Refleksje cztery lata po publikacji polskiego wydania Edu-factory.

Poniższy tekst jest szkicem referatu wygłoszonego 2 sierpnia 2015 roku w Warszawie, w ramach odsłony Szkoły Letniej Uniwersytetu Zaangażowanego.

Przyglądając się z Wami dzisiaj ponownie książce Edu-factory. Samorganizacja i opór w fabrykach wiedzy cztery lata po jej publikacji, chciałbym wykorzystać tę okazję, by odpowiedzieć na następujące pytanie: co to znaczy, że dana książka jest jednocześnie krytyczna, radykalna i niebezpieczna? Chciałbym również, żebyśmy wspólnie spróbowali zrozumieć, czy polityczny ruch studencki – a szerzej każdy nastawiony emancypacyjnie ruch pracowniczy – potrzebuje książek (jeśli w ogóle potrzebuje jakichś książek) jednocześnie, radykalnych, krytycznych i niebezpiecznych. Chciałbym także odpowiedzieć na pytanie, czy Edu-factory była przed czterema laty właśnie taką książką i, jeśli tak, to czy nadal nią jest. Jeśli jednak oba człony tego pytania spotkałyby się z negatywną odpowiedzią, to należałoby wykorzystać tę okazję do zmapowania warunków niezbędnych dla wytworzenia dziś książki o rzeczywistości uniwersyteckiej, której moglibyśmy wszystkie te cechy przypisać.

Zacznijmy od pojęcia krytyki. Bardzo często krytykę sprowadza się do prostego procesu „wytykania błędów”. Krytyka to odpowiedź, w której zwyczaju nie leży wydawanie sądów, bowiem, jak chciałby Raymond Williams, nie jest ona sądem a praktyką. Jest konkretnym działaniem w obrębie konkretnej sytuacji. Jest czymś nie dającym się rozdzielić od kryzysu. Jest praktyką umożliwiającą wyjście z kryzysu, a nie przerzucenie go na barki innych czy egoistyczne pozostawienie za sobą.

Wydaje się, że powinniśmy sięgnąć jeszcze głębiej do znaczenia pojęcia krytyki. Jak stwierdził niegdyś Gerald Raunig, krytyka jest „wzajemnym oddziaływaniem między zawieszonym sądem a inwencją, między zdolnością do sądu, którego rozjaśnianie wykracza poza praktykę empirycznego rozróżniania, oraz inwencją, która na nowo składa (znaczące) komponenty”. Krytyka to praktyka dekompozycji i rekompozycji. Być może należy wyłożyć to nieco jaśniej. W udzielonym „Praktyce Teoretycznej” wywiadzie Michael Hardt ujmuje powyższe napięcie między zawieszeniem sądu a inwencją, w bardziej czytelny sposób: „Krytyka jest odwoławczym procesem destabilizującym nie tylko działające instytucje, ale także dominujące idee. Jednak do siły krytyki zawsze musi zostać dodany twórczy proces eksperymentowania z nowymi formami relacji społecznych i nowymi sposobami życia”.

Projekt krytyki uniwersytetu w kryzysie musi wobec tego obejmować trzy elementy. Po pierwsze, diagnozować pewien kryzys i wskazywać mechanizmy działające w jego „wnętrzu”. Po drugie, sytuować się po stronie podmiotu występującego „przeciw” kryzysowemu uniwersytetowi. Po trzecie, wyglądać poza ograniczenia narzucane przez kryzys i wskazywać na nowe, dostrzegalne już dziś, formy relacji społecznych, które stanowić mogą podstawę uniwersytetu przyszłości.

Czy dyskutowaną przez nas książkę można wobec tego nazwać krytyczną w tym właśnie sensie? I tak, i nie. Edu-factory udało się do pewnego stopnia zachować te trzy elementy w równowadze. Pojawia się w niej niestety napięcie związane z różnym pochodzeniem składających się na nią tekstów. Z jednej strony przepełniona jest odniesieniami do kontekstu centralnego, hegemonicznego sektora szkolnictwa wyższego w Stanach Zjednoczonych, z drugiej zaś próbuje wskazać na nadchodzące niebezpieczeństwo, jakie stanowią reformy peryferyjnego sektora charakteryzującego się niemal kompletnym braku zorganizowanego oporu studentów i pracowników akademickich. Jeśli za przykład wziąć definicję kryzysu, która pojawia się w otwierającym książkę wywiadzie z Chrisem Newfieldem, to zobaczymy, że polska sytuacja jest i była niemal całkowicie odwrotna. A rozumienie kryzysu uniwersytetu, którym posługuje się kalifornijski badacz, w żaden sposób nie przystaje do naszych warunków. Jeśli przyjrzeć się natomiast tekstom polskim, to dostrzeżemy, że sformułowanie „kryzys” nie pada w nich ani razu. Czy musimy im wobec tego odmówić krytyczności? Mierzą się one przecież z pewnym namacalnym problemem generowanym przez tzw. (bez)ruch studencki. Ciężko wyrastać ponad swój czas – kryzys w szkolnictwie wyższym w momencie publikacji dopiero nabrzmiewał. Dziś widzimy go gołym okiem. Takich „problemów” postawionych na opak czy też wywołujących w polskiej czytelniczce dezorientację znajdujemy tu więcej. Pewne diagnozy wypowiadane w tej książce pełniły raczej funkcję przykładów – krytycznych analiz prowadzonych w nieraz odległych kontekstach, z których dopiero po wykonaniu odpowiedniej pracy można wydobyć punkty wspólne.

Co natomiast z niebezpieczeństwem? David Harvey opublikował niedawno esej poświęcony siedemnastu sprzecznościom kapitalizmu. W jednym z komentarzy nazwał go najniebezpieczniejszą książką, jaką udało mu się dotychczas opublikować. Już sam fakt łączenia ze sobą dwóch słów: „książka” i „niebezpieczna”, może wywołać na twarzy współczesnego polskiego czytelnika grymas zwątpienia. Na czym jednak polegać miałoby wskazane przez Harveya niebezpieczeństwo? Na tym, że w otwarty, klarowny i dobrze uargumentowany sposób odsłania wszystkie zapalne punkty współczesnego kapitalizmu. Jak pisał niegdyś Max Horkheimer „bezpośrednim skutkiem teorii prącej do przekształcenia całego społeczeństwa jest zaostrzenie się walki, do której się ono włącza”. Niebezpieczna książka to wobec tego taka, która nie skrywa sprzeczności, nie godzi przeciwstawnych biegunów, ale je eksponuje z perspektywy poszkodowanych kryzysowym rozchwianiem systemu. Jak mawiał klasyk, teoria staje się potęgą materialną, to znaczy przyjmuje znamiona zmaterializowanej siły krytycznej prącej do przekroczenia systemu znajdującego się w kryzysie, wtedy, kiedy porywa za sobą masy.

Edu-factory to z pewnością książka, która, niezależnie od wersji językowej wydania, stawiała przed sobą znacznie skromniejsze zadania. Jednak w pewnym sensie można o niej powiedzieć, że nosi znamiona bycia niebezpieczną (znów podkreślając jednak to napięcie związane z procesem translacji sprzeczności między centrum a peryferiami). Gdzie wobec tego znajdowałyby się sprzeczności akademickiego kapitalizmu (w jego centralnej i peryferyjnej postaci), na które zwraca uwagę Edu-factory?

Podzieliłbym je na dwie grupy. Z jednej strony, są to sprzeczności pozorne, generowane przez kapitalistyczne ustrukturowanie uniwersytetu, w rodzaju sprzeczności interesów między pracownikami zatrudnionymi w ramach różnych form, sprzeczność między tym, co publiczne a tym, co prywatne, sprzeczność między hierarchiczną kolegialnością a menadżeryzmem, sprzeczność między studentami i doktorantami a kadrą naukową czy wreszcie pozorną sprzeczność między żądaniami a okupacjami. Z drugiej strony są to natomiast sprzeczności o charakterze realnym, których rozwiązanie prowadzi poza kapitalistycznie ustrukturowany uniwersytet. Znajdziemy tu między innymi sprzeczność między długiem a dobrobytem, między intelektualną własnością prywatną a wspólnym zarządzaniem wiedzą, między sposobami rządzenia opartymi na reprezentacji a demokracją bezpośrednią wszystkich uczestników życia uniwersyteckiego (również tych ulokowanych poza murami uczelni), sprzeczność między przeciwstawnymi formami walki z prekarnością, czyli między walką o pracę a walką z pracą, czy też płacą a dochodem podstawowym. Na najogólniejszym poziomie sprzeczności te można rozpisać na planie konfliktu między tym, co prywatne i publiczne, a tym, co wspólne. To naświetlanie tych nie dających się bezkonfliktowo znieść sprzeczność, jak też ich pozornych postaci, sprawia, że również i dziś Edu-factory nosi znamiona książki niebezpiecznej.

W końcu kwestia radykalności. Wszyscy oczywiście znamy często powtarzane stwierdzenie mówiące, że „być radykalnym to sięgnąć do korzeni rzeczy”. Jednak wydaje mi się, że radykalność, o którą mi w tym momencie chodzi, należałoby uchwycić w jeszcze innym sensie. Najlepiej w tym, o którym wspomniał niegdyś Raymond Williams, stwierdzając, że „być prawdziwie radykalnym oznacza umożliwiać nadzieję, a nie sprawić, by rozpacz stała się bardziej przekonująca”. Takie sformułowanie trafia do mnie znacznie bardziej.

W Edu-factory nadzieja ulokowana została w jej być może najbardziej abstrakcyjnych partiach. Tam, gdzie Negri i Revel piszą o instytucjach dobra wspólnego posiadających opartą na nieustannym samokształceniu zdolność normatywną, zdolność do organizacji i przewodzeniu walkom i zdolność do samo-legitymizacji, a w których wszystko wytwarzane przez wszystkich należy do wszystkich. Tam, gdzie wtóruje im Ratajczak lokujący istotę polityczności życia studenckiego w bezwarunkowych uniwersytetach. Tam, gdzie znowuż dyskutowana w ruchach studenckich strategia okupacji uniwersytetów zbiega się w jednej linii z opcją rewolucyjną u Caffentzisa. Wreszcie tam, gdzie opisana przez Roggero metoda współbadań, narzędzia do sprawowania autonomii przez żywą pracę, znajduje swoją realizację w rewolucyjnej Tunezji.

Tekstom składającym się na Edu-factory przyświeca jednak przekonanie, że uniwersytet, o który walczymy, nie spadnie z nieba, nie wyłoni się na skutek automatycznego, dialektycznego ruchu nieuchronnych i nieugiętych praw rozwoju historycznego, nie wydobędzie się na powierzchnię gdy jego starą skorupę rozsadzą opisane powyżej sprzeczności. Choć przyznać należy, że historycznie rzecz biorąc rozwój uniwersytetu sprzyja temu procesowi, a materialnym przejawem skuteczności tego ruchu są dostrzegalne dziś pierwiastki nowego uniwersytetu, które znajdujemy w skorupie tego, co stare. Jednak powyższa lista sprzeczności dostarczyć może ruchowi studenckiemu jedynie mapy umożliwiającej bardziej precyzyjne uderzenie w zmurszałą formę uniwersytetu w kryzysie. Samo zaś przejście do w pełni demokratycznie zarządzanego uniwersytetu jako instytucji dobra wspólnego jest niewyobrażalne bez walk przeobrażających zarówno warunki społeczne i gospodarcze, w których uniwersytet na co dzień funkcjonuje, jak również podmioty tego wyzwolenia: ruch studencko-doktorancko-pracowniczy. Wiedzieli o tym zarówno klasycy marksizmu, twierdząc, że „prawdziwego kształcenia nie można oddzielić od niezależnej, politycznej, a zwłaszcza rewolucyjnej walki”, jak i ruchy studenckie, przywoływane w jednym z czytanych na dzisiejszą odsłonę Szkoły tekstów, twierdząc, że „już ruch studencki jest tworzeniem szczególnego dobra wspólnego w samym procesie walki”. Zbiorowa kontrola nad uniwersytetami osiągnięta w procesie walki jest punktem wyjścia dla każdej wyższej formy kształcenia.

Czym zatem są książki, o które pytaliśmy na początku tego wywodu? Są interwencją prowadzoną przez ruch w warunkach kryzysu. Poprzez precyzyjne zakreślenie jego konturów dostarczają oglądu sytuacji pozwalającego na wskazanie produktywnych sprzeczności, których rozwiązanie przez walkę stwarza warunki i umożliwia nadzieję na osiągnięcia horyzontu przyszłości przekraczającego teraźniejsze ograniczenia. Czy polityczny ruch studencki potrzebuje dziś tego typu książek? Tak, jeśli pragnieniem tworzących go osób jest pozytywne rozwiązanie trapiącego polski uniwersytet kryzysu.

Na koniec chciałbym zaznaczyć jeszcze, że Edu-factory to nie tyle tytuł książki, co idea emancypacyjnej i wspólnotowej produkcji wiedzy zachodzącej w obrębie ruchu studencko-doktorancko-pracowniczego. Edu-factory to maszyna wojenna, skomplikowana maszyna polityczna, którą wychodząc od przeszłych, przegranych walk musimy wznosić i wprawiać w ruch nieustannie od nowa. To wreszcie zadanie, które przeszłe pokolenia zaangażowanych studentów i studentek stawiają wciąż na nowo przed dzisiejszymi aktywistkami i aktywistami.

Krystian Szadkowski

Warszawa, 2 sierpnia 2015

Share This