Recenzja Lucyfer zwycięża Ilony Witkowskiej

 

Wiersze Ilony Witkowskiej – laureatki Silesiusa 2013, która kilka miesięcy temu wydała swoją nową książkę Lucyfer zwycięża – już na pierwszy rzut oka wydają się osobne i charakterystyczne: nie sposób pomylić ich z żadnym innym głosem współcześnie tworzącej po polsku autorki czy autora. Wiele rzeczy przykuwa tu uwagę od razu, od pierwszego kontaktu z tekstem: konsekwentny, daleko idący minimalizm formy i – szerzej – oszczędność języka; częste odwołanie do perspektywy zwierzęcej (ale poza naturalistyczną czy neosielankową konwencją); bardzo subtelna, unikająca stereotypów i gier słownych satyra; wnikliwe, zaangażowane komentarze na temat naszej półperyferyjnej kondycji.

 

Ale przecież szczególna pozycja, jaką Witkowska zajmuje na młodopoetyckiej mapie Polski, nie daje się w żaden sposób zredukować ani do jednego z tych haseł, ani nawet do ich sumy. Proste równanie „formalny minimalizm + perspektywa nieantropocentryczna + diagnozowanie polskości” mówi może trochę o powierzchowności wierszy Witkowskiej, ale ostatecznie nie wyjaśnia, dlaczego na przestrzeni dwóch książek autorka Lucyfer zwycięża wyrosła na jeden z najważniejszych głosów pokolenia.

 

Krytycy bardziej liberalnej (czy poststrukturalistycznej) proweniencji sprowadziliby może specyfikę tych wierszy do ogólnej, abstrakcyjnej „językowej wrażliwości” bądź „sprawności”. Oczywiście, preferowane przez Witkowską krótkie formy pozwalają błyszczeć pojedynczym frazom, wyostrzają jej niezwykły słuch i zdolność obserwacji; ale fraza błyskotliwe miniatury” nie tylko nie powie wiele o Lucyfer zwycięża – pominie też zupełnie spójność poetyckiej opowieści, którą buduje Witkowska. Mamy bowiem do czynienia z jedną z tych poetyk, które prowokują do poszukiwania czegoś w rodzaju klucza czy fundamentalnego, napędzającego całość mechanizmu.

 

***

Nie znaczy to, że wierszy z nowego tomu Witkowskiej nie można czytać pojedynczo, od utworu do utworu; przeciwnie, Lucyfer zwycięża jest pod tym względem bardziej zapraszający niż debiutancki tom autorki, bardziej dostępny w lekturze doraźnej i wyrywkowej.

 

Znajdziemy tu więc trafne – trochę śmieszne, trochę smutne, zaskakująco przenikliwe – „obrazki z Polski” (a może raczej „z polskości”):

 

 

jem granaty

 

jako człowiek próżnujący

wymieniam

kataklizmy polskie:

 

biedronki,

chwilówki,

chodzenie na wojsko,

programy, które robi

Okił Khamidow,

jeszcze kasynka

777

no i ta modlitwa,

bo ciągle ją słyszę –

 

pobożne „skończyć remont”,

 

który wszyscy znamy:

na szybko i brzydko,

wieczny, co pochłania

 

 

…ale także przejmujące wiersze wprost dotykające relacji człowiek-zwierzę:

 

psia poduszka

 

kiedy przyjeżdżają goście, oblekam im psią poduszkę. nie mówiłam nikomu, myślałam sobie: po co? po co ktoś ma wiedzieć, że dwa psy spały, jadły, krwawiły, chorowały i zdechły, w tej samej pościeli, co ty teraz śpisz?

 

ale od dzisiaj chcę, żebyście wszyscy wiedzieli.

 

…czy uwagi o płci, przemocy i seksualności:

 

 

o tej miłości

 

Emilia nie mówiła wprost, na czym ma polegać pobyt do towarzystwa.

 

z jej słów, których dzisiaj nie pamiętam,

wynikało, że niekoniecznie musiało dojść do uprawiania seksu.

 

ja potraktowałam tę propozycję jako wyjazd,

gdzie mogłabym miło spędzić czas, a może i nawet zakochać się,

bo Emilia mówiła, ze to fajni mężczyźni.

pierwszego dnia przyszli, może dwóch czy trzech, w wieku ok. 30 lat,

urody południowoeuropejskiej.

 

odbyła się z ich udziałem zwykła impreza.

 

Jeśli chodzi o stopień przejrzystości czy raczej dostępności, wiersze Witkowskiej są bardzo zróżnicowane – zawsze jednak pozostawiają czytelnikowi jakiś konkretny, wyraźny punkt zaczepienia, punkt dostępu właśnie; słowo, frazę, dźwięk, który pozwala „zahaczyć się” w tekście i czytać go powoli, spokojnie, z pewnym minimum interpretacyjnego gruntu pod nogami. Na przeciwnym do przywołanych wyżej wierszy biegunie, przynajmniej jeśli chodzi o stopień złożoności i przejrzystości właśnie, znajduje się więc choćby surrealna miniatura „ustawa o bestiach”:

 

ustawa o bestiach

  

jestem posągiem, a będę zwierzęciem

 

leżę u sutka wielkiej niedźwiedzicy

za moim domem kiełkuje płomień

 

byłam zwierzęciem, a jestem posągiem

 

Nawet tu, w miniaturze tyleż obrazowej i plastycznej, co dziwnej i pozostawionej w stanie oczywistego niedopowiedzenia, czytelnik znajduje wspomniany punkt zaczepienia: tytuł wiersza, przywołujący na myśl (nie)sławny akt prawny z 2013 roku, mający ponoć chronić Polki i Polaków przed wyjątkowo groźnymi i niezrównoważonymi przestępcami, zwłaszcza sprawcami morderstw na tle seksualnym, poprzez ograniczenie/pozbawienie ich wolności już po odbyciu wyroku. Witkowska zwraca więc od razu uwagę na to, w jaki sposób wykorzystujemy „zwierzęce” skojarzenia i rejestry języka do demonizowania „wroga”, że nawet dziś mechanizmy dehumanizacji wiążą kwestie bezpieczeństwa i zagrożenia z osią ludzkie-zwierzęce; i rozbraja chociaż na chwilę te mechanizmy, mówiąc o przechodzeniu między „zwierzęcym” i „posągowym”, o powszechności „bestii” (powiedzielibyśmy może: bestii w nas, albo: bestii w każdym, gdyby nie ryzyko osunięcia się w komunał). A to wszystko bez wyzuwania wiersza z autentycznego niepokoju zwiastowanego przez „kiełkujący płomień”; wszak rozchwianie granicy ludzkie-nieludzkie, tak jak odnalezienie momentów prawdziwego życia pod upartą pozłotką spektaklu, niekoniecznie musi dostarczać nam poczucia bezpieczeństwa.

 

(Swoją subtelnością, nieoczywistością i oszczędnością wiersz Witkowskiej odróżnia się wyraźnie – i zdecydowanie in plus – od innego wiersza sprowokowanego tą samą „ustawą o bestiach”. Chodzi o zbudowany na bardzo prostym koncepcie „Układ rozkwitający” z ostatniej książki Jacka Podsiadły, który, mimo objętości około dziesięciokrotnie większej od utworu Witkowskiej, ostatecznie mówi nam tyle, że państwo, zwłaszcza państwo polskie, jest niefajne i do manipulacji skłonne. Kontrast między tanią satyrą Podsiadły a surrealną miniaturą Witkowskiej pokazuje dokładnie, dlaczego publicystyczny model zaangażowania jest ostatecznie w poezji mniej płodny, mniej ciekawy niż interwencje pogłębione, dalekosiężne i efektywnie korzystające z wierszowej formy. W tym porównaniu to Witkowska jest Darkiem Foksem, Podsiadło zaś Dominiką Dymińską.)

 

 

***

Wiersze Witkowskiej nastawione są na specyficznego rodzaju chwytliwośćrozumianą nie jako marketingowy zabieg (nie dałoby się z nich raczej zrobić piosenki ani okleić nimi w ramach jakiejś kampanii społecznej tramwaju), ale upartość krótkiej formy, która zostaje z czytelnikiem na długo po odłożeniu książki, wpleciona w inne, nielekturowe, codzienne czynności. I właśnie ta aforystyczna niemal chwytliwość naprowadza nas na wspomniany na początku klucz, trop wyjaśniający (choć trochę) osobność i wyjątkowość poezji Witkowskiej. Oszczędność, zwięzłość, minimalizm tych wierszy nie służą do wywołania takiego czy innego nastroju, nie zmierzają w stronę impresji; nie mają też na celu chwytania pojedynczego momentu czy czy pojedynczego przedmiotu, nie służą filozoficznemu namysłowi nad istotą rzeczy. To ani minimalizm haiku, ani minimalizm imagistów, ani minimalizm duchowo motywowanej zadumy nad rzeczywistością.

 

Językową ekonomię Witkowskiej motywuje i organizuje zamiast tego bardzo konkretny, namacalny odruch etyczny, chwilami balansujący otwarcie na krawędzi dydaktyzmu (by w porę się z tej krawędzi cofnąć). Krótkie formy z Lucyfer zwycięża nie mają charakteru, nazwijmy to, nastrojowo-afektywnego, nie są też próbkami wersyfikowanej ontologii; zamiast tego zadają każdorazowo prowokacyjne i praktyczne pytania o etyczność codziennych zachowań; robią to w sposób, owszem, językowo zniuansowany, złożony formalnie, ale jednocześnie bezpretensjonalny i dość bezpośredni. W niektórych punktach tomu – gdy Witkowska kończy na przykład wiersz frazą „od dzisiaj chcę, żebyście wszyscy wiedzieli” – odnieść można wrażenie, że w tekst wbudowany zostaje jakiegoś rodzaju prewencyjny mechanizm, głos niepozwalający czytelnikowi wykręcić się od niewygodnych pytań. Poetka wydaje się mówić właściwie wprost: tak, te wiersze mają konkretny przekaz; każdorazowo złożony, wielopoziomowy, nierzadko (celowo) skonfliktowany, niemal zawsze niepoddający się parafrazie – ale jednak uparcie obecny. Ich celem nie jest zapis doświadczenia czy momentu rzeczywistości, a zadanie konkretnych etycznie czy politycznie dociążonych pytań. Jawność owego etycznego odruchu bodaj najwyraźniej odróżnia minimalizm Witkowskiej od minimalizmu pokrewnych jej pokoleniowo i formalnie Julii Szychowiak czy Klary Nowakowskiej.

 

Spójrzmy na najbardziej bodajże eksplicytnie polityczny wiersz tomu, „kółko graniaste”:

 

kółko graniaste

 

łódź zatonęła koło Lampedusy.

śmialiśmy się: Łódź zatonęła? miasto?

 

my tu się śmiejemy, oni tam umierają.

 

więc co? mamy się nie śmiać?

kiedy się nie śmiejemy, to też umierają.

 

Temat jest tu jasny, cały wiersz pozostaje dość komunikatywny, a przy tym motywowany konkretnym, dającym się wskazać zdarzeniem. Znaczenie całości nie jest oczywiście ani proste, ani jednoznaczne – a i sam temat zmienia się jakby w trakcie wiersza, z komentarza o obojętności na los imigrantów zmieniając się w szerszą refleksję o nieadekwatności ironii i dowcipu, niewystarczalności języka, niezależności pewnych form przemocy od sposobów jej komunikacyjnego przetworzenia – ale na żadnym etapie nie znika poczucie, że wiersz jest głosem o konkretnej sprawie i w konkretnej sprawie, nie zaś prostą próbą wyrazu osobistego doświadczenia czy (jak chcieliby widzieć polityczność wiersza liberalni krytycy) zbitką skłaniających do refleksji słów, rzuconych na wiatr z oczekiwaniem, że kogoś do czegoś „poruszą” bądź wprawią czytelników w egzystencjalny dyskomfort. Witkowska wrzuca nas w środek trwającej już rozmowy, w przestrzeń naznaczoną z góry jakiegoś rodzaju komunikatywnością.

 

Jej wiersze są w dość widoczny sposób efektem konsekwentnego, odważnego przycinania zbędnych fraz, słów czy obrazów. Ale ani jeden utwór z Lucyfer zwycięża nie został przycięty po prostu do postaci konceptu, dowcipu czy gry słownej. Witkowska ma inne, poważniejsze priorytety – i nie znosi efekciarstwa.

 

***

Etyczno-polityczne wątpliwości, które podnosi poetka, związane są zwykle – w dużym skrócie – z naszym rozumieniem różnicy antropologicznej i idei wspólnoty w ogóle:

 

gniazdo ze śliny i gliny

  

tu nic nie jest moje

i wszystko jest moje

 

bo wszystko jest nasze

 

kim jesteśmy my?

 

a, tak sobie żeśmy

pogadali

 

Korzystając zazwyczaj z figury zwierzęcia (w różnych, nierzadko bardzo subtelnych postaciach) i – szerzej – tego, co naturalne czy uparcie wymykające się ludzkiej kontroli, Witkowska zadaje pytania o sens wymyślania przez ludzi własnej odrębności (od przyrody, od siebie nawzajem), a może raczej: o trwałość oraz zakres tej odrębności:

 

Dżony się podpisał na kurzu

 

na różowym tle

o ósmej zero dwie

szynka wieprzowa

tańsza aż o

jeden i pół złotego

 

idą sobie ludzie

po kostce Bauma

z jednej strony pole

a w oddali góry

z drugiej strony droga

a za drogą billboard

 

nad nimi wielkie brzozy

nad nimi wielkie topole

 

Znów, jak w wypadku „ustawy o bestiach”, Witkowska nie ucieka od tropów skądinąd znanych – gwieździste niebo, majestatyczne „wielkie” drzewa – ale osadza je w nieoczywistej konwencji.

 

Zaznaczmy może, że żaden wiersz z Lucyfer zwycięża nie jest po prostu „rozważaniami nad człowieczeństwem” czy „rozważaniami o naturze”. Poszczególne utwory przekazują zazwyczaj jedno konkretne pytanie, albo uwagę, albo jedno wrażenie czy krótki dyskomfort: można czytać je osobno, ale dopiero z dłuższych przebiegów wyłania się coś w rodzaju „stanowiska” poetki.

 

Tym niemniej już po krótkiej lekturze widać, że liczba mnoga interesuje Witkowską zdecydowanie bardziej niż pojedyncza. Na pewnym poziomie sam ten rozkład akcentów wywraca na nice czytelnicze oczekiwania związane z małą, oszczędną formą wierszową: nie znajdziemy tu prawie wcale kojarzonych z taką formą medytacyjnych rozważań o jaźni i autonomii jakiegoś „ja”. Pojedyncze „ja” – nawet „ja” rozproszone, mobilne, niestabilne czy nomadyczne – nieszczególnie poetkę interesuje, sam temat „ja” nie zajmuje w Lucyfer zwycięża istotnego miejsca, i choćby w tym sensie Witkowska nie wpisuje się, na przykład, w linię Miłobędzkiej. Dużo istotniejszą inspiracją wydaje się (sugerowany zresztą blurbem) Marcin Sendecki.

 

Jeśli znakiem rozpoznawczym Witkowskiej jest językowa oszczędność, faktyczną zaś podstawą odrębności jej głosu wspomniana jawność etycznego odruchu, to obie te cechy nabierają sensu i kształtu dopiero w zestawieniu z owym otwarcie zadeklarowanym désintéressement kwestiami jaźni i abstrakcyjnie rozumianej podmiotowości. Na poziomie afektywnym strategia ta przybiera postać antyliryzmu – Witkowska nie tylko unika autokreacji i nie pozwala czytać się w kluczu quasi-biograficznym, co w ogóle wzbrania się przed poleganiem na nastrojach, przed intymnością dla intymności i osobistą, „doświaczeniową” perspektywą jako prostym narzędziem uwiarygodnienia wiersza. Nie znaczy to, że nie mówi z perspektywy głęboko personalnej, ale perspektywa ta nigdy nie stanowi punktu dojścia:

 

mistrzów świata uprasza się o spokój

 

miłość, kurwa! a mi się pies dzisiaj popłakał pod sklepem i próbował umrzeć;

moja głowa była pełna szumu, niczym wnętrze muszli.

a potem widziałam pana, który krzyknął: cham!

i zatrzepotał rękami jak ptak a następnie przyjrzał się pustej ulicy: czy ktoś

widział

nikt nie widział, powiedziałam – ja, która

widziałam.

 

Otwierające wiersz „miłość, kurwa!” brzmi naraz przejmująco i niemal kpiarsko; przede wszystkim jednak sugeruje swoją dosadnością, że to, co w tekście osobiste, jakkolwiek potrzebne jako punkt zaczepienia, będzie ostatecznie tylko powodem, początkiem ciągu zdarzeń (i tak faktycznie się staje). Ukryte w wierszu zostaje proste, ale kluczowe dla Witkowskiej wezwanie: nie przemilczać tego, co intymne, afektywne czy doświadczeniowe, ale zawsze wykraczać poza.

 

***

Jednak jeszcze ważniejsza od miękkiego antyliryzmu Witkowskiej jest jej – nazwijmy to roboczo – antyplemienność. Zajmuje się bowiem najchętniej tematami, które łatwo byłoby – zwłaszcza w poezji, z zasady sprzyjającej trybowi anegdotyczno-personalnemu czy doświadczeniowemu – połączyć z ulubionymi tematami współczesnej polityki tożsamościowej; pisze o różnicy płciowej i współczesnej seksualności, o stosunku do narodu i imigrantów, o relacjach zwierzęce-ludzkie i niewystarczalności historycznej koncepcji człowieczeństwa. Ale poetka zręcznie unika afiliowania się przy jakiejkolwiek pojedynczej sprawie, ruchu czy tożsamości, umiejętnie – bez ironii, ale i bez patosu – zmierzając w stronę pytań najpoważniejszych i w najprostszym sensie uniwersalnych:

 

nieplanowany postój w ustronnym miejscu

 

Warszawa je konfetti

kobiety na klatce krzyczą

 

często śni mi się

jeden stopień w dół

 

czy cichy narcyzm niszczy to

co jest dobre w człowieku?

 

co jest dobre w człowieku?

 

Puenta tego wiersza to charakterystyczny dla Witkowskiej zabieg: podważenie perspektywy antropocentrycznej idzie tu ręka w rękę z bardzo konkretnym, prostym, niemal naiwnie praktycznym pytaniem o „bycie dobrym człowiekiem”; a wszystko to w najbardziej codziennej z sytuacji.

 

Gdyby nie to, że poetce bliska jest perspektywa nie- czy postantropocentryczna, moglibyśmy może powiedzieć wręcz, że jej wiersze są głęboko (w pozytywnym sensie) humanistyczne; w tej konkretnej sytuacji może należałoby zamiast tego zauważyć, że poezję Witkowskiej interesuje życie jako takie, wspólnoty najszersze i najbardziej otwarte, przekraczające każdą konkretną tożsamość.

 

Witkowska nigdy nie piętnuje więc i nie gani, mimo przyjmowania momentami dydaktycznej niemalże pozy; jej nastawienie tak do czytelnika, jak i przechodniów zamieszkujących wiersz wydaje się mieszanką programowej neutralności antropologa i fundamentalnej życzliwości wobec świata. Jej wiersze nie wspierają więc i nie celebrują żadnej konkretnej kulturowo-społecznej tożsamości, ale żadnej tez ostatecznie nie piętnują i nie atakują. Zachowania i relacje wydają się obchodzić Witkowską dużo bardziej niż doświadczenia i tożsamości.

 

Intymność i cielesność (czy sensualność), którymi niemal stale podszyte są wiersze Witkowskiej, nie zostają postawione przez poetkę w opozycji do myślenia owymi wspólnotami najszerszymi i najbardziej inkluzywnymi; przeciwnie, stają się warunkiem takiego myślenia. „Prawdziwego Polaka” z wiersza „dobry, łagodny, piękny boże” znajdujemy więc na przykład w sytuacji zupełnego odsłonięcia i (nad)wrażliwości, w momencie snu – i przez ten sen, konkretnie „sen o tygrysie” dostrzegamy, a następnie przekraczamy granice jego symbolicznie dociążonej, tradycyjnie agresywnej tożsamości. To trop może nienowy, ale bardzo skuteczny. W pewnym sensie Witkowska wymyśla intymność dla tych, którzy w wąskich, plemiennych kategoriach współczesnej polityki tożsamościowej zamykać się nie chcą. Dopełnia ją zaś wzniosłość, niezgoda na ironię jako domyślną postawę poetki współczesnej.

 

Antyplemienność Witkowskiej ma bardzo konkretny, techniczny wpływ na lekturę Lucyfer zwycięża, w zupełnie dosłownym sensie nie pozwala bowiem jasno nazwać czy przyszpilić tego, kto mówi – jednoznacznie powiązać wierszowych pytań, dylematów i prowokacji z taką czy inną maską, tropem, archetypem – a przez to uniemożliwia zredukowanie zaangażowania poetki do jakiejkolwiek pojedynczej politycznej debaty czy walki. Owszem, Lucyfer zwycięża upomina się między innymi o perspektywę zwierzęcą, jest głosem otwarcie pro-imigranckim, występuje przeciwko genderowym uprzedzeniom, ale wszystkie te kwestie przedstawia jako sprawy życia samego, życia „w ogóle”. Poza antropologiczną wrażliwością wchodzi tu w grę poszukiwanie takiego sposobu wprowadzenia do wiersza cudzego głosu czy cudzej perspektywy, który nie byłby ani instrumentalizujący (na zasadzie sprowadzenia czyjegoś głosu do maski), ani opisowy (w sensie protekcjonalnego „pochylania się” nad cudzymi problemami), ani performatywny w sensie częściowego czy całościowego utożsamienia (gdzie poetka „wcielałaby się” w ofiary opresji lub mówiła o własnym doświadczeniu). Efektem tych poszukiwań są niesamowicie skondensowane wiersze, w których mówi się naraz o osobności zwierząt i o pozorności tej osobności, o pokrewieństwach i różnicach, spontanicznych zachowaniach życia samego i o bardzo konkretnych (ludzkich?) obawach:

 

Janusz

  

nie dałby wam się pogłaskać, o nie.

można go tylko podziwiać z daleka.

 

ucieka, czy atakuje?

ucieka.

ale lubię mówić,

że atakuje.

 

Zaczyna się od swego rodzaju antropomorfizacji, ale antropomorfizacji miękkiej czy niedopowiedzianej; nie wiadomo bowiem nie tylko, kto jest „bohaterem” (pies? inne zwierzę? czy jednak Janusz-człowiek?), ale i czy jego usposobienie („niegłaskalność”, chęć bycia podziwianym) są raczej ludzkie, czy zwierzęce. Pytanie „ucieka czy atakuje?” jest w tym momencie oczywiście komentarzem na temat naszych uprzedzeń wobec tego, co zwierzęce (czy – szerzej – nieludzkie), na temat utrwalających antropocentryczne status quo uproszczeń, ale również sugestią, że sami jesteśmy skłonni działać w ramach tej sztywnej opozycji (atak-ucieczka). Kiedy poetka kończy słowami „ucieka. / ale lubię mówić, / że atakuje.”, na moment zachowanie zwierzęcia (które ucieka), odruch człowieka (który woli mówić, że „atakuje”), chęć podważenia różnicy między nimi (przez otwarte kłamstwo), a także czysta potrzeba prowokacji oraz pragnienie zachowanie miejsca dla nieludzkiej agencji (tak, by człowiek – uprzedzony, że zwierzę „atakuje” – nie zmniejszał wspomnianego wcześniej „dystansu” i nie zmuszał do „ucieczki”) zlewają się w jedno.

 

To może dziwne skojarzenie, ale konstrukcja niektórych wierszy Witkowskiej – „Janusz” będzie tu przykładem – wydaje się w jakimś sensie, nazwijmy to roboczo, quasi-pantumowa (chociaż pantumów poetka oczywiście nie pisze). Chodzi o wrażenie zazębiania się czy nakładania kolejnych partii utworu, tak jakby drugi wers był końcem jednej opowieści i zarazem otwarciem opowieści nowej, by na końcu spiąć wszystko w jedną metanarrację. Witkowska nie zrywa w Lucyfer zwycięża – poza jednym graficznym eksperymentem – z linearnością wiersza; ale maksymalnie ową linearność wykorzystuje.

 

A jednocześnie przecież – zero formalnej ostentacji, zero efekciarstwa, Witkowska nie opiera się nawet na jakimś chwytliwym skojarzeniu czy grze słownej; nie chodzi o to – jak w wypadku wielu współczesnych eksperymentatorów i samozwańczych dziedziców awangardy – by wiersz miał jak najwięcej znaczeń, by po prostu pomnożyć tropy i złożyć zgrabną zabawkę w ręce profesjonalnych interpretatorów. Z „Janusza” wyłowić można dużo, ale widać, że ten wiersz zaczepiony jest w konkretnej sytuacji i że jego znaczenie jest niejako skończone, że stara się powiedzieć określoną „rzecz”. To trudne do opisania wrażenie, ale powiedzmy może tak: każdy wiersz Witkowskiej wydaje się zbudowany od podstaw, bez chodzenia na skróty, a poetka na drodze cięć i redukcji odławia z rzeczywistości nie to, co w oczywisty sposób chwytliwe czy zabawne czy otwierające pole do interpretacji, ale to, czego wagę jest w stanie udowodnić przy pomocy wiersza. Twórczość Witkowskiej to antyteza artystowskiego bełkotu.

 

Co do zwierzęcia, to można by może powiedzieć, że jest ono dla Witkowskiej tym, czym była gramatyka dla Tomka Pułki; albo przypomnieć słowa Szczepana Kopyta o tym, że „kto rozwikła zwierzę, ten rozwikła przemoc”. Klucz – do wszystkiego – jeśli w ogóle jest, jest właśnie w zwierzęciu. Jednocześnie w swoim antropologicznym zacięciu autorka Lucyfer zwycięża objawia zupełnie zaskakujące podobieństwo z (kompletnie różnym od niej pod wieloma względami) Przemysławem Owczarkiem.

 

***

Samo uniwersalizowanie nie byłoby zaś możliwe, gdyby nie docenienie przez Witkowską uniwersalizującej funkcji poetyckiej dziwności. Rozchwianie granicy między człowiekiem a zwierzęciem opiera się na momentach nagłego odrealnienia; te same momenty pozwalają poetce uniknąć prostej odpowiedzi na pytanie o perspektywę czy osobę tego, kto mówi w wierszu. Dziwność, czy też poczucie nierealności otoczenia, przytrafia się każdemu, wszędzie, ciągle; u Witkowskiej staje się jakby nośnikiem, który pozwala przeczuwane tylko przez czytelnika głęboko osobiste biograficzne wątki (jak w „moim marzeniem było przenieść rzekę”) przekształcić w opowieść dostępną i czytelną dla niewtajemniczonych. Sny o tygrysach, przechodzień zmieniający się na mgnienie oka w ptaka, płomień kiełkujący za domem – wszystko to ma na celu nie tyle wyrwać wiersz z codziennej językowej monotonii, co wyrównać pole rozmowy, „wyczyścić” je z uprzedzeń i przedzałożeń.

 

 

***

Podbudowujące wiersze Witkowskiej połączenie minimalizmu, uniwersalizmu, antyliryzmu, lekkiego czy miękkiego dydaktyzmu i nastawienia na dziwność okazuje się szalenie efektywne, a przy tym w jakiś sposób niedzisiejsze, jakby przychodzące z innego porządku – gdzie nie ceni się autokreacji i samozwrotności wiersza, nie pisze się w imię konkretnej grupowej tożsamości czy dla wyrażenia jakiegoś doświadczenia, a jednocześnie nie ucieka się od zaangażowania i nie wpada w panikę na myśl o tym, że wiersz wyraża jakiś konkretny etyczny sąd. Tytuł książki, Lucyfer zwycięża, w swojej lekko anachronicznej jakby wzniosłości również od wrażenia pewnej niedzisiejszości nie ucieka – raczej przeciwnie. Witkowska zręcznie wymyka się tym, którzy możliwości literackiego zaangażowania chcieliby zredukować do opozycji poezji „wysokiej” i publicystycznej.

 

W tym anachronizmie Witkowskiej nie chodzi, jak się zdaje, o konwencję i stylizację, a raczej – ponownie – o celowo wyakcentowaną obojętność. Witkowska wydaje się głęboko niezainteresowana „aktualnością” wiersza jako wartością samą w sobie; nie znaczy to, że nie jest nowatorska i oryginalna (bo jest), ale że jej wiersze mają inne priorytety niż dowodzenie własnej bieżącej przydatności. Ta ostatnia przychodzi jakby po drodze, mimochodem; oszczędna poezja Witkowskiej, stanowiąca dość ewidentnie rezultat wielokrotnego, metodycznego, konsekwentnego przycinania językowych nadmiarów, nie znosi otwartych prowokacji ani publicystycznego tonu (ten ostatni traktuje najwyżej jako impuls, materiał do przetworzenia). Nie jest też, co ciekawe, prawie nigdy autotematyczna; podobnie jak formalna czy stylistyczna ostentacja, autotematyczność odwracałaby uwagę czytelnika od tego, że wiersz każdorazowo ma do powiedzenia jakąś całkiem konkretną rzecz. Witkowska „przycina” eksperymentatorskie i publicystyczne ambicje wiersza tak samo jak zbędne frazy; to odważne, brawurowe wręcz przedsięwzięcie, przeprowadzone konsekwentnie i z niezwykłą językową sprawnością.

 

Pewną „niedzisiejszość” tytułu czy niektórych autorskich zabiegów można więc potraktować jako tezę z obszaru ekonomii języka: próba powiedzenia czegoś o życiu pod wszystkimi przygodnymi naleciałościami wymaga wielopoziomowej redukcji – objętości, formy, podmiotu, tożsamości. Zanim wiersz będzie mógł skomentować to, co pojedyncze, należy poszukać tego, co wspólne; mówiąc o życiu konkretnym, powinien mówić o życiu w ogóle.

 

Połączenie pewnej nieprzystawalności z wyrazistością etycznego odruchu i daleko idącą, przekładającą się w widoczny sposób na kształt konkretnych wierszy odwagą, to wielka zaleta poezji Witkowskiej. Niełatwo się o niej mówi (i pisze), ale przeczytać koniecznie trzeba. Już na etapie drugiej książki autorka Lucyfer zwycięża jest jednym z najistotniejszych, najdonośniejszych, najciekawszych głosów we współczesnej polskiej poezji.

Share This