Kryzys długu suwerennego Grecji wydaje się na chwilę uspokojony. Ale tylko uspokojony. Czekają nas zapewne różnego rodzaju zawirowania i momenty suspensu, został jednak ustanowiony nowy reżim, który na jakiś czas ustabilizuje sytuację: Grecy za długi oddali część swojej suwerenności, ich prawa pisane będą coraz bardziej w Brukseli vel Berlinie, ich kolejne problemy, a takie zapewne się pojawią, będą okazją do transferu dalszych prerogatyw i majątku pod obcy zarząd. Greckiemu społeczeństwu wiele to nie da, nawet jeśli – co bardzo wątpliwe – poprawi kondycję ich gospodarki – jeśli PKB przestanie spadać, ich gospodarka, podobnie jak ich przedsiębiorstwa będzie pracowała w interesie swoich nowych właścicieli w Niemczech i innych bogatych krajach Północy[1]. Udział płac Greków w „ich” PKB spadnie, obniżą się emerytury i pomoc socjalna, a społeczeństwo się spauperyzuje. To wszystko są jednak problemy samych Greków i Greczynek, które nikogo poza nimi obchodzić nie będą. A ponieważ siła ich głosu w UE będzie spadać wraz z zanikiem ich suwerenności, protesty Grecji (i w Grecji), jakkolwiek intensywne by nie były, nie przełożą się niestety na żadną zmianę reguł funkcjonowania UE. Grecja przetrwa na kroplówce do roku 2018, a może dłużej, jeśli Północy UE będzie się to opłacać. Jakkolwiek wysoka byłaby dla Niemiec cena utrzymania protektoratu nad Morzem Śródziemnym, jej uiszczenie nie będzie dla Berlina problemem. Opór MFW nie ma tu większego znaczenia – jeśli Francja i USA będą dalej wykorzystywać swoje wpływy w tej instytucji, aby przeszkadzać Niemcom et consortes w realizacji ich planu budowy oligarchicznych mechanizmów politycznych w UE, plan ten zostanie wprowadzony w życie bez udziału Funduszu. Niemcy to nie Zimbabwe czy Boliwia, żeby musiały przejmować się MFW. Bo jaki miałby niby być wkład MFW w trzeci bailout Grecji? 16,6 miliardów euro? Cóż, stanowi to ok. 0,005% PKB Niemiec wynoszącego 3,8 biliona dolarów. Kwota zbyt mała, aby warto porzucać dla niej Wielki Europejski Plan – budowę Cesarstwa Niemieckiego Narodu Europejskiego. Te 16 miliardów Niemcy równie dobrze mogliby wydać na wymianę spluwaczek w toaletach, które kiedyś zwiedzał prezydent Lech Kaczyński[2]. Kwota taka nie stanowi żadnego problemu dla Niemców, zwłaszcza, że i tak będzie to mniej kosztowne niż jedyna sensowna alternatywa, czyli konstrukcja strukturalnych mechanizmów redystrybucji nadwyżki wewnątrz UE czy też – o zgrozo! – ogólnounijnych struktur politycznych o demokratycznym, a nie oligarchicznym charakterze. Po co Niemcy mają płacić janosikowe na rzecz biednego Południa UE, skoro za mniejszą sumę mogą wykupić pakiet kontrolny w systemach politycznych krajów takich jak Grecja?

            Wydarzenia poprzedniego weekendu i ostatnich dwóch tygodni uważam za najistotniejszą zmianę polityczną w Europie od czasu upadku Bloku Wschodniego. Na naszych oczach wykuwa się nie tylko nowy porządek UE, ale również powstają formy sprawowania władzy w Unii, jakich dotąd nie znaliśmy: półhegemonia finansowego magnata, który w obrębie unii walutowej buduje hybrydowy system łączący parlamentaryzmy na poziomie narodowym z radykalnie antydemokratyczną oligarchią w relacjach międzynarodowych. (Swoją drogą ciekawa byłaby analiza tego procesu z punktu widzenia koncepcji Imperium Hardta i Negriego.) Teoretycznie Francja, Włochy i Hiszpania mogłyby skutecznie blokować Niemcy, problem polega jednak na tym, że są to kraje prawie zbankrutowane – najmniej Francja, najbardziej Włochy – co skutecznie ogranicza ich pole manewru, bo uzależnia je od polityki ECB z siedzibą we… Frankfurcie. ECB to de facto (w swoim działaniu) bank niemiecki, a euro to niemiecka marka w nowym przebraniu. Nie piszę tego z powodu jakiejkolwiek germanofobii, której nie mam w sobie ani krzty. Uważam Niemców za wyjątkowo sympatycznych i otwartych ludzi, a Berlin to moje ulubione miasto w Europie. Zwłaszcza dla nas, Polaków i Polek (a szerzej dla całego bloku słowiańskiego) Niemcy i Niemki są szczególnie łatwi w kontakcie. Takie w każdym razie są moje doświadczenia osobiste i zawodowe. Absolutnie nie chodzi tu o jakiekolwiek cechy narodowe czy charakterologiczne. Osobliwa – i bez wątpienia innowacyjna – polityka Niemiec jest podyktowana przez strukturalne wymogi ich gospodarki, w tym szczególnie przez jej uzależnienie od eksportu oraz przez rolę, jaką kraj ten odgrywa w UE, generując ¼ unijnego PKB. To zasadniczo tego właśnie typu kwestie stają się kołem zamachowym niemieckiego ekspansjonizmu i imperializmu w obrębie UE, a nie czynniki o charakterze nacjonalistycznym czy szowinistycznym. Gospodarka dyktuje melodię polityce, a nie na odwrót. Żyjemy przecież w świecie, w którym jedyną suwerenną siłą jest kapitał, a instytucje polityczne stają się w coraz większym stopniu instrumentami realizacji interesów posiadaczy kapitału. Jest to bezpośrednia konsekwencja rosnących nierówności materialnych, czyli, innymi słowy, zwiększającej się przewagi kapitału nad innymi siłami i aktorami społecznymi, tak nad pracą, jak i nad rządami narodowymi.

            Co jest w dłuższej perspektywie dla Europy – oraz dla ewentualnego powodzenia niemieckiego Generalplan Süd – ważniejsze, to fakt, że chociaż problem grecki na chwilę się ustabilizował, nie pojawiły się nowe okoliczności, które mogłyby nawet w najmniejszym stopniu pozytywnie przekształcić ogólną społeczno-polityczną ramę, w jakiej rozgrywa się grecka tragedia. Jest nią ustrój, który w kontekście greckim nazwano Debtocracy (ciekawy dokument z 2011 roku nakręcony przez Arisa Chatzistefanou i Katerinę Kitidi), co na polski należałoby przełożyć jako „długokracja”. Kto myśli, że zadłużenie jest dzisiaj problemem biednych, rozrzutnych i niezaradnych, pada ofiarą nauki moralnej protestantyzmu zakamuflowanej jako ekonomiczna ortodoksja. Dług jest dzisiaj wszechobecny, a bogaci wcale nie są mniej zadłużeni od biednych, ani w liczbach bezwzględnych ani relatywnie rzecz ujmując. Mają tylko lepszą reputację, co oznacza mniejsze problemy z obsługą długu (wyższe ratingi, a więc mniejsze odsetki). Nie ma dzisiaj kraju i społeczeństwa – za wyjątkiem państw rentierskich – które nie tylko nie byłoby zadłużone, ale którego zadłużenie nie rosłoby systematycznie. Nawet więcej: najbardziej zadłużeni są najbogatsi. Tak na przykład zagregowany dług społeczeństwa amerykańskiego – suma długu wewnętrznego i zewnętrznego rządu federalnego, rządów stanowych, długu konsumenckiego, hipotecznego, długu amerykańskich firm – wynosi obecnie prawie 400% PKB i od kilku dekad systematycznie rośnie[3]. Dług nie jest współcześnie bynajmniej ekscesem dotykającym rozrzutnych i nieostrożnych. Jest raczej strukturalnym fundamentem późnokapitalistycznego systemu-świata. Stało się tak z przynajmniej dwóch powodów.

            Po pierwsze, od końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych ubiegłego stulecia neoliberalizm zaczął coraz mocniej rozregulowywać skonsolidowane po drugiej wojnie światowej mechanizmy państw dobrobytu z ich wysokim, progresywnym opodatkowaniem, silną redystrybucją za pośrednictwem budżetów rządowych (udział wydatków rządowych w PKB) oraz procedurami zbiorowej walki o interesy pracowników (związki zawodowe, korporacje zawodowe itp.). Pierwsze oznaczało spadek dochodów do budżetów narodowych, który dało się skompensować w jeden tylko sposób: zbiorowo się zadłużając[4]. Alternatywa to coś, co nazwać można „modelem polskim” albo szerzej „modelem środkowoeuropejskim”, czyli utrzymywanie niskiego poziomu długu względem PKB za cenę ruiny sektora publicznego i zwinięcia wydatków socjalnych. Bez wątpienia jest to model, który Niemcy chcieliby widzieć we wszystkich obciążonych deficytem krajach bloku południowego. Jednak nie wszystkie społeczeństwa są tak potulne jak Polacy i dlatego w większości przypadków dają sobie narzucić takie reguły gry tylko z największymi oporami oraz bardzo powoli. Nie ma jednak wątpliwości, że jest to bardzo prawdopodobny model przyszłości, do którego zmierzają również bogate kraje kapitalistycznego rdzenia (przekonywałem kiedyś na stronach Praktyki Teoretycznej, że żyjemy w epoce odwrócenia paradygmatu postulowanego przez teorię modernizacji i że obecnie to peryferia pokazują centrum ich przyszłość[5]). Drugą konsekwencją rosnącej siły neoliberalnego kapitału jest obniżenie dochodów pracowników (malejący udział płac w PKB – od kilku dekad powszechny trend o globalnym zasięgu; znów: Polska pokazuje tu niechlubnie najbardziej prawdopodobną przyszłość krajów bogatych). Neoliberałowie obiecywali, że spadek ten zostanie zrekompensowany przez skapywanie bogactwa ze szczytów społecznej piramidy na klasy niższe (również klasę średnią dotkniętą przez zwijanie państwa dobrobytu) – słynna teoria trickle-down, której status można jednak dzisiaj przyrównać mniej więcej do koncepcji „naukowych” będących teoretyczną podstawą funkcjonowania holodeku na pokładzie statku Enterprise w serialu Star Trek.

Te dwa procesy postawiły jednak kapitał przed koniecznością rozwiązania jednej z jego głównych sprzeczności i stawienia czołu podstawowemu wyzwaniu, któremu dużo miejsca w swoich rozważaniach poświęcili Marks i Luksemburg: problemu realizacji wartości dodatkowej. Nie wystarczy bowiem coś wyprodukować, jak wydaje się to neoliberalnym ekonomistom hołdującym ekonomii podażowej, trzeba to jeszcze sprzedać, a żeby dało się to sprzedać, ktoś musi to kupić, a do tego potrzebne są… – cóż, tu niespodzianka – pieniądze, których źródłem dla większości z nas są pensje. Działanie tego zamkniętego w zasadzie obiegu dobrze ilustruje znana maksyma Kaleckiego: kapitaliści zarabiają to, co wydają (czyli to, co przekazują pracownikom w postaci pensji), a pracownicy wydają to, co zarabiają. Istotą neoliberalnego pomysłu na gospodarkę jest otwarcie owego obiegu poprzez jego rozerwanie: aby zaoszczędzić na kosztach produkcji, kapitał zdelokalizował ją do krajów biednych, obniżając w ten sposób radykalnie koszty pracy (również w centrum, bo pracownice z krajów rdzenia muszą bezpośrednio konkurować z pracownikami z peryferii). Skoro kapitaliści postanowili nie wydawać, czyli zmniejszyć nasze zarobki (udział płac w PKB), w jaki sposób sprzedadzą nam swoje towary? To proste – niech ludzie biorą kredyty! Oto cały geniusz neoliberalnej inżynierii finansowej.

            Gdyby tyko o to chodziło, sytuacja nie byłaby najgorsza. Dług przeniknął jednak znacznie głębiej w strukturę naszej późnokapitalistycznej, zwirtualizowanej ponad wszelką miarę rzeczywistości, a mianowicie do samego mechanizmu kreacji pieniądza. „Skąd biorą się pieniądze?” – oto proste wydawałoby się pytanie, na które poprawną odpowiedź zna zaskakująco mało nawet dobrze wykształconych obywateli i obywatelek współczesnego świata. Gdy zada się im to pytanie, można najczęstszej usłyszeć odpowiedzi lokujące się w podobnych rejestrach empirycznej poprawności, co naprotechnologia: emituje je rząd, o ich produkcji decyduje bank centralny, kontroluje to ministerstwo finansów itp. W rzeczywistości proces kreacji pieniądza w systemem rezerw cząstkowych jest nieco skomplikowany, a jakakolwiek władza polityczna ma na jego funkcjonowanie dość ograniczony wpływ. Nie ma tu miejsca na jego szczegółowy opis[6], cały trick sprowadza się jednak do tego, że faktyczny pieniądz używany w codziennych transakcjach jest kreowany przez banki komercyjne w momencie, gdy ktoś bierze kredyt. W tym sensie poza tzw. pieniądzem bazowym (emitowanym przez bank centralny i będącym tylko punktem odniesienia dla tego, ile można, w zależności od poziomu rezerw obowiązkowych, wykreować pieniądza komercyjnego), pieniądz używany przez nas na co dzień jest czyimś skryptem dłużnym[7], czyli długiem właśnie. A skoro pieniądz jest m.in. miarą bogactwa (np. miarą strumienia konsumpcji w ocenie wielkości PKB), a pieniądz to dług, więc przyrost bogactwa to przyrost długu: im jesteśmy bogatsi, im więcej pieniądza jest w obiegu, tym większa musi być zagregowana masa długu.

System rezerw cząstkowych ma istotne konsekwencje polityczne, ponieważ daje możliwości prowadzenia skutecznej polityki monetarnej tylko w jedną stronę: zmniejszenia podaży pieniądza poprzez ograniczenie masy pieniądza bazowego. To musi z konieczności arytmetycznej wywołać skurczenie się maksymalnej możliwej do wygenerowania ilości pieniądza komercyjnego. Jest to łatwe: podnosi się różnego rodzaju stopy procentowe. Działanie w drugą stronę ma jednak tylko i wyłącznie charakter potencjalny: zwiększając masę pieniądza bazowego, tworzy się tylko możliwość, ale nie konieczność kreacji większej ilości pieniądza transakcyjnego. Aby to drugie nastąpiło, ktoś musi faktycznie wziąć kredyt, co zależy mniej od oprocentowania kredytu, a bardziej od tego, czy rzeczona osoba lub firma uważa, że będzie w stanie ów kredyt spłacić, a więc od czynnika o charakterze absolutnie pozaekonomicznym – od jej optymizmu. Na ile ów optymizm zależy od tzw. czynników fundamentalnych, czyli twardych danych makroekonomicznych (dane nt. wzrostu, bezrobocia, wysokości długu publicznego itp.), a na ile jest dyktowany przez mechanizmy o charakterze irracjonalnym i stadnym, to przedmiot debat w środowisku samych ekonomistów oraz dyskusji między ekonomistami a socjologami. Mnie osobiście dość dobrze przekonuje obserwacja Keynesa, że inwestorzy giełdowi bardziej przejmują się zachowaniami innych inwestorów niż obiektywnymi danymi ekonomicznymi. Do kwestii tej powrócę pod koniec. Ekonomiści opisują czasem ten problem za pomocą zgrabnej metafory: za sznurek da się ciągnąć, ale nie można nim pchać. Widać to dzisiaj wyraźnie: właściwie wszelkie możliwe stopy procentowe są na poziomie zerowym lub jego bliskie, a i tak popyt na kredyty jest mniejszy niż to, czego potrzebują kapitaliści, aby skutecznie realizować zyski. Mamy typowy dla kapitalizmu kryzys nadprodukcji i zbyt małej konsumpcji.

            Tego typu mechanizm kreacji pieniądza, zwanego również pieniądzem fiducjarnym (opartym na wierze)[8], pieniądzem fiat (tworzonym przez wolę: łacińskie fiat znaczy „niech będzie”, „niech się stanie”) czy pieniądzem papierowym (w przeciwieństwie do pieniądza opartego na materialnym standardzie, np. złocie lub srebrze, na które można go zawsze skonwertować), jest znany od dość dawna, jednak przez większość historii nie był używany. Pieniądz papierowy nie ma dobrej reputacji – niektórzy uważają, że ze swojej istoty (oderwanie od jakiegokolwiek namacalnego standardu) prowadzi do powstania różnego rodzaju baniek, kryzysów i załamań[9]. W najnowszej historii jego pojawienie się jest ściśle związane z załamaniem się na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku tzw. porządku z Bretton Woods i odejścia dolara od standardu złota. Stało się to nie przez przypadek. Współczesny pieniądz fiducjarny dał bowiem pozór – jednak pozór niezwykle silny, halucynację bliską rzeczywistości – rozwiązania jednej z zasadniczych sprzeczności kapitalizmu, o której wspomniałem powyżej: konfliktu między dążeniem do tego, aby produkować jak najtaniej i sprzedawać jak najdrożej. Kapitalizm jest znany z tego, że rozwiązuje swoje sprzeczności tylko pozornie, de facto przenosząc je gdzieś indziej[10]. Jest to główny powód nieustannej ekspansji kapitalizmu, będącej warunkiem sine qua non jego istnienia, w czym jest podobny do zasady lotu orbitalnego: jest to wieczne spadanie tak, aby nigdy nie uderzyć w ziemię. Po ekspansji terytorialnej (kolonializm) oraz ekspansji wewnątrz społecznej tkanki (utowarowienie, przejście od subsumcji formalnej do realnej itp.), kapitaliści wymyślając coś, co mogłoby wydawać się perpetuum mobile – mechanizm kredytu przenoszący na czas, który ma dopiero nadejść, koszty konsumpcji, która dokonuje się już teraz – dokonali skutecznej, wydawałoby się, kolonizacji przyszłości. W tym sensie kapitalizm wymyślił już właściwie podróż w czasie: otaczające nas bogactwo jest dosłownie zaimportowane z przyszłości, a nasz stan posiadania już teraz odpowiada temu, co będziemy dopiero posiadać w przyszłości.

Rozwiązanie to wygląda niezwykle atrakcyjnie dla wszystkich: konsumentkom daje możliwość perwersyjnej i natychmiastowej, a przez to obscenicznej (Baudrillard) realizacji fantazmatu, czyli wyobrażonego scenariusza, w którym podmiot przedstawia samej sobie realizację jej pragnienia. Nie muszę już śnić na jawie i wyobrażać sobie, jak będę kiedyś wyglądał w najnowszym modelu Audi TT kabrio albo jak będę wspaniale się czuł, pływając na wielkim materacu po swoim ogromnym basenie, sącząc leniwie sex on the beach. Mogę to wszystko przeżyć już teraz, zaraz, choćby dzisiaj popołudniu! Na kredyt oczywiście. Mało rzeczy ma taką władzę nad podmiotem, jak jej fantazmat, co dało specom od marketingu potężne narzędzie lewarowania naszych pragnień i zachcianek. Również dla właścicieli kapitału, pragnących realizować zyski poprzez wciąż rosnącą konsumpcję przy wciąż malejących kosztach pracy wydawało się to rozwiązanie więcej niż optymalne: było wręcz cudowne, bo przyszłość, w przeciwieństwie do pozostałych przestrzeni ekspansji i eksternalizacji – jak inne kontynenty, środowisko naturalne czy nieutowarowione jeszcze obszary życia ludzkiego – wydaje się zasobem nieskończonym. „Konsumujmy, jakby nie było jutra!” – tak mogłoby brzmieć motto późnego kapitalizmu i w jego rzeczywistości było ono prawdą: nie ma jutra, bo jutro jest już dziś! Co będzie jutro? Pojutrze albo popojutrze, albo popopojutrze, w zależności od tego, ile kredytów nabierzemy. Nie ma to jednak znaczenia, bo zawsze jest jeszcze jakieś „po-”, które można dodać („Extend and pretend” – znana reguła świata współczesnych finansów). Jest ciekawe, że teoretyk kluczowy dla popularyzacji postmodernizmu, Jean Baurdillard, tak właśnie wyobrażał sobie sytuację: dług będzie narastał w nieskończoność, nigdy nie trzeba będzie go spłacać[11].

            Ale cóż, nie udało się! Jesteśmy w momencie załamania – kosmiczna stacja instrumentów pochodnych zeszła ze swojej orbity i zaczyna właśnie spadać, spalając się w toksycznej atmosferze Kryzysu. Différance się zacięła, spłaty długu nie da się odraczać (différer) w nieskończoność. Dlaczego tak się stało, to arcyciekawe pytanie. Tak jak każda, moim zdaniem, ludzka porażka, ma to wytłumaczenie strukturalistyczno-psychoanalityczne. Współczesna nauka (fizyka i topologia) pokazały, że wbrew temu, co sądził Kant, czas i przestrzeń należą do sfery noumenalnej, są więc Realne. Jako takie nie poddają się dowolnie ideologicznemu (symbolicznemu i wyobrażeniowemu) naginaniu, nie da się zupełnie bez końca nimi grać, manipulując ideologicznymi artykulacjami („extend and pretend”) czy mechanizmami konstrukcji podmiotowości („Konsumuj, jakby nie było jutra!”). Można to robić przez chwilę i tak działo się mniej więcej od roku 1971 (porzucenie standardu złota) do 2008 (śmierć Globalnego Minotaura). Realne zawsze jednak powróci. I tak właśnie się dzieje. Dla tych, które nie lubią psychoanalizy, to samo można powiedzieć bez użycia podobnych narzędzie pojęciowych (chociaż używając ich, da się powiedzieć więcej). Podejście kapitalistów do przyszłości jest bardzo podobne do ich stosunku do środowiska naturalnego – uważają, że jest to śmietnik o nieskończonej pojemności, do którego można dowolnie długo wyrzucać nieograniczone wolumeny toksycznych efektów zewnętrznych akumulacji kapitału. Albo – ich zdaniem – znikną one same albo będzie można udawać, że ich nie ma; zajmie się nimi ktoś inny: rządy, mieszkańcy Trzeciego Świata, nasi potomkowie w przyszłości. Ze środowiskiem ten trik się nie udał. Przyszłość wydawała się bardziej obiecująca. W końcu przyszłość nie może protestować, okupować, czegokolwiek się domagać, bo jeszcze jej nie ma. Idealny, wydawałoby się, śmietnik. Okazało się jednak, że jest inaczej z bardzo prostej przyczyny. Przyszłość to – tutaj punkt dla filozofów analitycznych – to, co ma nas spotkać (nasz los, tuchē). I cóż za perspektywa się przed nami rozciąga w najlepszym z możliwych kapitalistycznych światów? Dług, bankructwa, bezrobocie, prekaryzacja, rosnące nierówności, wywłaszczenia, cięcia budżetowe, oligarchizacja. Nie napawa to optymizmem i tu właśnie – a nie w jakichkolwiek „obiektywnych” i „fundamentalnych” czynnikach makroekonomicznych – leży cały problem. Kapitał, kolonizując przyszłość, odebrał nam ją. Przyszłość się skończyła, została wyssana przez kapitał, stając się mrocznym śmietnikiem. Trudno brać kolejne kredyty, skoro ich obecna suma i tak już nas przygniata, a perspektywy na przyszłość są raczej mało inspirujące. Bez kredytów się nie da, bo kapitał jest już zbyt mocny i nie chce dopuścić do poluzowania pasa, czyli zwiększenia udziału płac w PKB, bo to oznaczałoby zmniejszenie się zysku kapitalistów. Jak tu żyć, panie premierze? Aby obecny model kapitalistycznej gospodarki opartej na kredycie mógł się jeszcze utrzymać, musielibyśmy udawać, że tych wszystkich problemów w przyszłości nie ma, zadłużać się dalej – do tysiąca, miliona, miliarda procent PKB. W sumie czemu nie? Taka była nadzieja postmodernizmu, ale okazuje się, że tak jednak się nie da, że człowiek może oszukiwać się, konstruując różnego rodzaju fetysze, w niewiarygodnym, ale jednak nie nieskończonym stopniu. Realne w końcu powróci. I będzie to bardzo traumatyczne spotkanie.

 


[1] Duński Maersk już zgłosił gotowość nabycia portów w Pireusie i Salonikach: http://www.gospodarkamorska.pl/Porty,Transport/greckie-porty-na-oku-maerska.html.

[2] http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,3460382.html.

[3] http://www.rt.com/usa/166352-us-total-debt-sixty-trillion/.

[4] Warto zajrzeć do świetnego opracowania dotyczącego długów publicznych przygotowanego przez polski zespół Le Monde Diplomatique: http://lewica24.pl/images/przewodnikdlugpubliczny.pdf.

[6] Dobrze robi to artykuł z angielskojęzycznej Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Fractional-reserve_banking.

[7] http://www.theguardian.com/commentisfree/2014/mar/18/truth-money-iou-bank-of-england-austerity

[8] https://pl.wikipedia.org/wiki/Pieni%C4%85dz_fiducjarny

[9] http://www.kantakji.com/media/5166/w112.pdf

[10] https://www.youtube.com/watch?v=qOP2V_np2c0

[11] http://www.egs.edu/faculty/jean-baudrillard/articles/global-debt-and-parallel-universe/)

Share This