąż pozostawał racjonalny?

Kwestia porównania różnych kultur i systemów organizacji wydaje mi się nieco bardziej skomplikowana niż to sugerujecie. Przede wszystkim nie jest dla mnie oczywiste kryterium, którym należy się tu posługiwać. Nie jest prawdą, że klientyzm I Rzeczypospolitej był równie sprawny i pragmatycznie wydajny, co mniej mafijne stosunki panujące na Zachodzie, czego dowodem jest nic innego jak upadek I Rzeczypospolitej wywoływany między innymi dysfunkcją systemu ukonstytuowanego przez mafie potężnych magnatów i ich klientów.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z intencji Mączaka, o której wspominacie, ale ona mi zupełnie nie przeszkadza. Jego książka Klientela: nieformalne systemy władzy w Polsce i Europie XVI-XVIII w. jest cenna przede wszystkim ze względu na wprowadzenie do analizy historycznej narzędzi konceptualnych zaczerpniętych z innych nauk społecznych, w tym wypadku pojęcia klientelizmu i patronażu z prac antropolożki Sydel Silverman. Można zgadzać się lub nie z wnioskami Mączaka, dla mnie jednak ciekawsze było odwołanie się do samej analizy, którą przeprowadza za pomocą tych pojęć. Nie fetyszyzowałbym jednak sprawności lub wydajności jako ostatecznego kryterium oceny danego systemu społeczno-gospodarczo-politycznego. Bez wątpienia europejska nowoczesność na przykład w swoim kolonialnym wydaniu zniszczyła bardzo wiele wspólnot i społeczeństw, w których ludziom żyło się lepiej niż w ówczesnych krajach europejskich. Podkreślam więc jeszcze raz, że w Fantomowym ciele króla chodzi o bardzo konkretny przypadek konfrontacji unowocześniającego się Zachodu Europy ze Wschodem uwięzionym w specyficznym feudalizmie – bo feudalizm I Rzeczpospolitej nie był taki sam, jak klasyczny feudalizm we Francji czy Anglii.

Upierałbym się, że zrównanie w kontekście debaty na temat nowoczesności relacji między Wschodem i Zachodem Europy z relacjami pomiędzy państwami europejskimi i ich koloniami jest zasadniczo błędne. To były zupełnie różne sytuacje i między innymi dlatego proste zastosowanie narzędzi i teorii studiów postkolonialnych do europejskich realiów nie przynosi żadnych ciekawych efektów. O wiele bardziej inspirująca jest np. koncepcja samo-kolonizacji Kiosseva, która wskazuje na ambiwalentną relację między centrum a peryferiami europejskiej kultury, inną od relacji pomiędzy Europą a społeczeństwami egzotycznymi.

Share This