Od Louisa Althussera wiemy, że walka klas z rzadka jedynie rozgrywa się w przejrzystych, bezpośrednich ramach konfliktu między proletariatem a burżuazją. Czerwony sztandar i hasła sprawiedliwości społecznej wznoszone są tylko w określonych sytuacjach, a ideologia klas panujących niemal nigdy nie ujawnia się w sposób niezafałszowany – nawet bezduszny neoliberalizm stroi się w piórka obrońców uciśnionych przez państwo groszoróbców i przedsiębiorców samego siebie.

Chociaż po dojściu PiS do władzy obserwujemy całkiem sporo ważnych walk, których klasowy charakter nie ulega wątpliwości (np. PLL LOT, Amazon, opiekunki osób niepełnosprawnych, praca reprodukcyjna kobiet, pracownicy MOPS) to jednocześnie twierdzimy, że dla zrozumienia naszej aktualnej sytuacji, konieczne jest odsłonięcie bardziej zawoalowanej dynamiki klasowej. To właśnie ta dynamika definiuje nadchodzącą rolę lewicy i potencjalnie uwalnia ją od jałowego dylematu, każącego jej określać się w ramach dominującego podziału politycznego PiS–PO.

„Trochę socjaldemokrata” Tusk

Niezwykle rzadko w analizach źródeł sukcesu PiS wspomina się o prawdziwym powstaniu ludowym, które przetaczało się przez Polskę w drugiej połowie rządów PO. Łatwiej byłoby wymienić grupy, które się nie buntowały niż te, które siedziały cicho. Platforma zadarła ze związkowcami (uchwalenie podwyższeniawieku emerytalnego w oblężonym parlamencie, pat w Komisji Trójstronnej), górnikami (dramatyczne negocjacje Ewy Kopacz na Górnym Śląsku), pielęgniarkami, policjantami, nauczycielami, rodzicami sześciolatków, zadarła z kibicami, użytkownikami miękkich narkotyków i Internetu (ACTA), miała na pieńku z akademikami i ekologami, elektorat liberalny gospodarczy zawiodła reformą emerytalną, liberalny światopoglądowo – zupełnym odpuszczeniem tego frontu, a zwłaszcza młodzież – mimo dobrej koniunktury – zepchnęła w świat śmieciówek, staży i gównopracy.

To głód socjalny w gwałtownie modernizującej się gospodarce, rosnące niezaspokojone aspiracje i będące pożywką dla resentymentu nierówności wyznaczyły rządowi Prawa i Sprawiedliwości już na starcie konieczność zaproponowania pakietu socjalnego (program 500+, minimalna stawka godzinowa czy nieudane ostatecznie Mieszkanie+), który pozwolił partii rządzącej uchodzić za reprezentantkę interesów większości społeczeństwa, wykorzystywanej dotąd przez oderwane od rzeczywistości elity. Pakiet ten miał równolegle zapewnić przyzwolenie społeczne na projekt ustrojowy PiS, który musiał niechybnie wzbudzić wielki opór w kraju i za granicą. Warto zauważyć, że konieczność takiego zwrotu zauważał w schyłkowej fazie swojego urzędowania na stanowisku premiera Donald Tusk, wyznający, że z klasycznego liberała stał się „trochę socjaldemokratą”. To nic innego jak zaostrzenie konfliktu społecznego skłoniło Tuska do takiej refleksji i do pewnych ustępstw ministrów Platformy (np. osłabienie OFE, ograniczenie umów śmieciowych, świadczenie rodzicielskie – tzw. „kosiniakowe”).

„Czarny walc” jak „Czerwony sztandar”

Drugim czynnikiem, który utrzymał PiS na socjalnym kursie – o czym świadczą złożone dopiero co obietnice na wyborczy rok (m.in.500+ także na pierwsze dziecko, 1000 zł trzynastej emerytury, zwolnienia z PIT do 26 roku życia czy odbudowa sieci PKS) – był kształt, jaki przybrały protesty przeciwko reformom sądownictwa, propagandzie w mediach publicznych czy polityce międzynarodowej rządu.

Chociaż opowieści o tym, że akcje Komitetu Obrony Demokracji czy Obywateli RP „skręcają w lewo” to tylko bajania zmarginalizowanej lewicy, trzeba przyznać, że odegrały one – choć na sposób nieoczywisty, bez mała dialektyczny – postępową rolę. Po pierwsze, sam fakt, że w przestrzeni publicznej regularnie pojawiały się setki osób gotowych bronić „praworządności” w wersji sprzed 2015 roku, że ta koalicja, którą próbowała zagospodarować opozycja przynajmniej potencjalnie poszerzała się o Czarny Protest, młodych lekarzy-rezydentów czy obrońców Puszczy Białowieskiej, zmuszał PiS do ofensywy. Scenariusz represyjny był wykluczony, jeśli rząd chciał uniknąć naprawdę frontalnej konfrontacji z zagranicą i własnym społeczeństwem – wbrew męczeńskim skargom ulicznych bojowników o wolność i demokrację, widać bowiem wyraźnie, że przemoc policyjna w Polsce w porównaniu z tym jak modelowy demokrata Emmanuel Macron traktuje zwolenników ruchu „Żółte kamizelki”, to zaledwie podwórkowe zabawy w policjantów i złodziei. PiS wzmocnił więc godnościowy kierunek redystrybucji.

Ale to nie sama skala protestów i ofensywy medialnej utrwaliła ten zwrot. Być może jeszcze ważniejsza była narracja, która zdominowała protesty. Hasła o tępym ludzie sprzedającym wolność za 500 zł, o dyktaturze posługującej się najlichszymi instynktami, o wstydzie przed Europą, sprawiały, że opozycja śpiewająco wykładała się Kaczyńskiemu. „Czarny walc” doprowadził do tego, czego nie zdołałby tym razem dokonać „Czerwony sztandar”, a Mateusz Kijowski i Władysław Frasyniuk przysłużyli się redystrybucji bardziej niż Piotr Ikonowicz i Adrian Zandberg. Za dodatkowy socjal PiS kupował coraz więcej elitarystycznej postawy opozycji, którą jeszcze bardziej ośmieszyć mogła kolejna dawka socjalu i zapewnień o trosce o najsłabszych, młode i wielodzietne rodziny czy rodzimych przedsiębiorców. W tej opacznej walce klas, to nie lewicowe żądania redystrybucji kazały ubierać PiS socjalną maskę – do tego efektu doprowadziły antyludowe tyrady po stronie opozycji, które odbierały wiarygodności próbom przelicytowania PiS przez opozycję (np. projekt 500+ na pierwsze dziecko, złożony przez PO). Najlepszą egzemplifikacją tej sytuacji jest tweeterowa wymiana ministra Joachima Brudzińskiego z neoliberalną dziennikarką Dominiką Wielowieyską. Na komentarz publicystki, że PiS zaproponował „niebezpieczny festiwal obietnic socjalnych”, który skończy się bankructwem jak za komuny, z którego Polskę ratować musiał rząd Mazowieckiego, Brudziński odpowiedział – niczym rasowy socjaldemokrata – że dość już powtarzania od czasów Balcerowicza tej samej mantry o oszczędzaniu.

„Oda do radości” jak „Międzynarodówka”

Należy się spodziewać, że kierunek, jaki opozycja obiera na wybory do Parlamentu Europejskiego – zbierając na pokład wszystkich od lewa do prawa, z „bohaterami” transformacji u sterów – sprawi jedynie, że na wezwania do odpowiedzialności i zahamowania rozdawnictwa, PiS będzie się starał prezentować jako skuteczne zabezpieczenie przed pijawkami z establishmentu. W tej mierze swoją regresywną, a nie progresywną rolę odegra pojęcie „europejskości” w wersji celebrowanej przez PO. Europa okazuje się w nim instancją oceniającą, a Polska zaprzańcem, którego trzeba wychować i pomóc mu zostawić za sobą jego demony. Zamiłowanie, jakie polskie elity liberalne czerpią z orientalizowania i urasawiania rodzimego społeczeństwem, to wręcz wymarzone paliwo dla Kaczyńskiego i jego antyelitarnej krucjaty. Okazuje się, że konserwatywno-dyscyplinującą rolę odegrać mogą nawet wspierające europejskość dyskursy emancypacyjne – feminizm, antyklerykalizm czy ekologizm – rzucane polskiemu społeczeństwu w twarz jako norma europejskości, do której to nie potrafi się zastosować, będąc immanentnie patriarchalne, zaściankowe czy nietolerancyjne.

Choć polski przypadek ma oczywiście swoją narodową specyfikę, to jest on zaledwie wariantem ogólnoeuropejskiego pęknięcia, w którym obóz najbardziej skłonny do odśpiewania „Ody do radości” i postulujący ściślejszą integrację, forsuje antyspołeczne cięcia i uchodzi za skorumpowany establishment, na czym korzystają siły populistyczne – w tym, niestety, prawicowe. To dlatego suwereniści łudzą elektorat perspektywą „odzyskania kontroli” – nad budżetem, granicami, kontrolą prawa. Realizacja tej perspektywy zależy m.in. od napełnienia jej socjalną, wymierną treścią. Stąd prawicowi Brexiterzy łudzili wyborców obietnicami zwiększenia finansowania służby zdrowia po wyjściu z Unii Europejskiej, koalicja populistów i skrajnej prawicy we Włoszech próbuje sprzedać nowe świadczenie społeczne pod nazwą Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego, a Viktor Orban na Węgrzech także ma świadomość, że społeczeństwo nie da mu więcej władzy bez socjalnych ustępstw. Podobnie jak w Polsce, socjalność prawicowych rządów uwarunkowana jest groźbą restauracji państwa neoliberalnego. I podobnie jak w Polsce „odzyskiwanie kontroli” pożenione zostało z antyimigrancką ksenofobią i obyczajowym konserwatyzmem.

Zadłużony Lewiatan

Skoro znajdujemy się – niczym francuskie społeczeństwie w rewolucyjnych przeobrażeniach, które analizował Karol Marks w „Osiemnastym brumaire’a Ludwika Bonaparte” – w dziwacznej sytuacji, w której socjalność PiS nie jest jego cechą istotową (nie jest to partia klasowa), lecz wypadkową konserwatywno-liberalnych roszczeń podnoszonych przez opozycje, które w przewrotny sposób odgrywają rolę progresywną, to gdzie jest w tej układance miejsce dla lewicy?

Skoro w jakiś zadziwiający sposób obie strony spory przysługują się dynamice skutkującej narastaniem redystrybucji, lewica nie może po prostu wybrać jednej ze stron. Nie może wybrać „socjalnego PiS”, skoro ta socjalność powodowana jest wzmożeniem antysocjalnej opozycji (co nie znaczy, że należy obnażać „nieszczerych intencji” partii rządzących, a tym bardziej twierdzić, że nie godzi się popierać reform socjalnych, gdy wdraża je „Kaczor dyktator”). Nie może też jednak wybrać antysocjalnej opozycji, która przez ostatnie 4 lata wydaje się zupełnie niegotowa ucywilizować swojego doktrynerskiego neoliberalizmu. Salomonowym wyjściem nie jest również symetryzm – czyli równy dystans do obu biegunów politycznego podziału – ponieważ z tej pozycji nie sposób wykorzystać na swoją korzyść dialektycznych sprzeczności, które tutaj próbujemy odkryć.

W jaki sposób lewica mogłaby to zrobić? Poza osobliwym pomieszaniem języków, z jakim mamy do czynienia na polskiej scenie politycznej, istnieje sprzeczność o charakterze bardziej podstawowym, jednak jej zaistnienie jest odwleczone w czasie. Dostrzegł ją ostatnio Michał Sutowski, ostrzegający na stronie „Krytyki Politycznej” – jak na nieodrodnego syna Unii Wolności przystało – że redystrybucja po stronie wydatkowej nie może postępować w nieskończoność, o ile nie będą jej towarzyszyć zmiany po stronie przychodów budżetowych. Sutowski wieszczy, że rozbujane wydatki będą w drugiej kadencji wymuszały na PiS autorytarne przykręcenie śruby, a jeśli władzę przejmie opozycja, to konieczne będzie znowu neoliberalne zaciskanie pasa. Zatrwożony tą perspektywą publicysta KP straszy więc, że niedługo zabraknie środków na zaspokojenie roszczeń kolejnych grup i rolę lewicy widzi w przekonywaniu tych grup, że już wkrótce kocyk okaże się zbyt krótki dla wszystkich potrzebujących. Organizowanie społeczeństwa przeciwko przyszłej kontrrewolucji kapitału nie mieści mu się w głowie.

Rozpasany Behemoth

Widać dziś, że PiS nie jest gotów przekroczyć granicy, która nie mieściła się i nadal nie mieści w horyzoncie PO i jej sojuszników – znaczące uderzenie w interesy kapitału jest nie do pomyślenia. Otwarcie probiznesowy wicepremier Jarosław Gowin kajał się właśnie przed kapitalistami, prosząc, by przebiedowali jakoś te kilkanaście miesięcy, w których dojdzie do trójskoku wyborczego (eurowybory, parlament, prezydent) – PiS musi w tym okresie zagrać socjalną kartą, po czym, sugeruje Gowin, nastąpi czas szukania oszczędności. To, że rząd PiS sięgnie wówczas do płytkich i dziurawych kieszeni, a nie do tych najgłębszych, jest zrozumiałe samo przez się.

Podobna blokada już na wstępie ujawniła się nowym socjalliberalnym projekcie Roberta Biedronia, którego obietnice socjalne również nie mają pokrycia ze wzroście przychodów budżetowych, bo Biedroń boi się narazić elektoratowi, o którego zabiega – wszystkim „kreatywnym” i „dynamicznym”, którym fiskalizm państwa i biurokracja według neoliberalnej dogmy rzucają kłody pod nogi. Nic dziwnego, że jedyne przychody, jakie wyobraża sobie Biedroń to te po stronie oszczędności na grupach „zasiedziałych” i „staroświeckich” – zamykanie kopalń, cięcia w administracji, likwidacja znaczków pocztowych.

W którymś jednak momencie nowe roszczenia, rozbudzone przez dotychczasowe posunięcia socjalne PiS, zderzą się z możliwościami. Wówczas opisane przez Maurizio Lazzarato zarządzanie długiem, zapewne w jakiejś hybrydowej formie autorytarnej ręki rządu i niewidzialnej ręki rynku, da o sobie znać. Rola lewicy, wyznaczona przez koniunkturę historyczną, polegałaby wówczas na odparciu ofensywy kapitału dążącego do ustanowienia jeszcze bardziej „odwróconej” redystrybucji od biednych do bogatych, zabezpieczeniu istniejących zdobyczy pracowniczych i socjalnych oraz zorganizowaniu nowych walk, dzięki którym kryzys nie stanie się pretekstem do neoliberalnej racjonalizacji, lecz szansą do strukturalnych zmian korzystnych dla pracującej większości. Polityka cięć, która rozpowszechniła się w Unii Europejskiej po kryzysie gospodarczym 2008 roku, wywindowała w kilku krajach lewicę, która była w stanie odegrać rolę kierowniczą w walkach społecznych – Grecja i Portugalia, gdzie udało się przejąć władzę to najbardziej spektakularne przykłady, ale zmiany następujące na lewicy brytyjskiej, francuskiej, hiszpańskiej, ale także amerykańskiej, są równie przełomowe. Lekcję przynoszą nie tylko zwycięstwa wyborcze, ale też rozczarowująca porażka greckiej Syrizy. Tym pilniejsze od licytacji się na obietnice socjalne jest obmyślanie narzędzi, które co najmniej pozwolą zabezpieczyć w sposób trwały i kompleksowy bardziej korzystne układy klasowe, gdy pojawi się ku temu dogodna okazja.

Zamiast epitafium dla lewicy

Jednak możliwość wejścia w opisywaną tu rolę zależy od wytrwałego uczestnictwa w walkach i zakorzenienia w ośrodkach reprezentacji i organizacji społecznej. Lewica, która da się porwać wyłącznie cyklowi wyborczemu i propozycjom zgniłych kompromisów z gnijącą rzeczywistością, może w najlepszym przypadku zyskać trochę głosów – bo wyniki sondażowe pokazują, że raczej nie mandatów – ale straci coś znacznie bardziej cennego, coś, czego nie buduje się z dnia na dzień efektowną konwencją czy nową nazwą partii: możliwość uprawiania innej polityki.

Przykład Partii Razem jest najlepszą przestrogą na to, czym kończy się podporządkowywanie działania parlamentarno-medialnemu spektaklowi. Gdy obecność w parlamencie i w okienku telewizora jest fetyszyzowana jako wartość sama w sobie, jako budowanie „rozpoznawalności” czy „marki”, a nie jako jedno z wielu narzędzi prowadzenia walk społecznych, które tylko w określonych sytuacjach zyskuje wystarczająco siłę rażenia, można mieć pewność, że aktyw partyjny, coraz bardziej zahipnotyzowany sondażami i dzieleniem wirtualnych mandatów poselskich na niedźwiedziu, stanie się zakładnikiem politycznej gry, której zasady początkowo atakował.

Trwająca dezintegracja organizacji lewicowych może być jednak początkiem nowego rozdania. Jeśli wychwycona tu polityczna dialektyka między PiS a opozycją jest rzeczywista, możemy spodziewać się zaostrzającego się konfliktu między wzrastającymi oczekiwaniami socjalno-bytowymi a krańcowymi możliwościami ich zaspokojenia w ramach wyczerpującego się układu klasowego, opartego na taniej pracy, głodowych świadczeniach socjalnych i niezorganizowanym społeczeństwie. Choć nie wyczytamy tego ani w słupkach sondażowych, ani w tekstach fałszywych przyjaciół, którym chodzi nade wszystko o odsunięcie PiS od władzy z byle kim i nie wiadomo po co, sytuacja wcale nie jest beznadziejna. To czas przepoczwarzenia, budowania twórczych, odważnych wizji i dalekosiężnego potencjału organizacyjnego do prowadzenia polityki klasowej, która będzie miała swój moment niekoniecznie wtedy, gdy prezydent rozpisze wybory. Gdy wyczerpią się możliwości „dobrej zmiany”, posiadanie własnych przyczółków będzie kluczowe: ktoś będzie musiał upomnieć się o więcej niż ochłapy z pańskiego stołu.

Share This