• Facebook
  • Twitter
Piotr Juskowiak. 2015. Przestrzenie wspólnoty. Filozofia wspólnotowości w perspektywie badań nad miastem postindustrialnym. Poznań: Wydawnictwo Naukowe Wydziału Nauk Społecznych UAM.

Nieunikniony antagonizm i konieczność bycia-razem, niekończący się spór i wyczekiwanie rewolucyjnego zerwania, bezgraniczna, usieciowiona miejskość i wrażliwość na to, co lokalne – te i wiele innych opozycji organizują Przestrzenie wspólnoty, książkę Piotra Juskowiaka. Autor zastosował w niej poststrukturalistyczną filozofię polityki do badań nad wspólnotą w mieście postindustrialnym. Chociaż praca ta odznacza się wielowątkowością i interdyscyplinarnością (dokonuje się w niej twórcze spotkanie marksistowskich studiów miejskich, kulturoznawstwa krytycznego i filozofii polityki), to można wyłuskać z niej czytelny zamysł autora organizujący całe przedsięwzięcie. Da się go sprowadzić do pytania o to, jak w badaniach nad miastem połączyć perspektywy skoncentrowane na produkcji – dobra wspólnego, przestrzeni, relacji społecznych – z propozycjami teoretycznymi funkcjonującymi przede wszystkim na poziomie dyskursu, wyrażającymi się w próbach konstrukcji podzielanego znaczenia, zawiązywania koalicyjnych łańcuchów ekwiwalencji i ustanawiania miejskich hegemonii. Dzięki temu zderzeniu wyjściowe opozycje okazują się podatne na – zawsze przygodne i otwarte na ciągłe kontestacje – aktualizujące się syntezy, w których wyrażają się relacje wspólnotowe.

W swoich rozważaniach Juskowiak nie zadowala się łatwymi podpórkami teoretycznymi. Nie tylko w punkcie wyjścia przyjmuje stanowisko postfundacjonistyczne, które odziera podmiotowość – tak jednostkową, jak zbiorową, w czym przekracza spór liberałów z komunitarystami – z jej mocnych, esencjalistycznych tożsamości. Przechodząc od wspólnoty do wspólnotowości/tego, co wspólnotowe, autor nie przyjmuje gotowych rozwiązań. Nie akceptuje oczywiście wszystkich znajdujących się w obiegu konceptualizacji wspólnotowości – po drodze rozprawia się chociażby z klasą kreatywną Richarda Floridy – ale szuka między nimi produktywnych spotkań, stwarza przestrzeń mediacji, nie ustaje w wysiłkach wzajemnych translacji. Tym samym cechy, które przypisuje metropoliom, miastom czy też – odwołując się do bardziej poręcznej kategorii Henriego Lefebvre’a – „temu, co miejskie”, takie jak niezdeterminowanie, brak fundamentów, konstytutywna pustka, a zarazem ciągły przepływ, bogactwo znaczeń, rozlewająca się produkcja, obecne są w konstrukcji jego wywodu. To dzięki temu zabiegowi mamy wrażenie, że nie obcujemy z książka o przestrzeniach wspólnoty, lecz z przestrzenią wspólnoty, starannie zaaranżowaną przez autora, w której pomimo jawnie antykapitalistycznego i antytożsamościowego nastawienia – a może właśnie dzięki niemu – możliwy staje się wielostronny dialog.

Zupełnie jak interpretowana przez Derridę platońska khora – by użyć pojęcia, po które sięga także Juskowiak – jest to przestrzeń gościnna, która odmawiając samej sobie prawa do ustalenia i utrwalenia konfiguracji przestrzennych, otwiera się na wszelkie interwencje, gości wszystkie podziały, rozdziela wszystkie strony. W przestrzeni tej rezygnuje się ze wspólnoty pojmowanej w sposób tradycyjny, jako pewien zamknięty projekt, zjednoczony wokół wspólnych wartości, podzielanych znaczeń, zbiorowej pamięci czy przodków. Wspólnota staje się przepuszczalna, pozbawiona mocnego tożsamościowego rdzenia. Autorowi jak najdalej jednak do wszelkich konsensualnych, deliberatywnych propozycji, które próbują wyegzorcyzmować ze wspólnoty widmo antagonizmu. Zdając sprawę z przemocowego charakteru miejskiej postpolityki, która nastawiona jest na osłabienie możliwości artykulacji interesów i zaistnienia efektywnego oporu, Juskowiak stoi na stanowisku dyssensualnym, które głosi, że przestrzeń wspólnoty swoją gościnność zachować może jedynie wtedy, gdy uniknie pokusy wypełnienia jakąkolwiek treścią, która będzie miała na celu antagonizm przysłonić. Analityka miejskich strategii usuwania elementów niepożądanych – od haussmannizacji począwszy, na gentryfikacji, gettoizacji i kryminalizacji skończywszy – pokazuje zresztą, że antagonizm zawsze zostaje jedynie przemieszczony i przeformułowany, nigdy rozbrojony.

Trzeba zatem strzec „niekończącego się sporu” (jak zatytułowana jest konkluzja książki), tak w miastach, jak i w towarzyszących im dyskursach. Juskowiak wychodzi jednak poza rolę bezstronnego strażnika dyssensu. Płaszczyzna spotkania jest w jego książce przestrzenią konfliktów, ale konfliktów produktywnych, transcendujących wyjściowe pozycje teoretyczne. Nie mamy do czynienia z eklektycznym miszmaszem, w którym każdy spotyka się z każdym, wszystko miesza się z wszystkim, w efekcie czego zostajemy z gąszczem stanowisk, wobec którego pozostałoby nam przyjęcie jakiejś wersji „prawdopośrodkowizmu”: rację mają Negri i Hardt, ale mają ją też Laclau i Mouffe, projekt Agambena jest fatalistyczny, ale może też być mesjański, sztuka partycypacyjna wpisuje się w neoliberalizację, ale równie dobrze może służyć jej kontestacji. Chociaż nieuważna lektura mogłaby sugerować takie odczytanie – a głębia książki, liczba odniesień, cytowań, przede wszystkim zaś rozległy układ pracy stwarzają takie ryzyko – to nie czyniłoby ono zadość wysiłkom autora.

Oryginalnego, autorskiego wkładu należy dopatrywać się w szczególności w części drugiej książki. Trzy typy wspólnoty wyróżnione przez Juskowiaka – i każdorazowo odpowiadające im ujęcia tego, co miejskie – nie pozostają wobec siebie w relacjach zewnętrznych czy nawet nawzajem się uzupełniających. Wspólnoty interpretacyjne, estetyczne i oporu w miastach – odpowiednio – tekstualnym, kreatywnym i biopolitycznym, mogą – potraktowane łącznie – stanowić pomost między politycznymi filozofiami immanencji i transcendencji. Zauważyć należy, że to, co uchodzi za największy mankament propozycji Negriego i Hardta – niejasne przejście od wielości jako nietożsamościowego, niezhierarchizowanego, usieciowionego, wytwarzającego dobro wspólne nowego proletariatu do podmiotu politycznego, zdolnego zrzucić z siebie jarzmo kapitalistycznej kurateli i wypracować formy samoorganizującego się zarządzania – daje się uzupełnić konstytucją podmiotu politycznego, teoretyzowaną przez Laclaua i Mouffe. Natomiast od głównego zarzutu kierowanego pod adresem tych ostatnich – że w ich postmarksistowskiej optyce nie ma miejsca na zagadnienia produkcji, pracy, wyzysku, transformacji kapitalizmu – uchronić mogłoby ich przyswojenie rozważań autorów Imperium w tym obszarze.

Miejscem mediacji między tymi dwoma perspektywami – takim, które nie służyłoby wątpliwemu metodologicznie zabiegowi, podporządkowanemu uzgadnianiu ze sobą stanowisk opartych na odmiennych przesłankach ontologicznych, ale rzeczywistemu sprawdzeniu ich w kontekście walk społecznych – okazuje się właśnie miasto. Nieprzypadkowo, przypomina Juskowiak, ostatnia fala globalnych walk koncentrowała się przede wszystkim w miastach. Poza czynnikami negatywnymi – takimi jak dotkliwość miejskiego neoliberalizmu, koncentracja krzywd i obecność aparatów władzy – miały one swoje przyczyny pozytywne: obecność przestrzeni publicznych, dostęp do mediów czy – co najważniejsze – akumulacja bycia w jego najrozmaitszych przejawach. Postindustrialne miasta kapitalizmu kognitywnego, biopolitycznego, stanowią kontekst, w którym należy umieszczać przejście od tożsamościowych wspólnot do pozbawionych fundamentów wspólnotowych relacji. To, że to właśnie miejska polityka wydaje się najmocniej predestynowana do tego, by konstruować podmioty polityczne w drodze autodefinicji, wynikałoby z nagromadzenia w miastach wspólnotowego potencjału. Dobro wspólne, które w coraz większej mierze opiera się na produkcji „niematerialnej”, afektywnej, ma w sobie silne komponenty tekstualne i estetyczne, które wyposażają wielość w zdolności do zawiązywania wokół pustych znaczących – takich jak demokracja, oburzeni, wspólnota, razem – politycznych koalicji. W tym sensie kapitalizm w fazie biopolitycznej odpowiadałby nie tylko – jak chcą Laclau i Mouffe – za proliferację różnic i tożsamości, które pozbawiają wspólnotę stabilnego rdzenia, ale także – jak chcą Negri i Hardt – wyrażałby wielościowe aspiracje do rządzenia, w drodze rekompozycji, wyrażające się niejako w poprzek tych podziałów. Nie wydaje się, by z miejskich walk prowadzonych od Stambułu po Baltimore wyłonić miał się jakiś jeden dominujący model rekonstrukcji wspólnoty. Nawet nie byłoby to pożądane. Z lektury książki Piotra Juskowiaka wyciągnąć można wniosek, że postępy zależeć będą od zdolności do podtrzymywania przestrzeni, w których może wydarzać się wspólnota i w których można różnić się wspólnie.

Oparcie miejskiej wspólnoty na przygodnych fundamentach i na wymogu ciągłego otwarcia na antagonizm stwarza jednak ryzyko, że taki agoniczny tryb wyładowywania się konfliktów nie będzie respektowany przez wszystkie strony. Doskonale sprawdzać może się w dyskursach na temat miejskości, prowadzonych przez wytrawnych teoretyków, wrażliwych na różnice i wykluczenia. Naiwnością grzeszy natomiast ten, kto chciałby, żeby dyskursy te organizowały miejską politykę. W rzeczywistości miejska postpolityka okazuje się pozorna, wyrażając bardzo jasno określone interesy i wytwarzając całkiem oczywistych beneficjentów i ofiary podejmowanych decyzji. Są one ukrywane poprzez odwołania do tych samych dyskursów, z którymi Juskowiak wiąże nadzieje: miejski neoliberalizm przyswaja sobie słownik kreatywności, skupiając się na promocji marki, zamyka estetyczną grę znaczeń, nieobce jest mu nawet obsadzanie wrogów, w których kierunku należy skanalizować społeczne niezadowolenie. Juskowiak wszystko to wprawdzie zauważa, powołując się na przykłady miast zaczerpnięte, na pozór, z bardzo zróżnicowanych kontekstów, ale wydaje się wierzyć, że produktywna moc wielości będzie musiała rozsadzić kapitał pasożytujący na rzeczywistej kreatywności. Jego niezdecydowanie – czy pozostać strażnikiem dyssensu, czy też mocniej zaangażować się w jego rozgrywanie – pozostawia pewien niedosyt. Podstawowy problem z jego przestrzenią wspólnotowości, miejską khorą, polega nie tylko na tym, że okazuje się ona zbyt podatna na grę sił, które nie mają zamiaru respektować jej dziewiczego charakteru, ale że sam jej strażnik aktywnie nasącza ją treścią dyskursów, które fetyszyzując wszechobecny ponoć konflikt, okazują się kiepskim przewodnikiem w jego prowadzeniu. W efekcie komunizm staje się zbyt literacki, a miasto rozpływa się w filozoficznych abstrakcjach do tego stopnia, że w przestrzeni wspólnotowości Piotra Juskowiaka można poczuć się ugoszczonym chyba tylko wtedy, gdy czyta się te same, co on lektury. Autora niniejszej recenzji spotkał ten przywilej. Rodzi się jednak podejrzenie, że inni czytelnicy, którym dedykowana jest ta książka, tacy jak socjologowie miasta czy aktywiści, mogą się w niej poczuć obco.

Share This