Jeśli podstawową komórką kapitalizmu jest towar, to formą komórkową społeczeństwa poza kapitałem jest dobro wspólne. Nick Dyer-Witheford o obiegu dóbr wspólnych oraz warunkach, które mogłyby one stworzyć dla nowych projektów zbiorowych oraz fal zbiorowej mobilizacji.

Po kulminacyjnym momencie, jakim były demonstracje w Seattle z 1999 roku, dla ruchu ruchów przyszło osiem chudych lat. Po 11 września 2001 aktywiści koncentrowali się na działaniach kierowanych przeciwko inwazji i okupacji Iraku, konfliktom w Afganistanie i Libanie, łamaniu swobód obywatelskich i manipulacjom medialnym. Ofiarą wojny z terroryzmem padały opozycyjne nadzieje i wyobrażenia. Tak to przynajmniej wygląda z mojej perspektywy, akademika żyjącego w Kanadzie, który ostatnio poświęcał energię na protesty polityczne przeciwko zaangażowaniu swojego uniwersytetu w produkcję czołgów dla USA. Towarzysze zajmują się projektami związanymi z organizacją pracy, planowaniem gospodarki opartej na alternatywnych źródłach energii, samoorganizacją bezdomnych, wyborami do rad miejskich i wieloma jeszcze innymi kwestiami. Optymistyczna wiara, że inny świat jest nie tylko możliwy, ale prawdopodobny, ustąpiła miejsca minorowym nastrojom i chociaż Północ obudziła się z zimowego snu i czerpie dziś inspiracje z oddolnych ruchów i rządów ludowych w Ameryce Południowej, to horyzonty się zacieśniły.

Globalny kapitalizm – jeśli sądzić po stopie zysków – zdaje się mieć całkiem dobrze. Lawinowe kataklizmy ekologiczne, podwyżki cen ropy, 9/11, niekontrolowany rozwój stosunków USA-Chiny, wszystko to może prowadzić do destabilizacji światowego systemu. Takie scenariusze o wysokim stopniu nieprzewidywalności, nie dają wielkiego pola manewru postępowym ruchom społecznym. Jeśli intelektualiści nie zaproponują lepszych alternatyw, ich beneficjantami będą neofaszyści, fundamentaliści, kapitaliści stanu wyjątkowego1.

Choćby dlatego powinniśmy na nowo podjąć debatę nad naszymi żądaniami: zastanowić się od początku, nie tylko przeciwko czemu występujemy, ale o co walczymy (także kim jesteśmy „my”) i co możemy realnie osiągnąć w obecnej sytuacji. Wielu aktywistów i intelektualistów podejmuje taką dyskusję na portalu kolektywu Turbulence i na innych forach. Jako wkład do tej dyskusji chciałbym  zaproponować swoje rozważania nad komonizmem2

W termin „dobra wspólne” [commons] zawiera się wiele dążeń formułowanych przez ruch ruchów3 . Zyskał on popularność być może dlatego, że pozwala mówić o kolektywnej własności, nie budząc przy tym złych skojarzeń związanych z historią komunizmu, rozumianym najczęściej jako centralnie zarządzana gospodarka i represyjne państwo. Ktoś może się nie zgodzić, ale w moim przekonaniu istnieje zasadnicza różnica. Nasze cele i metody nie mają nic wspólnego z tą historyczną katastrofą, a mimo tego wracamy do debaty o społeczeństwie wolnym od kapitalizmu.

Pierwsze skojarzenie jakie nasuwa się, kiedy mówimy ”dobra wspólne”, odsyła do dawnych gruntów gminnych stanowiących własność wspólną, zagarnianych w procesie akumulacji pierwotnej, która zaczęła się w średniowieczu, była jedną z pierwszych (obok akumulacji pieniądza) form kapitalizmu, trwającą do dzisiaj. Nadal w różnych miejscach na świecie toczą się walki o grunty wspólne, ziemie gminne, ale coraz częściej termin dobra wspólne oznacza także inne rodzaje i domeny wspólnej własności przeciwstawiane własności prywatnej: ekologiczne dobra wspólne (zasoby wodne, atmosferyczne, rybne, leśne); społeczne dobra wspólne (publiczne świadczenia socjalne, służba zdrowia, oświata i tak dalej); usieciowione  dobra wspólne (dostęp do środków komunikacji).

Spróbujmy rozszerzyć definicję ”dóbr wspólnych”. Marks uważał, że kapitalizm ma swoją formę komórkową, elementarny „moduł”, na podstawie którego rozwinął się aparat handlu i zarządzania. Tym podstawowym modułem był towar, dobro produkowane, sprzedawane i nabywane przez prywatnych właścicieli.

Jeśli podstawową komórką kapitalizmu jest towar, to najmniejszą formą komórkową społeczeństwa poza stosunkami kapitału jest dobro wspólne [the common]. Towar produkowany jest w celu sprzedania, dobro wspólne produkujemy, albo chronimy, by się nim dzielić. Pojęcie towaru, produktu przeznaczonego na sprzedaż, zakłada obecność prywatnych właścicieli, to oni dokonują transakcji. Pojęcie dobra wspólnego zakłada istnienie zbiorowości – grup i stowarzyszeń – które organizują proces współdzielenia. Jeśli kapitalizm przedstawia się nam jako olbrzymie zbiorowisko towarów, komonizm jest pomnażaniem dóbr wspólnych.

Siły dobra wspólnego i towaru – ruchu i rynku – wchodzą dzisiaj w kolizję w trzech wymienionych powyżej sferach: ekologii, zabezpieczeń i świadczeń socjalnych oraz sieci komunikacyjnych.

W obszarze ekologicznym dziesięciolecia walki zielonych ujawniły jak zanieczyszczenia przemysłowe i degradacja środowiska przez gospodarkę rynkową – pestycydy, rabunkowa wycinka lasów, wzrastająca liczba zagrożonych gatunków – niszczą wspólną podstawę naszego ludzkiego życia. A pojawił się kolejny problem: globalne ocieplenie. Perspektywa zaburzeń klimatycznych zagrażających rolnictwu, zasobom wodnym i wybrzeżom na całej planecie (znacznie bardziej poszkodowane zawsze jest Południe), w sposób dojmujący pokazuje rozmiary kryzysu ekologicznego. Ujawnia też nieadekwatność „wolnego rynku”, gdzie system cen staje się systemem sterującym tym, co społeczne. O skali koniecznych już dzisiaj działań hamujących dalsze ocieplenie globalne mówi dziesięciopunktowy plan George’a Monbiota, zakładający radykalną redukcję emisji gazów cieplarnianych, przede wszystkim w rozwiniętych krajach Północy. Zgodnie z nim należy ograniczyć zużycia węgla, stworzyć przepisy wymuszające stosowanie energooszczędnych systemów w budownictwie, wprowadzić zakaz używania  sprzętu o wysokim poziomie emisji i egzekwować kary umowne; przekierować fundusze publiczne z „obrony” i budowania dróg na produkcję czystej energii i rozwój transportu publicznego; redukować ruch lotniczy i dojazdy do podmiejskich centrów handlowych. Można dyskutować nad każdym z wymienionych punktów. Jeśli jednak są choć w części zasadne, trudno wyobrazić sobie jak miałyby być realizowane w świecie rynku, nawet z jego “zielonym przemysłem”. Plan Monbiota oznacza regulacje, limity i ograniczenia, wymagałby też ogromnych nakładów publicznych. Globalne ocieplenie (obok innych problemów ekologicznych, od zasobności łowisk po czystość wód gruntowych) każe nam wrócić do rozwiązań, które neoliberalizm usiłował wykreślić z agendy: do planowania społecznego na masową skalę.

Wpisany w tradycję ruchów robotniczych, socjalistycznych i komunistycznych wątek stanowienia różnorodnych form wspólnego bogactwa był próbą wyjścia poza podziały klasowe narzucane przez kapitalizm. Neoliberalizm podjął skuteczną walkę z takimi rozwiązaniami, generując nierówności na skalę globalną, które mają dzisiaj globalne konsekwencje. Przypadłości nękających „planetę slumsów”, by przywołać określenie Mike’a Davisa, nie da się zamknąć za murem ogradzającym planetę centrów handlowych. Docierają one i tam w postaci chorób (jak HIV/AIDS i inne pandemie) albo zbrojnych ataków („terror”). W takim kontekście powstały dwie inicjatywy ruchu podejmujące sprawę „wspólnego bogactwa” w nowy sposób. Jedna to tworzenie różnego rodzaju kooperatyw, czyli propozycja „gospodarki solidarności” inspirowana sukcesem lewicy południowoamerykańskiej. Powrócę do tego w dalszej części tekstu. Drugi to projekty i kampania na rzecz dochodu „podstawowego” albo „gwarantowanego”, jak się je określa, który zapewniałby skromne środki utrzymania i uwalniał ludzi od całkowitej zależności od globalnego rynku pracy. Są też programy wywodzące się z feministycznej ekonomii politycznej, dotyczące problemu nieopłacanej pracy reprodukcyjnej (opieka nad dziećmi, prowadzenie domu). Pierwsze propozycje przyjęcia płacy zasadniczej dla kobiet pracujących w domu rodziły się na zamożnym północnym zachodzie globu. Można było mieć wobec nich zastrzeżenia, widzieć w nich uzupełnianie już istniejących świadczeń socjalnych, ale koncepcja dochodu podstawowego została podjęta również w Brazylii i Południowej Afryce. Stawkę dzienną globalnego dochodu podstawowego wyznaczano na różnym poziomie, w niektórych grupach na 1 dolara dziennie.  W Stanach to tyle co nic, ale dla ponad miliarda ludzi żyjących w skrajnej nędzy 1 dolar oznacza podwojenie dziennego budżetu domowego. Jeśli ktoś mówi, że to utopia, niech pomyśli o 532 miliardach dolarów, tyle wynosił budżet przeznaczony na zbrojenia w USA w 2007 roku. Jest wiele innych spraw do przedyskutowania jeśli chodzi o globalny dochód podstawowy, można na przykład założyć, że nie byłyby to świadczenia pieniężne, a „koszyk dóbr” czy inna forma zabezpieczenia egzystencjalnego. Rynkowe wysiłki rozwiązywania problemu biedy czy nierówności przy pomocy metody skapywania bogactwa poniosły sromotną klęskę (nawet biorąc pod uwagę czasy największego boomu kapitalizmu) a związane z nimi skrajnie negatywnych konsekwencji stale przybywa. Odpowiedzią na to jest nowy aktywizm, działania na rzecz współdzielenia dóbr  i powszechnych zabezpieczeń socjalnych.

Niewydolność rynku w obszarze sieciowym objawia się w inny sposób – jej przyczyną jest niezdolność kapitału do wykorzystywania nowych technologii. Komputery i sieci umożliwiają szybką, tanią komunikację i dostęp do wiedzy. Innowacje rodziły się poza sferą rynku, w dziwnym konglomeracie rozwiązań wypracowywanych bądź w ośrodkach naukowych (wojskowych/akademickich) bądź przez hakerów libertarian (niekiedy rewolucjonistów). Ingerencja kapitału sprowadzała się do prób utowarowienia nowatorskich rozwiązań, zainteresowanie rynku kończyło się na określaniu granic praw własności w zakresie informacji i szacunkach rynkowych. Domena cyfrowa nieustannie przekraczała tak formułowane ograniczenia. Sieci P2P, wolne programy i ruch orędowników otwartego kodu źródłowego, to formy spożytkowania możliwości multiplikacji, reprodukcji i dystrybucji dóbr niekonkurencyjnych, oraz produkcji na zasadach współpracy; tak powstawała kultura sieciowa, której logika nie ma nic wspólnego z aksjomatami rynku. Ruch ruchów wcześnie zaczął tkać wątki na osnowie Sieci, tworząc “materię walki elektronicznej”, jak nazwał rodzące się praktyki Harry Cleaver. Internet pozwala na dystrybucję informacji, publikowanie analiz, budowanie solidarności, z pominięciem korporacyjnych mediów. Wolne programy, programy z otwartym kodem źródłowym i sieci P2P coraz częściej stają się przestrzenią elektronicznej produkcji, która dostarcza ludziom ogromnej liczby narzędzi cyfrowych począwszy od radia po mikro-manufakturowe warunki produkcji. Kapitał usiłuje tłumić te działania przez nieustanne czystki antypirackie i batalie podejmowane z imię ochrony własności intelektualnej – tłumić albo zawłaszczać.  Ruchy Creative Commons, „wolnej współpracy” i „wolnej kultury” – rozwiązania alternatywne dla dopuszczanych w świecie rządzonym regułami rynkowymi – są przykładami kontestowania reżimu własności intelektualnej narzucanego przez rynek globalny.

We wszystkich trzech obszarach – ekologicznym, społecznym i sieciowym – rynek, traktujący wszystko w kategoriach towaru, poniósł spektakularną klęskę, choć w każdym wyglądała ona inaczej. W katastrofie ekologicznej mści się rynkowy mechanizm “negatywnych efektów zewnętrznych”, czyli  szkód, których kosztów nie da się oszacować w ramach transakcji rynkowych. Coraz większa nierówność, powszechne ubóstwo pośród przepychu, samowzmacniające się sprzężenie deprywacji z akumulacją są wpisane w zasady funkcjonowania rynku. Sieci pokazują z kolei niezdolność rynku do wykorzystania generowanych przezeń pozytywnych efektów zewnętrznych, a wystarczyłoby nie dławić korzyści idących z innowacji, kiedy wykraczają one poza rynkowe mechanizmy szacowania i ceny. Wszystkie trzy zarzuty składają się na historyczne oskarżenie neoliberalizmu i globalnego kapitalizmu, którego neoliberalizm jest po prostu najnowszą doktryną.

Tam, gdzie rynek zawiódł, ruchy proponują alternatywne rozwiązania oparte na dobrach wspólnych, inne w każdym z trzech obszarów, chociaż nakładające się na siebie i wzajemnie powiązane.  W obszarze ekologii opierają się one głównie na ochronie środowiska i regulacjach (ale też na nowych technologiach i systemach komunikacji finansowanych ze środków publicznych). W sferze społecznej będą to podstawowe środki utrzymania w skali globalnej, wymagające dóbr wspólnych opartych na  systemie redystrybucji bogactwa, przy jednoczesnym stosowaniu zasad gospodarki solidarności bazującej na kolektywnym zarządzaniu produkcją. W przypadku zaś sfery usieciowienia wyłania się obfitość niekonkurencyjnych, informacyjnych dóbr wspólnych.

Obszary te nie istnieją rozdzielnie, każde ludzkie działanie znajduje rezonans we wszystkich trzech; i tak, czy wiąże się z kwestiami środowiska czy usieciowionych działań, będzie dobrem wspólnym w obszarze społecznym – i odwrotnie. O nowym porządku społecznym, komonizmie, możemy mówić wyłącznie biorąc pod uwagę połączone i przenikające się relacje między wszystkimi omawianymi obszarami – w obiegu dóbr wspólnych

Marks pokazał jak funkcjonuje kapitalistyczny obieg towarów. Za pieniądze nabywa się pracę, maszyny i surowce, te pozwalają na uruchomienie produkcji, wytworzenie kolejnych towarów, sprzedanie ich i pomnożenie pieniędzy… proces powtarza się w nieskończoność. Różne rodzaje kapitału – handlowy, przemysłowy i finansowy –  odgrywały różną rolę w tym obiegu. I tak dla kapitału handlowego ważna jest zamiana towarów w pieniądz, nacisk na handel; dla kapitału przemysłowego produkcja, a dla kapitału finansowego (banki, etc.) przemiana pieniądza w kapitał produkcyjny.

Musimy myśleć w kategoriach obiegu dóbr wspólnych, ich wzajemnych relacji i wzajemnego umacniania. Wspólne dobra ekologiczne określają warunki dla wspólnych dóbr społecznych i sieciowych. Wspólne dobra społeczne, dążenie do równej dystrybucji bogactwa, służą ochronie dóbr ekologicznych, poprzez przeciwdziałanie wszelkiemu zbytkowi (np. SUVy i komunikacja lotnicza4 ), ubóstwu (wypalanie węgla drzewnego, karczowanie lasów pod uprawy) oraz zależności od „resztek ze stołu” niepowstrzymanego wzrostu gospodarczego. Społeczne dobra wspólne tworzą też warunki dla funkcjonowania sieciowych dóbr wspólnych, zapewniając podstawową opiekę zdrowotną, bezpieczeństwo, oświatę, bazowy kontekst, w którym możemy korzystać ze starych i nowych mediów. Z kolei sieciowe dobra wspólne zapewniają obieg informacji na temat stanu środowiska, społecznych dóbr wspólnych (monitorują warunki ekologiczne,  oznaczają ogniska epidemii, umożliwiają komunikację między pracownikami opieki zdrowotnej, aktywistami pracowniczymi i zespołami pomocowymi na terenach dotkniętych kataklizmami). Sieci udostępniają też kanały komunikacyjne umożliwiające planowanie, organizowanie, rozwiązywanie problemów, rozważanie alternatywnych ścieżek na gruncie ekologicznych i społecznych dóbr wspólnych. Działają jako przestrzeń wiązania, która jest warunkiem koniecznym wszystkich innych dóbr wspólnych.

Załóżmy, że instytucje oświaty publicznej (społeczne dobra wspólne) wytwarzają oprogramowanie i sieci, dostępne kolektywom otwartego kodu źródłowego (sieciowe dobra wspólne), które piszą dla kooperatyw rolnych programy pomagające gospodarować zasobami wody i energii elektrycznej (ekologiczne dobra wspólne). Oto mikromodel obiegu dobra wspólnego.

Taka koncepcja dobra wspólnego jest czymś więcej niż strategią obrony przed rabunkową polityką kapitału prowadzącą do coraz gwałtowniejszego pomniejszania kolektywnej przestrzeni. Jest raczej dynamiczna i ekspansywna niż defensywna, nastawiona na rozrost, umacnianie się i różnicowanie. Zakłada heterogeniczną kolektywność zbudowaną z różnorodnych form współdzielonej przez nich logiki będącej dobrem wspólnym przynależnym pojedynczościom. Możemy mówić o wspólnej ziemi, wspólnym bogactwie i wspólnych sieciach – albo o dobrach wspólnych gruntów (w najszerszym znaczeniu słowa, włączając w to biosferę), pracy (w najszerszym znaczeniu, pracy reprodukcyjnej i wytwórczej), języka (w najszerszym znaczeniu słowa, obejmujący wszystkie sposoby wymiany informacji i wiedzy, i wszystkie możliwe narzędzia komunikacji). Przez budowanie powiązań, łącz i samonapędzającą się ekspansję dóbr wspólnych powstaje komonizm.

Pojęcie to bliskie jest południowoamerykańskim ruchom gospodarki solidarności, która budzi coraz większe zainteresowanie w Ameryce Północnej i Europie. Najogólniej mówiąc chodzi o samorządne kolektywy pracownicze, kooperatywy finansowe oraz społecznie odpowiedzialną konsumpcję; tworzenie rozszerzających się sieci gospodarczych, które wypracowaną wartość dodatkową przeznaczają na potrzeby społeczne i regenerację środowiska. Euclides Mance, jeden z teoretyków ruchu pisze, że takie “uspołecznione sieci kooperacji” wzmacniając swoje części składowe, aż do momentu „postępowego pobudzenia”, przestają być drugorzędną, paliatywną i komplementarną sferą aktywności, stając się „społecznie hegemonicznym sposobem produkcji”. Taki model, którego dopełnieniem byłyby programy dochodu podstawowego, przypominają swoisty rozrost komórkowy rozpatrywanych tutaj dóbr wspólnych.

Mance zaznacza, że nie chodzi tu o “polityczną kontrolę państwa sprawowaną przez społeczeństwo” tylko o “demokratyczną kontrolę gospodarki”. Aktywiści południowoamerykańscy wiedzą jednak lepiej niż ja, że łatwiej jest tworzyć oddolne sieci alternatywne pod ochroną państwa i przy jego wspomaganiu, czasami nawet z jego inicjatywy. Stąd można myśleć o obiegu dobra wspólnego nie tylko jako angażującym lateralne układy, ekologiczne, społeczne i sieciowe, ale też wertykalne, pomiędzy nowymi, autonomicznymi podmiotami społecznymi (sieciami solidarnościowymi, kooperatywami, grupami skupionymi na ochronie środowiska, czy reprezentującymi interesy lokalne) a agencjami rządowymi.

W ruchu ruchów istnieje milczący podział na autonomistów i anarchistów o nastawieniu zdecydowanie antyetatystycznym, oraz socjalistów i socjaldemokratów opowiadającymi się za państwem jako aparatem opieki i planowania. Zamiast tłumić istniejące napięcia, albo przeciwnie, akcentować je w nieskończoność, ciekawszy dla obu stron, i bliższy praktyce wielu aktywistów, byłby dialog, współgranie tych dwóch różnych postaw.

Projekty oparte na dobrach wspólnych to projekty zakładające planowanie – regulacje dotyczące emisji dwutlenku węgla (także innych zanieczyszczeń), dystrybucja dochodu gwarantowanego, opieka zdrowotna i edukacja, wreszcie budowa infrastruktur sieciowych –  to na większą skalę niezwykle trudne przedsięwzięcia, jeśli realizować je bez sprawowania władzy na poziomie rządowym.

Koszmarem realnego socjalizmu była zbiurokratyzowana, despotyczna machina centralnego planowania. Antidotum na tamte formuły jest planowanie pluralistyczne prowadzone z udziałem najróżniejszych organizacji pozapaństwowych, które są w stanie proponować, dyskutować i w demokratyczny sposób określać kierunki planowania na poziomie centralnym. Zarządzanie wspólnotowe, „komonistyczne”, to działania autonomicznych ugrupowań, ochrona przed biurokracją i despotyzmem, różnorodność i innowacyjność rozwiązań w planowaniu. Planowość i antyplanowość powinny wpisywać się jedna w drugą. Zawsze muszą istnieć przynajmniej dwa plany, by zacytować słowa Raymonda Williamsa.

Wobec klęski polityki wolnorynkowej, kapitał neoliberalny, o czym pisze George Caffentzis, szuka ratunku w “planie B’, który przewiduje ograniczone działania w zakresie ochrony środowiska (w ramach tak zwanych pollution trading schemes5 ), na rzecz samorządów lokalnych, rozwoju oprogramowania z otwartym kodem źródłowym i praktyk P2P. Wszystko to ma stanowić dopełnienie gospodarki kapitalistycznej, rodzi się jednak pytanie, jaki będzie wynik takich mariaży i kto  kogo podporządkuje?

Komonizm ma różne zakresy, co oznacza, że trzeba walczyć o jego wprowadzanie w skali molekularnej i molarnej, ważne są działania indywidualne, projekty społeczności lokalnych i ruchy o ogromnym zasięgu. Jeśli koncepcja komonizmu ma znaczenie, to dlatego, że miliony ludzi na setki sposobów pracują nad tworzeniem różnego typu wspólnot i bronią tych już istniejących, czy będzie to skwer w mojej dzielnicy czy sieci P2P.

W moim przekonaniu projekt komonistyczny stanie się spójny, jeśli będziemy zgodni co do najistotniejszych żądań w zakresie ekologii, kwestii społecznych i komunikacji sieciowej, na szczeblu krajowym i międzynarodowym. Żądania te mogą popierać różne ruchy, także te o charakterze lokalnym czy o ściśle określonym profilu. Niektóre z żądań zostały tu zasygnalizowane: podstawowy dochód w skali globalnej, ograniczenie emisji dwutlenku węgla, stosowanie w instytucjach publicznych wolnego oprogramowania lub programów z otwartym kodem źródłowym.

To żądania radykalne, ale nie utopijne, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Sukces nie powinien oznaczać, że wygraliśmy. Niewykluczone, że kapitalizm skorzysta na wprowadzanych zmianach i pojawi się planetarny „Nowy Ład”. Jeśli tak się stanie, będzie to zdobycz ruchu ruchów; po pierwsze, ulżenie bolączkom, polepszenie sytuacji milionów ludzi, po drugie, zmiana warunków na lepsze stworzy warunki dla przygotowywania nowych projektów zbiorowych i ożywienia, które może zaowocować dalszymi, głębszymi transformacjami i powstawaniem instytucji nowych dóbr wspólnych.

przełożyła Ewa Mikina

 


  1. Aby prześledzić relacje między rozwojem kapitalizmu, kataklizmami i klęskami żywiołowymi oraz stanem wyjątkowym zob. m.in. N. Klein, Doktryna szoku, przeł. H. Jankowska, T. Krzyżanowski , K. Makaryk, M. Penkala, Warszawa 2008.(przyp. tłum.). []
  2. Nick Dyer-Witheford wprowadzając termin commonism próbuje podkreślić łączność nowego projektu komunistycznego z formą własności jaką jest dobro/dobra wspólne (the common/commons) oraz związanych z nią form zarządzania. Teoretycy tacy jak Antonio Negri i Michael Hardt również pracują nad tego typu koncepcją nazywając ten projekt komunizmem dobra wspólnego (the communism of the common/comunismo del comune). Zob. M. Hardt, A. Negri, Commonwealth, 2009. (przyp. red.). []
  3. Na temat ‘ruchu ruchów’ zob. A Movement of Movements: Is Another World Really Possible?, red. T. Kirsten, London 2004 (przyp. tłum.). []
  4. W sieci dystrybuowane są czasami programy, które można pobrać na zasadach wolnego oprogramowania, jeśli zamiast „akceptacji warunków umowy”, pobierająca zaznaczy myszką, że przez najbliższy miesiąc nie odbędzie żadnej podróży samolotem. Jeśli nie jest w stanie podjąć się takiego zobowiązania, płaci określoną sumę. Na świecie w  każdym momencie doby w powietrzu znajduje się , według przybliżonych obliczeń około 10.000 maszyn równocześnie., tylko tych należących do sił lotniczych i firm komercyjnych USA podobno ok. 5.000. Jeśli chodzi o SUVy, czyli ‘terenówki’, rzecz jest oczywista: palą znacznie więcej od sedanów, zwiększając zupełnie niepotrzebnie emisję spalin(przyp. tłum.). []
  5. W myśl porozumienia w Kioto (2005) firmy, które ograniczą emisję dwutlenku węgla do atmosfery mogły korzystać z ulg od kar umownych (przy przeliczniku za 1 tonę CO2). W czasie kryzysu „cena” kar spadła drastycznie na europejskiej „giełdzie klimatycznej” i zanieczyszczanie stało się śmiesznie tanie. Więcej na ten temat: http://www.nextnature.net/2009/05/pollution-trading-–-savior-or-scam/ (przyp. tłum.). []
Share This