Joseph Vogl. 2015. Widmo Kapitału. Tłum. Katarzyna Sosnowska. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

 

Chociaż zupełnie nieracjonalne stanowisko Trojki zajęte w negocjacjach z greckim rządem nie napawa raczej optymizmem co do zmiany neoliberalnej polityki Unii Europejskiej w najbliższym czasie, to z umiarkowanym entuzjazmem traktować należy zmianę tonu części medialnej publicystyki. Symptomem pozytywnej zmiany może być też pojawienie się w ostatnim czasie na rynku wydawniczym sporej liczby książek, które w bardziej lub mniej krytyczny sposób ustosunkowują się do strategii ekonomicznej realizowanej przez europejskich dygnitarzy. Książka Widmo kapitału Josepha Vogla, która przed paroma miesiącami ukazała się w polskim przekładzie, to wśród nich z całą pewnością jedna z ważniejszych pozycji. I chociaż obok imponujących rozmiarów Kapitału w XXI wieku Thomasa Piketty’ego ten zaledwie 150-stronnicowy esej wygląda dość niepozornie, Vogl zawiera w nim zarówno analizę historycznych korzeni współczesnych doktryn ekonomicznych, jak i trzeźwą oceną stanu światowej gospodarki, a wszystko to przeplata filozoficznym namysłem nad strukturą współczesnego społeczeństwa, z niemałą gracją czyniąc przy tym ukłony w stronę takich postaci jak Platon, Arystoteles czy Karol Marks.

Autor Widma Kapitału zaczyna od podważenia samych roszczeń doktryn ekonomicznych do naukowości, ich ambicji do dostarczania „wiedzy pewnej”, wykazując ich kruche fundamenty teoretyczne. Podstaw zarówno klasycznej, jak i neoklasycznej teorii ekonomii upatruje on w Leibnizjańskiej Teodycei. Doktrynerska wiara w samoregulujący się rynek, którego wstrząsy i kryzysy są przypadkami potwierdzającymi regułę, to nic innego jak przekonanie o „radosnym porządku świata”, które podzielane jest przez teoretyków wolnego rynku od XVII wieku. „Teoria ekonomii powstała jako teoria równowagi” (s. 45), pisze, a ów teoremat równowagi znajdujemy jeszcze w doktrynach XX wieku. W teoriach klasycznych dążenie systemu do stanu równowagi (oikodycei) dowodzono zasadami hydrodynamiki, wyobrażając sobie proces cyrkulacji pieniądza i dóbr jako zachodzący w systemie naczyń połączonych, w którym „dzięki nieustannym operacjom wymiany, nadwyżki odpływają tam, gdzie zachowały się korzyści i potrzeby, ciągle na nowo gwarantując bilans całości” (s. 43–44). Zasadnicza zmiana w rozumieniu tego procesu dokonała się dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku. Odtąd gwarantem równowagi nie miała być już wzajemność wymiany, ale „konkurencja nierówności”. W wydarzeniach tego okresu Vogl widzi powrót do „romantycznej” sytuacji panującej około roku 1800 (s. 77). Co przez to rozumie?

Na przełomie XVIII i XIX wieku, dokładnie w roku 1797, doszło do dwóch „pamiętnych dni lutowych”. Pierwszym w kolejności (4.02.) była porażka francuskiego projektu „asygnat” (fr. assignats – „pieniądz rewolucyjny” wydawany w charakterze pożyczki na poczet skonfiskowanego majątku Kościoła), który to w kilka lat od wprowadzenia spadł do 0,5% swojej wartości nominalnej, drugim zaś (26.02.) zwolnienie Banku Anglii, na mocy decyzji parlamentu, z obowiązku wymiany banknotów. Co istotne, w przeciwieństwie do częściowo analogicznej sytuacji francuskiej, w Anglii zaobserwowano delikatne polepszenie kursu pieniądza papierowego. Wiązało się to z podjęciem przez Bank Anglii decyzji o kreowaniu wartości na mocy kredytu. Innymi słowy, był to pierwszy krok ku gospodarce opartej na kredycie. Jednak, jak pisze Vogl, to „co dla sceny kredytowo-ekonomicznej około roku 1800 było epizodycznym i lokalnym obiegiem niewymienialnych obietnic spłaty, sto siedemdziesiąt lat później przekształciło się w globalny system finansowo-ekonomiczny” (s. 80). Historia zatoczyła koło, a to oznaczało ostateczny koniec słynnego porozumienia z Bretton Woods, które zostało zawarte po II wojnie światowej i zgodnie z którym wszystkie waluty „miały pozostawać w stałym czy też odpowiednio zmiennym stosunku wobec głównej waluty, jaką był dolar USA, który z kolei opierał się na silnej relacji wymiany ze złotem” (s. 78).

Od lat siedemdziesiątych idea stabilnej i samoregulującej się oikodycei została zatem oparta na założeniu, zgodnie z którym stan ten może być osiągnięty dzięki konsekwentnemu poszerzaniu rynku spekulacji walutowej. „Nadzieja na system stabilnych kursów wymiany została zastąpiona nadzieją na stabilny system kursów wymiany” (s. 83). Jednak ta obietnica przyniesienia przez kapitalizm finansowy stabilności pozostaje, zdaniem Vogla, bez pokrycia. Powołuje się tu między innymi na analizy Hymana Minsky’ego, który wykazywał, iż w istocie „w wydarzeniach finansowych fazy stabilności prowadzą do niestabilności, próby wyrównawcze do zakłóceń, a piękne wiraże do ewidentnych zboczeń z toru” (s. 151). A zatem, paradoksalnie, stabilna oikodycea może zaistnieć tylko jako przerwa, chwila wytchnienia od ogólnej, systemowej niestabilności.

Czym zaś jest tytułowe „widmo kapitału”? To „widmo czasu-kapitału”. Już Arystoteles miał zdaniem Vogla dostrzec, iż w dobru lub pieniądzu mamy do czynienia z pomieszaniem środka i celu tak, że sam środek staje się celem. W konsekwencji musiało dojść do sytuacji, w której przestał istnieć prosty związek między potrzebą i nabywaniem, a „podporządkowany potrzebie czas zastąpiony został przez czas otwarty i linearny, przez nie-doskonały (ateles), abstrakcyjny i zewnętrzny czas czasów bez powrotu, w którym przejawia się siła przyszłości” (s. 115). Tym samym doszło do podwojenia porządku naturalnego, oderwania się czasu, który odtąd stał się mierzalny za pomocą pieniądza, a w istocie sam stał się swego rodzaju pieniądzem, kapitałem. Można zatem, podsumowuje Vogl, mówić o „czasie pieniądzu” lub „czasie-kapitale”, ponieważ „działa w nim pewna deregulacja, pewne teleologiczne zejście z kursu, które to, co takie samo, wrzuca w otchłań niepodobieństwa i tworzy jego »widmo«” (s. 116). Owo „widmo czasu-kapitału”, odkąd gospodarka światowa została oparta na kredycie, krąży po świecie i raczej nie zanosi się, by potęgi Europy chciały stanąć wspólnie do świętej walki przeciw niemu.

Podobnie jak Pikietty, niemiecki badacz nie jest jednak piewcą rewolucji, nawołuje raczej do swoistego ekonomicznego agnostycyzmu, „który rozpoznaje to, co polityczne w ekonomii politycznej, w redukcji jej w pełni dziejowych podstaw i nie dowierza urzeczywistnieniu praktycznego rozumu poprzez rynek” (s. 167). Kapitalizm, jak zauważa, cechuje niezwykła odporność na wewnętrzne i zewnętrzne ciosy, po każdym z nich odradza się jak Feniks z popiołów, „wchłania przy tym bunt i anarchię, czyniąc z nich formę wyrazu dla swojego systemu” (s. 11). Tym jednak, co możemy i powinniśmy zrobić, jest treściowe i normatywne ograniczenie jego pól operacyjnych (s. 166); innymi słowy – powstrzymanie szalonego „kapitalizowania” tych dziedzin naszego życia, które się temu procesowi wymykają. „Skutki ekonomicznych procesów decyzyjnych” – podsumowuje – „same zasygnalizowały granice kompetencji dla decyzji ekonomicznych” (s. 167). Chociaż więc Vogl staje po prostu w obronie „starej dobrej socjaldemokracji”, to określając go mianem „umiarkowanego lewicowca”, należy mieć w pamięci wypowiedziane niedawno przez Slavoja Žižka słowa, iż dzisiaj musimy należeć do radykalnej lewicy, żeby bronić wartości „standardowej, umiarkowanej agendy socjaldemokratycznej”.

Tomasz Orłowski

Share This