Maurycy Florczyk – Uwaga o Strukturalizmie

Jesteśmy w roku 2017 i słowo „struktura” nie jest znakiem rozpoznawczym współczesnych nauk humanistycznych. Nasz stosunek do niegdysiejszych ambicji – trzeźwy w obliczu naiwności, skromny w obliczu nadmiernych aspiracji, realistyczny w obliczu ekstrawaganckich teorii – przypomina nieco postawę Woltera wobec Leibniza. Nie chodzi o to, byśmy opowiadali się za którymś z nich (nie leży to w naszej mocy), a bardziej o miarę dystansu między nimi, między systemotwórczą filozofią baroku a dojrzałym pisarstwem oświecenia, w wielu aspektach przecież kontynuującym tamtą wcześniejszą myśl – dokładnie tak, jak nasz inter- i transdyscyplinarny eklektyzm zadłużony jest w nadziejach i praktykach strukturalistów. Zdecydowany sceptycyzm i pewne przynajmniej niezrozumienie są, jak się zdaje, wpisane w naszą z nimi relację. Przy okazji to nasze główne narzędzia analiz i namysłu. strukturalizm

Strukturalizm czy raczej badania strukturalne wciąż pozostają naszym bezpośrednim poprzednikiem – takim więc, z którym zerwanie wielu wydaje się najpilniejsze, ale który, także z racji tej potrzeby, jawi się w sposób tyleż mglisty, co niejednokrotnie aż nazbyt wyraźny. Nie ma w tej dwuznaczności nic zdrożnego. Próby odgraniczenia tzw. poststrukturalistów (nierzadko wywodzących się z grona dawniejszych reprezentantów myśli strukturalistycznej), jednoczesne krytyki kierowane hurtem pod adresem strukturalizmu i poststrukturalizmu w imię nowszej filozofii, wskazywanie przy tym na cechy, tendencje i pomysły silnie obecne już w łonie analiz strukturalnych – wszystko to, jeśli podejść do tego z odpowiednią dozą życzliwości, świadczy o nie do końca załatwionych porachunkach. Skądinąd to właśnie owi poprzednicy (nieważne, pod jakim mianem występujący) dostatecznie sproblematyzowali cały komfort i dyskomfort takiej sytuacji – kiedy już wiadomo, że pewne przedmioty, pojęcia czy zagadnienia (w naszym przypadku, powiedzmy: dyskurs, tekst, znak) przestały nas poruszać, ale kiedy wcale nie wiadomo, czy zmieniły się warunki konstruowania obiektów, kategorii i problemów, sposoby ich jawienia się, wreszcie ich rozkład w przestrzeni teoretycznej i odniesienie do praktyk. Czy zresztą dysponujemy narzędziami innymi niż te wypracowane w toku tamtych wcześniejszych badań, by opracować schemat wspomnianych transformacji? Bez wątpienia jakiś rodzaj dezynwoltury stanowi nierzadko okoliczność sprzyjającą inicjowaniu nowych studies – nie ma wówczas znaczenia to, że „zwrot ku materialności”, ponowne zainteresowanie nauką i naturalizmem, zerwanie z „paradygmatem lingwistycznym” nijak nie implikują sporu ze „strukturalizmem”, przede wszystkim z uwagi na niekoniecznie trafne rozpoznanie tła, z jakiego każdorazowo się on wyłaniał, i kierunku, w którym zmierzał. Czy to znaczy, że refleksja powinna dążyć do eliminacji nieciągłości i zerwań, do kwestionowania odmienności? Raczej do rekompozycji mapy tych ostatnich – być może za cenę utraty dotychczasowego wizerunku nas samych. strukturalizm

Choć wiedzieć, że możemy wyglądać inaczej, to też zysk niemały.

 

Historyczna interpretacja strukturalizmu, najbliższa tradycyjnej historii idei, porządkowałaby kategorie i autorów; formułowała pytania i odpowiedzi; rekonstruowała nawiązania i problematyki; chętnie sięgała po – liczne wszak – wypowiedzi i refleksje autotematyczne bądź metodologiczne (by wymienić kilka z brzegu: Strukturalizm Piageta, Po czym rozpoznać strukturalizm? Deleuze’a, Działalność strukturalistyczna Barthes’a, Powrót do historii Foucaulta, setki akapitów u Lévi-Straussa – zob. wykaz literatury). Strukturalizm jako ewoluująca w sposób mniej lub bardziej ciągły całość – narodziny, „złoty wiek”, zmierzch. Taka interpretacja nie wykluczałaby nastawienia krytycznego, a nawet demaskatorskiego – zgodnie z naczelną zasadą odsłaniania sensu, niezmiennego, skoro tylko raz się go przyszpiliło.

Choć już na początku trzeba by najpewniej podkreślić, że charakterystyczną cechą różnych przedsięwzięć strukturalistycznych było, po pierwsze, przemieszczenie pojęcia sensu. Odtąd to, co znaczące, co skupia na sobie zainteresowanie badacza, sytuuje się w obszarze niewidoczności; to coś ledwo zauważalnego, bo, co ważniejsze, niemal nieznaczącego. Jak różnica między p i b – zamiast słów czy zdań. Jak elementy i procesy na granicy ruchu, tworzące „historię ciężką”, głęboką i milczącą – zamiast hałaśliwych wydarzeń. Jak wuj – zamiast rodziny opartej na więzach krwi. Nie jest to zatem żadna tajemnica, nic ukrytego – raczej coś, co pojawia się z rzadka, dając o sobie znać, choć nie ma nam ani nikomu nic do powiedzenia. Od badacza wymaga więcej cierpliwości niż spostrzegawczości, więcej skrupulatności niż pomysłowości. Liczy się bowiem nie tyle jego natura, ile częstotliwość, z jaką się zjawia, to, czemu przy okazji towarzyszy, tło, na którym się wyodrębnia. Cechuje je osobliwa niemota. Nie chodzi tu o absolutne milczenie, ale, by tak rzec, o odwracanie od siebie uwagi. Jeśli strukturalizm ma do czynienia z językami, jeśli interesuje go wszystko, co przyjmuje postać języka, w tym także języka nielingwistycznego, to jest to zawsze język uniku. Słowa i zdania, wydarzenia, stosunki rodzinne zawsze są na pierwszym planie. Strukturalizm tymczasem odkrywa nowy rodzaj znaków – nie takich, co napastliwie głoszą sens, takich, które z mniejszym lub większym trudem trzeba odczytać. Znaków się nie czyta, nie słucha – znaki się co najwyżej odnotowuje. Stąd pewien charakterystyczny ascetyzm strukturalistów. Jak gdyby poruszali się po niegościnnych terenach, skazani na uważne prowadzenie notatek, z których nie wynika nic przesadnie wymownego.

Strukturalista jednak odpłaca znakom pięknym za nadobne i nieuchronnie porzuca swój ascetyzm na rzecz pracy tworzenia. Drugą cechą, na którą należałoby zwrócić uwagę, jest zmiana statusu przedmiotu i efektu badań. Ten status, podkreślmy, od początku mógł się jawić jako wysoce problematyczny. Odnotowywanie przybiera postać rejestracji reguł – częstości występowania, wzajemnego następstwa, podobieństwa lub homologii. Mówiąc najbardziej oszczędnie czy neutralnie: między znakami zachodzą relacje. W istocie „relacyjność” to inna nazwa albo bezpośrednia konsekwencja niesamoistności nowego typu znaków, które niczego w sobie nie kryją, ale natychmiast – raczej przez swą ociężałą bierność niż jawną aktywność sygnału – odsyłają do czegoś innego: (a) tego, co zrazu i zwykle zauważalne, oraz (b) innych znaków. Dokładnie z tego powodu szeroko pojęta „działalność strukturalistyczna” (Barthes 1970a) robi wrażenie łatwej i trudnej zarazem, arbitralnej i jednocześnie rygorystycznej – do tego stopnia, że sama bez trudu mogłaby się stać przedmiotem analizy strukturalnej, i bynajmniej nie z racji jakiejś mniejszej obiektywności czy naukowości. Każdorazowo dobrana próbka znaków-elementów jest z istoty ograniczona – w jakimś sensie dowolna, nawet jeśli dostatecznie zbadana, „ustrukturyzowana”. Wydłużenie którejś serii, powiązanie jej z inną, zbudowanie serii serii itd. – innymi słowy: pomnożenie relacji – mogłoby dać nowe, inne wyniki. To nie wada strukturalizmu – prędzej nieskończona obietnica zasadności dalszych badań. Nadto fundamentalna otwartość na wejście w odmienną konfigurację czyni przedmiotem badań samą operację – już nie zatem element, ale to, co można z nim zrobić. Ściślej: każda taka – przeprowadzona lub tylko możliwa – operacja to po prostu jeden ze stosunków, jaki dany element jest w stanie nawiązać. Toteż nie dziwi fakt, iż badania nad wiedzą i nauką stanowiły ważne źródło inspiracji dla szeroko pojętych analiz strukturalnych, a z kolei w analizach tych tak chętnie sięgano do obszarów związanych z pracą nad znakami – z tego punktu widzenia za pokrewne należy uznać studia nad mitami, modą, literaturą czy naukami humanistycznymi. Trudno wówczas rozstrzygnąć – wybór metody, jak widać, niczego tu nie gwarantuje – co jest rzetelnym opracowaniem, a co jedynie „spójnym złudzeniem” (Lévi-Strauss 2001, 300). Tak czy inaczej pierwszym efektem badań jest, jak to się zwykło mawiać, przedmiot teoretyczny. Jego „teoretyczność” ma dwa aspekty. Po pierwsze, co widzieliśmy, jest on czymś z konieczności wytworzonym czy wręcz skomponowanym. Po drugie, każda taka kompozycja – jako że konstruowana w oparciu nie o nieredukowalne znaczenia, lecz względne reguły uporządkowania, współwystępowania i następstwa znaków – może funkcjonować jako model. Stąd czasami irytujące, ale też zupełnie naturalne podobieństwa i homologie między badaniami strukturalnymi w różnych dziedzinach. Stąd śmiało wyrażane nadzieje, że docieramy dzięki nim do samej natury umysłu czy wręcz logosu, a wszelkie kłopoty ze statusem da się zinterpretować jako świadectwo radykalnej odmienności obszaru, który strukturalizm odsłania – najbliższego bodaj obszarom badanym przez matematykę, też niesprowadzalnym po prostu ani do świata fizycznego czy materialnego, ani do tego, co li tylko subiektywne czy tym bardziej osobowe.

Tak dalekosiężne aspiracje każą ostatecznie porzucić ascetyzm; w gruncie rzeczy to właśnie za sprawą owej pierwotnej wstrzemięźliwości – skupieniu na, zdawałoby się, czysto zewnętrznych prawidłowościach – może się dokonywać nieuchronna ekspansja struktur. Po pierwsze, w sferę transformacji. Po drugie, w dziedzinę genezy. I wreszcie po trzecie, w obszar niegdysiejszych wydarzeń. Nieprzypadkowo dość łatwo i szybko rozprawiano się z częstymi zarzutami o prymat statyki, synchronii czy abstrakcji. Badania nad seriami czy zbiorami elementów odsłaniały liczne poziomy zależności, zmienne tryby autonomii, tak iż każdorazowe wydzielenie struktury równoznaczne było z określeniem właściwych jej form przekształceń, o różnych tempach i zakresach (w tym, a nie jakkolwiek biologistycznym kontekście należy rozumieć tezę Piageta, że to organizm stanowi prototyp struktur [Piaget 1972, 72] – sam skądinąd tworząc doskonały materiał dla rozważań o charakterze strukturalnym). Podobnie jak nawet wyodrębnienie struktur „atomowych” czy „elementarnych” oznaczało zwykle konieczność wskazania sposobów ich reprodukcji (stąd pełna świadomość prekursorskiej dla strukturalizmu roli Marksa). Już w tym przypadku (także skądinąd w marksizmie), analizując powstawanie i odtwarzanie struktur, chętnie sięgano po zjawiska bardziej, zdawałoby się, powierzchniowe – wiązane dotąd ze świadomością, historią polityczną, jawną budową tekstów i społeczeństw – diagnozując ich rolę w przemianach i narodzinach struktur (teoria funkcji ideologii to przykład w tym kontekście wzorcowy). Z tego punktu widzenia słynny spór o to, czy w ‘68 struktury wyszły, czy nie wyszły na ulicę, należałoby chyba uznać za o tyle bezprzedmiotowy, o ile struktury zawsze już tam były.

Ta ekspansja czy – ściślej – niejako z konieczności uniwersalne ambicje strukturalizmu są wynikiem bardzo swoistego i odrębnego podejścia do zagadnienia abstrakcji (w tym kontekście nad wyraz aktualne pozostają rozważania Lévi-Straussa o pracy Proppa zawarte w tekście Struktura i forma z roku 1960 [Lévi-Strauss 2001]). Mówiąc krótko i najzupełniej wprost: struktura tkwi głęboko w tzw. konkrecie, rugując zeń wszelkie znamiona arbitralności. Dzięki temu możemy dostrzec, czym różnią się poszczególne obiekty czy zjawiska. Wulgarna wersja teorii „inwariantów”, skupiona wyłącznie na formalistycznie pojętych funkcjach, pozwalała co najwyżej na identyfikację podobieństw – aż po całkowitą zatratę jakiejkolwiek specyfiki (ostatecznie istnieje tylko jedna bajka). Badania obejmowały tylko morfologię, elementy substancjalno-treściowe wydając na pastwę chaotycznej historii. Z punktu widzenia dojrzałego strukturalizmu pojawieniem się treści nie rządzi konieczność, a wszystko nie jest z góry przewidziane. Ale skoro już dana treść zaistniała – czyli poniekąd zawsze, bo przedmiotem badań strukturalnych nieodmiennie pozostają serie rzeczywiste – to podlega regułom i relacjom konstytuującym strukturę. Można to ująć jeszcze inaczej: żaden element nie jest nieprzejrzysty, bo zawsze tworzy się na gruncie bardziej podstawowych stosunków. Jak postaci w bajkach będące nośnikami pierwotniejszych opozycji. Abstrakcyjną bajkę jako taką, złożoną z niezmiennych funkcji realizowanych w konkretnych bajkach przez przypadkowe postaci, zastępują odrębne światy konkretnych bajek, w której funkcje ulegają permutacji, z kolei postaciami rządzą subelementy w rodzaju dobrze określonych cech dystynktywnych. Wyjaśnianie nie zmierza tu od materii rzeczywistych opowieści do formy idealnego wzorca, lecz od konkretu do konkretu, odnotowując transformacje, jakim ulegają elementy i relacje, oraz warunki takich przekształceń – traktując zarazem to wyjaśnienie jako pewien model, przydatny w kolejnych analizach. Jak powiada Lévi-Strauss, błąd formalizmu polegał na tym, że poszukiwał formy zbyt blisko obserwacji empirycznej – można by dodać: i dlatego na koniec sytuował się od niej zbyt daleko. Tymczasem potrzeba nieco więcej abstrakcji, by móc z powodzeniem wrócić do konkretu.

W ramach tak uprawianej historii strukturalizmu można by postawić serię pytań historycznych bądź metodologicznych: o źródła – także pozanaukowe – specyficznego ascetyzmu w naukach humanistycznych; o znaczenie tego ascetyzmu dla wyłaniania się „kultury” jako właściwego otoczenia badawczego, jako zbioru systemów znaczących; o los znaków i zmierzch „kultury”, o to, jak zanikają w polu badań „języki nielingwistyczne”, o przemieszczenie naukowego zainteresowania humanistyki poza znaki; o zmianę statusu czy może wręcz odwrót od reguł strukturalnych jako przedmiotu i efektu analiz; o przemiany pojęcia transformacji; wreszcie o wczorajsze i dzisiejsze oblicze konkretu i abstrakcji w humanistyce. Chodziłoby, patrząc już z dzisiejszej perspektywy, o to, (1) co się stało ze znakami, (2) jaki jest korelat humanistycznej aktywności naukowej, (3) jaki nowy typ relacji zawiązuje badacz między własnymi pojęciami a badaną rzeczywistością.

 

 

Wykaz literatury

[spośród licznych tekstów strukturalistycznych, strukturalizmowi przynajmniej w części poświęconych bądź nawiązujących do strukturalistycznych metod badawczych, a zarazem dostępnych w języku polskim, na początek warto przeczytać:]

 

Barthes, Roland. 1970a. „Działalność strukturalistyczna”. Tłum. Anna Tatarkiewicz. W Roland Barthes. Mit i znak. Eseje. Wybór i słowo wstępne Jan Błoński. Warszawa: PIW.

Barthes, Roland. 1970b. „O Racinie”. Tłum. Wanda Błońska. W Roland Barthes. Mit i znak. Eseje. Wybór i słowo wstępne Jan Błoński. Warszawa: PIW.

Barthes, Roland. 1970c, „Znak w wyobraźni”. Tłum. Janusz Lalewicz. W Roland Barthes. Mit i znak. Eseje. Wybór i słowo wstępne Jan Błoński. Warszawa: PIW.

Braidotti, Rosi. 2014. Po człowieku. Tłum. Joanna Bednarek, Agnieszka Kowalczyk. Warszawa: WN PWN.

Braudel, Fernand. 1999. Historia i trwanie. Tłum. Bronisław Geremek. Warszawa: Czytelnik.

Deleuze, Gilles. 1978. „Po czym rozpoznać strukturalizm?”. Tłum. Stanisław Cichowicz. W Drogi współczesnej filozofii. Red. Marek J. Siemek. Warszawa: Czytelnik.

Foucault, Michel. 1977. Archeologia wiedzy. Tłum. Andrzej Siemek. Warszawa: PIW.

Foucault, Michel. 2000a. „Powrót do historii”. W Michel Foucault. Filozofia, historia, polityka. Wybór pism. Tłum. Damian Leszczyński, Lotar Rasiński. Warszawa–Wrocław: WN PWN.

Foucault, Michel. 2000b. Strukturalizm i poststrukturalizm. W Michel Foucault. Filozofia, historia, polityka. Wybór pism. Tłum. Damian Leszczyński, Lotar Rasiński. Warszawa–Wrocław: WN PWN.

Lévi-Strauss, Claude. 2000. Antropologia strukturalna. Tłum. Krzysztof Pomian. Warszawa: Wydawnictwo KR.

Lévi-Strauss, Claude. 2001a. Antropologia strukturalna II. Tłum. Maciej Falski. Warszawa: Wydawnictwo KR.

Lévi-Strauss, Claude. 2001b. Myśl nieoswojona. Tłum. Andrzej Zajączkowski. Warszawa: Wydawnictwo KR.

Piaget, Jean. 1972. Strukturalizm. Tłum. Stanisław Cichowicz. Warszawa: Wiedza Powszechna.

 


Dodaj komentarz

Na podobny temat: