Michał Łuczewski swoim tekście o piekielności nowoczesnego życia wykazuje się albo niekompetencją, albo daleko posuniętym cynizmem. Nie chodzi mi o forsowanie tak zwanej cywilizacji życia przeciw cywilizacji śmierci, której dyskursywnym efektem jest (ocierające się o granice dobrego smaku) zrównywanie działalności walczących o swoje prawa kobiet z największymi zbrodniarzami dwudziestego wieku.

Problemem tego tekstu jest niebezpiecznie zbliżająca się do skandalu manipulacja, jakiej dokonuje autor. Otóż, jak sugeruje Łuczewski, szczególnym sojusznikiem w walce z cywilizacją śmierci jest dziś Giorgio Agamben. Zdaniem Autora, teoria włoskiego filozofa wymaga tylko delikatnej korekty, a możliwe stanie się wyartykułowanie w jej ramach kluczowego twierdzenia że: „Dziś na masową skalę suweren produkuje nagie życie nie w obozach, ale w klinikach aborcyjnych.”

Doprawdy trudno jest w jakikolwiek racjonalny sposób uzasadnić takie posunięcie. Niewiele jest zdań, które mniej pasowałoby do filozofii autora Homo sacer. Teoretyczne zaplecze współczesnej polskiej prawicy musi być w opłakanym stanie, skoro zmuszona jest dopuszczać się tak daleko idących manipulacji tylko po to, by choćby na chwilę (trwającą dokładnie tyle, ile zerknięcie przez krytyczną czytelniczkę do pierwszej lepszej książki Agambena) przeciągnąć znanego teoretyka na swoją stronę. Sytuacja ta zarówno jeśli chodzi o skalę, jak i wątpliwy efekt, do złudzenia przypomina podjętą swego czasu przez lidera Ich Troję próbę przechwycenia słynnego pro-aborcyjnego wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Prawo nieurodzonych i zaśpiewania go w taki sposób (gorzko-ironicznych fragmentów tak, by brzmiały poważnie), by służył sprawie obrony nienarodzonego życia (oczywiście wykreślając wszystkie te momenty, które mogłyby świadczyć o odmiennym niż piosenkarz stanowisku, jakie w kwestii aborcji zajmowała poetka).

Dokładnie analogiczną metodę lektury Agambena przyjął w swoim eseju Łuczewski. Jeśli problem aborcji u Agambena występuję, to w sposób dosłownie przeciwny temu, który chciałby wymusić na włoskim teoretyku Łuczewski – jako jedna z postaci biopolitycznej kontroli, jaką nad swoimi obywatelkami i nie-obywatelkami (obok dbania o czystość rasową czy wyznaczania granicy miedzy życiem a śmiercią) rozciąga dziś tak zwane demokratyczne i liberalne państwo. Trudno też jest się zgodzić, że płód miałby pełnić strukturalnie tę samą funkcję wyjętego spod prawa świętego człowieka (którego można bezkarnie zabić), co niegdyś Żydówka, a dziś uchodźczyni. W przeciwieństwie tak do pierwszej, jak i drugiej, prawo dokładnie definiuję swoją funkcje wobec płodu, np. zawieszając penalizację w wypadku gwałtu czy zagrożenia życia lub zdrowia matki bądź płodu, wyznaczając czasowe granice możliwości przeprowadzenia zabiegu itd. Jeśli kogoś już w tej sytuacji udałoby się podciągnąć pod definicję homo sacer, to byłaby nią np. jedna z czarnych bohaterek tekstu Łuczewskiego, Alicja Tysiąc – jako osoba, która nadzwyczaj boleśnie przekonała się o funkcjonującym w Polsce „włączającym wyłączeniu”. Ulokowało ją ono (jako nie-kobietę, kwestionującą przyrodzony kobiecie obowiązek rodzenia) właśnie w przestrzeni suwerennego wyjątku, w którym normalnie funkcjonujące prawo ulega zawieszaniu, poddając ją pod władanie suwerena działającego w (skrajnie woluntarystycznej i arbitralnej) mocy prawa.

Agamben z pewnością nie należy do sympatyków szczególnie silnego wśród liberalnych feministek, post-locke’owskiego przekonania o posiadaniu własnego ciała. W tym sensie nieuważna czytelniczka może zbliżyć jego stanowisko do konserwatyzmu. Jednak zdaniem Agambena i większości teoretyków/teoretyczek biopolityki z Robert0 Esposito na czele, jeśli zachodzi tu jakieś podobieństwo, to między (rzekomo) posiadającym swe ciało liberałem, oddającym je państwu konserwatystą a przejmującym nad ciałami kontrolę nazistą. To nieszczęśliwy z Agambenowskiego punktu widzenia paradygmat, w którym ciało podlega posiadaniu (otwarty m.in. przez Locke’a), umożliwia takie a nie inne zarządzanie ciałami, którego różne postaci od obozów koncentracyjnych po terapie reparatywne i nakazy rodzenia a także przymus aborcyjny, wyznaczają sposoby funkcjonowania nowoczesnej władzy.

Zupełnie paradoksalnie i przewrotnie wygląda w tym kontekście zachwyt Agambena nad teologiczną sytuacją przebywania w otchłani (w której zdaniem św. Tomasza i innych teologów miałyby lądować nieochrzczone czy właśnie nienarodzone dzieci). Złośliwie, wbrew Łuczewskiemu, Agamben widzi w tak zwanym czyśćcu swój osobliwy raj na ziemi. Sytuacja, w której wszelkie świętości ulegają wyzwalającemu sprofanowaniu, a relacje międzyludzkie dezalienacji, jest właśnie sytuacją, w której:

Najwyższa kara, jaką jest niemożliwość oglądania Boga, obraca się w przyrodzoną szczęśliwość: skazane nieodwołalnie na utratę, te istoty opuszczone przez Boga, wiodą egzystencję bez bólu. Wszelako to nie Bóg o nich zapomniał, to one pogrążone są w wiekuistym zapomnieniu o Bogu.1.

 i, jak dodaje dalej:

Podobnie jak skazaniec Kafkowskiej kolonii karnej, który zdołał uniknąć śmierci w trybach morderczej machiny, istoty te opuściły świat winy i sprawiedliwości […]. Wszelako życie, które rodzi się na Ziemi po dniu ostatecznym, jest po prostu życiem ludzkim2

Zdaniem Agambena zatem pozostaje życzyć sobie, oby owo poddane takim czy innym formom władzy życie wyzwoliło się z biopolitycznej kontroli, którą próbują sprawować nad nim liberalni, konserwatywni lub nazistowscy oprawcy, i zaczęło żyć życiem prawdziwie ludzkim.

  1. G. Agamben, Wspólnota, która nadchodzi, tłum. S. Królak, Warszawa 208, s. 12-13. []
  2. Tamże []
Share This