W wywiadzie udzielonym Maciejowi Stasińskiemu dla Gazety Wyborczej („Sarmacja, czyli Polska wytrzebiona: To jest nasza ojczyzna terytorialnie rozpostarta, ale kulturalnie jałowa i naukowo bezpłodna”, Gazeta Wyborcza, 31 sierpnia 2019) profesor Andrzej Mencwel podejmuje popularny wciąż temat polskiej porażki, tym razem w kontekście kultury i nauki. Czytając go, miałam wrażenie, że jednocześnie sympatyzuję z wieloma stawianymi przez profesora tezami, a zarazem wciąż brzmiała mi w głowie riposta Luka Skywalkera skierowana do Kylo Rena w ostatniej z nakręconych dotąd części Gwiezdnych Wojen: „ani jedno słowo w tym zdaniu nie jest prawdziwe”. Sprzeczność? Tym lepiej, w badaniach nad kulturą właśnie sprzeczności okazują się szczególnie płodne.

Moją odpowiedź na stawiane przez prof. Mencwela diagnozy dotyczące Polski, a w szczególności rzekomej „jałowości” jej kultury i „bezpłodności” nauki, nie bez powodu rozpoczynam odniesieniem do kultury popularnej. Jej rola i funkcje uległy w ostatnich dziesięcioleciach zasadniczym zmianom, przekształciło się również w konsekwencji naukowe podejście do politycznej, kulturowej i społecznej sprawczości. Skutkuje to zmianami w metodologiach badań nad społeczeństwem, ale również dowartościowaniem osób i grup dotychczas przez naukowców traktowanych jako bierny substrat kulturowych i politycznych przekształceń, jak choćby: kobiet, chłopów, mniejszości seksualnych, rasowych i etnicznych czy klas ludowych, w tym proletariatu i plebsu. W świetle tych radykalnych momentami przemian traktowanie wyłącznie szlachty, sarmatów, mężczyzn i inteligencji jako twórców kultury czy postępu jest nie tylko historycznie wadliwe, ale i metodologicznie szkodliwe za sprawą blokowania możliwości poszukiwania sensownych wytworów kultury czy nauki, jak też ogólniej uniemożliwiania dotarcia do tych zjawisk czy grup, które dają nadzieję. Oczywiście podobnie jak prof. Mencwel, również i ja chciałabym zobaczyć polską kulturę w jej największym rozkwicie oraz naukę pełną sukcesów. Mam niemniej wrażenie, że nie są one w aż tak złym stanie, jak twierdzi ów autor, co więcej, nadal zdarzają się momenty, a nawet lata ich rozkwitu niezauważalne z perspektywy, jaka została przez profesora wybrana.

            Przyglądanie się rozwojowi historycznemu czy kulturze wyłącznie poprzez ich najbardziej heroiczne momenty i bohaterki, do tego jeszcze wyłącznie te, które spełniają założenia szlacheckiego, inteligenckiego czy męskiego habitusu, uniemożliwia w zasadzie zrozumienie, jakim cudem w dziejach ludzkości znalazły się jakiekolwiek równościowe scenariusze. Nie wystarczyło samo wklepanie ich do politycznej narracji – musiały one znaleźć drogę na transparenty, demonstracje, ulotki czy graffiti; jakieś osoby musiały się poczuć zobowiązane do ich szerzenia, ryzykowania więzienia czy śmierci. Możemy oczywiście powiedzieć, że równie skutecznie co komunizm upowszechniał się w świecie faszyzm, ale czy faktycznie wymagał on takich poświęceń? Czy faszyści nie ginęli jednak głównie na wojnach, które sami wywoływali? I czy ich retoryka nie obejmowała przypadkiem haseł i tematów podbieranych lewicy właśnie ze względu na ich popularność?

            Wróćmy jednak do rozwoju nauki i kultury, tak kluczowych zdaniem prof. Mencwela i tak dziś podobno zaniedbanych. Nie wiem, kiedy ostatnio zwiedział pan profesor muzea i galerie sztuki współczesnej, tak w Polsce, jak i zagranicą, ale można chyba z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że w tak kluczowych obszarach kultury jak sztuki wizualne, teatr, film, a ostatnio również literatura dawno nie mieliśmy równie dobrej pozycji. Dzieła polskich artystek i artystów można dziś oglądać na wystawach najważniejszych muzeów, galerii i kolekcji, polski teatr i film znowu stały się źródłem inspiracji i uznania, a książki Olgi Tokarczuk i innych autorów oraz autorek z Polski są naprawdę rozchwytywane, nie tylko u nas. Czy przypadkiem za tezą o bezpłodności współczesnej polskiej kultury nie kryje się znacznie mocniejsza teza, której imię trudno w naszych realiach kulturowych i politycznych wypowiedzieć, a konkretnie teza o słabej sprawczości politycznej polskiej kultury? I analogicznie – również nauki?

            Łatwo się domyślić, dlaczego teza taka nie zostaje przez profesora postawiona wprost, choć tekst wywiadu, na który próbuję tu odpowiedzieć, wokół niej kołuje i do niej, mam wrażenie, ciągle nawiązuje. Otóż upolitycznienie kultury nadal uważane jest w Polsce za Gułag, stalinizm i faszyzm. To „pryszczaci”, poematy z tezą, ideologia, a nawet kulturowe wojny. Czasy, w których najostrzej doświadczaliśmy w Polsce upolitycznienia kultury, to bynajmniej nie tylko stalinizm, ale również okres okupacji hitlerowskiej, lata zaborów oraz czasy neoliberalnej transformacji, w której nie tylko teksty Karola Marksa, ale nawet Agnieszki Graff natrafiały na opór uniwersyteckich wykładowców. Czy chcę powiedzieć, że zawsze tak było? Nie. Nie próbuję również powiedzieć, że różne formy nadzoru i kontroli, typowe dla wszystkich historycznych momentów, były w gruncie rzeczy równie opresywne. Chciałabym jednak zaznaczyć i pozostaję tu w zgodzie z szeregiem badaczek i badaczy kultury, że być może w każdym systemie politycznym oraz każdej formacji kulturowej mamy do czynienia z jakimiś ograniczeniami wolności słowa, badań czy ekspresji artystycznej. W związku z tym ciekawy, emancypacyjny i nonkonformistyczny ruch, konieczny, co warto podkreślić, dla rozwoju nie tylko kultury, ale również nauki, pojawia się właśnie w tym polu konfliktu nie tylko o wartości, ale również o granice wolności. O tym, mam wrażenie, zdaje się prof. Mencwel zapominać, niesłusznie zakładając, że demokratyczne państwo automatycznie przynosi również niczym nieograniczoną wolność kultury i badań. Jest to skądinąd założenie tyle nietrafne historycznie, co niezwykle w Polsce rozpowszechnione.

            W związku z tym mam wrażenie, że momenty, gdy nasz autor rozważa porażki różnych lewicowych formacji politycznych we współczesnej Polsce, stanowią nieudany, jak sądzę, zamiennik passusów, które powinny być poświęcone uwiądowi dążeń emancypacyjnych, konformizmowi i zachowawczości cechujących dziś przede wszystkim polskie środowiska naukowe, ale miejscami również instytucje kultury. Problemem nauki czy kultury nie jest przecież to, że Krytyka Polityczna nie zamieniła się w ośrodek polityczny. Jej środowisko akurat całkiem nieźle wspiera rozwój nauki i kultury, zarazem je upowszechniając, czego prawie nikt w Polsce nie ośmiela się robić, bo jak już spróbuje, to jest uważany za niewystarczająco sarmackiego, inteligenckiego czy męskiego. Natomiast to, co codziennie wydarza się na polskich uniwersytetach w zakresie autocenzury, hamowania postępowych metodologii i badań, hegemonii linii konserwatywno-liberalnej oraz apoteozy prehistorycznych publikacji prowadzi do takiej oto patowej sytuacji, że w czasach, gdy mniej więcej wiadomo, że wszystkim naprawdę przydałyby się akty naukowej i cywilnej odwagi, za szczyt radykalizmu nadal uchodzi romantyczny mesjanizm, zaś poszukiwanie historycznych przykładów politycznej czy kulturowej sprawczości kobiet uważa się za radykalny feminizm.

            Zacofanie polskiej akademii, które promieniuje na całą kulturę, bo przecież jednym z wielu źródeł jej aktywności jest właśnie rozwój nauki, pokazuje, że wstecznictwo nie musi zachodzić tylko względem Zachodu. Możemy być wsteczni i wsteczne, i świetnie to nam w Polsce wychodzi, również względem wcześniej prowadzonych w kraju badań. W porównaniu z odwagą takich postaci jak Bronisław Geremek, Maria Janion czy Karol Modzelewski dzisiejsi uczeni oraz uczone chowają się w mysich norkach, a o możliwościach ewolucji czy zmiany mówią wyłącznie głośnym szeptem przy kolacji. To „lokalne zacofanie”, jak możemy roboczo powiedzieć, nakazuje nam również ślepo korzystać z wyświechtanych frazesów historycznych porównań, które pokazały już swoją absolutną niewystarczalność. Polska nigdy nie była wyłącznie sarmacka, była też ludowa czy chłopska, a mniejszości i kobiety również miały swój udział w tworzeniu jej kultury, historii czy nauki. Jako przykład wybitnej kobiecej sprawczości najczęściej przytacza się w Polsce Emilię Plater, pierwszą znaną polską drag king, zapominając o jej służącej, z którą wyruszyły przecież razem, Marię Skłodowską-Curie czy Marię Konopnicką, choć ostatnią nieco rzadziej, ze względu na jej niewątpliwie homoerotyczną relację z malarką i sufrażystką Marią Dulębianką. Nie pamiętamy zazwyczaj o kobietach z klas ludowych, które – jak choćby Henryka Krzywonos czy Anna Walentynowicz – walnie przyczyniły się nie tylko do przemian politycznych, ale również kulturowych. Jak pisał wspaniały Howard Zinn już w latach siedemdziesiątych XX wieku, niechlubną tradycją archiwów, a co za tym idzie – również wiedzy historycznej – jest promowanie przedstawicieli klas i grup dominujących poprzez na przykład lekceważenie przekazów mówionych, przez wykluczanie poza obszar archiwum kobiet i innych grup traktowanych jako mniejszościowe, promowanie wyłącznie heroicznych wydarzeń, jak bitwy czy podboje, powiązane z ignorowaniem prac reprodukcyjnych, codzienności, kultury czy edukacji, zwłaszcza tych ludowych, czy wreszcie wyciszanie przekazów podważających status quo. Jestem przekonana, że wiedza o takich postaciach jak Lech Wałęsa – elektryk, który został nie tylko liderem wielomilionowego ruchu społecznego, ale też laureatem nagrody Nobla i prezydentem kraju – jest nie tylko ważna dla wiedzy historycznej, ale formuje ona, a w zasadzie reformuje nasze wyobrażenia o świecie, które skonstruowano tak, że polityką zajmują się wyłącznie panowie w garniturach, ewentualnie również panowie w swetrach, ale już nie panowie czy panie w drelichach. Tymczasem polityka, a wraz z nią – kultura, i potem też nauka – powstają często właśnie tam, gdzie nie pozwala się nam dziś jako naukowcom i naukowczyniom patrzeć, czyli w obszarach biedy i wykluczenia, w fabrykach, domach czy na plantacjach lub w prekariackich stancjach. To tam doświadczenie świata prowadzi do dyskusji i odkrycia wspólnoty innej niż demokratyczne państwo, co nie znaczy od razu, że jest ona faszystowska, ale może oznaczać na przykład przeświadczenie o nieskuteczności bądź opresywności instytucji. To, czy takie właśnie doświadczenie zamieni się w faszyzm, zależy z kolei między innymi od tego, na ile szybko stanie się ono elementem kultury i polityki, a także badań naukowych, nie w wersji poręcznie sformatowanej na usługi zachowawczej i konformistycznej badaczki, ale właśnie w wersji, która spowoduje zmiany nie tylko polityki, ale również metody badania.

            Mam wrażenie, że takiej otwartości na zmianę i, co za tym idzie, gotowości do uwzględnienia politycznej, kulturowej, a nawet naukowej sprawczości klas podporządkowanych brakuje w sympatycznych skądinąd, a na pewno sympatyzujących z postępem czy oporem wypowiedziach prof. Mencwela. Jest w nich żądanie radykalnej reformy opłakanego rzekomo stanu polskiej nauki i leczenia domniemanej „bezpłodności” kultury (nie będę komentować tego doboru słów, choć pokusa jest silna). Ale brakuje w niej gotowości do stanięcia za zmianą w systemie badań naukowych, zmianą, która nie będzie polegała wyłącznie na tym, że jakieś środowisko intelektualne zamieni się w partię polityczną, bo to już przecież dobrze znamy i wiemy, że niekoniecznie rodzi się z tego mocny kulturowy czy naukowy ferment. Może lepiej spojrzeć jeszcze bardziej lokalnie i zobaczyć jak z perspektywy naszych własnych badań układa się smutny wzór zachowawczego kopiowania wcześniejszych autorów bez absolutnie żadnego wkładu własnego? Jak w uniwersytetach kwitnie kultura plagiatu, którą kontestowała już w latach sześćdziesiątych artystka Ewa Partum, gdy jako pracę dyplomową na warszawskiej ASP zaniosła pracę Tadeusza Kantora, którą mylnie oceniono (bardzo dobrze zresztą!) jako jej własną, a następnie wysłuchano tekstu-manifestu o tym, jak zabójcze dla edukacji i sztuki jest uczenie wyłącznie plagiatowania wcześniejszych mistrzów, którymi w jej czasach były rozmaite „Kantory” czy „Cybisy”. Nieco w sytuacjonistycznym stylu warto może ponarzekać nad tym, że dzisiejsza kontestacja czy krytyka w akademii mogłaby wyrzucać śmieci krytykom i krytyczkom z wcześniejszych pokoleń. Możecie też poszukać artykułów innej polskiej artystki, Katarzyny Kobro (której prace pokaże niebawem Museum of Modern Art w Nowym Jorku dzięki współpracy, jakie nawiązało z nim łódzkie Muzeum Sztuki), opublikowane w czasopismach przedwojennych, gdzie wykpiwała ona „kulturę narodową” znacznie ostrzej i celniej niż większość postaci naszej współczesnej publicznej debaty.

            Polska akademia mobilizuje się wtedy, gdy rewolucja (zazwyczaj konserwatywna) faktycznie stoi już u bram – w chwili wprowadzania reformy edukacji wyższej, w momencie ogłaszania list czasopism punktowanych czy podczas czytania niektórych recenzji naukowych stanowiących nie tyle miarodajną ocenę dorobku naukowego bądź projektu, ale raczej abjektalne wykwity niespełnionych ambicji oraz zaprzepaszczonych szans. Jako osoba, w sprawie której studenci i naukowcy dwukrotnie podejmowali się protestów, pisali petycje i grozili strajkiem, czuję się nie tylko zobowiązana do opowiedzenia również o tej części polskiego życia naukowego, ale też do działania na rzecz tego, by okazały się one skuteczne, a docelowo niepotrzebne. W towarzyszących tym protestom dyskusjach pojawiło się znacznie więcej sensownych krytyk polskiej nauki niż w wielu pamfletach rzekomych obrońców jakości nauki, którzy najczęściej za wymierne kryterium tej jakości przyjmują wygodę własnego fotela.

            Profesor Mencwel słusznie zauważa, że tylko raz zorganizowano w Polsce demonstrację w rocznicę zabójstwa prezydenta Narutowicza. Chyba nie powinno nas dziwić, że właśnie antyfaszyści – grupa odsądzana często od czci i wiary, bezsensownie ustawiana w absurdalną symetrię z faszystami – zorganizowali te obchody. Ważne jest też i to, że inicjatywa wyszła ze strony środowisk politycznych i aktywistycznych. Jeśli chodzi o te akademickie, to dość ważne działania podejmuje ostatnio Antyfaszystowski Komitet Studencki, protestując nie tylko wobec obecności faszystowskich treści na Uniwersytecie Warszawskim i innych uczelniach, ale również organizując obchody upamiętniające ofiary getta ławkowego czy demonstracje antywojenne. Jest to pierwsza od wielu lat inicjatywa podkreślająca swój antyfaszystowski i jednocześnie akademicki charakter. Czy jest to upolitycznienie uniwersytetu? Przypuszczam, że tak. Ale czy uniwersytet nie jest już upolityczniony obecnością w nim nie tylko przedstawicieli i przedstawicielek różnych opcji politycznych, ale przede wszystkim poprzez właściwą sobie tendencję do wyznaczania kanonów wiedzy i metodologii badań oraz – a dziś w zasadzie wyłącznie – pieczołowitą ich obroną przed jakąkolwiek nowością?

            Jeśli więc ktoś próbuje nam powiedzieć, że akademia w takim stanie, w jakim się dotąd znajdowała, może być nadal gwarancją apolityczności i zarazem dobrej jakości, nie będzie to prawdą. Ale nie jest dobrą propozycją reformy również podejście premiujące wyłącznie szybką przeliczalność aktywności naukowej na punkty i pieniądze. Po pierwsze dlatego, że okazuje się to być polityką kompletnie krótkowzroczną, a uniwersytet wszak to instytucja długiego trwania. Po drugie i może ważniejsze, takie reformy nauki przynoszą w efekcie przede wszystkim dążenie do badań cementujących obecny stan nauki i niepodejmujących ryzyka, bo to one są łatwo przeliczalne na wspomniane wcześniej wskaźniki. Z takim stanem uniwersytetu bezsilne wobec dynamicznie zmieniającego się świata będą nawet silne lewicowe partie i płodna kultura. Będą też bezsilne wobec społeczeństwa i kultury, które posiadają przecież sprawczość również poza obrębem nieistniejącej już dziś inteligencji, do tego nie wywodzą się na ogół ze szlachty i zdecydowanie nie są sarmackie.

Share This