Mieszkałyśmy przez tydzień w obozie wariatów. Nie chodzi o niespójny przekaz czy jarmarczny wystrój naszych obskurnych namiotów (prawdopodobnie nie ma sensu dyskusja nad estetyką tego miejsca, którego różnorodność umożliwiała każdej z nas identyfikację z tym, co się tam działo, jednocześnie – być może – wykluczając osoby, które skłonne byłby się przyłączyć do projektu mniej efemerycznego). Nie chodzi nawet o niemieszczące się w granicach telewizyjnej racjonalności postulaty radykalnej demokracji, budżetu partycypacyjnego, wykorzystania pustostanów na mieszkania dla ludzi, poddawanych dziś masowym eksmisjom. Nasz obóz był przestrzenią zupełnie szalonej (z perspektywy kapitalizmu) produkcji dobra wspólnego. W świecie wszechogarniającej alienacji, braku zaufania i miłości, grupa kilkunastu, kilkudziesięciu osób (od anarchistek po członkinie lokatorskiego stowarzyszenia „Bóg, Honor, Ojczyzna”), tworzyła przez tydzień miejsce, w którym wyprodukowano nieekwiwalentną ilość zaufania, bliskości, wzajemnej pomocy, których intensywność przerosła oczekiwania nas wszystkich, a ich efekty pozwalają nam działać dalej, pomimo rozbicia przez milicję naszego miasteczka.

Mieszkanki naszego obozowiska nie tylko grały w scrabble, piłkę czy karty (stawiając tarota na rzecz powodzenia naszej rewolucji), ale przede wszystkim sprawiły, że Rynek, który (jak twierdzi Bachtin) niegdyś tętnił nieskrepowanym życiem średniowiecznego jarmarku, znowu w ręce mieszkanek powrócił. Stał się tym samym wolny od ideologii, która każe poddawać go prywatnej albo publicznej własności. Wolny Rynek uległ uspołecznieniu, stając się dobrem wspólnym wszystkich tych, które na nim mieszkały, debatowały, jadły, gotowały i spały.

Wolny rynek zamienił się w przestrzeń, w której chociaż na chwilę udało się sprofanować kapitalistyczną religię handlowej wymiany, zmuszającą nas do życia w nieustannie rosnącej winie kredytu i prostytuującą wszystkie międzyludzkie relacje. Ta dezalienacyjna siła, wyrywająca nas z mitycznego obiegu, stworzyła rodzaj nieopartej o wielkiego Innego egalitarnej wspólnoty Ducha Świętego (jak nazywa ją Žižek), która, dzięki niewykluczającej nikogo sile miłości, umożliwiła wyrwanie się z pogańskiego świata kapitalistycznego mitu.

Najważniejszym zadaniem jest dziś zostanie tutaj. I podjęcie walki nie o głos, który władza z chęcią nam odda, gdy tylko uzna, że potrzebuje naszej legitymizacji, ale walki o twórczość nieskrępowaną władzą państwa czy kapitału. Twórczość, która umożliwiła nam dalsze konstruowanie listy postulatów, organizację życia w zupełnie nieprzyjaznym, zabrukowanym centrum Krakowa; w końcu – która pomogła nam w poodejmowaniu skomplikowanych decyzji w bezpośrednio demokratyczny, często i jednogłośny sposób. Być może powinniśmy uwierzyć, że miasto nie istnieje bez oddolnej produkcji wspólnego dobra i wzajemnej pomocy, którą na co dzień wykonują jego mieszkanki, a może istnieć bez pasożytniczej funkcji państwa czy kapitału, żerujących na naszej pracy tylko dlatego, że udało im się nam wmówić, że bez nich jakakolwiek produkcja nie byłaby możliwa. Być może władza opiera się dziś wyłącznie na wierze (tych, które są owej władzy podporządkowane), że jest ona efektem naturalnych procesów, którym jesteśmy poddane. Być może należy się zdobyć na odwagę sprawdzenia, czy aby Król nie jest nagi, a jego władza oparta wyłącznie na wierze w jego nadprzyrodzoną siłę.

 

Share This