(„Z pola walki”, nr 11, 28 VIII 1905)

[Artykuł anonimowy, autorstwo ustalono na podstawie tematyki, stylu i roli R. Luksemburg w redagowaniu czasopisma, zob. Bibliografia pierwodruków Róży Luksemburg, oprac. J. Kaczanowska, F. Tych, „Z pola walki” 1962, nr 3, s. 203, poz. 350]

 

Prezentowany poniżej tekst R. Luksemburg, podobnie jak już kilka wcześniej przez nas opublikowanych, pochodzi z okresu rewolucji 1905 r. i stanowi próbę doraźnej analizy kolejnych zwrotów w walce polskiego i rosyjskiego proletariatu. Ça ira! [fr. Idziemy naprzód!] – to motto, które przyświeca rozważaniom autorki Akumulacji kapitału i jednocześnie doskonale streszcza sposób postrzegania przez nią procesu rewolucyjnego. W rewolucji – zdaje się tłumaczyć Luksemburg – nie ma „straconych” dni i miesięcy, a kolejne porażki nie są zapowiedzią przyszłej klęski, lecz stanowią kroki na drodze do ostatecznego zwycięstwa. Dzieje się tak, jej zdaniem, z dwóch powodów. Po pierwsze, klasowa świadomość proletariatu – termin kluczowy dla ówcześnie dominującej wersji marksizmu – ma szansę aktualizować się, zmienić z potencji w realnie egzystujący fakt społeczny jedynie w trakcie walki. Tym samym, dzięki zaistnieniu poczucia klasowej solidarności pomiędzy robotnikami z różnych ośrodków, możliwa staje się cyrkulacja walk i przerastanie nawet pozornie „przegranych” starć w kolejne, coraz silniejsze wybuchy w innych punktach Cesarstwa Rosyjskiego. Po drugie natomiast, tak jak już wcześniej pisaliśmy, czynne wystąpienie przeciwko porządkowi opartemu na wyzysku pozwala uświadomić sobie rzeczywiste położenie w stosunkach produkcji i rozpoznać skrywaną w czasach społecznego spokoju za ideologicznymi zasłonami topografię konfliktów społecznych.

Na tle wcześniej publikowanych przez nas tekstów, niniejszy artykuł wyróżniają szczególnie dwa ostatnie akapity. Podjęta zostaje w nich próba uchwycenia historycznej specyfiki rewolucji rosyjskiej. Był to wątek szczególnie mocno analizowany zwłaszcza w pracy Strajk masowy, partia i związki zawodowe. Na tle innych teoretyków Międzynarodówki, ocena przez Luksemburg wydarzeń zachodzących w Rosji była szczególnie oryginalna i, w kontekście rewolucji 1917 r., pod wieloma względami trafna. Wbrew powszechnym opiniom, że rewolucja 1905 r. to po prostu spóźniona rosyjska wersja „zwykłych” rewolucji burżuazyjnych, autorka Akumulacji kapitału uważała, że ma do czynienia z całkowicie unikalnym i specyficznym typem rewolucji „przejściowej”, będącej bezpośrednim wstępem do mających wkrótce ogarnąć całą Europę rewolucji socjalistycznych, toczonych już pod hasłem całkowitego zniesienia kapitalizmu. Dzięki specyficznemu rosyjskiemu „zapóźnieniu”, na czele rewolucji, której polityczne cele zbieżne są z celami dziewiętnastowiecznych rewolucji burżuazyjnych w Europie, stanął proletariat i socjaldemokracja. Tym samym, w rosyjskiej republice burżuazyjnej, bo to ona miała uwieńczyć, zdaniem R. Luksemburg, rewolucję, proletariatowi, pamiętającemu jeszcze atmosferę wielkiego zrywu, szybko stać się miało „za ciasno”, co zmusiłoby go do bezpośredniej walki przeciwko kapitałowi. Jednocześnie doświadczenia masowych walk rosyjskich stanowić miały lekcję rewolucyjnej praktyki dla socjaldemokratów zachodniej Europy. Tam, gdzie rządy absolutystyczne zastąpiono demokracją przedstawicielską, a proletariat wywalczył sobie wolność polityczną (prawo głosu, swoboda agitacji i zrzeszania), przeciwnikiem w walce mógł być już tylko sam system kapitalistyczny. Autorka Akumulacji kapitału wierzyła, że na fali entuzjazmu, jaką przyniosła rosyjska rewolucja, dojdzie do masowych wystąpień proletariatu zachodniej Europy. Jej przewidywania nie sprawdziły się jednak, strajk masowy i bezpośrednia konfrontacja z kapitałem i aparatem państwowym nie pasowały do koncepcji przywódców największych partii socjaldemokratycznych Starego Kontynentu. Jednak dyskusja rozpoczęta przez Luksemburg wpłynęła na wykrystalizowanie się stanowisk najważniejszych teoretyków ówczesnego ruchu socjalistycznego i stanowiła zapowiedź rychłego rozłamu, którego pierwszym aktem był haniebny krach Międzynarodówki w sierpniu 1914 r., drugim – rosyjski Październik, trzecim zaś – powstanie Spartakusa, krwawo stłumione za aprobatą „socjaldemokratycznego” rządu niemieckiego.

Kamil Piskała

Ça ira!

(Idziemy naprzód! – z francuskiej pieśni rewolucyjnej)

Rewolucja między innymi i tym się różni od wojny, że prawem jej istnienia jest bezustanny ruch – posuwanie się naprzód, rozwój swej własnej wewnętrznej logiki i konsekwencji. Pauz i zawieszania broni rewolucja nie zna, o ile się nie cofa wstecz, i ci niby to „rewolucjoniści”, co czekają, głodni „efektów”, ciągle tylko na jeden wulkaniczny wybuch po drugim, uważając pozorne pauzy między takimi aktami, jak łódzki bój barykadowy, za „martwe punkty” w pochodzie rewolucji, dowodzą tylko, że z psychologii swej są nieodrodnymi dziećmi burżuazji, obcymi duchowi rewolucji robotniczej.

Po łódzkim powstaniu proletariatu1 nie mieliśmy w kraju naszym dotąd drugiego wybuchu tej miary. Ale gdy z jednej strony, jakby natychmiastowo na łunę krwawych bojów w Łodzi odpowiedziała na południu Rosji olbrzymia łuna pożaru rewolucyjnego, szalejącego w Odessie, i czerwona bandera rewolucyjna wzniosła się na maszcie pancernika carskiej marynarki, przypominając donośnie, że rewolucja obecna jest jedną nierozerwalną wspólną sprawą proletariatu całego państwa rosyjskiego, że walka w kraju naszym tylko częścią wspólnej i ogólnej rewolucji wszechrosyjskiej – z drugiej strony i u nas w kraju dwa objawy dowiodły, że rewolucja nie stoi ani chwili na miejscu, lecz że kroczy niewstrzymanie naprzód – ku zwycięstwu.

Pierwszy fakt to zupełne bankructwo terroru carskiego, zastosowanego w samej Łodzi. Już dziś widomym jest i wiadomym dla wszystkich, że stan oblężenia, polityka gwałtów i próba fizycznego zmiażdżenia bohaterskiego proletariatu łódzkiego po dniach czerwcowych zawiodły kompletnie. Mimo pozornej porażki powstania barykadowego, mimo strasznego krwi upustu, mimo wprowadzenia do Łodzi chmar zbrojnego żołdactwa, proletariat łódzki nie stracił ducha, nie zaprzestał walki. Tylko na krótką chwile uniemożliwione zostały zewnętrzne szersze przejawy agitacji i walki. Dziś wewnątrz Łodzi wre agitacja socjaldemokratyczna nadal i walka kroczy naprzód. Wielkie strajki w fabryce Geyera i innych są już znowu objawem niezmordowanej energii rewolucyjnej robotników łódzkich, a może sygnałem niedalekiego wybuchu nowego strajku powszechnego.

Drugim zaś faktem donośnym ostatnich tygodni jest – odbicie się echa walk łódzkich na prowincji. Mimo szalonych wysiłków ze strony reakcji – na znak solidarności z Łodzią stają jedne za drugimi przybytki pracy i wyzysku w całym kraju. W myśl głoszonej już przez nas dawniej idei, iż proletariat rewolucyjny musi wylegać na ulicę – odbywają się wszędzie demonstracje uliczne. Co prawda wskutek środków przedsięwziętych przez władze carskie, i wysiłków całego burżuazyjnego „społeczeństwa” – manifestacje strajkowe i uliczne nie mogły już przyjąć tych olbrzymich rozmiarów, które by po strajku warszawskim 4-go maja, po stutysięcznej demonstracji łódzkiej 21-go czerwca – zdolne były zaimponować całemu światu, a jednak – proletariat polski protestował głośno i potężnie.

26-go czerwca strajkuje cały lud roboczy w Warszawie, na ulicach pojawiają się czerwone sztandary, wzniesione zostają – jakby dla ćwiczenia się w tej sztuce rewolucyjnej – barykady; 28, 29, 30-go zawiesza pracę Zagłębie, kryjące w swych podziemiach dziesiątki tysięcy niewolników kapitału; 28-go staje Lublin, 4-go lipca ustaje wszelkie życie handlowe i przemysłowe w Białymstoku, tylko strzały za strzałami słychać na ulicach; 5-go i 6-go strajkuje w wielu punktach radomskie; 3-go lipca zamiera życie w Kielcach, wreszcie 18-go sierpnia znowu strajkuje cała Warszawa – na zawołanie organizacji socjaldemokratycznych tym razem na znak protestu przeciw rzezi w Białymstoku. „Precz z samowładnym carem!”, „Niech żyje wolność polityczna!” – rozbrzmiewa po całej Polsce.

Zatem ostatnie tygodnie dowiodły, że rewolucja posuwa się z żelazną logiką w dwóch kierunkach: i w głąb, i wszerz. Główne ośrodki, stare wulkany walki robotniczej – Warszawa i Łódź – niewyczerpane olbrzymimi wylewami rewolucyjnymi, niezmiażdżone najdzikszymi wysiłkami reakcji, działają niezachwianie dalej; po pierwsze, przodujące szeregi proletariatu polskiego pokazują, że nie znają wahań ani zmęczenia. Jednocześnie z ośrodków tych walka rozlewa się coraz bardziej na prowincję, rozszerzając nieustannie teren rewolucji. I te dwa objawy to właśnie najcenniejsze gwarancje, że sprawa rewolucyjna rozwija się podług wszelkich praw ruchu zdrowego, silnego; ruchu masowego proletariatu.

W rewolucjach burżuazyjnych zmęczenie i wyczerpanie jest objawem nieuniknionym i historycznie niezbędnym. Rewolucje bowiem burżuazyjne, zawsze na nieświadomym przecenianiu własnych celów, na iluzji oparte, zawsze posługujące się za pomocą tej iluzji siłą ludu roboczego, popychającego za każdym razem falę rewolucyjną dalej, aniżeli to odpowiadało interesom klasowym kierowniczej burżuazji, rewolucje te miały stale po najwyższych wysiłkach okres cofania się. Zmęczenie i wyczerpanie się w tej walce było tu zawsze tym symptomem psychicznym, który wskazywał, że następuje przełom, że rewolucja, zapędziwszy się zbyt daleko, zaczyna słabnąć i opadać. Tak działo się w Wielkiej Rewolucji Francuskiej, takie były dzieje rewolucji 1848 r.

Obecnie carat i burżuazja nasza daremnie spekulują na zmęczenie i wyczerpanie energii proletariatu. Rewolucja robotnicza, dzięki kierownictwu Socjaldemokracji, jasną ma świadomość swych dróg i celów, a klasa proletariatu jako prawdziwie rewolucyjna, walcząca dziś po raz pierwszy sama dla siebie, w interesie przybliżenia własnego wyzwolenia, nie zna, nie może znać ani cofania się, ani zmęczenia w walce. Ostatnie tygodnie wykazały znowu, że rząd carski, że cały obecny porządek polityczny stoi na wulkanie, w którym lawa to starymi kraterami wyrzuca ogniste strumienie, to coraz nowe tworzy sobie ujścia z boku, przez skorupę, aż się połączy w jednopromienne morze rewolucyjne i zatopi bez śladu ruderę ostatniego rządu despotycznego

  1. 18 czerwca 1905 r. wojsko zaatakowało kilkutysięczny pochód robotników łódzkich, wracających późnym popołudniem z niedzielnej „majówki” w podmiejskich Łagiewnikach. 20 czerwca odbył się manifestacyjny pogrzeb ofiar, który, choć obeszło się bez starć, jeszcze bardziej zaognił sytuację w mieście. Dzień później, 21 czerwca, pojawiła się pogłoska, że jedna z ofiar niedzielnych starć została potajemnie pochowana przez policję. Oburzeni tym faktem łódzcy robotnicy w ciągu kilku godzin zdołali zorganizować kilkudziesięciotysięczny (szacunki mówią nawet o 70 tysiącach osób) pochód, który przemaszerował przez centrum miasta. Na rogu ulicy Piotrkowskiej i obecnej ulicy Żwirki doszło do starcia z wojskiem, które wykorzystując zabudowę, przygotowało swoistą „zasadzkę” na manifestantów. Było kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, ostrzelany tłum rozbiegł się w panice, tratując przy tym wiele osób. W efekcie masakry w mieście wybuchły walki. W nocy z 22 na 23 czerwca zaczęły się pojawiać pierwsze barykady. Walczono przy użyciu nielicznych rewolwerów, kamieni brukowych, wrzątku i kwasu wylewanego z okien itd. Nierówna walka trwała do wieczora 24 czerwca. Liczba ofiar nie jest znana, szacunki wahają się od ok. 165 (dane oficjalne) do nawet 2000 osób. []
Share This