Mirosława Marody. 2014. Jednostka po nowoczesności: perspektywa socjologiczna. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar.

O Mirosławie Marody było ostatnio głośno po tym, jak stanęła do walki wyborczej o stanowisko prezeski Polskiej Akademii Nauk. Socjolożka, która w latach 2011–2014 była jedyną kobietą w Prezydium PAN, odważnie zapowiedziała, że jeśli zostanie wybrana, to zakwestionuje „utylitarną wizję nauki, usługową rolę naukowca i zastępowanie etosu naukowego bibliometrycznymi wskaźnikami”. Wprawdzie przegrała wybory z reprezentantem nauk przyrodniczych, Jerzym Duszyńskim, ale dyskusję nad własną wizją humanistyki udało jej się wywołać dzięki jej najnowszej książce, opublikowanej kilka tygodni wcześniej. W pracy Marody da się wyczuć intencję tworzenia humanistyki z misją i z pasją. Autorka broni humanistyki jako dziedziny wiedzy najlepiej predestynowanej do tego, by objąć przemiany współczesności całościową, integrującą wiele perspektyw narracją. Książka dyskutowana była m.in. w debacie organizowanej przez Fundację Batorego. Udział w niej wzięli tacy czołowi akademicy i publicyści jak Maciej Gdula, Szymon Wróbel, Henryk Domański, Krystyna Skarżyńska, Edwin Bendyk i Aleksander Smolar.

Jednostka po nowoczesności nie jest, jak mógłby na to wskazywać tytuł, pracą poświęconą w pierwszej kolejności ludzkiej jednostce. Marody pisze z wyraźnie wyartykułowanym sprzeciwem wobec tych tendencji socjologicznych, które przeciwstawiają jednostkę społeczeństwu i w procesach narastającej indywidualizacji upatrują klucza do wyjaśnienia wielowymiarowych, dynamicznych przemian społecznych zachodzących w początkach XXI wieku. W istocie koncepcje, które przyznają prymat indywidualizacji, popadają w tautologię: to, co powinno zostać objaśnione (fenomen indywidualizacji), służy w nich jako wyjaśnienie. Marody przekonująco wykazuje – odwołując się zarówno do historycznej genezy pojęcia jednostki w myśli zachodniej, jak i do rozważań o charakterze metodologicznym – bezowocność przeciwstawiania tego, co jednostkowe, temu, co społeczne. Jednostka nie tylko wyłania się w toku dziejów wspólnie ze społeczeństwem (ogół wolnych jednostek tworzy społeczeństwo obywatelskie), ale zawsze pozostaje w jakiś sposób uspołeczniona. Ignorowanie tego faktu jest pokłosiem krytyki nadużyć ze strony państwa, które wraz z obejmowaniem społeczeństwa coraz ściślejszą regulacją – przez antyetatystów wiązaną z kontrolą i represją, przez etatystów z opieką i odpowiedzialnością – koncentrują uwagę badaczy i opinii publicznej na konfliktach jednostki ze społeczeństwem, tego, co prywatne z tym, co publiczne, tego, co nieuwarunkowane z tym, co uwarunkowane itd. W wyniku postępującej krytyki nadużyć państwa, zbyt pochopnie utożsamianego ze społeczeństwem, dowartościowany zostaje autonomiczny, jednostkowy podmiot, któremu przyznaje się takie wrodzone własności jak racjonalność, wolność, samowystarczalność, niepowtarzalność. Śledzony przez autorkę podział dotyczy także socjologii, która została rozerwana przez dwie odrębne ontologie, z których jedna bierze za punkt wyjścia jednostkę i to w jej działaniach upatruje powstawania tego, co społeczne, druga zaś przebywa drogę odwrotną: od poziomu makro do poziomu mikro, od społeczeństwa do jednostki.

Zdaniem Marody druga połowa XX wieku to w teorii socjologicznej okres wypierania socjalizacji przez indywidualizację na pozycji kluczowego mechanizmu wyjaśniającego formowanie się tożsamości. W miejsce jednostronnych, psychologizujących koncepcji autorka nie postuluje odświeżonego determinizmu społecznego, lecz szuka własnego, pośredniego stanowiska, które stanowiłoby coś na kształt pomostu między jednostką i społeczeństwem. Nie jest to, rzecz jasna, problem nowy, a i rozwiązanie zaproponowane przez autorkę trudno uznać za szczególnie oryginalne. Marody w książce zdaje oczywiście sprawę z innych podejmowanych w obrębie socjologii prób zintegrowania dualizmu makrostruktur społecznych z podmiotowością jednostki – najbardziej znane z nich to teoria strukturacji Anthony’ego Giddensa i strukturalistyczna teoria praktyki Pierre’a Bourdieu Podczas gdy obie próbując przezwyciężyć zastany dualizm, budują nowy (struktura/aktorzy, pole/habitusy) i rozpisują go na chronologicznie następujące po sobie sekwencje interakcji między poziomami, autorska propozycja Marody dąży do rozpuszczenia dwóch socjologicznych ontologii w centralnym dla jej projektu pojęciu więzi społecznych. Jednostka po nowoczesności była zresztą z zamysłem przygotowywana jako kontynuacja pracy Przemiany więzi społecznych (2004), którą Marody napisała wraz z Anną Gizą-Poleszczuk. Tym razem badaczka podjęła próbę osadzenia tej problematyki w szerszym kontekście, by zademonstrować jej użyteczność w analizach współczesności i odeprzeć stawiane pod adresem poprzedniej książki zarzuty o dość ograniczony potencjał eksplanacyjny kategorii więzi społecznych.

Jak wywiązuje się z tego zadania? Uznając nieredukowalny charakter uspołecznienia, autorka zainteresowana jest nie procesem rzekomego wyzwalania się jednostek ze świata wraz z nowoczesnością, lecz przemianami związków jednostek ze światem. Chociaż nowoczesność na poziomie własnej ideologii jawi się jako siła konstruująca wolną jednostkę w opozycji do świata i uwalniająca ją z krępujących więzów zależności i zobowiązań, to bardziej adekwatne byłoby, przekonuje Marody, potraktować ją jako najeżony barierami proces wyzwalania się świata – i w konsekwencji jednostek – możliwy dzięki zmieniającym się formom uspołecznienia, a nie zachodzący pomimo czy nawet wbrew im. Społeczne konstruowanie rzeczywistości nie zamyka jej na autonomiczną jednostkę, ale wyposaża ją w niezbędne środki orientacji, które umożliwiają dostęp do rzeczywistości w wyznaczonych ramach. Jeżeli ramy te jawią się jako niesprawiedliwe, krępujące, opresyjne itd., to remedium nie są mrzonki o samowystarczalnej, niezależnej jednostce, lecz jedynie próby reformy tych ram – próby, które uwarunkowane są tym, co chcą zakwestionować.

Zakwestionowanie przez autorkę krytycznie postrzeganego przez nią „uprzywilejowania ego” w naukach społecznych wpisuje się w postulowaną przez nią „kopernikańską rewolucję”, która ma statyczne, oddzielone od siebie byty – jednostkę i społeczeństwo – zastąpić nowym, procesualnym, dynamicznym, zmiennym przedmiotem badawczym. Mowa o rewolucji jest tu nieco na wyrost, ponieważ ona od pewnego czasu trwa, a nawet wydaje się, że już okrzepła w kanonie socjologicznym, czego zresztą autorka jest świadoma, przywołując nazwiska tak popularnych autorów jak Bruno Latour, Manuel Castells, Alain Touraine, czy nawet takiego klasyka jak Norbert Elias.

Przekonująca krytyka paradygmatu indywidualizacji jest mocnym punktem książki, ale następująca po niej analiza konkretnych form uspołecznienia ludzkich działań – od społeczeństwa burżuazyjnego poprzez masowe do społeczeństwa klasy średniej – okazuje się już mniej satysfakcjonująca. Podkreślając nadmierne akcentowanie przez współczesną socjologię zero-jedynkowego podziału na epokę nowoczesności i ponowoczesności, który w literaturze przepracowywany został na wiele nieprzystających do siebie sposobów, Marody proponuje prześledzić pozostające nieco w cieniu zagadnienie przemian nowoczesności. W tym miejscu autorka jednak niekonsekwentnie stosuje wprowadzone wcześniej założenie o dynamicznym, plastycznym przedmiocie socjologii. Chociaż akcentuje rolę, jaką ekspansja militarna i gospodarcza państw europejskich odegrała dla narodzin nowoczesności i wzrostu znaczenia burżuazji, traktuje ją jako zewnętrzną wobec właściwego przedmiotu swoich rozważań, jakim jest społeczeństwo zachodniego państwa narodowego. Wprawdzie we wprowadzeniu autorka explicite przyznaje, że interesują ją przemiany w zachodnioeuropejskich społeczeństwach rozwiniętych (mimo że jest to podział nieostry), ale to założenie wydaje się tłamsić potencjał jej analizy, niepotrzebnie wprowadzając dualizm społeczeństwa i jego zewnętrznego środowiska. Staje się to bardziej widoczne wraz z kolejnymi etapami rozważań autorki, gdy pojawiają się w nich wątki takie jak globalizacja, przemiany technologiczne czy wielokulturowość.

Ta sprzeczność między deklarowaną perspektywą metodologiczną, nakierowaną na uchwycenie przedmiotu socjologii in statu nascendi, a jej prowadzoną przez autorkę rzeczywistą aplikacją, w której dostrzegając konstytutywną dla nowoczesności i ponowoczesności dynamikę przekształcającą to, co społeczne, stale próbuje odzyskać statyczne byty – jednostkę i społeczeństwo – uzasadnić można wymogiem klarowności wywodu i chęcią osadzenia go w tradycji socjologicznej. Niemniej sprzeczność ta jest tym, co uniemożliwia włączenie się w faktyczną rewolucję w słowniku socjologii, którą usiłują przeprowadzić takie orientacje jak np. posthumanizm, transhumanizm czy ujęcia biopolityki. Skoro przeciwstawienie jednostki społeczeństwu należy zakwestionować, a wprowadzane w jego miejsce więzi społeczne ulegają współcześnie daleko idącym przeobrażeniom, co skutkuje – jak zauważa autorka – rozpadem społecznie podzielanego sensu, to być może właściwym zagadnieniem socjologii staje się współczesna niemożliwość jednostki i niemożliwość społeczeństwa? Marody sama stawia to pytanie i z aprobatą przywołuje diagnozę Touraine’a o „końcu świata społecznego” i zastąpieniu go przez „sytuację postspołeczną”, ale nie ustaje w wysiłkach skonstruowania narracji o tym, jak wytwarzane jest w toku praktyk społeczeństwo ponowoczesne. Abstrahując już od tego, że autorka odwołuje się zarówno do tych ujęć, które wprowadzają ścisłe rozróżnienie między nowoczesnością i ponowoczesnością, jak i do tych, którzy tę drugą traktują jako kolejny etap tej pierwszej, poważniejszy zarzut dotyczy tego, że Marody nie potrafi rozstać się z pojęciem społeczeństwa nawet wtedy, gdy erudycyjnie analizowana przez nią rzeczywistość ewidentnie przestaje się w nim mieścić. W efekcie zatrzęsienie odniesień bibliograficznych, wprowadzanych poziomów analizy (generyczne doświadczenia współczesności, przemiany państwa, pracy i rodziny, formowanie tożsamości, uwspólnianie sensu – czego tu nie ma!) i nieco nużących czytelnika kategoryzacji niejako wbrew intencjom autorki i jej dużym ambicjom poznawczym wspiera raczej tezę, że społeczeństwo ponowoczesne nie istnieje. Którędy przebiegają jego granice? Jakie jest jego uwarstwienie? Na te proste pytania współczesna socjologia nie potrafi przekonująco odpowiedzieć nie lądując przy tym w pułapce metodologicznego nacjonalizmu. Natomiast zakotwiczając analizę w ramach współzależnej globalizacji, rewolucji technologicznej i płynności form społecznych – tak jak czyni to Marody – proponuje wprawdzie złożoną, wielowymiarową, ale nieprzejrzystą analizę. Czy argumentem uzasadniającym tę nieprzejrzystość może być nieprzejrzystość przedmiotu socjologii, jak twierdzi również sama autorka?

Rozczarowującą tendencję we współczesnej socjologii – od której wolna nie jest także Jednostka po nowoczesności – stanowi uporczywe ignorowanie lub błahe traktowanie realnie istniejących stosunków wyzysku, opresji, dyskryminacji, nierówności. Kajdan, kagańca czy pejcza nie można opisywać w kategoriach więzi. Chociaż Marody w swojej książce nierzadko podkreśla, że ponowoczesność naznaczona jest rosnącymi nierównościami majątkowymi, demontażem państw opiekuńczych czy niekorzystnymi dla siły roboczej przekształceniami na rynku pracy, to tendencje te interesują ją przede wszystkim ze względu na ich wpływ na nomiczne systemy społecznych przekonań. Dominujące współcześnie podziały społeczne wiąże z kolei wygasaniem istotności antagonizmów i dystynkcji klasowych oraz zastępowaniem ich w tej roli przez rywalizacyjne style życia. Niestety, przyznając taką wagę modnej obecnie w socjologii problematyce stylów życia, Marody naraża się na zarzut, który zresztą sama formułuje, pisząc, że „miejsce zajmowane przez pojęcie stylów życia w opisie podziałów społecznych zaczyna jawić się z tej perspektywy nie tylko jako wyraz ostatecznego zwycięstwa »etosu klasy średniej«, ile raczej jako podzwonne dla opartej na niej wersji społeczeństwa nowoczesnego oraz jako przejaw swoistej »przemocy symbolicznej«, lub może lepiej, »symbolicznej zasłony«, jaka skrywa nabierające nowego impetu procesy strukturotwórcze, których kierunku i ostatecznego kształtu nie jesteśmy w stanie przewidzieć”. W przypisie autorka dodaje, odwołując się do Zygmunta Baumana: „Godny odnotowania jest tu fakt, iż w kreowaniu tej »symbolicznej zasłony« istotną rolę odgrywają nauki społeczne, przyjmujące na siebie rolę »tłumaczy« dokonujących się przemian”. W takim razie, dlaczego Marody tylko pośrednio dotyka w swojej pracy przemocy klasowej, rasowej czy płciowej?

Dochodzimy tu do podstawowego problemu z Jednostką po nowoczesności. Doceniając ogrom pracy włożonej przez autorkę w opracowanie rozległego materiału i trafność wielu sformułowanych przez nią szczegółowych tez i spostrzeżeń, nie da się wyzbyć wrażenia, że Marody stała się zakładniczką dyskursu socjologicznego wytwarzanego w centrum intelektualnego podziału pracy. Nie kwestionując faktu, że zarówno nowoczesność, jak i ponowoczesność zawierają w sobie olbrzymi ładunek uniwersalizujący doświadczenie społeczne, trzeba też zauważyć, że owa uniwersalizacja jest tylko częściowa, a towarzyszy jej zapośredniczanie tych doświadczeń przez asymetryczne, przemocowe relacje nowego typu oraz nowe uzasadnienia relacji zastanych. Wytwarzany przez elity intelektualne w krajach rozwiniętych dyskurs wokół ponowoczesności wpływa na sposób uprawiania nauki w państwach peryferyjnych, gdzie opisuje ona doświadczenie milionów kobiet i mężczyzn jeszcze bardziej fragmentarycznie. Owszem, coraz większe rzesze ludności na całym świecie doświadczają chociażby opisywanej w tym dyskursie detradycjonalizacji stosunków społecznych, wpadają w kulturę kart kredytowych, zawierają związki intymne oparte na zasadach partnerstwa czy korzystają z nowych technologii komunikacyjnych. Jednak w Polsce, czyli kraju, w którym Mirosława Marody napisała i wydała swoją książkę, być może wcale nie te przemiany są dla ich uczestników i uczestniczek najistotniejsze. To symptomatyczne, że polska socjolożka swój opis nowoczesności czerpie z zachodnich doświadczeń i ich naukowych odczytań. Jakkolwiek skutki etyki protestanckiej, rewolty lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku czy nowych mód w zachodnich naukach społecznych mają wpływ na kształt społeczeństwa w dominującej mierze katolickiego, które zamiast kontrkultury miało antysemickie „polowanie na czarownice”, to bez wzięcia pod uwagę jego specyfiki i bez odwołania się do jego własnych prób samoopisu nie uda się uchylić „symbolicznej zasłony”. Charakterystyczne jest także to, że we wspomnianej debacie Fundacji Batorego przekonanie Marody o tym, że „polskie społeczeństwo kształtowane jest przez takie same procesy, jakie obserwujemy w innych wysoko rozwiniętych krajach zachodnich”, nie spotkało się z głosem sprzeciwu, że procesy mogą być takie same, ale ich wpływ na różne społeczeństwa jest już odmienny. Z zapisu spotkania wynika, że jego temat, „Polskie społeczeństwo w świecie globalnym”, zszedł na plan dalszy i nie doczekał się należytego rozwinięcia. Zamiast dyskutować o faktycznej topografii sieci, podając w wątpliwość zbyt często braną za pewnik tezę o jej płaskości, uczestnicy i uczestniczki debaty spierali się o to, czy bardziej użyteczną perspektywą badawczą jest ponowoczesna, płaska, niestabilna sieć, czy nowoczesna, hierarchiczna, stabilna struktura społeczna. Intencja Mirosławy Marody – przezwyciężenie dualizmów – nie całkiem się więc powiodła. Jedne dualizmy zostały zastąpione przez kolejne.

Łukasz Moll

Share This