Biznes narzeka na absolwentów uczelni, profesorowie mówią studentom, że zostali oszukani, A w Polsce od dwóch lat reformuje się naukę tak, abyśmy gonili zachodnie standardy. Tylko że ten króliczek cały czas ucieka, a Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wciąż nie może się zdecydować, jak powinniśmy go gonić. Brakuje reguł gry, w którą mają grać polscy badacze.

Dzisiaj uprawianie nauki musi się przede wszystkim opłacać: uczelniom, przedsiębiorstwom, podatnikowi. Do tych nowych standardów musi się dostosować nawet humanistyka, która z zasady najpierw jest nie-praktyczna. Wszystko musi być policzalne: nowe idee, koncepcje, teksty. A nową walutą w polskiej nauce stały się punkty. Punkty za artykuł w czasopiśmie, za książkę, patenty. Punkty mają się przekładać na pieniądze dla jednostki zatrudniającej naukowca, A ich liczba na awans naukowy.

Cennik, czyli to jest warte

Liczbę przyznawanych punktów za określone efekty ustala ministerstwo, A kluczowym obszarem są publikacje w czasopismach. Od kilku lat próbuje się publikować aktualny „cennik”, który w Polsce nazywany jest wykazem czasopism punktowanych, A niekiedy niepoprawnie „listą filadelfijską”.

Jest to jeden z podstawowych dokumentów, bowiem ocenia nie tylko rangę czasopisma, ale pośrednio znaczenie publikującego autora. Trzeba też pamiętać, że proces wydawniczy trwa najczęściej co najmniej rok, zatem naukowcy muszą sobie zaplanować, gdzie chcą publikować swoje teksty i czy będzie im się to opłacało. Jest też druga strona medalu: redakcje czasopism, jeśli nie znają liczby przyznanych ich punktów, nie wiedzą, jak mają funkcjonować i o jakie finansowanie się starać (czasopisma wysokopunktowane są łakomym kąskiem dla uczelni).

Zróbmy sobie wykaz

W Polsce od dwóch lat nie ma aktualnego wykazu, A zegar wszystkim odlicza czas. Trzeba funkcjonować po omacku, obserwując jak ministerstwo wdraża zmiany. Na stronach MNiSW można znaleźć ostatni „Ujednolicony wykaz czasopism naukowych”, który stracił ważność 1 paź­dzier­nika 2010 r. Ale jeszcze na początku zeszłego roku próbowano zrobić nowy wykaz według starych zasad.

Ostatecznie w lipcu 2011 r. zaproponowano nowe kryteria, które stały się prokrustowym łożem dla polskich czasopism (Prokrust był synem Posejdona i dopasowywał swoje ofiary do łoża: jeśli były zbyt wysokie – przycinał je, jeśli zbyt krótkie – naciągał ciało). Redakcje zaczęły dostosowywać się do zupełnie nowej sytuacji, np. poprzez wykreślanie z rad naukowych części osób, które pracują w polskich jednostkach (w takiej radzie musi być odpowiedni odsetek uczonych z zagranicy).

Pojawiło się również nowe kryterium: zapora ghostwriting (obowiązek ujawniania wszystkich autorów). Ministerstwo starając się je wytłumaczyć, odsyłało do… informacji prasowej firmy, która zapewnia ochronę przed plagiatem dla osób korzystających z usług ghostwriterów. W najnowszej wersji wytycznych tego przykładu już nie ma, ale niesmak pozostał. W ten sposób rozpoczęła się seria poprawek i zmian, o których sami zainteresowani nie byli informowani.

Reforma powinna być transparentna

Największym zaniechaniem był brak jasnej polityki informacyjnej. Redakcja, która chciała uzyskać punktowanie, musiała złożyć ankietę. W pierwszym terminie uczyniła to niespełna połowa z nich. Dlatego dano dodatkowe dwa tygodnie, dzięki czemu udało się złożyć 2115 ankiet. Aczkolwiek nagle w kwietniu i maju liczba ta zaczęła rosnąć – dodano 19 dokumentów trzy miesiące po zamknięciu aplikowania. Co na to ministerstwo?

Na oficjalne zapytanie odpowiedziało: „Generator został udostępniony wyłącznie tym czasopismom, które z uzasadnionej przyczyny nie mogły złożyć ankiety w terminie”. Tylko, że według wyliczeń dr Anety Drabek ankiet nie złożyło ponad 200 czasopism. Co więcej, nigdzie nie poinformowano o możliwości warunkowego złożenia, ani o tym, że takie coś miało miejsce. A wykazu jak nie było, tak nie ma.

Cel nauki?

Od dłuższego czasu śledzimy dyskusję dotyczącą wartości, na których winniśmy fundować polską naukę (prawda, użyteczność, naukometria itd.) oraz reformę, która prowadzi do instrumentalizowania badań. W całej tej debacie często zapomina się o bardzo istotnym elemencie: podstawowym warunkiem udanej reformy jest jej profesjonalne przygotowanie oraz przejrzyste i niezmienne w trakcie gry reguły. Zbigniew Herbert w usta Prokrusta włożył słowa: „moją prawdziwą pasją była antropometria (…) cel był wzniosły postęp wymaga ofiar”. Miejmy nadzieję, że reformujący dobrze pościelą nam to łoże.

 

Share This