Joseph Stiglitz. 2015. Cena nierówności. Tłum. Robert Mitoraj. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

Wydana w Stanach Zjednoczonych pod angielskim tytułem Price of Inequality trzy lata temu książka Josepha Stiglitza wywołała niemały ferment, godny nazwiska autora, który jest w końcu laureatem nagrody Narodowego Banku Szwecji pamięci Alfreda Nobla (mylonej z Nagrodą Nobla, która jest przyznawana nie przez bankierów, a przez instytucje naukowe). Książka traktuje głównie o nierównościach w USA i z pewnością można uznać ją za pozycję o charakterze interwencyjnym – była pisana w czasie, kiedy polityka gospodarcza w tym kraju zmierzała (i wciąż zmierza) w kierunku dalszego pogłębiania istniejących nierówności. Polski wydawca, „Krytyka Polityczna”, uczynił z niej uzupełnienie wcześniej wydanych, interesujących książek Thomasa Piketty’ego i Ha-Joon Changa.

Książka stanowi przystępne kompendium wiedzy o nierównościach ekonomicznych w USA i ich wpływie na rozwój gospodarczy tego kraju. Jej główne przesłanie głosi, że postępująca finansjalizacja i pogoń za rentą prowadzą do znacznego pogorszenia wyników gospodarczych, marnotrawstwa możliwości produkcyjnych, a w konsekwencji także do załamania systemu politycznego i prawnego. Innymi słowy: obecny stan i dynamika rozwoju kapitalizmu monopolistyczno-finansowego zagraża całemu systemowi demokracji liberalnej. W miarę jego postępu fasada demokracji burżuazyjnej coraz bardziej ustępuje jawnej i nieskrępowanej władzy wielkiego kapitału.

Mocną stroną tej pozycji jest bez wątpienia przygotowanie merytoryczne autora. Stiglitz udowadnia, że krytykowanie nierówności nie jest rodzajem jakiejś pasji moralnej czy „lewackiego utyskiwania” na spiżowe prawa ekonomiczne, dzięki którym nasza cywilizacja się rozwija. Licząca wraz z przypisami ponad sześćset stron książka stanowi pokrzepiający dla każdego zwolennika lewicy obszerny zbiór wysokiej klasy argumentów, popartych rzetelnymi danymi, rozbijających prawicowe mity o pozytywnej roli rozwarstwienia, niskich podatków dla najbogatszych i deregulacji rynku dla rozwoju gospodarczego. Przypływ nie podniósł wszystkich łodzi, natomiast teoria skapywania okazała się całkowitą fikcją. Stiglitza bardzo boli fakt, że 1% najbogatszych obywateli USA posiada 1/3 majątku całego społeczeństwa. Kieruje przeciwko nim wszystkie swoje działa. Jasno pokazuje, że strategia gospodarcza polegająca na obniżaniu podatków najbogatszym powoduje jedynie zwiększenie deficytu, a cięcia wydatków publicznych oznaczają pogorszenie jakości życia ogromnej większości społeczeństwa, natomiast głębokie nierówności w wysokościach płac dają efekt motywacyjny tylko w ograniczonym zakresie.

Nie sposób streścić tutaj wszystkich argumentów. Bez wątpienia pewnym smaczkiem książki jest fakt, że Stiglitz do obalania prawicowych teorii gospodarczych często nie musi nawet odwoływać się do argumentów keynesowskiej proweniencji. Jak dowodzi w wielu przypadkach, amerykańska polityka gospodarcza promująca najbogatszych jest sprzeczna nawet z tradycyjną, neoklasyczną teorią ekonomii znaną z dzieł Alfreda Marshalla. Celnie punktuje prawicowych adwersarzy, którzy mówią o rozleniwiającym charakterze zasiłków dla ubogich – pyta, dlaczego nie są równie wyczuleni na miliardowe dotacje dla najbogatszych.

Autor Globalizacji podchodzi oczywiście z dużym krytycyzmem do klasycznych i neoklasycznych dogmatów ekonomicznych głoszących, że rynek zapewnia optymalną alokację zasobów. Ci, którzy znają poprzednie dzieła autora, doskonale wiedzą, że wiele z jego prac poświęconych jest zagadnieniom niedoskonałości informacji w warunkach rynkowych. W swoim najnowszym dziele sporo miejsce poświęca kwestiom (dez)informacji generowanej przez rynki finansowe, które w swoich działaniach de facto nie mają nic wspólnego z działaniem rynków opisywanych przez ekonomistów klasycznych.

Uwagę zwraca fakt, że Stiglitz nie ogranicza się tylko do klasycznych teorii ekonomicznych, ale również szeroko korzysta z badań psychologicznych, socjologicznych, teorii gier oraz jednego z nowych nurtów ekonomii zwanego ekonomią behawioralną. Te odniesienia służą mu m.in. do podważania dogmatów o racjonalności zachowań podmiotów uczestniczących w grze rynkowej. Są to argumenty znane z prac autorów zajmujących się ekonomią heterodoksyjną, zwłaszcza z publikacji znawcy teorii gier, byłego greckiego ministra finansów Yanisa Varoufakisa, który również przekonująco obala wiele mitów ekonomii neoklasycznej. Stiglitz sięga za to głębiej, do kwestii teoretycznie pozaekonomicznych – opisuje, jak finansjalizacja odbija się na strukturze amerykańskiego społeczeństwa i jakie zagrożenia niesie dla jego rozwoju. Na przykład cięcie wydatków na publiczną edukację, naukę czy służbę zdrowia – z jednoczesnym promowaniem sektora finansowego – powoduje, że najzdolniejsi Amerykanie zamiast rozwijać naukę i inne dziedziny służące dobru wspólnemu, wybierają karierę w bankach i funduszach inwestycyjnych, gdzie płaca pracowników średniego szczebla stanowi wielokrotność płac uznanych naukowców czy lekarzy.

Z lewicowego punktu widzenia pewnym problemem Ceny nierówności jest fakt, że autor konsekwentnie unika odwołań do antykapitalistycznego języka walki klas. Przez to w niektórych miejscach wyważa drzwi otwarte dziesiątki lat temu przez marksistów. Jednym z głównych wątków jest podkreślana przez autora nierozerwalność polityki i systemu prawnego z gospodarką. Pokazuje, jak przedstawiciele wielkiego biznesu opanowali bank centralny, uzmysławia czytelnikom, jak wielkie znaczenie ma lobbing uprawiany w senacie, opisuje związki polityków z korporacjami. Zdaje się dziwić, że rząd kraju kapitalistycznego kieruje się interesami kapitalistów. Stiglitz nie jest w końcu Włodzimierzem Leninem i nie powie czytelnikowi, że państwo jest organem władzy klasowej.

Jako przedstawiciel nowej ekonomii keynesowskiej odżegnuje się od tak radykalnego języka i stara się przedstawiać siebie jako głos zdrowego rozsądku, mówiąc o konieczności współpracy pomiędzy państwem a rynkiem. Mówienie w kategoriach klasowych traktuje jako swego rodzaju pomówienie. Opowiada o tym w jednym z fragmentów – kiedy w latach dziewięćdziesiątych pełniąc funkcje rządowe, zwracał uwagę na rosnącą pazerność wielkiego kapitału, oskarżono go o wywoływanie wojny klasowej – Stiglitz nigdy nie miał zamiaru myśleć w takich kategoriach, chodzi mu jedynie o stworzenie kapitalizmu z ludzką twarzą, gdzie sektor prywatny będzie działał na rzecz dobra wspólnego. Autor Ceny nierówności jest tutaj częściowo usprawiedliwiony – stara się dotrzeć do masowego odbiorcy, a prawicowa propaganda obecna w amerykańskich mediach, posługując się terminem „wojny klasowej”, deprecjonuje wszelkie głosy zwracające uwagę na nierówności czy antagonizmy społeczne, starając się zdusić każdą debatę w zarodku. Nic dziwnego, że Stiglitz stara się uniknąć tych oskarżeń – chce, aby jego argumenty zostały potraktowane przez opinię publiczną poważnie.

Jak przekonuje autor, działanie kapitalistów na rzecz dobra całego społeczeństwa będzie dobre dla nich samych. Pomimo zatrważających danych o przepływie ogromnej ilości środków od biednych do najbogatszych nie używa ani razu słowa wyzysk. Transfer pieniędzy od biednych do bogatych nie jest dla autora wyzyskiem typowym dla kapitalizmu, lecz źle funkcjonującym mechanizmem rynkowym wspieranym przez państwo, który można jednak naprawić serią odpowiednich ustaw zmieniających politykę fiskalną. Stiglitzowi marzy się sytuacja win – win, gdzie korzysta zarówno społeczeństwo, jak i kapitaliści. Jest to z pewnością atrakcyjna perspektywa, jednak autor nie przedstawia żadnej solidnej recepty na to, jak ten stan osiągnąć, a przede wszystkim uczynić go stabilnym – mowa jest jedynie o kolejnych regulacjach i o tym, jak ważną rolę powinien odgrywać rząd.

Stiglitz jest swego rodzaju poczciwym socjaldemokratą. Popiera demokratyczną kontrolę społeczeństwa nad niektórymi instytucjami np. Systemem Rezerwy Federalnej. Ma to się odbywać jednak w ramach demokracji liberalnej i wyborów parlamentarnych, które trzeba jedynie trochę „poprawić”. Poza bliżej nieokreśloną rolą społecznej aktywności nie potrafi wskazać sposobu na zapewnienie stabilności socjaldemokratycznemu modelowi państwa. Często odwołuje się do państw skandynawskich i do „starych dobrych czasów” – pierwszych dekad po drugiej wojnie światowej. Nie wiadomo jednak, jak można byłoby zbudować gospodarkę typu skandynawskiego w państwie takim jak USA.

W tym tkwi inny mankament tej pozycji. Niewiele dowiedzieć się z niej można o roli, jaką gospodarka USA odgrywa w świecie i jak wiele zawdzięcza swojej dominującej pozycji politycznej i militarnej, dzięki czemu stosunkowo niewielkim kosztem mogła korzystać z zasobów całego świata – o czym pisze w Globalnym Minotaurze wspomniany wcześniej Vaorufakis, a także wielu przedstawicieli marksistowskiej szkoły ekonomii oraz zwolennicy jednej z nowych szkół postkeynesowskich – nowoczesnej teorii monetarnej. Stiglitz skupia się na czynnikach wewnętrznych, można uznać go w pewnym sensie za „patriotę” – stara się nie dostrzegać imperializmu amerykańskiego albo przynajmniej nie mówi o nim wprost. Dla niego głównym problemem jest nieracjonalne zachowanie przedstawicieli 1% najbogatszych i nieroztropny rząd, który na nieracjonalne działania im pozwala. Oczywiście w wielu fragmentach krytykuje ostro jednych i drugich, jednak nie ośmieli się rzucić oskarżenia na USA jako całość – państwo kapitalistyczne, które jest jednym z głównych motorów rosnących nierówności na całym globie.

Nic w tym dziwnego. Stiglitz mimo swojego wsparcia dla Grecji, krajów rozwijających się i ruchów społecznych na całym świecie, wciąż pozostaje „rozsądny” niczym jego mentor John Maynard Keynes, który także chciał uratować kapitalizm przed nim samym. I podobnie jak on, Stiglitz posiada silne związki z przedstawicielami 1%. Nie należy go jednak oceniać surowo – Cena nierówności nie miała być oskarżeniem pod adresem imperializmu i gospodarki kapitalistycznej jako takich – do ich negatywnych aspektów implicite nawiązywał już we wcześniejszych pracach. Tym razem celem była doraźna interwencja i apel do rządzących mający na celu uchronienie milionów Amerykanów przed zgubnymi efektami pogoni za rentą.

Książkę można polecić jako dobrze napisaną i zawierającą naprawdę solidny zasób argumentów przeciwko neoliberalnej ekonomii. Pozytywnym faktem jest wydanie jej w Polsce, gdzie wpływy ekonomicznej prawicy są chyba silniejsze niż gdziekolwiek indziej w Europie. Może okazać się przydatna w obliczu nieuchronnej dyskusji o naszym modelu gospodarczym. Skala nierówności cały czas się powiększa, a polityka gospodarcza pomimo zmiany rządu prawdopodobnie wciąż będzie się opierać na tym samym neoliberalnym modelu. Publikacje tej i innych książek podważających założenia głównego nurtu ekonomii pokazują, że nadszedł czas na zmiany.

Share This