A że praca była ostra

i częściowo za darmochę,

droga wyszła całkiem prosta,

tylko – wyboista trochę…

Wojciech Młynarski

  • Facebook
  • Twitter

Ta recenzja – a w zasadzie sama książka Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego (Nasz mały PRL, Kraków 2012) – mogłaby nosić wiele tytułów. „Histeria jako metoda socjologiczno-antropologiczna”; „(Re)sentyment: zrób to sam”; „Studium gatunkowe osób żyjących za płacę minimalną”; „Średniozamożni Polacy patrzą na PRL”. Niezdrową ekscytacją (i emocjonalnym rozchwianiem), a także oderwaniem od rzeczywistości autorów – dla których traumatycznym przeżyciem jest przestawienie się z sushi na bitki wołowe – można by w zasadzie obdzielić całą serię reportaży.

Trzeba bowiem od razu zaznaczyć: ze strony Meyzy i Szabłowskiego nie ma tu wiele ironii. „Eksperyment” z odtworzeniem rzeczywistości PRL-u w środku współczesnej Warszawy1 opiera się, przykładowo, na pytaniu Bogu ducha winnych przechodniów o to, gdzie można kupić papier toaletowy (i dziwieniu się, że patrzą jak na wariata). Masa nawyków i codziennych czynności, których autorzy uczą się dzięki „podróży w czasie” – od zwyczajów żywieniowych (wspomniane bitki), przez techniki naprawy sprzętów domowych, aż po poruszanie się po mieście i kraju bez samochodu – definiuje zupełnie współczesną sytuację wielodzietnych rodzin, migrantów ze wsi do miasta, studentów z mniej zamożnych rodzin, etc. Jest po stronie czytelnika – nawet nienależącego do żadnej z powyższych grup – jakiś dysonans, gdy dowiaduje się, że używanie mydła „Biały Jeleń” czyni go w oczach Meyzy i Szabłowskiego reliktem poprzedniego porządku.

Histeryczny czy może paranoiczny wręcz wymiar „odtwarzania historycznych realiów” (które dla wielu nie są wcale historyczne) nieświadomie chyba wyostrzyli Anna Wieczór-Bluszcz i Przemysław Bluszcz, czytający fragmenty Naszego małego PRL-u dla radiowej „Trójki”. W tonie nabożnego przejęcia, ogólnego rozemocjonowania i, równocześnie, głębokiej zadumy (nad surowymi warunkami codziennego życia w socjalizmie) aktorzy przeczytali hurtem, jak leci, wszystko – włącznie z tymi fragmentami, które nawet nieszczególnie życzliwy czytelnik (jak ja) uznałby jednak za podszyte żartem czy śladową ironią. Jakkolwiek oparte na nadinterpretacji, to quasi-słuchowisko wspaniale „wyciągnęło” z narratorów Naszego małego PRL-u ich ukrytą, właściwą naturę: bohaterów Zdeptanego kwiatuszka Ronalda Firbanka.

***

Zostawmy jednak i kontekst kampowy, i kwestię alternatywnych tytułów. Ten, który ostatecznie widnieje na okładce, mówi równie dużo.

„Nasz mały PRL” – „PRL na swoim”, chciałoby się powiedzieć. PRL bez ryzyka, PRL jako dietetyczna cola (nawiązując do popularnego przykładu Žižka), PRL wyabstrahowany ze wszystkiego: kontekstów politycznych, społecznych, gospodarczych. Z kontekstu historycznego zostaje przepakowywanie kremu Nivea z niebieskiego do białego opakowania (albo odwrotnie – w każdym razie kolor zmienił się jakoś między rokiem 1981, w który „przenoszą się” bohaterowie, a 2012). Z kontekstów kulturowych zostały plakaty wywieszone przez Meyzę i Szabłowskiego na ścianie (naraz opozycyjne i PZPR-owskie – bo to takie ironiczne). Nade wszystko to jednak PRL wyabstrahowany z jakichkolwiek głębszych społecznych relacji. Owszem, Meyza i Szabłowski chodzą po sąsiadach „po szklankę cukru”, narzekają w taksówkach i w kolejkach (bo w PRL-u „na wszystko się narzekało”) i szukają w swojej okolicy upierdliwych sklepowych rodem z poprzedniej epoki – ale w eksperymencie świadomie biorą udział tylko autorzy reportażu. Nie ma tu próby zrozumienia przyczyn takich czy innych relacji międzyludzkich, bardziej złożonych zjawisk społecznych – wszystko podporządkowane jest odtworzeniu i przeżyciu jakiejś określonej sytuacji, jakiegoś powierzchownego zachowania, a analizie podlegają potem tylko odczucia Meyzy i Szabłowskiego (jak to jest chodzić z wąsem / z natapirowanymi włosami). „Nasz mały PRL” to PRL dla zabawy, zamknięty w ściśle określonych ramach, cały czas pod kontrolą. Nie łudźmy się – „risercz” w postaci rozmów z kilkorgiem znajomych ekspertów od epoki służy tylko usprawiedliwieniu grzesznej (by nie powiedzieć: perwersyjnej) przyjemności obojga eksperymentatorów.

Z podróży w czasie nie wynika bowiem nic, co poszerzałoby w jakikolwiek sposób perspektywę czy wiedzę średnio rozgarniętego, wychowanego w Polsce czytelnika (może nie dla niego jest ta książka?). Reportaż oparty jest na bez reszty banalnej opozycji: w kapitalizmie mamy więcej i lepiej, ale straciliśmy część tego pierwotnego międzyludzkiego ciepła, które mieliśmy „w socjalizmie”. Szabłowski bystro zestawia tę sytuację ze swoimi wspomnieniami z wizyty na Kubie: „Pod koniec podróży jechaliśmy przez małe wioski niedaleko Matanzas. W centrum każdej z nich stała świetlica, w niej – telewizor. Ktoś oglądał, ktoś nie oglądał, ale i tak cała wieś tam siedziała. Jedni pili rum, inni gadali, ktoś kopał piłkę, ktoś inny opowiadał kawały. Cała wieś – razem”. Kapitalizm nie jest tak „swojski”, tak „nasz”, nie robi się od niego tak ciepło na sercu.

Długo obracając opozycją „miły socjalizm” – „dostatni kapitalizm”, Meyzie i Szabłowskiemu udaje się też zahaczyć o pojęcie zaradności. Na pytanie „co straciliśmy w transformacji?” autorzy odpowiadają słowami jednego ze swoich rozmówców: „To, co straciliśmy po PRL-u, to zaradność”. Oczywiście, w pierwszej kolejności chodzi o to, że nie każdy „pan domu” potrafi dziś naprawić pralkę, że nie radzimy sobie bez pomocy (rzekomo dawniej zbędnych) fachowców, że nie potrafimy na co dzień improwizować, sprawnie rozwiązywać drobnych, codziennych problemów. „Nasz mały PRL” wpisuje się jednak w niezamierzony sposób w popularną, zakorzenioną w neoliberalnej wizji świata retorykę „zaradności i niezaradności”, która każe wierzyć, że po 1989 nagle przybyło w Polsce kilkanaście procent „niezaradnych”, niezdolnych na przykład do znalezienia pracy. Stężenie myślenia magicznego jest zatrważające zarówno w polskiej debacie publicznej, jak i w „rozmyślaniach” Meyzy i Szabłowskiego. Ten PRL – „nasz mały” – jest jak tymczasowe mieszkanie autorów na Ursynowie, jak założenia ich eksperymentu, jak ich pomysł na reportaż, wreszcie – jak horyzonty intelektualne, które proponują w książce: ciasny, ale własny.

Decyzja o „wybraniu się do PRL-u” na pół roku jest dla Meyzy i Szabłowskiego niczym decyzja o wyjeździe na wakacje – może nie do egipskiego kurortu, ale gdzieś na Bałkany, bo tak jest, jak wiadomo, bardziej autentycznie. Trochę „szaleństwa” wbitego klinem w mieszczańską codzienność, podbudowanego właśnie pragnieniem autentyzmu, obudowanego ideą „eksperymentu”, która usprawiedliwia ekscentryczne wybryki. Nic dziwnego, że samo życie w PRL-u jawi się nie jako pochodna różnych czynników socjoekonomicznych, głębszych kontekstów politycznych i historycznych – jako rzeczywistość, w której rozgrywa się żywa codzienność konkretnych ludzi, ich ambicje, plany, dramaty, życiowe wybory – ale jako pewien styl życia, logistyczne wyzwanie i odskocznia od mieszczańskiej codzienności. Autorzy Naszego małego PRL-u kapitulują zresztą dwukrotnie, dwa razy uciekają „w kapitalizm” – raz na płaszczyźnie zawodowej (gdy Szabłowski odkrywa, że kiepsko mu idzie pisanie artykułów na maszynie)2, raz na płaszczyźnie rodzinnej (gdy Meyza zachodzi w ciążę i stwierdza – skądinąd bardzo słusznie – że nie będzie dla „doświadczenia” narażać zdrowia dziecka). Trudno ich za to winić; te momenty świadczą nie tyle o braku konsekwencji, co o tym, że zamierzonego przez nich eksperymentu po prostu nie da się wiarygodnie i konsekwentnie przeprowadzić.

W jakimś sensie Meyza i Szabłowski przenoszą na grunt literatury pewien rodzaj myślenia o PRL-u, dla którego najbardziej symptomatyczne są powstające w centrach dużych miast bary, kluby i restauracje „stylizowane” na PRL – albo przeznaczone dla zagranicznych turystów wycieczki „śladami PRL-u”, na które jedzie się autentycznym Ikarusem, a jednym z punktów programu są odwiedziny w mieszkaniu urządzonym „na lata siedemdziesiąte/osiemdziesiąte”.

Jednocześnie w Naszym mały PRL-u są momenty autentycznie zabawne – wtedy, kiedy autorzy osuwają się w niezamierzony slapstick. Właśnie o slapstick, nie o groteskę tu chodzi – bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy Meyza i Szabłowski jadą na wakacje i nie mogą znaleźć w środku lasu kurortu, w którym planowali się zatrzymać… by dopiero wtedy zorientować się, że mapa sprzed 30 lat może być boleśnie nieaktualna. Albo sytuacja następująca – bohaterom brakuje kawy, takiej prawdziwej, „mocnej, pachnącej, stawiającej na nogi”; do wyboru jest oczywiście kultowa Inka, ale też pewien oryginał z epoki: „Mamy też kawę Select, opakowany na zielono produkt Spółdzielni Spożywców Społem. Ale to trzydziestopięcioletni oryginał. Witek jedną taką wypił i potem bolał go brzuch”.

Pytanie brzmi oczywiście, czy autorzy skusiliby się na kawę Select w imię autentyzmu, gdyby zielona była zawartość, a nie opakowanie. Boję się odpowiedzi.

Z powyższym wiąże się zresztą inna, bardziej znacząca wpadka pisarskiego duetu. Meyza opisuje, jak wyglądały ich zwyczaje związane z kawą „w kapitalizmie”: „W kapitalizmie, kiedy na kawie nie musieliśmy oszczędzać, ja piłam latte z puszystą pianką. Witek – podwójne espresso parzone z wykwintnych ziaren gatunku Arabica”. Nie wiem, czy tę ostatnią frazę autorka przejęła z telewizyjnej reklamy Tchibo, czy wymyśliła ją sama; w każdym razie Meyzy i Szabłowskiego nie stać nawet na wiarygodny snobizm – trwają w zawieszeniu między groteską i slapstickiem, między przerażającą wizją szarego mydła i wołowych bitek a pozą konesera, który zachwyca się beajoulais nouveau w grudniu.

Jakiś czas temu Jakub Majmurek, recenzując film „80 milionów” – i wystawiając dziełu Waldemara Krzystka raczej negatywną ocenę – bardzo rozsądnie zauważył, że „nie od każdego filmu można oczekiwać, by podejmował historiozoficzną refleksję na miarę arcydzieł Szkoły Polskiej czy Viscontiego”. I że Krzystka można bronić, że może się podobać, że dla takiego familijno-przygodowego kina powinno być w polskiej kinematografii miejsce – po prostu trudno czerpać z tego oglądania frajdę, gdy wiadomo, że temat nie został jeszcze w ogóle omówiony „na poważnie”. Tę uwagę można z pewnymi zastrzeżeniami przenieść na grunt współczesnej polskiej prozy; chciałbym, żeby Nasz mały PRL dało się czytać jako lekką prozę, z przymrużeniem oka patrząc na jego rzekomo „reportażowy” czy „socjologiczny” wymiar. Wtedy można by się skupić na innych słabych punktach tej książki – na przynudzaniu, miałkim poczuciu humoru, zbędnych powtórzeniach (tez i spostrzeżeń), irytujących manierach językowych. Ale zanim wejdziemy na ten poziom, trzeba pokazać, że Nasz mały PRL nie spełnia złożonej czytelnikom obietnicy3 ; i że w książkowym mainstreamie brakuje ciągle pozycji podejmujących temat bardziej rzetelnie4.

Jakiś zalążek refleksji nad „właściwym” (a nie „naszym małym”) PRL-em pojawia się w książce w zasadzie tylko raz, gdy Szabłowski zauważa, że walka Solidarności była również „batalią o język”. Krótki cytat z Kapuścińskiego wyczerpuje jednak najwyraźniej temat; na tej samej stronie znajdujemy zaś pamiątkowe zdjęcie autora zrobione w najprawdziwszym barze mlecznym.

Poza tym jednym razem, zawsze, kiedy w książce pojawiają się wątki pozwalające na głębsze zastanowienie nad historią Polski czy szeroko rozumianą współczesną kondycją ludzką, kończy się tragicznie bądź żenująco. Co z tego, że Meyza i Szabłowski zahaczają o problemy związane z zatarciem podziału na czas pracy i czas wolny, z rozpraszaniem uwagi przez media i portale społecznościowe, z byciem stale „podpiętym” do Sieci – jeśli źródłem wszystkich tych problemów jest dla nich po prostu przywiązanie do telefonów komórkowych i powszechny dostęp do Internetu?

***

Podczas gdy prawica kłóci się z lewicą o ocenę rządów Gierka (zob. np. zamieszanie wokół Niezbędnika historycznego lewicy wydanego przez SLD), w głównym nurcie wydawniczego obiegu – z blurbem sklejonym z wypowiedzi Wojciecha Orlińskiego, Marcina Mellera, Joanny Szczepkowskiej i Sylwii Chutnik – ukazuje się książka, która prezentuje perspektywę nie tyle przekraczającą ramy tej dyskusji, co ignorującą w ogóle jej istnienie czy samą możliwość takiej debaty5. Jak bowiem polemizować z tym, że Meyza i Szabłowski poczuli się w określony sposób w swoim małym PRL-u? Można im wytknąć, że pół roku dobrowolnego odcięcia od Internetu i przełożenie kremu Nivea do innego opakowania nie pozwala zrekonstruować życia w latach osiemdziesiątych; ale z jednej strony to beznadziejnie oczywiste, z drugiej zaś – jak udowodnić komuś, że czuje się inaczej niż ludzie żyjący w określonym czasie, w określonym porządku, w określonym miejscu? Co – i po co – tu w ogóle udowadniać, z kim się kłócić i o co? Jaki krytyczny potencjał może mieć książka, w której można tylko wytykać błędy autorowi? I czym w zasadzie są te błędy, jeśli nie chodzi tu o antropologiczną czy socjologiczną analizę, ale o wrażenia ludzi decydujących się na określony „styl życia”?

Bowiem Nasz mały PRL to jednocześnie literacko-dziennikarska realizacja pewnych założeń, które towarzyszą nam na co dzień w debacie publicznej (a także w wielu nurtach współczesnej humanistyki); założeń, wedle których najlepszym sposobem na zrozumienie zjawiska społecznego (kulturowego, historycznego) jest jego indywidualne, jednostkowe „doświadczenie”. Z tyłu okładki odnajdujemy pytanie fundamentalne: „Po co to wszystko?”. I odpowiedź: „Autorzy doświadczyli, czym różni się współczesne życie od tego sprzed trzech dekad. Zabrali nas w sentymentalną podróż, przyjrzeli się absurdom PRL-u, ale przede wszystkim szukali odpowiedzi na pytanie, czy dziś żyje nam się lepiej”. Gdyby ta książka miała naprawdę odpowiedzieć na pytanie „czy dziś żyje nam się lepiej”, to wypadłaby żenująco słabo: „no, w sumie tak, oczywiście, wszyscy to wiemy, ale nie w każdej dziedzinie, czasem nie do końca, więc tak, ale nie, ale nie wiem”. Istotniejsze wydaje się więc to, że książka daje wyraz pewnemu doświadczeniu. Jeśli Nasz mały PRL cokolwiek wnosi, ma jakiekolwiek znaczenie, to tylko na poziomie założeń; o tyle tylko, o ile próbuje – podpierając się chwytliwymi hasłami, obietnicą autentyzmu i całą machiną promocyjną – zmienić paradygmat, przesunąć perspektywę, z jakiej patrzymy na problemy życia społecznego, historii, zbiorowej pamięci. Hasłem Meyzy i Szabłowskiego nie jest już „nie wystarczy zrozumieć, trzeba przeżyć”, ale „nie trzeba zrozumieć, wystarczy przeżyć”. W takich warunkach – jak starałem się pokazać wyżej – niemożliwa jest debata, niemożliwe jest zadawanie pytań, a wyartykułowanie jakiejkolwiek interpretacji (choćby najbardziej osobistej, prywatnej i doraźnej) wydaje się zadaniem równie żmudnym i bezcelowym co dobrnięcie do końca lektury.

Nie z postpolitycznością mamy tutaj jednak do czynienia, a z postliterackością – nieistotna okazuje się zarówno literacka forma reportażu6, jak i krytyczny, dialogiczny oraz polemiczny potencjał tekstu, jego dyskusyjność, jego ideowość. Nasz mały PRL to książka, w której istotne jest tylko źródłowe doświadczenie – przeżycie (sztucznie zresztą wykreowane), które skłoniło autorów do jej napisania; opis tegoż – wyraz, artykulacja, przekaz – są bez znaczenia. Innymi słowy: to książka, w której ważne jest tylko to, co było przed książką. Po co ją w takim razie pisać?

Możesz się wykąpać, ale możesz się nie kąpać, możesz włożyć spodnie, możesz ich nie wkładać, możesz iść zagłosować, możesz nigdzie nie wychodzić, możesz przeczytać książkę albo obejrzeć program w telewizji, ale równie dobrze możesz jej wcale nie włączać, możesz posiedzieć z dzieckiem, ale możesz też postać, możesz wejść, wyjść, wybrać sobie męża, żonę, płeć, wziąć psa ze schroniska, iść na mecz, do kolegi, na kawę, na spacer – ale równie dobrze możesz nigdzie nie chodzić, możesz być buddystą, baptystą, świadkiem Jehowy, sufim – ale możesz też po prostu spróbować być sobą. 

Wolność.

W sumie – nic wielkiego.

…Chryste Panie.

 

  1. Takie jest podstawowe założenie książki – ze względu na to, że było ono wielokrotnie omawiane w różnych mediach, nie opisuję go tu szczegółowo; odsyłam czytelnika np. do wywiadu z autorami na Onet.pl (http://kultura.onet.pl/ksiazki/literatura/szablowski-i-meyza-nie-chodzilo-nam-o-przebieranke,1,5246140,artykul.html, data dostępu: 5 kwietnia 2013). W skrócie: duet Meyza-Szabłowski (przedstawiciele roczników 80.) chce – w ramach reportażu i swoistego socjologiczno-antropologicznego eksperymentu – przez pół roku żyć na Ursynowie „jak w 1981 w Polsce”. []
  2. Jednym z najciekawszych miejsc książki jest fragment, w którym Szabłowski pozwala na wgląd w dziennikarski warsztat reportażysty „Gazety Wyborczej”:  „W pierwszą PRL-owską delegację redakcja wysyła mnie do Ejszyszek na Litwie, bym opisał konflikt między mieszkającymi tam Polakami a Litwinami. Jak mam cokolwiek zrobić bez Internetu!? Bez Internetu nawet nie wiem, jak wyjechać z Warszawy za miasto, a co dopiero mówić o znalezieniu jakichkolwiek informacji!  – Nigdy nie pracowałem bez Google’a – zwierzam się Gorzkowskiemu.  – No to trzymam za pana kciuki! – mówi i śmieje się. – Najłatwiej po prostu jechać na miejsce i zobaczyć, co się wydarzy.  Aż taki odważny to ja nie jestem. Zamiast jednak grzebać w Google’u, odwiedzam Bibliotekę Narodową i obdzwaniam znajomych, którzy mogą coś wiedzieć o sporach Polaków i Litwinów. Zajmuje mi to trochę więcej czasu, niż zajęłoby szukanie w Internecie, ale okazuje się, że J., znajomy znajomych, jest z położonego obok Ejszyszek miasta Soleczniki i ma tam mnóstwo przyjaciół. Daje mi komplet namiarów na lokalnych polityków i ludzi kultury. Tłumaczy, kto jest z kim w konflikcie, kto mówi z sensem i na temat, a kto tylko buduje okrągłe zdania, wreszcie – robi mi wykład z najnowszej historii skomplikowanych polsko-litewskich relacji. Ruszam więc do Ejszyszek przygotowany do misji jako sztabowy oficer Układu Warszawskiego”. []
  3. Oczekiwania nakręciła też oczywiście machina promocyjna dużego wydawnictwa („Znak”) i dziennika, z którym związani są autorzy („Gazeta Wyborcza”). Nawet dziennikarka recenzująca książkę dla portalu gazeta.pl zwraca uwagę na „atmosferę oczekiwania, jaka narosła wokół projektu” (Małgorzata Niemczyńska, Życie bez spamu, czyli powtórka z PRL-u, http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114528,12554503,Zycie_bez_spamu__czyli_powtorka_z_PRL_u.html, data dostępu 15 kwietnia 2013). []
  4. To, oczywiście, kwestia dyskusyjna; wydaje się jednak, że opracowania przywiązujące wagę do zagadnień życia codziennego w PRL (jak np. Leksykon PRL, red. Z. Zblewski, Kraków 2000) są nadal pozycjami dość niszowymi – na pewno zaś nie dysponują wsparciem takiej machiny promocyjnej, jak książka Meyzy i Szabłowskiego. Ta ostatnia wyróżnia się też tym, że ma być głosem „młodszego” pokolenia, które PRL pamięta tylko z dzieciństwa. []
  5. Nie uważam, żeby ktokolwiek pisząc o PRL-u musiał odnosić się do dyskusji wokół broszury firmowanej przez Leszka Millera; zauważam po prostu, że z pewnego punktu widzenia dyskusja o „polityce historycznej” toczona przez parlamentarne partie znajduje się na peryferiach, a nie w centrum medialnego obiegu. []
  6. Książka napisana została „dwugłosem”, narratorem są na przemian Szabłowski i Meyza, ale jest to do tego stopnia bez znaczenia, że w ogóle nie zwraca się uwagi na to, kto w danym momencie mówi. []
Share This