Recenzja książki Tramwaj zwany uznaniem. Feminizm i solidarność po neoliberalizmie Ewy Majewskiej, Warszawa 2017: Książka i Prasa.

 

Tramwaj zwany uznaniem. Feminizm i solidarność po neoliberalizmie Ewy Majewskiej to zbiór artykułów, esejów i felietonów z lat 2008-2016, publikowanych wcześniej na łamach różnych pism, między innymi Praktyki Teoretycznej, Intertekstu, Codziennika Feministycznego i Bez Dogmatu. Książka stanowi przegląd i podsumowanie wybranych współczesnych teorii feministycznych, pośród których nie zabrakło miejsca dla krytycznego ujęcia losów polskiego feminizmu oraz przyjrzenia się zarówno sytuacji wykluczonych obywatelek i obywateli, jak i analizy mechanizmów prowadzących do ekskluzji. Oprócz artykułów, które w jasny i przejrzysty sposób przybliżają koncepcje filozofek i aktywistek feministycznych, znalazły się w niej również krótkie teksty-interwencje — odpowiedzi na konkretne wydarzenia polityczne, istotne zwłaszcza z perspektywy dyskryminowanych kobiet, osób nieheteroseksualnych i nienormatywnych. Majewska odwołuje się nie tylko do masowych protestów kobiet sprzeciwiających się zmianom w prawie aborcyjnym w Polsce, ale także omawia wypowiedzi wybranych dziennikarzy czy osób publicznych, które charakteryzował język nienawiści. Siła i trafność analiz Majewskiej wynikają w dużej mierze z potraktowania teorii i praktyki jako nierozdzielnych elementów feministycznej działalności, rozumianej jako ciągle nierozstrzygnięta walka o podstawową równość tych, którzy są jej pozbawieni ze względu na płeć, kolor skóry, orientację seksualną czy pozycję ekonomiczną.

Ważnymi postaciami dla autorki są przedstawicielki czarnego feminizmu. Angela Davis autorka wydanej w 1981 roku pracy Kobiety, rasa, klasa i bell hooks autorka Teorii feministycznej. Od marginesu do centrum z 1984 roku, o których pisze Majewska, nie tylko wprowadziły kwestię rasy do feministycznej dyskusji w Stanach Zjednoczonych, skoncentrowanej wówczas głównie na sytuacji białych kobiet z klasy średniej (najczęściej przywoływanym przykładem „wykluczającej” książki jest Mistyka kobiecości Betty Friedan, z którą hooks polemizuje w Teorii feministycznej…), ale i ukazały konieczność syntetycznego myślenia o dyskryminacji ze względu na kolor skóry, płeć i klasę. Bell hooks, której Majewska poświęciła rozdział „Marginesem w centrum. Bell hooks i rewolucyjny ruch feministyczny”, zaproponowała inne podejście do tekstu — jest on nieustannie filtrowany przez własne doświadczenie — biografia autorki/podmiotu piszącego stanowi podstawę i inspirację dla wszelkich dalszych dywagacji teoretycznych. Zwłaszcza w tej kwestii wyraźne widać wpływy afroamerykańskich autorek na polską filozofkę. Podobnie jak bell hooks, Majewska nie unika w tekście odwołań do własnych przeżyć i doświadczeń — co istotne jednak, w żadnym razie nie próbuje ich uniwersalizować.

Na szczególną uwagę zasługuje artykuł Słaby opór i siła bezsilnych. #Czarnyprotest kobiet w Polsce 2016, otwierający pierwszą część książki. Jest on próbą krytycznej analizy niezwykłego wydarzenia, jakim był Czarny Protest — masowy zryw kobiet i towarzyszące mu ogólnopolskie manifestacje zapoczątkowane 21 września 2016 roku. Majewska pisze:

To właśnie na tym polegała w moim przekonaniu siła #Czarnego protestu — na połączeniu kilku niezwykle skomplikowanych mediów reprezentacji, sztuki i społecznej komunikacji, w jedną hybrydyczną maszynę (…). Siła #Czarnego protestu była więc możliwa dzięki chwytom typowym dla awangardowej rezygnacji z hierarchicznego podziału silny/twórca — słaba/uczestniczka (Majewska 2017, 31).

Autorka traktuje to wydarzenie nie tylko jako wyjątkowe, lecz proponuje wręcz, aby uznać je za konstytutywne dla narodzin feminizmu w Polsce. Bunt i sprzeciw kobiet manifestujący się na ulicach wielu miast traktuje ona jako zalążek nowego ruchu kobiet — oddolnego i masowego, opartego na inkluzji i zgodzie na zróżnicowanie oraz nieprzekładalność doświadczeń poszczególnych grup wykluczonych. Majewska zaznacza, że feminizm wyłaniający się z ponadnarodowego i ponadklasowego sprzeciwu kobiet wobec projektu dążącego do radykalnego ograniczenia ich praw reprodukcyjnych nie może ograniczać się do feminizmu gabinetowego, uprawianego przez przysłowiowe uprzywilejowane białe feministki, lecz powinien wyrażać się w feministycznym aktywizmie zwyczajnych kobiet. Musi opierać się na zaangażowaniu skoncentrowanym na współpracy i otwartości, a przede wszystkim na odrzuceniu podziału na mocnego (w domyśle sprawczego) twórcę oraz słabe uczestniczki. Z tekstów autorki wyłania się idea współuczestnictwa kobiet w siostrzeńskiej walce o równość oraz bezpieczeństwo słabych i wykluczonych.

Po ponad roku od czasu Czarnego Protestu, warto ponownie zapytać, czy wydarzenia z nim związane rzeczywiście zapoczątkowały nowy ruch kobiet? A jeśli tak, to czy jest on oddolny, masowy i inkluzywny? Podobnie jak polska filozofka, traktuję Czarny Protest jako wydarzenie o niezwykłej sile oddziaływania właśnie ze względu na jego spontaniczność, masowość oraz otwartość na różnice. Już wówczas jednak nie podzielałam optymizmu autorki Tramwaju … w kwestii tego, w co „czarne” manifestacje mogą się przerodzić. Po kilkunastu miesiącach, które upłynęły od wydarzeń września 2016 roku, powiedziałabym, że nowy ruch kobiet — nowy feminizm postulowany przez Majewską — nie narodził się, co oczywiście nie znaczy, że wkrótce się to nie wydarzy. Paradoksalnie, siła Czarnego Protestu polegała na jego jednorazowości i niepowtarzalności. Zarówno doświadczenie uczestnictwa w manifestacjach — cieleśnie zapośredniczona bliskość z innymi uczestnikami i uczestniczkami odpowiedzialna za poczucie solidarności, siły i sprawczości — jak i sfera wizualna Czarnego protestu, dynamizowana przez spontanicznie wykonywane i szybko rozprzestrzeniające się fotografie protestujących (zdjęcia wykonywano telefonami, a by się na nich znaleźć wystarczył czarny strój), wpłynęły na skalę i prędkość, z jaką potrzeba wyrażenia sprzeciwu „wciągała” coraz większą liczbę kobiet niezależnie od ich wieku i miejsca zamieszkania. W pewnym sensie siła Czarnego protestu przesądziła również o jego efemeryczności. Kolejne manifestacje pojawiały się już zawsze w kontekście i odniesieniu do Czarnego Protestu, próbując powtórzyć, odtworzyć jego „sukces”. Czarny protest zaczął funkcjonować w charakterze testu na siłę bądź słabość kolejnych manifestacji, co nie wpłynęło pozytywnie na uznanie ich za sprawcze i wyjątkowe. Właśnie to niepowtarzalne (nie-odtwarzalne) poczucie niesamowitości było według mnie kluczowe dla doświadczenia uczestnictwa we wrześniowych akcjach.

W dalszej części Tramwaju zwanego uznaniem Majewska nieustannie pyta, co właściwie musiałoby się wydarzyć, aby nastąpiło przekształcenie tego, co liberalnie polityczne, w socjalistycznie wspólne. Jeśli odpowiedź znajduje się gdzieś na przecięciu nastawionej na inkluzję wspólnotowości i afirmacji (czy po prostu zaakceptowania) nieusuwalnej różnicy i różnorodności jej członków, to wszelkie zaangażowanie w walkę o równość oraz sprawiedliwość społeczną musi opierać się na jasnym określeniu własnej pozycji w tej strukturze. Tworzenie wizji czy teorii oderwanych od własnego doświadczenia ostatecznie prowadzić będzie, twierdzi autorka, do uzurpacji miejsca i głosu innych wykluczonych — działania w istocie osłabiającego emancypacyjną siłę samego ruchu. Proponowany przez filozofkę feminizm jest feminizmem bez taryfy ulgowej, nie tylko dlatego, że wymaga od bardziej uprzywilejowanych kobiet ponownego przyjrzenia się konkretnym formom wykluczenia, z jakimi się spotykają, lecz także przyjęcia zdecydowanej postawy wobec wzrastającej nienawiści i agresji wymierzonych we wszystko i wszystkich, którzy nie mieszczą się w ramach społecznie sankcjonowanej normatywności. W kontekście ciągle wzrastającej w Polsce przemocy wobec kobiet, osób homoseksualnych, transpłciowych czy o innym niż biały kolorze skóry głos Majewskiej wydaje się niezwykle ważny. Wystarczy przywołać ostatnie wydarzenia związane z marszem niepodległości, który w tym roku przeszedł przez Warszawę z hasłem „chcemy Boga”, aby twierdzenia filozofki nabrały bolesnej aktualności. Przypomina ona bowiem o problemie, jakim jest upowszechniająca się postawa zrezygnowanej akceptacji wobec przemocy słownej i agresywnych działań zgrupowań jawnie faszystowskich. Teoretyczne dywagacje nad wolnością słowa rozumianą jako prawo wszystkich do mówienia tego, co chcą, de facto wspierają realną przemoc wobec grup nią zagrożonych. Jak pisze Majewska:

Tymczasem między faszyzmem a antyfaszyzmem nie ma żadnego złotego środka. Nie można być trochę faszystą i nadal być w porządku. […] Z faszystami/stkami się nie dyskutuje nie tylko dlatego, że nie wypada, choć zdarzają się osoby stosujące tego typu bojkot, ale przede wszystkim dlatego, że faszyzm zabija — nie tylko Żydów, homoseksualistów/ki, Romów/ki, „untermenschów” (czyli m.in. Polaków), ale także wolę i umiejętność jakiejkolwiek dyskusji. […] Faszyzm, ideologia wykluczenia i ostatecznie również unicestwienia wszystkiego, co inne, nie jest stopniowalny, podobnie, jak nie jest stopniowalna zbrodnia […] (Majewska 2017, 229). 

Autorka zwraca również uwagę na niebezpieczeństwo utożsamienia walki z nacjonalizmem, rasizmem czy homofobią z ekstremizmem, tożsamym w gruncie rzeczy z faszyzmem — błąd obecny i bezmyślnie powielany w dyskusjach chociażby o idei blokowania nacjonalistycznych przemarszów. Przywołując przykład kontrmanifestacji (warto wspomnieć tutaj o tegorocznym marszu antyfaszystowskim organizowanym pod hasłem „za wolność waszą i naszą”, przede wszystkim jednak o szczególnym przykładzie odwagi dwunastu kobiet, działaczek i aktywistek, które blokowały marsz z hasłem „stop faszyzmowi”, spotykając się z agresją maszerujących), autorka opowiada o dumie, jaką odczuwa, patrząc na te i na tych, którzy sprzeciwiają się przemocy i nienawiści. Majewska napomina, aby nie mylić broniących się przed przemocą z tymi, którzy za przemoc są odpowiedzialni, ponieważ:

hołdując takiemu myśleniu, bierzemy nie tylko rozbrat z logiką i zdrowym rozsądkiem, ale przede wszystkim budujemy uzasadnienie dla akceptacji faszyzmu jako ekstremizmu rzekomo niegroźnego. […] Hasła „Polska dla Polaków”, czy „chłopak i dziewczyna to normalna rodzina” na ogół nie wróżą mi nic dobrego, a do tego skandowane są przecież nie dla zabawy, tylko po to, żeby wzmocnić wśród narodowców poczucie wspólnoty w nienawiści […] (Majewska 2017, 230-231).

Nienawiści, dodajmy, kierowanej wobec wszystkiego i wszystkich uznawanych za „innych” — tym samym niedopasowanych i po prostu niewygodnych dla budowania i wzmacniania nacjonalistycznej wizji narodu. To właśnie te rozpoznania Majewskiej są szczególnie istotne, nie tylko dlatego, że nie tak dawno temu główne ulice Warszawy stały się przestrzenią eksplozji agresji słownej i fizycznej, przestrzenią wykluczenia wszystkich, którzy są lub mogą zostać uznani za „nienormatywnych”, ale także ze względu na codzienną mowę nienawiści w Polsce, która od lat kształtuje naszą codzienność. Brak jasnego rozróżnienia na to, co zwykło rozumieć się pod hasłem „wolność słowa” a tym, co już wykracza poza jej granice, stając się mową nienawiści lub niebezpieczną mową, jest jednym z najważniejszych problemów, na który Majewska próbuje w swojej książce odpowiedzieć. 

Pojawiająca się w zebranych tekstach figura „słabego oporu” jest jedną z odpowiedzi filozofki na kwestię możliwości obrony przed przemocą. „Słaby opór” określa zdolność wykluczonych do buntu i walki z dyskryminacją oraz odrzuceniem. W takiej perspektywie opresjonowany bądź opresjonowana nie pozostają bierni wobec krzywdzących słów i działań, lecz stawiają im opór — jednocześnie przechwytując i przekształcając stereotypowe i raniące znaczenia. Majewska przywołuje tezy z Krzywdzących słów Judith Butler o zdolności (choćby części) obraźliwych słów do podlegania resygnifikacji, zaś samych wykluczonych – do subwersji i wyjścia z pozycji (biernej) ofiary. Atutem felietonów zebranych w Tramwaju zwanym uznaniem… jest świeżość, z jaką autorka odczytuje prace teoretyczek feministycznych, takich jak chociażby Butler, której koncepcje, oderwane od pierwotnego kontekstu, żyją już własnym życiem i najczęściej sprowadza się je do stwierdzenia, że płeć nie istnieje. Majewska, odnosząc się do tez autorki Uwikłanych w płeć, nie wchodzi w dywagacje na temat ujęcia płci, lecz wybiera z prac amerykańskiej filozofki to, co ciągle mniej znane a potencjalnie twórcze — zarówno w teorii, jak i w praktyce.

Ze względu na różnorodność problemów poruszonych w Tramwaju zwanym uznaniem… zbiór tekstów Majewskiej należałoby uznać za lekturę obowiązkową — również dla młodszych czytelniczek, które do wiedzy o historii feminizmu oraz teorii i krytyce feministycznej najczęściej muszą docierać same — w szkole, ale też na studiach nie przewidziano obowiązkowych (a nierzadko nawet fakultatywnych) kursów z historii feminizmu lub elementów krytyki feministycznej. Esej My, dzikie Wiktorianki, czyli pierwsza fala feminizmu w ciekawy i barwny sposób przybliża postaci najważniejszych działaczek feministycznych dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku. Bohaterki eseju: Olympia de Gouges, Mary Wollstoncraft, czy Emmeline Pankhurst to rewolucjonistki, których dokonania nieustannie fascynują i inspirują. Majewska nie bez przyczyny przywołuje figurę rewolucji wraz z portretami jej inicjatorek. Zmiana, o którą współcześnie walczą kobiety, nie może być narzucana części z nich przez te, którym udało się uzyskać głos, lecz musi bezpośrednio wynikać z woli i zaangażowania w zmianę wszystkich zainteresowanych. To w przestrzeni między kobietami, twierdzi filozofka, może rodzić się emancypacyjna, wywrotowa myśl. Tak jak chciałaby rewolucjonistka Emma Goldman, to właśnie na obrzeżach — wśród bezsilnych — dojrzewa rewolucja. Dla Majewskiej teraźniejszość to pole koniecznej zmiany, a także przestrzeń możliwej siostrzeńskiej rewolucji kobiet oraz innych wykluczonych.

Teksty napisane zostały przejrzyście i jasno, zarówno te, które traktują o postulatach pierwszych feministek, jak i te o bardziej złożonych współczesnych teoriach społecznych. Stanowią tym samym syntezę klarownego naukowego wywodu z niepozbawionym emocji zaangażowaniem oraz zachętą do działania, wymyślania i projektowania nowych form feminizmu. W tym sensie czytanie Tramwaju zwanego uznaniem staje się lekturą performatywną, która wyznacza pole możliwej zmiany, inspirując i zachęcając czytelniczki do buntu.

 

 

Share This