Sophie Wahnich. 2012. In Defence of the Terror: Liberty or Death in the French Revolution. New York–London: Verso.

W 1985 roku Michael Vovelle objął Katedrę Historii Rewolucji na Sorbonie, zastępując na tym stanowisku starego, marksistowskiego profesora Alberta Soboula. 21 stycznia, zgodnie z republikańską tradycją, Vovelle chciał zorganizować dla absolwentów „kolację cielęcej głowy”, podczas której studenci i wykładowcy, w karnawałowy sposób, z kieliszkiem w dłoni, odtwarzają śmierć króla. Propozycja spotkała się z mieszanką zażenowania i chłodnego dystansu. Studenci historii, chociaż zanurzeni w świecie liberalnej demokracji, nie chcieli uczestniczyć w ponownym „obalaniu” monarchii. W swojej książce z 2003 roku Sophie Wahnich próbuje odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Sposobem na rozbicie hegemonii centrowych historyków ma być powrót do badań nad „kluczowymi momentami dynamiki rewolucyjnej” i Terrorem.

Wahnich przeprowadza swoje rozważania w opozycji do trzech dominujących tendencji w myśleniu o Rewolucji. Po pierwsze, sprzeciwia się pojmowaniu Rewolucji Francuskiej jako instytucjonalnej i retorycznej matrycy XX-wiecznych totalitaryzmów. Po drugie, wskazuje na błędne przekonanie, panujące wśród zwolenników historycznego rewizjonizmu, że wydarzenia roku 1789 i 1793 należy rozdzielić i omawiać każde z nich osobno. O ile dla badaczy totalitaryzmów terror staje się koniecznym etapem każdej rewolucyjnej zmiany, która z definicji dąży do klęski całego projektu politycznego, o tyle dla rewizjonistów terror jest tylko demonicznym, przypadkowym fenomenem – wypadkiem przy pracy – który historycy winni wyodrębnić z większych, całościowych procesów: demokratyzacji, pochodu równości, walki o prawa człowieka. Dla Wahnich dominacja tych dwóch stanowisk we współczesnej historiografii wynika z „idealizacji obecnego modelu polityki”. Idealizacja ta rodzi jeszcze trzecią perspektywę, postrzegającą przemiany rewolucyjne, a więc wszystkie wydarzenia historyczne, które odbiegają od obecnych praktyk liberalnej demokracji późnego kapitalizmu, jako „obce demokracji w ogóle”, przez co domagają się jednoznacznie negatywnej oceny moralnej. Wahnich chce natomiast prowadzić swoją narrację poza jakąkolwiek moralnością – z wnętrza rewolucyjnej dynamiki: pragnie przyjrzeć się głównym aktorom Rewolucji przez pryzmat ich konkretnych wyborów politycznych.

Esej Wahnich nie jest więc książką w obronie Terroru. Tytuł oryginału brzmi Essai sur la Terreur et la terrorisme – w angielskim tłumaczeniu In defence dodało wydawnictwo Verso i trudno doszukiwać się w tym zabiegu innej motywacji niż chęć przyciągnięcia uwagi. Podobnie rzecz ma się z przedmową Slavoja Žižka pełną anegdotek, nawiązań do filmów i luźnych uwag na temat współczesnego kapitalizmu. Tekst nie spełnia jednak funkcji tradycyjnej przedmowy – odwołanie do rozważań Wahnich pojawia się bodaj raz, a ramy teoretyczne zaproponowane przez Žižka (podział na przemoc subiektywną i obiektywną) bardziej zaciemniają niż rozjaśniają problematykę przedstawioną przez autorkę . Dobry wstęp historyczny zdecydowanie ułatwiłby czytelniczce śledzenie wątków, które pojawią się w kolejnych rozdziałach pracy przy okazji analizy przywoływanych źródeł. Szczególnie, że optyka przyjęta w książce daleka jest od tradycyjnej narracji historycznej. Wahnich chce krytycznie rozpatrzyć fenomen Terroru, używając do tego narzędzi badawczych spoza głównego nurtu historiografii. We wstępie zaznacza, że interesuje ją spojrzenie na Terror przez pryzmat „ekonomii emocjonalnej”, która opiera się na postrzeganiu konkretnych rozwiązań politycznych jako prób zarządzania emocjami. Według autorki translacja tych emocji w logos, w prawo jest głównym zadaniem rewolucyjnych elit. Z kolei sytuacja głównych politycznych graczy była jednak zawsze określana przez dwa czynniki: z jednej strony warunkowało ją ciągłe zagrożenie przemocą kontrrewolucyjną i arystokratyczną, z drugiej zaś groziło jej niebezpieczeństwo, że „ludzie wezmą sprawy w swoje ręce”, a przemoc rozleje się w niekontrolowaną falę zemsty. Terror ma być więc specyficznym rodzajem kontr-przemocy – próbą utrzymania sterowności procesu rewolucji, kiedy w obliczu zewnętrznych zagrożeń nie da się jej już kontrolować przez dyskurs.

Ten model teoretyczny służy Wahnich do analizy Masakr Sierpniowych z 1792 roku. Nieudana próba okiełznania przemocy przez ciała przedstawicielskie skończyła się masowymi samosądami – „ludzie są zmęczeni czekaniem”, przekonywał z mównicy Zgromadzenia przedstawiciel Komuny Paryża. Wahnich twierdzi, ze w trakcie Masakr prawo straciło swój sakralny charakter, a wydarzenia zaczęły przebiegać „bez mediacji” podmiotów politycznych. Nie należy jednak traktować samosądu czy zemsty jako niższych form sprawiedliwości z perspektywy ich historycznego rozwoju. „Zemsta nie jest archaiczna – odsyła do innej społecznej konfiguracji” – przekonuje autorka. Wahnich dostrzega w masakrach Benjaminowską „boską przemoc”, co ma tłumaczyć, dlaczego „wszyscy uznawali sierpniowe wydarzenia za niedopuszczalne, mimo że większość obserwatorów sądziła, że w tamtym momencie były uzasadnione”.

Dyskusja między Camille’em Desmoullinse’em a Robespierre’em na temat natury prawdy ma być dla czytelników łącznikiem między Masakrami Sierpniowymi a ustanowieniem Trybunału Rewolucyjnego rok później. Wahnich widzi w niej odejście od politycznego pluralizmu i możliwości przekonywania oponentów. Jeżeli prawda przestaje być przedmiotem polemiki, tracimy nadzieję, że przeciwnik może, koniec końców, dać się przekonać i opowiedzieć się po naszej stronie. Tym, co pozostaje, jest logika wojny, która ma na celu tylko i wyłącznie „anihilację wroga”. Wahnich próbuje przekonać nas, że chociaż Trybunały Rewolucyjne zostały powołane, aby zapobiec „anarchii ludowej sprzed roku”, a „praktykowanie terroru było wyścigiem z czasem”, w ostatecznym rozrachunku należy postrzegać je jako przejawy przemocy mitycznej, która miała fundować nowy porządek instytucjonalny.

W kolejnych rozdziałach Wahnich rozprawia się z Arendtowską koncepcją Rewolucji. Przypomina, że w argumentacji czołowych rewolucjonistów nie znajdziemy ekonomicznego egalitaryzmu, który Arendt podnosi do rangi misji dziejowej Rewolucji Francuskiej. To, co społeczne, było nierozerwalnie związane z tym, co polityczne. Wahnich wskazuje na teksty, w których równość jest rozumiana jako ład, przede wszystkim moralny. „Biedni nie powinni zniknąć, ale powinni przestać być obrażani” – pisze, podsumowując analizę tekstu jednej z lokalnych komisji rewolucyjnych. Nacisk na zróżnicowanie ludu jako kategorii politycznej służy Wahnich jako argument przeciwko tym badaczom i badaczkom, którzy chcieliby się doszukiwać w tekstach z okresu Rewolucji Francuskiej „projektu niepodzielnego ludu, ludu jako całości”. Autorka zręcznie argumentuje też przeciwko postrzeganiu koncepcji Rewolucjonistów jako radykalnie nowoczesnych – o tym, kto nie należy już do rodzaju ludzkiego i powinien być wyłączony ze wspólnoty, pisali już stoicy, Cyceron i Locke. W ruchu Wahnich widać ślad starego zabiegu taktycznego, aby Rewolucję oglądać od strony nowożytności, czyli od strony, na którą sama patrzyła – przeciwko naturalnemu nastawieniu czytelników, aby postrzegać ją jako „początek XIX wieku” czy jako „narodziny nowoczesności”. Na razie jednak liberalna historiografia wciąż pozostaje dominująca i to ona każe nam patrzeć na cały misterny proces Rewolucji przez pryzmat Termidora. „Termidor zaciemnia nam wszystko” – podsumowuje swoje rozważania Wahnich.

Książkę wydaną w oryginale 13 lat temu kończy krótki fragment, w którym wskazuje się, jak absurdalne jest porównywanie Terroru Rewolucji do terroryzmu po atakach na WTC z 2001 roku. Na paru stronach Wahnich przytacza wypowiedzi Georga W. Busha, by skonkludować, że przemoc, którą posługują się Stany Zjednoczone, jest Benjaminowską przemocą policyjną.

Książka Sophie Wahnich, mimo swojej przydatności w akademickich walkach z liberalną hegemonią, jest rodzajem tautologicznej konstrukcji teoretycznej. Przyjęte narzędzia badawcze stają się właściwie tezami, a metodologia pożera materiał źródłowy. Model, który Wahnich konstruuje na wstępie, sam odpowiada już na wszystkie pytania – nie musimy zwracać się do źródeł, aby wiedzieć, jaki wynik otrzymamy. Sam klucz doboru materiału źródłowego wydaje się jednoznaczny – Wahnich wybiera tylko teksty tworzone przez elity, przede wszystkim przemowy kluczowych Rewolucjonistów, w których wizja Terroru pokrywa się z przyjętym modelem teoretycznym. Źródła nie stawiają oporu, przez co trudno powiedzieć, że dokonuje się na nich praca historyczki – mamy tu raczej do czynienia z przedstawianiem dowodów na poparcie tezy autorki niż z twórczym odczytaniem ukazującym wewnętrzne napięcia samych tekstów.

Praca Wahnich nie jest też, wbrew twierdzeniom autorki, analizą dynamiki rewolucyjnej. Jest analizą dyskursu. Determinuje to sam dobór źródeł, z których możemy dowiedzieć się tylko, co mówiła i jak rozumiała Terror sama elita Rewolucji. Przyjęta przez Wahnich metodologia (badanie „ekonomii emocjonalnej”) znacząco zawęża zasięg obowiązywania jej wniosków. Po lekturze wciąż mało wiemy o „kluczowych momentach dynamiki rewolucyjnej”, tak samo jako o rzeczywistym przebiegu Terroru.

Należy oczywiście pamiętać, że książka Wahnich jest esejem na styku filozofii i historii, a nie specjalistyczną monografią. Niestety część filozofów może także poczuć się zawiedziona. Oczywiście wielu czytelników i wiele czytelniczek ucieszą krytyki pod adresem Arendt, szczególnie jeśli prowadzone są przy użyciu cytatów z Rancière’a. Kluczowe fragmenty wywodu całej książki, które oparte są na przywołaniach Benjamina, pozostawiono jednak w zasadzie bez szerszego komentarza. Aplikacja triady „przemoc boska – mityczna – policyjna” do materiału źródłowego następuje właściwie bez jakiegokolwiek sproblematyzowania tych narzędzi. A szkoda, bo taka refleksja mogłaby stać się dobrym przyczynkiem do pisania krytyki Terroru Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Książka Sophie Wahnich nie jest obroną Terroru. Jest nieco partyzanckim atakiem na hegemoniczną, liberalną historiografię i jako taki można ją uznać za udaną.

Share This