Maciej Gdula. 2018. Nowy autorytaryzm. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Rzadko zdarza się, by poza obiegiem naukowym badania socjologiczne spotkały się z takim odzewem w sferze publicznej, co raport Macieja Gduli i jego współpracowników Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta. Chociaż socjolog związany ze środowiskiem „Krytyki Politycznej” pokazał – wbrew lamentom środowiska akademickiego – że ciągle istnieje szersze niż branżowe zapotrzebowanie na nauki społeczne przyczyniające się do zrozumienia i zmiany rzeczywistości, to zarazem skala dezinterpretacji wniosków raportu to przestroga: przepływ między nauką a jej społecznym otoczeniem musi odbywać się z należytą starannością w przekładzie z języka elitarnego na demokratyczny. Publikację książki Nowy autorytaryzm, która nastąpiła kilka tygodni po tym jak, światło dzienne ujrzał raport z Miastka, można potraktować jako próbę zapanowania przez autora nad przekazem płynącym z jego badań. Gdyby Gdula rozbudował nieco raport o tezy zamieszczone w Nowym autorytaryzmie, z pewnością wielu nieporozumień zdołałby zawczasu uniknąć. Jednak czy biorą się one wyłącznie z pewnych braków komunikacyjnych w środowisku nie-specjalistów?

Celem badań, jakich podjął się Gdula, było wyjaśnienie źródeł sukcesu politycznego Prawa i Sprawiedliwości. W całym przedsięwzięciu daje się wyczytać wyraźny rys polemiczny. Badacz chce wyjść poza optykę wielkomiejskich publicystów i komentatorów, którzy partię rządzącą postrzegają w kategoriach antyeuropejskiej, nacjonalistycznej pełzającej dyktatury, a w jej wyborcach widzą łatwy do zmanipulowania, niewykształcony i gotów sprzedać swoją wolność za 500 złotych ciemnogród. W tym celu wyruszył do jednego z tysięcy miasteczek, w których PiS wygrał ostatnie wybory parlamentarne, by przekonać się, czy diabeł faktycznie taki straszny, jak go malują.

Trzeba zwrócić uwagę, że takie sprofilowanie badań z miejsca otwiera socjologowi drzwi do radiowego studia czy tygodników opinii. Przyjmując za punkt odniesienia stereotyp rozpowszechniony w liberalnych mediach sprzyjających opozycji i przepracowując go z intencją, która musi zostać w tych kręgach odebrana przychylnie – Gdula szuka bardziej skutecznych strategii politycznych, by odsunąć PiS od władzy – badacz może się spodziewać, że jego wnioski dotrą nie tylko do koleżanek i kolegów z uniwersytetu. I tak się rzeczywiście stało.

Nie ma oczywiście nic zdrożnego w uprawianiu nauki zaangażowanej, jeśli badacz nie kryje się ze swoją misją i sympatiami politycznymi. Również testowanie hipotez badawczych, co do których życzylibyśmy sobie, żeby były prawdziwe, jest jak najbardziej uprawnione. Rzecz nie w tym, czy Gdula miał prawo poczynić założenia, które z politycznego punktu widzenia nie są niewinne – bo miał. W wypadku autora, który w Nowym autorytaryzmie przyznaje wprost, że chciałby, żeby jego badania przyczyniły się do sformułowania lewicowej alternatywy dla PiS, należy zastanowić się, czy przyjęta przez niego optyka daje w ogóle taką możliwość.

Do przeprowadzonych wywiadów i ich analizy Gdula wykorzystał teorię klas społecznych Pierre’a Bourdieu, którą z powodzeniem stosował już wcześniej, np. w książce Style życia i porządek klasowy w Polsce (z Przemysławem Sadurą, Warszawa 2012). Nie trudno odnieść wrażenie, że jako wyborny znawca socjologii Bourdieu, Gdula używa jej tym razem w mocno okrojony sposób. Można by zrozumieć, dlaczego ogranicza stosowanie „litery” tej teorii – skupienie się niemal wyłącznie na pojęciach klasy i, w mniejszym stopniu, kapitałów ułatwia prezentację raportu poza obiegiem naukowym. Większe wątpliwości budzi to, dlaczego Gdula nie do końca podąża za jej postępowym „duchem”.

Trzeba pamiętać, że Bourdieu rozumiał swoją teorię jako narzędzie występujące w służbie egalitaryzmu. Miała pozwalać na denaturalizację ładu społecznego – wykazywanie, że opiera się on na zamaskowanej przemocy klasowej oraz że arbitralne znaczenia i mechanizmy odpowiadające za trwanie społeczeństwa w określonej formie stanowią manifestację dominacji danej klasy. Potrzeba wielkiej ostrożności, by zabieg denaturalizacji nie zakończył się renaturalizacją, czyli – jak w przypadku badań Gduli – żeby dotychczasowy wizerunek wyborców PiS (wykluczeni ekonomicznie frustraci, więźniowie konserwatyzmu prowincji) udało się przekroczyć bez przyprawienia im nowej gęby. Raport z Miastka nie całkiem tym wymogom sprostał.

Chociaż intencją Gduli było pokazanie, że elektorat PiS, zwłaszcza ten wywodzący się z klasy ludowej – w mniejszym stopniu ten z klasy średniej – wydaje się gotowy do tego, żeby w krótkim czasie, pod wpływem nagłych okoliczności i pojawienia się konkurencyjnej opowieści politycznej, zagłosować na kogoś innego, to nie wszyscy komentatorzy raportu mają dość cierpliwości, by pozwolić sobie na socjologiczne subtelności autora. Wizerunek wyborcy z klasy ludowej, który w swoich decyzjach kieruje się praktycyzmem i jest zbyt nieufny wobec polityki jako takiej, by w pełni zidentyfikować się z jakąś opcją, nie znalazł w mediach takiego odzewu, jak ustalenia Gduli projektujące wyborców PiS jako ludzi, którzy wybrali Kaczyńskiego nie dlatego, że żyło im się gorzej, ale dlatego, że obecne są u nich skłonności do poniżania innych, zarówno słabszych (uchodźcy, patologia), jak i silniejszych (elity, zagranica). Chociaż specjalista wyczyta z badań Gduli sugestię, że nie są to cechy ani wrodzone, ani stałe, że są one wypadkową pewnych procesów politycznych, które mogą być częściowo odwracalne, to te same redakcje, które nadały raportowi z Miastka rozgłos, znajdą w nim gotową figurę zdemonizowanego wyborcy PiS, która zastąpi homo sovieticusa i jemu podobne klasistowskie kalki. To już nie wykluczona ekonomicznie, zapóźniona cywilizacyjnie, zmanipulowana z biedy materialnej i intelektualnej ofiara, którą się zarazem gardzi, ale i odrobinę się jej współczuje. Teraz to żyjąca całkiem znośnie wyrachowana jednostka patologiczna, która niemniej ma potrzebę pogardzania innymi. Bardzo wątpliwe, że polityka oparta na takiej analizie rzeczywistości będzie miała cokolwiek wspólnego z egalitarną zmianą społeczną, za której rzecznika chce uchodzić Gdula.

Można by bronić Gduli, że to nie on ponosi odpowiedzialność za złą wolę czy brak kompetencji publicystów i polityków. Jednak, w tym miejscu trzeba zapytać, czy autor Nowego autorytaryzmu rzeczywiście nie mógł przewidzieć, że jego interwencja dostarczy strażnikom status quo uzasadnienia dla renaturalizacji? Gdyby zastosować teorię Bourdieu do analizy strategii badawczo-publikacyjnej, jaką obrał Gdula – a pamiętajmy, że autor Dystynkcji zalecał autoanalizę i sam ją stosował, by zdiagnozować uwikłanie badacza w badany przedmiot – moglibyśmy zaryzykować hipotezę, że cała ta interwencja od początku była obliczona na rozgłos i zyskanie przez Gdulę pozycji „intelektualisty publicznego”. Medialny główny nurt, o czym pisze sam autor, rządzony jest przez doksę – jak Bourdieu nazywa dyskurs „zdrowego rozsądku” – którą można poddać łagodnym zmianom, o ile choćby częściowo uda się w nią wpisać, sprostawszy obowiązującej selekcji treści.

Gdula uniknąłby zagrożenia renaturalizacji wyborców PiS, gdyby z pełną powagą rozważył hipotezę, że polityka oparta na upokarzaniu innego nie jest być może specjalnością jednej partii i jej obozu medialnego. Gdyby jednak jego badania zaprowadziły do wniosku, że upokorzenie w polskiej polityce jest wielokierunkowe, komplikowałoby to tezę o „nowym autorytaryzmie”, który ma – jak sugeruje okładka książki Gduli – twarz Jarosława Kaczyńskiego. Należałoby mówić na przykład o starciach dwóch populistycznych obozów odpowiadających za polaryzację sceny politycznej – populizm neoliberalny mobilizuje wyborców ze strachu przed Kaczorem-dyktatorem, Macierewiczem, Misiewiczami i moherami (przez 10 lat ta strategia była skuteczna), populizm prawicowy demonizuje Tuska-sługusa Merkel, kolacje przy ośmiorniczkach, Brukselę i uchodźców. Nie można zgodzić się z Gdulą, że pojęcie populizmu stało się mało użyteczne, ponieważ opiera się na ekonomicznym redukcjonizmie – przecież to „Krytyka Polityczna” zrobiła więcej niż ktokolwiek inny dla popularyzacji w Polsce prac Ernesto Laclaua i Chantal Mouffe sprzeciwiających się pojmowaniu populizmu właśnie jako projektu politycznego wyrastającego wyłącznie z konfliktu klasowego o redystrybucję, przemieszczonego na pole wojen kulturowych. Populizm jest raczej – dokładnie w ten sam sposób, co zbyt pochopnie konstruowany przez Gdulę „neoautorytaryzm” – zjawiskiem afektywnym, w którym jednoczymy się wokół lidera reprezentującego wspólnotę odcinającą się od tych, którzy stoją na drodze do osiągnięcia harmonijnej pełni. Oba obozy polityczne w Polsce mają swoich „innych”, którym odmawiają pełni „polskości”, „europejskości”, „racjonalności” – cech, które uchodzą tutaj za warianty „normalności”.

Natomiast gdyby Gdula lepiej zabezpieczył się przed nową esencjalizacją wyborców PiS, zaserwowałby mediom liberalnym kąsek, który byłby dla nich za mało strawny – wówczas poza kilkoma niepokornymi „symetrystami” raport z Miastka nie wywołałby zapewne większego odzewu. Efektowna strategia komunikacyjna bazowała w tym wypadku na prezentacji wyników badań jako prowokującego odkrycia, które wywraca do góry nogami wizję świata liberalnego mainstreamu: „zobaczcie, wyborcy PiS to wcale nie neandertalczycy!”. Jeżeli obierzemy sobie konserwatywnego polemistę, nietrudno odgrywać rolę postępowca. Główny problem z badaniami Gduli najtrafniej ujął… Janusz Śniadek, poseł PiS, związkowiec „Solidarności”: „Panowie z Warszawy wytknęli na chwilę głowę z klatki, w której żyją z własnej woli, i odkryli, że wokół jest ciekawy świat, toczy się normalne życie. Dobrze, że to zrobili! Tylko dlaczego po chwili wrócili do swojej klatki, do swojego świata wartości i pojęć, plotą coś o nowym autorytaryzmie i dziwią się, że nadal nie potrafią się porozumieć ze zwykłymi Polakami z Miastka.” Chociaż z publikowanych dotychczas (23.02.2018) przez „Gazetę Wyborczą” replik polityków na raport Gduli komentarz Śniadka jest najmniej wnikliwy, to jego klasowym intuicjom nie można odmówić trzeźwości: całe to badanie pomyślane zostało tak, by wyborcy PiS odegrali rolę małp w zoo, które – o dziwo – potrafią posługiwać się nożem i widelcem. Maciej Gdula zamiast sproblematyzować swój status wielkomiejskiego inteligenta jako ograniczenie, sprytnie posłużył się nim jako atutem, by wyjść ze swoimi badaniami z akademickiej wieży z kości słoniowej. Dzięki temu uzyskał wpływ na politykę, ale stracił możliwość wykonania badania, które sprostałoby wyśrubowanym, egalitarnym wytycznym Bourdieu. Czy było warto? O tym przekonamy się w zależności od tego, jaki dominujący użytek z badań Gduli uczynią politycy. Czy będzie to „Lewicowe tak”, które konstruuje socjolog „Krytyki Politycznej”, a może tylko zreformowany anty-kaczyzm?

Bez względu na wskazane w niniejszej recenzji wątpliwości dotyczące usytuowania Gduli i jego badań w polu medialnym, które w istotny sposób wpływa na ich konstrukcję, należy mu nie tylko pogratulować rzadko spotykanej wśród naukowców obrotności, ale i docenić jego autorskie propozycje. Lektura klasowych dyspozycji politycznych, którą proponuje Gdula powinna być obowiązkowym zadaniem domowym dla lewicowych polityków. Pod rozwagę należy wziąć jego spostrzeżenia dotyczące zmieniającej się roli przywództwa politycznego i kształtu sfery publicznej w epoce Internetu. Nawet jeśli nieprzekonujące wydaje się konstruowanie terminu „neoautorytaryzm” w kontrze do „populizmu”, to już zawartość tego pojęcia zdecydowanie warta jest zachowania w dyskusjach nad wzorcami zawiązywania się wspólnoty i procesu wykluczania. Wreszcie, poważnie trzeba potraktować – i to każdą z osobna – propozycje socjologa dla strategii lewicy: pomysły, by skoncentrowała swój przekaz na kwestiach uchodźców, gender, Unii Europejskiej i pluralizmu są co najmniej warte rozpatrzenia, a wskazówka, w jaki sposób przekroczyć w końcu dychotomię postulatów ekonomicznych i światopoglądowych, brzmi bardzo przekonująco.

Share This