• Facebook
  • Twitter
Marc Shell. 2015. Ekonomia literatury. Tłum. Aleksandra Małecka. Kraków: korporacja ha!art.

Do lektury książki Marca Shella przystępowałem z bagażem hipotez, z których gwoli uczciwości recenzenckiej wypada mi się na początku rozliczyć. Choć związek ekonomii i literatury da się rozpatrywać wielorako, tytuł rzeczonej publikacji nie zawiera gotowej odpowiedzi na pytanie którą z wykładni tego związku wybrał autor. Budzi jednak w potencjalnym odbiorcy domysły, które mogą usprawiedliwić jego zainteresowanie powyższą lekturą. Ma on na przykład prawo spodziewać się, że tytułowa Ekonomia literatury okaże się w istocie ekonomią pola literackiego. Gdyby tak rzeczywiście było, praca Shella lokowałaby się w bibliograficznym kręgu studiów kontynuujących refleksje zebrane przez Pierre’a Bourdieu w jego monumentalnych Regułach sztuki. Glosa do analiz francuskiego socjologa, zawężonych chronologicznie (do epoki Flauberta) i kulturowo (do paryskiego salonu literackiego), mogłaby wzbogacić je o wnioski płynące z aktualnych debat dotyczących ekonomicznej sytuacji poetek i prozaików. Nikt nie postrzega przecież dzisiaj owej sytuacji jako marginalnego przypadku bohemy dystansującej się od wszechogarniającego reżimu kapitalistycznej produkcji. Wręcz przeciwnie – grupa pracowników literatury (jak się ich czasem nazywa, usiłując słusznie pokazać, że pisanie to realny wysiłek domagający się godziwego wynagrodzenia) nie jest w żaden sposób uprzywilejowana finansowo. Osobom pragnącym czerpać korzyści zarobkowe z tworzenia literatury pięknej rzuca się pod nogi często te same kłody, co debiutującym na rynku pracy absolwentom kierunków humanistycznych. Konfrontacja z zaadresowaną do nich ofertą zawodową z miejsca odziera ich z resztek romantycznych złudzeń dotyczących działalności artystyczno-intelektualnej – o ile w ogóle wcześniej je posiadali. Jeśli więc nie chcą spieniężać swojej kreatywności w służbie korporacyjnych gigantów, którzy zawsze chętnie witają kolejnych rekrutów gotowych przyłączyć się do globalnej bitwy na logotypy, muszą liczyć się z tym, że koniec końców zasilą szeregi prekariatu. Niełatwo dostroić się do rytmu grantów i programów stypendialnych, choć ostatecznie gwarantują one przynajmniej okresową stabilizację i przelotne wytchnienie od zmartwień zarobkowych. Dotacje prędko jednak topnieją, trzeba więc zabezpieczyć się na wypadek subwencyjnego nieurodzaju bądź niełaskawych werdyktów ministerstwa uszczuplającego środki na kulturę litery. Pisarz bądź pisarka musi stać się przedsiębiorcą samego siebie. Kategoria ta – ukuta przez Michela Foucaulta (Foucault 2011, 236) i rozwinięta przez Maurizia Lazzarata (Lazzarato 2012) – desygnuje neoliberalne wcielenie homo oeconomicus. I choć żaden z rzeczonych autorów nie przywołuje w swoich analizach kontekstu pracy artystyczno-intelektualnej, to rynek nierzadko zmusza przecież prozaików i poetki do funkcjonowania w charakterze jednoosobowych firm. Samozatrudnienie zakłada literalną likwidację podziału pracy. Odpowiedzialność za własny los na rynku zostaje złożona w rękach wytwórcy, który troszczy się również o promocję i sprzedaż swoich dzieł. Brak szefa nad głową trudno rozpatrywać w tej sytuacji jako atut.

Wierszy i powieści nie pisze się na akord, widmo deadline’u skutecznie dyscyplinuje jednak swobodę namysłu nad tekstem i zmusza do jego systematycznej obróbki. Myśl o zbliżającej się dacie rozliczenia może okazać się zarówno energetyzująca (autor przestaje roztrząsać w nieskończoność swoje decyzje pisarskie i mobilizuje się do ich podejmowania w rozstrzygający sposób), jak i zgubna (utwór literacki nie jest rachunkiem, w którym podliczenie kwot daje jednoznaczne rozwiązanie, łatanie narracyjnych dziur i dorabianie finału historii w pośpiechu nie wpłynie korzystnie na końcowy rezultat pracy literackiej – niektóre z jej aspektów wymagają po prostu cierpliwości). Generowanie popytu na własną twórczość trudno natomiast rozpatrywać w równie zniuansowany sposób. Trudno też myśleć o tym zajęciu bez zażenowania, skoro często przybiera ono formę kreowania marki. Troska o wartość akcji własnego wizerunku wymaga regularnego zasilania przebojowym contentem swoich profilów autorskich w mediach społecznościowych[1]. Lista przeszkód jest długa i potwierdza prostą tezę: literatura toczy niełatwy bój z logiką zysku.

Rozpatrując związki świata literackiego ze światem ekonomii, Pierre Bourdieu nie prognozował sytuacji, w której neoliberalny rynek tak drapieżnie egzekwował będzie na poetkach i prozaikach posłuszeństwo wobec własnych praw: „gra w sztukę jest z punktu widzenia świata interesów grą w »kto traci, ten wygrywa« […] Podstawowe prawo tej paradoksalnej gry głosi, że gracze mają interes w bezinteresowności; miłość do sztuki jest miłością szaloną” (Bourdieu 2001, 46). Owszem, jest w niej coś romantycznego – to myśl, że da się uprawiać literaturę, nie podporządkowując jej bez reszty logice zysku. Bezinteresowność nie równa się jednak w tym przypadku gotowości do uprawiania jej za darmo. Trudno dyskutować o twórczej autonomii bez minimalnej gwarancji finansowego bezpieczeństwa, którego brak często zmusza pisarzy do rezygnacji z własnych planów artystycznych na rzecz absorbującej, lecz przynajmniej opłacalnej chałtury.

Materialistyczne ujęcie kondycji pracowników literatury w dobie neoliberalnej ofensywy prawdopodobnie nie będzie więc obce Marcowi Shellowi – z tą myślą przystępowałem do lektury Ekonomii literatury. Moje intuicje potwierdzał zresztą blurb autorstwa Jana Sowy:

Książka Shella jest pozycją bardzo w Polsce potrzebną. W naszej kulturze, silnie nacechowanej postawami romantycznymi, twórczość artystyczna ujmowana jest często jako natchniona działalność pojedynczego geniuszu, który w akcie nadprzyrodzonego wglądu wydobywa ze swojego wnętrza arcydzieło objawiające ponadczasowe prawdy. Tak rozumiana literatura nie ma wiele wspólnego ze społeczeństwem – nic mu nie ma do zaoferowania i nic nie może się od niego nauczyć. Shell kreśli kompletnie inną wizję, pokazując związki między produkcją literacką a ekonomią. Otwiera to pole do inspirującego dla obu stron spotkania między teorią literatury a krytyką ekonomii politycznej.

Podkreślająca wagę publikacji zachęta poparta autorytetem jej autora, aktualność problemów, z którymi mamy nadzieję skonfrontować się tuż po otwarciu książki, a także rewelacyjna okładka autorstwa Romana Dziadkiewicza skłaniają do rozpoczęcia lektury. I tu pojawia się problem, prędko bowiem okazuje się, że praca Marca Shella nie ma z rekomendacją Sowy zbyt wiele wspólnego. Już indeks cytowanych w Ekonomii literatury nazwisk budzi podejrzenie, że beletrystyka i poezja odgrywają w tej książce rolę marginalną. Najczęściej (sześć razy) przywoływanym w niej literatem jest Ezop, drugie miejsce zajmuje Szekspir. Żadnemu z nich nie poświęcono jednak monograficznego rozdziału, obaj natomiast zostali miażdżąco zdeklasowani przez myślicieli greckich.

Niełatwo rozszyfrować pobudki tej zagadkowej selekcji bibliograficznej. Przekonujemy się o tym już na wstępie. Książkę inauguruje drobiazgowa egzegeza antycznego mitu o pasterzu Gygesie. Król prosi oddanego sobie dworzanina o podglądanie królowej w sypialni. Sekretny voyeur ma naocznie przekonać się, że uroda królewskiej małżonki – na co dzień niedostępna spojrzeniom dworzan – jest rzeczywiście tak olśniewająca, jak ją przedstawia jej mąż. Noc nie chroni jednak voyeurystyczego spisku. Naga kobieta dostrzega Gygesa ukrywającego się w pobliżu alkowy i stawia mu ultimatum – albo zabije jej męża, albo sam poniesie śmierć.

Niełatwo zgadnąć, dokąd zaprowadzą nas rozmyślania o związkach widzialności z tyranią snute na kanwie legendy o perwersyjnym królu. Niełatwo również dostrzec w niej motyw bądź mglistą ideę, która mogłaby utorować szlak materialistycznie zorientowanej refleksji na temat literatury schwytanej w sidła współczesnej ekonomii (pamiętajmy o blurbie!). Shell często powołuje się na pisma Marksa, ale dobór cytatów z jego pism zbija czytelnika z tropu. Żaden z nich nie odnosi się bowiem do socjoekonomicznej przestrzeni, w której zachodzi proces twórczy. Jakby na przekór oczekiwaniom, przywoływane wypowiedzi autora Kapitału znamionuje wysoki stopień abstrakcji, a jeśli przewijają się w nich tropy ekonomiczne, to raczej w charakterze metafor niż pojęć desygnujących realne i podlegające empirycznej analizie mechanizmy. Jako dowód przytaczam wybrany przez Shella fragment z Krytyki heglowskiej dialektyki i filozofii w ogóle: „Logika – pieniądz ducha, myślowa wartość człowieka i przyrody […] jest myśleniem wyalienowanym i dlatego abstrahującym od przyrody i rzeczywistego człowieka; myśleniem abstrakcyjnym” (Shell 2015, 52). Selekcja cytatów w tej książce często zresztą sprawia wrażenie nieukierunkowanego strategicznie połowu ekonomicznych metafor: Sokrates rozprawia o dobru, porównując etyczne wypaczenia do ściągania odsetek; Nietzsche stawia tezę o transakcyjnym charakterze aktywności intelektualnej, która jego zdaniem rządzi się zasadą ekwiwalencji; Paweł z Tarsu przedstawia się w jednym z listów jako zarządca (oikonomos); Herbert Spencer pisze o ekonomii wysiłku twórczego. Lista jest długa. Narastający eklektyzm orszaku cytowanych autorów piętrzy przed czytelnikiem kolejne przeszkody na drodze do dedukcji wspólnego mianownika, który narzuciłby wywodowi Shella choćby cząstkową koherencję.

Moją uwagę zwraca jednak inny brak Ekonomii literatury – mianowicie brak literatury, w domyśle: literatury pięknej, bo skoro autor postanowił nie precyzować w tytule, jaką literaturę miał na myśli (na przykład naukową), to, zgodnie z potocznym przeświadczeniem, czytelnik ma prawo spodziewać się, że chodzi o beletrystykę. W książce Shella reprezentuje ją głównie ezopowa bajka La Fontaine’a o kruku i lisie. I ona jednak prędko zostaje zepchnięta na dalszy plan, autora bardziej bowiem absorbuje interpretacja tych bajek pióra Jeana Jacques’a Rousseau. Koniec poświęconego jej obszernego rozdziału podsumowuje zdaniem: „W nieustępliwym ataku na społeczeństwo Rousseau ma nadzieję ukazać, jak fikcje literackie – może nawet jego własne – mogą pomóc ludziom zrozumieć i zmienić świat” (Shell 2015, 173). Nie wystarczy jednak przywołać jedenastą tezę o Feuerbachu, żeby ukryć merytoryczne mankamenty tej pracy. Skoro wreszcie na scenę analizy wkroczyła literatura – ku mojemu rozczarowaniu na krótko i raczej jako statystka – skierujmy w stronę Ekonomii literatury spojrzenie inne niż to, na którym ciążyły hipotezy zarysowane na początku niniejszej recenzji: można by ją wówczas rozpatrywać jako ekonomię w literaturze. Lektura tekstu literackiego pod kątem ukrytych w nim tropów ekonomicznych bądź też jako dokumentu, z którego wyłania się pejzaż finansowy upamiętnionej epoki, z pewnością mogłaby przynieść inspirujące rezultaty. Wyobraźmy sobie choćby studium poświęcone ekonomii hazardu w powieściach Dostojewskiego albo scenom profanowania pieniędzy, które to bohaterowie rosyjskiego pisarza depczą lub rzucają na pastwę płomieni. Sama obecność aktu wymiany – choćby była to wymiana finansowa, a i tego minimalnego kryterium Shell raczej nie respektuje – nie wystarczy, żeby uznać tekst za godny uwagi z punktu widzenia analizy stosunków ekonomicznych panujących w świecie, który przedstawia.

W innym rozdziale jako miejsce owocnej poznawczo konfrontacji ekonomii i literatury prezentuje się numizmatykę. Być może jestem zbyt kurczowo przywiązany do własnych oczekiwań, w świetle których książka Shella zostaje niesłusznie zdewaluowana, nie mogę jednak oprzeć się zdumieniu, w jakie wprawia mnie fakt, że jej tytuł, zapowiadający rozprawę o pisarstwie i pieniądzach, po części naprawdę odnosi się do pisania na pieniądzach. I znów dryfujemy po morzu ekonomiczno-literackich analogii: owszem, Shell ma prawo stwierdzać podobieństwo między drukarnią a mennicą, dokąd ten trop miałby nas jednak zaprowadzić? Podciąganie semiotyki monety pod kategorię ekonomicznie zorientowanego literaturoznawstwa, jakkolwiek szeroką semantycznie, wydaje się dosyć arbitralnym posunięciem.

Ostatni z rozdziałów książki dotyczy prac Johna Ruskina. Shell powołuje się na tezy angielskiego krytyka sztuki, który zwracał w swoich pismach uwagę na związek aktu twórczego z jego kontekstem socjoekonomicznym, ale ich nie rozwija. Zamiast tego skupia się na metaforze rzemieślnika-złotmistrza, która służy do zilustrowania charakteru pracy poetyckiej. Zagadka alchemii procesu twórczego, w ramach którego wygenerowane zostaje bogactwo niepodlegające całkowitemu spieniężeniu, mogłaby popchnąć wywód Shella na owocne poznawczo szlaki. Poetki i prozaicy wykonują przecież pracę niematerialną. Ciekawie byłoby prześledzić miejsca, w których może ona znaleźć schronienie przed jurysdykcją rynku. Niestety, i w tym rozdziale tekst Ekonomii literatury koresponduje z tytułem wyłącznie na poziomie retorycznym. Znów czytamy o mądrości cennej jak złoto, raju jako miejscu idealnej cyrkulacji ekonomicznej, o pieniądzach umysłu i literackiej gotówce.

„Wielu myślicieli (z)wiódł trop porównań między gospodarczymi i werbalnymi środkami wymiany” (Shell 2015, 8), pisze Shell we wstępie do Ekonomii literatury, wiele wskazuje jednak na to, że nie umknął pułapce, która, jak twierdzi, jest dosyć pospolita. „Teoretyczna totalność jest niepotrzebna, a w obrębie pojedynczego tomu nieosiągalne jest także odniesienie się do wszystkich dzieł literatury i filozofii.” Oczywiście – bezzasadnie byłoby zgłaszać pod adresem autora pretensje, że jego książka nie jest gargantuiczną encyklopedią. Zwłaszcza w przypadku tak wieloznacznych relacji, jak te mogące łącząc ekonomię z literaturą. A jednak obfitość przypisów i eklektyczny charakter bibliograficznego indeksu ostro kontrastują z objętością składających się na tę książkę tekstów. Ostatecznie są one poświęcone egzegezie antycznego mitu, analogiom między pismem a numizmatyką, bajce La Fontaine’a w interpretacji Rousseau, rozprawom Johna Ruskina i ekonomicznym refleksjom Arystotelesa. Zamykając wstęp do swojej pracy, Marc Shell zapewnia:

Przedstawione interpretacje są […] wystarczająco reprezentatywne, by zasugerować drogę dla całej krytycznej ekonomii literatury, której temat stanowi myśl i materia, a cel ukazanie, jak fikcje literackie i filozoficzne (a może i nasze własne) mogą pomóc nam zrozumieć i zmienić tyranię naszego świata (Shell 2015, 17).

Nie jestem pewien, czy warto brać zapewnienia o wszechobejmującym charakterze tych analiz za dobrą monetę. Związek ekonomii z literaturą wyznacza rozległy obszar potencjalnym badaczom. Idiosynkratyczną ścieżkę analizy, którą postanowił podążać Shell, nie każdy z nich uznałby za równie cenną. To prawo waluty. Kto honoruje tę, którą oferuje Ekonomia literatury?

Bibliografia

Bourdieu, Pierre. 2001. Reguły sztuki. Geneza i struktura pola literackiego. Tłum. Andrzej Zawadzki. Kraków: Universitas.

Foucault, Michel. 2011. Narodziny biopolityki. Tłum. Michał Herer. Warszawa: PWN.

Lazzarato, Maurizio. 2012. The Making of the Indebted Man. An Essay on the Neoliberal Condition. Tłum. Joshua David Jordan. London: MIT Press.

[1] Nie należy wyciągać stąd wniosku, że prozaik bądź poetka, która angażuje się w prowadzenie takiego profilu, degraduje się symbolicznie. Istnieją oczywiście profile literackie, które ani trochę nie przypominają wirtualnych słupów reklamowych, jak choćby absolutnie luksusowy fanpage Rafała Wawrzyńczyka na Facebooku.

Share This