Jan Sowa – Liberalizm, socjaldemokracja, rewolucja albo dlaczego kibicuję partii Razem

Los indignados - Placa CatalunyaWidmo krąży po umysłach liberałek. Widmo wstającego z martwych bolszewizmu. Ani to nowe, ani zaskakujące. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że wyobraźnia większości liberałów to swoista trupiarnia, perwersyjne mauzoleum Lenina, w którym zdemonizowany wódz rewolucji pozostaje wiecznie żywy, aby za każdym razem, gdy padnie hasło społecznej sprawiedliwości lub redystrybucji bogactwa, dało się nim straszyć miłujących wolność członków społeczeństwa obywatelskiego. Tym razem jednak jest inaczej. Duch wcielił się w ciało i atakuje oblężone ze wszystkich stron centrum życia politycznego. Owym ciałem politycznego antychrysta jest Partia Razem.

Wiele razy wydawało się, że w dyskusji na temat Razem sięgnęliśmy już dna absurdu, ale jednak nie – można się przebić jeszcze niżej. Ostatnio dowiedzieliśmy się na przykład, że owa złowroga organizacja uprawia dwójmyślenie i dwójmowę: poprawne etycznie dokumenty programowe oraz oficjalne deklaracje Razem ukrywają tylko zbrodnicze zamiary tej partii, której prawda lśni w nieskrytości internetowych forów i facebookowych połajanek. Nie będę bawił się tu w przyziemnego pozytywistę i rozliczał wykorzystywanej w tych „badaniach” metodologii, pytając, jaka część kilkunastu tysięcy członków i członkiń tej partii bierze udział w tych internetowych awanturach lub skąd wiadomo, kim są wszystkie osoby wypowiadające się o lub w imieniu Razem. Przeciwstawiać „mędrca szkiełko i oko” mistycznemu wglądowi w społeczno-polityczny Zeitgeist to drobnomieszczańska złośliwość. Co mnie natomiast dziwi, to stojące za taką pop-hermeneutyką głębokie niezrozumienie różnicy między zbiorową podmiotowością organizacji takiej, jak partia polityczna a opiniami jej poszczególnych członkiń.

Jeśli ktoś tu mami i ketmani, to raczej liberałki i liberałowie. Ich pozorny akces do środowisk lewicowych opiera się na cynicznym dwójmyśleniu i obliczony jest na porażkę jakichkolwiek lewicowych projektów wykraczających poza realizację postulatów tzw. lewicy kulturowej. Liczą oni na to, że lewicy nie uda się wcielić w życie jej społeczno-ekonomicznego programu, dokona ona natomiast modernizacji Polski w liberalnym sensie i tylko dlatego orbitują wokół środowisk mniej lub bardziej lewicowych. Ich panika, manifestująca się w medialnych wystąpieniach, wynika z tego, że po raz pierwszy w III RP pojawiła się – aby użyć języka Alaina Badiou – możliwość nowej możliwości: realizacji celów polityki lewicowej wykraczających poza kwestie związane z polityką uznania. Kogo to przeraża, powinien od razu zapisać się do Nowoczesnej i przekonywać podobne sobie osoby do postulatów lewicy kulturowej zamiast wmawiać Partii Razem rewolucyjną przemoc, której nie sposób się w niej doszukać.

Nota bene sposób przedstawiania w liberalnych mediach stosunku Partii Razem do polityki uznania to szczyt kuriozum. Razem w swoich oficjalnych deklaracjach programowych mówi wyraźnie o małżeństwach jednopłciowych, co jest w polskiej polityce bardzo rzadkie. Jednak nasze liberałki wolą się wobec tej organizacji dystansować, a w ramach KOD wspierać „obronę wolności obywatelskich” prowadzoną m.in. przez Platformę Obywatelską, partię, która w czasie swoich ośmioletnich rządów (wespół z koalicyjnym PSL) nie tylko nie wprowadziła nawet związków partnerskich, nie mówiąc o małżeństwach jednopłciowych, ale oszukała swoje wyborczynie, obiecując w niejednej kampanii, że sprawa ta zostanie niebawem jakoś załatwiona.

Może się wydawać dziwne, że równie wrogie lewicowemu projektowi głosy i stanowiska artykułowane są przez środowisko Krytyki Politycznej, grupy i organizacji, która na postulatach budowy lewicy w Polsce skonstruowała swoją pozycję w dyskursie głównego nurtu. Uważam, że nie jest to bynajmniej paradoks. Moim zdaniem jądro projektu Krytyki Politycznej było od początku liberalne, a ukłony w kierunku lewicy odgrywały rolę taktyczno-marketingową. Pozwalały wypełnić dyskursywną szczelinę i w niej zakorzenić całe przedsięwzięcie. Wystarczyło kilka miesięcy obecności na polskiej scenie politycznej autentycznie lewicowej formacji, jaką jest partia Razem, aby Krytyka Polityczna ujawniła prawdę o swoim faktycznym miejscu w ideologicznych sporach: to nie tyle nowa/młoda lewica, co raczej nowa/młoda Unia Wolności z silnie odświeżonym garniturem personalnym i odrobinę podrasowanym aparatem ideologicznym (chociaż obecna formuła „zaangażowanej inteligencji” może być wypełniona dowolną treścią i z tego powodu jest ze swojej istoty liberalna). Razem działa tu niczym Deleuzjańska pusta przegródka – chociaż poprzez brak reprezentacji parlamentarnej jest elementem nieznaczącym w głównym nurcie życia politycznego, powoduje jednak strukturalną (re)organizację dyskursywnego pola polityki, zmuszając różne jego elementy do zajęcia określonych pozycji i w ten sposób wydobywając na wierzch ich prawdę.

W działalność Krytyki Politycznej zaangażowanych jest sporo osób o mniej lub bardziej radykalnie lewicowym światopoglądzie. Jak już wspominałem w kontekście Partii Razem, istnieje jednak poważna różnica między opiniami pojedynczych osób a społeczno-politycznym sensem funkcjonowania całej organizacji. W obu przypadkach interesujące dla dyskusji politycznej jest wyłącznie to drugie. Całokształt działalności Krytyki Politycznej jako organizacji mógł do tej pory uchodzić za lewicowy, a nawet radykalnie lewicowy (zdaniem co bardziej nieumiarkowanych komentatorów), tylko dopóki mianem lewicy w Polsce określano SLD. W tym sensie wsparcie dla Zjednoczonej Lewicy ze strony znacznej części środowiska Krytyki Politycznej, w tym wielu osób z jej wierchuszki, wydaje się mieć głęboki sens: zwycięstwo ZL i porażka Razem gwarantowałyby utrzymanie status quo, w którym Krytyka Polityczna miała swoje jasno zdefiniowane i komfortowe miejsce. Rekonfiguracja pola politycznego wymuszona przez Razem sprawiła, że Krytyka Polityczna coraz bardziej dryfuje w kierunku innych centrowo-liberalnych formacji typu Res Publica Nowa czy Kultura Liberalna, od których coraz trudniej będzie się jej odróżnić.

Takie czyszczenie i porządkowanie pola uważam za wartościowe dla lewicy. Nigdy nie uda się w Polsce zbudować lewicowego projektu, nawet w jego socjaldemokratycznym wydaniu, jeśli będą robić to konserwatywni liberałowie, których pod swoje skrzydła bierze Krytyka Polityczna. Co równie ważne, ze względu na sytuację międzynarodową, w tym szczególnie kryzys Unii Europejskiej, polska lewica powinna otworzyć się na współpracę z lewicowymi ruchami przynajmniej z innych krajów Wspólnoty. Tymczasem słaby występ Sławomira Sierakowskiego w czasie niedawnej dyskusji DiEM25, podczas której klasowo-materialistycznej narracji Yanisa Varoufakisa przeciwstawiał on płytki postmodernistyczny kulturalizm, pokazuje, że Krytyka Polityczna może budować swoją pozycję w Polsce na imporcie zagranicznych lewicowych gwiazd, sama nie ma jednak międzynarodowej lewicy wiele do zaoferowania.

Całe szczęście dylemat: „wspierać z lewicowych pozycji Krytykę Polityczną czy nie” to już pieśń przeszłości. O wiele istotniejsze jest pytanie o nasz stosunek do Partii Razem. Głównemu nurtowi może wydawać się, że na lewo od Razem nie ma już nic, bo przecież nawet Lenin ze swoją rewolucyjną przemocą należy do Razem, jest to jednak oczywisty błąd perspektywy. Gdy czytam niektóre neurotyczne wynurzenia przewijające się przez główny nurt debaty, jest mi nawet czasem szkoda, że nie ma w nich grama racji. Byłoby świetnie, gdyby w głównym nurcie życia politycznego widzialność porównywalną do Razem zyskała organizacja dążąca otwarcie i aktywnie do zniesienia pracy najemnej i wyprowadzenia nas poza kapitalizm. Niestety taką organizacją nie jest z pewnością Partia Razem. Nawet jeśli niektóre członkinie owej partii mogą mieć bardziej radykalne poglądy, jako całość jest ona typowym, niemalże podręcznikowym przykładem socjaldemokracji. To, że jawi się niektórym w Polsce jako radykalnie, rewolucyjnie lewicowa, dowodzi tylko niewiarygodnego przechylenia na prawo polskiej sceny politycznej i dyskursu publicznego.

Gdyby Razem miało możliwość dowolnego kształtowania polskiej rzeczywistości, zrobiłoby u nas nie rewolucję październikową, ale demokratyczny socjalizm w stylu skandynawskim. Ci, którzy przy okazji dyskusji na temat owej partii donoszą o „ofiarach budowy socjalizmu”, muszą albo tego nie rozumieć albo mieć wiedzę na temat jakiś nieznanych powszechnie faktów z historii Szwecji, Norwegii bądź Danii. Ewentualnie, mówiąc o „przemocy socjalizmu”, mają na myśli wysokie podatki dla bogatych.

Pytanie, które pozostaje do rozważania, brzmi jednak: jak odnieść się z bardziej radykalnie lewicowych – anarchistycznych bądź komunistycznych – pozycji do socjaldemokratycznej natury Partii Razem? Nie ulega wątpliwości, że socjaldemokracja w żadnej swojej dotychczasowej historycznej odsłonie nie wydaje się dążyć do wyjścia poza kapitalizm. Żaden z osiowych elementów ładu kapitalistycznego nie jest przez nią negowany: ani prywatna własność środków produkcji, ani konieczność sprzedaży siły roboczej dla podtrzymania biologicznego przetrwania, ani pełnienie przez państwo roli lokalnego metazarządcy kapitalizmu, ułatwiającego jego działanie zarówno w skali państw narodowych, jak i pomiędzy nimi. Socjaldemokraci proponują jedynie – albo aż, co widać w polskiej rzeczywistości – racjonalną i w możliwie najmniejszym stopniu opartą na przemocy organizację doraźnego funkcjonowania kapitalizmu. Socjaldemokracja chroni w ten sposób kapitalizm przed nim samym, osłabiając dwie wpisane w niego z konieczności autodestrukcyjne tendencje: do generowania skrajnych nierówności destabilizujących porządek społeczny oraz do nadmiernej akumulacji bogactwa, prowadzącej do tego, co ekonomia głównego nurtu nazywa pułapką tezauryzacji.

Ze względu na tę drugą kwestię można nawet powiedzieć, że socjaldemokracja to siła, która chroni kapitalizm przed negatywnymi konsekwencjami jego własnej logiki. Immanuel Wallerstein pokazał kiedyś w znakomitym tekście The Bourgeois(ie) as Concept and Reality, że burżuazja tylko pozornie niszczy feudalne formy życia, w rzeczywistości dążąc raczej do odtworzenia reguł funkcjonowania typowych dla porzuconych już niby faz rozwoju materialnego: do ustanowienia monopolu poprzez koncentrację własności kapitału – co pozwala regresywnie przekształcić zysk w rentę – oraz do odtworzenia sposobu życia typowego dla arystokracji: wielkie domy lub pałace, elitarne przyjęcia, luksusowa konsumpcja itp. Socjaldemokracja, nakładając na nieskrępowany wolny rynek bariery w postaci wyższych podatków i odgórnych regulacji, utrudnia ten kierunek regresywnego rozwoju kapitalizmu, dla którego warunkiem możliwości jest nieskrępowana akumulacja bogactwa przez poszczególne jednostki oraz organizacje. Nie znaczy to, że przeciwdziała akumulacji kapitału jako takiej. Długookresowe analizy pokazują, że wzrost PKB krajów skandynawskich w niczym nie ustępuje dynamice gospodarki USA, a w niektórych przypadkach może być nawet wyższy. Od 1970 roku skumulowany wzrost PKB per capita wyniósł w USA ok. 120%, w Finlandii ok. 150%, w Norwegii ok. 180%, a w Szwecji ok. 100%. Oczywiście, dzięki bardziej równościowej dystrybucji w Skandynawii ze wzrostu gospodarczego korzysta większa liczba ludzi, jest to więc system lepszy w sensie maksymalizowania społecznej sumy indywidualnych korzyści.

Nie jest to oczywiście żadne odkrycie. Wspominam o tym dla porządku, bo owo uwikłanie socjaldemokracji w zarządzanie kapitalizmem było i jest powodem jej odrzucenia przez bardziej radykalne środowiska lewicowe. Nie chodzi przecież o to, żeby kapitalizm ulepszać i ratować, ale aby go przekroczyć i ustanowić inny, zasadniczo antykapitalistyczny porządek. Ponieważ kapitalizm jest naznaczony wewnętrznymi sprzecznościami, mogłoby wydawać się, że dla dobra postępu historycznego trzeba właśnie pozwolić mu wygenerować jak najwięcej zła, którego ogrom obróci się przeciwko niemu. Im gorzej, tym lepiej, jak powiedziałby Przewodniczący Mao.

Podzielając w całości dążenia i marzenia wyjścia poza kapitalizm, wątpię, aby była to właściwa strategia. Pomocne jest tu przemyślenie naszych własnych, polskich doświadczeń z ostatnich dekad. Polskie społeczeństwo doświadczyło kapitalizmu w radykalnym i bezwzględnym wydaniu. Nie aż takim, jakiego zaznało społeczeństwo chińskie, ale jednak bardzo brutalnym. Wejście na ścieżkę akumulacji kapitału oznaczało u nas wielkie koszty społeczne i ogromny wzrost nierówności. Gdyby maksyma „im gorzej, tym lepiej” była prawdziwa, Polska powinna być dzisiaj – wspólnie z Koreą Południową, czyli innym społeczeństwem równie bezwzględnie sformatowanym przez kapitalizm – światową awangardą walki klasowej. Tak jednak nie jest. Jesteśmy raczej awangardą skrajnej reakcji.

Stało się tak, ponieważ nie ma automatycznego mechanizmu przekładającego materialne cierpienia na polityczną walkę pod określonymi sztandarami. Owo przełożenie jest zawsze mediowane przez panującą ideologię. Ponieważ ta ostatnia jest ideologią klasy panującej, im silniejsza owa klasa, tym więcej narzędzi posiada, aby poprzez hegemonię kształtować porządek ideologiczny, a więc również nasze podmiotowości, w sposób zgodny z jej własnymi celami. Nie jest to żaden defetyzm klasowy, ale raczej trzeźwa obserwacja rzeczywistości. Walka klasowa ma więcej niż jednego aktora, a nasi przeciwnicy nie próżnują. Jak trafnie ujął to Warren Buffet: „Oczywiście, że trwa walka klas. I moja klasa wygrywa”.

Jest też drugi, związany z tym problem, logicznie wynikający ze wspomnianej wcześniej diagnozy Wallersteina. Można się zgodzić, że kapitalizm i burżuazja w pewnych momentach historii i w pewnych aspektach mogły się wydawać siłą postępową (znane Marksowskie „rozpływanie się w powietrzu wszystkiego, co stałe”). Byłoby jednak naiwnością wierzyć, że pozostają takimi zawsze i wszędzie. O postępowości kapitalizmu da się sensownie mówić tylko gdy rozważamy nie jego istotę sub specie aeternitatis, ale jego początkowy stosunek do feudalizmu (to jest perspektywa Manifestu komunistycznego). Fetyszyzować ów postęp i uznawać kapitalistyczną nowoczesność za koniec historii można tylko i wyłącznie z pozycji liberalnych. W wielu momentach i wielu kontekstach kapitalizm jest siłą reakcyjną, zatrzymującą postęp społeczny lub wręcz wprowadzającą regres. Liczyć, że negatywne tendencje autodestrukcji kapitalizmu przyniosą pozytywne rezultaty, to niebezpieczny zakład pozbawiony sensownego teoretycznego i empirycznego uzasadnienia. Nie jest wykluczone, że system ten pozostawiony samemu sobie i mogący dowolnie liberalizować i deregulować wszystko, co tylko zapragnie, doprowadziłby na skutek swoich wewnętrznych sprzeczności do swojego końca. Jest to tylko i wyłącznie spekulacja, ponieważ kapitalizm, który znamy, nawet w jego neoliberalnym wydaniu, zawsze bardzo ściśle współpracował z regulacyjną władzą państwa, a słynna liberalna deregulacja wcale nie jest, jak nieraz wskazywali Loïc Wacquant czy Guy Standing, deregulacją, ale raczej re-regulacją zgodną z interesami klas posiadających. Ale być może taki rozwój wypadków jest możliwy i kapitalizm przy całkowitym leseferyzmie i demontażu mechanizmów go kontrolujących zawaliłby się sam. Byłaby to jednak katastrofa. Oznaczałoby to apokalipsę środowiskową, masowe represje i wojny na wielką skalę. Jednym słowem: wielki cywilizacyjny regres. Komunizm czy jakikolwiek postępowy system jest postkapitalistyczną możliwością, ale nie automatyczną pewnością. Realizacja tej możliwości zależy od celowego politycznego działania na rzecz budowy owego lepszego świata.

Postępowy – nie w sensie lokalnym, ale w sensie historii powszechnej – charakter socjaldemokracji polega właśnie na powstrzymywaniu regresywnych elementów kapitalizmu, chociaż zawsze przy zachowaniu kapitalistycznych reguł funkcjonowania całości społeczeństwa. (I – co istotne – przy podtrzymaniu kapitalistycznego charakteru globalnej ramy gospodarczej, czyli wyzysku krajów biednych przez bogate).Wcale nie oznacza to automatycznie wspierania elementów najbardziej progresywnych. Tak jak postępowa rzeczywistość postkapitalistyczna nie zrodzi się sama z katastrofy kapitalizmu, tak też nie zrodzi się sama w socjaldemokracji. W swoim mikrozarządzaniu kapitalizmem socjaldemokracja daje jednak większe możliwości działania tym radykalnym dążeniom, które mierzą w wykroczenie poza kapitalizm. Gwarantuje, mówiąc prosto i konkretnie, dwie rzeczy: spokój i zasoby. Nie jest to samo w sobie rozwiązanie wszystkich problemów kapitalizmu, ale daje jednak lepsze warunki dla prowadzenia walki o owo rozwiązanie.

Argument na rzecz socjaldemokracji jest więc zasadniczo argumentem akceleracjonistycznym. Jak zgrabnie wyrazili zasadniczą ideę tego podejścia Nick Srnicek i Alex Williams w wydanej w zeszłym roku książce Inventing the Future. Postcapitalism and a World Without Work, społeczeństwo postkapitalistyczne nie będzie zbudowane na ruinie istniejącego świata, ale na wyprowadzeniu jego najbardziej postępowych tendencji poza logikę kapitalistycznej akumulacji. Podobny punkt widzenia stoi za czymś, co bywa nazywane ontologicznym komunizmem Antonio Negriego i innych postoperaistów: nowe rodzi się w łupinie starego (o czym pisał już zresztą inspirujący ich wszystkich Marks). Socjaldemokracja jest więc, mówiąc obrazowo, najlepszą łupiną, jaką można sobie wyobrazić dla konstrukcji progresywnych dążeń w obrębie istniejącego porządku. Z tego powodu zasługuje na wsparcie z pozycji bardziej radykalnych niż ona sama.

Pozostaje jeszcze jeden, niezwykle ważny problem: mechanizm polityczny, na którym wspiera się projekt socjaldemokratyczny, czyli parlamentaryzm. Rzecz jasna, ten typ ustroju przedstawicielskiego jest lepszy od wszelkich poprzedzających go form organizacji władzy politycznej. Warto to zawsze podkreślać, gdy mówi się źle o parlamentaryzmie, aby odróżnić jego postępową krytykę od monarchistycznej błazenady. Błędem jest jednak mniemać, że nic lepszego nie da się wymyśleć i demokracja parlamentarna jest zwieńczeniem politycznego rozwoju ludzkich społeczeństw.

Parlamentaryzm to polityczna logika kapitalizmu. Rozwijał się równolegle do ewolucji gospodarki kapitalistycznej i daje jej najlepsze narzędzia do politycznego zarządzania akumulacją kapitału. Przewaga posiadania przedstawicielek w parlamencie nad posiadaniem królowej jest mniej więcej taka, jak przewaga modelu opartego na najemnej sile roboczej nad niewolnictwem. Podobne są też ograniczenia. Jedno i drugie daje jakąś wolność i tworzy nowe możliwości, ale żadne nie jest pozbawione wątpliwych i szkodliwych elementów. Oba można by nazwać emancypacją formalną bez realnej.

Dziwi mnie bardzo niemal całkowita nieobecność krytycznego namysłu nad parlamentaryzmem w debatach wywołanych rządami PiS. Mamy bowiem doskonały przykład wszystkich niebezpieczeństw wynikających z tego ustroju i świetną ilustrację wszystkich jego słabości. Największa z nich, która jest obecnie źródłem naszych zbiorowych cierpień, to brak możliwości rozliczania polityków na bieżąco z ich przedwyborczych obietnic oraz brak możliwości ich doraźnej kontroli bądź odwołania w czasie sprawowania mandatu. Oburzeni komentatorzy głównego nurtu grzmią, że PiS oszukał i omamił wyborców, że obiecywał coś innego niż robi, a robi to, o czym wcześniej nie wspominał, bo gdyby wspomniał, nie wygrałby wyborów. To wszystko prawda. Szkoda, że zatroskanym liberałom nie przychodzi do głowy myśl, że system polityczny, który na to pozwala, nie jest może tak wspaniały, jak mogłoby się im wydawać. Może jednak mandat nie powinien być wolny, ale związany? Może głos oddany w wyborach nie powinien być podpisywanym in blanco upoważnieniem do robienia w naszym imieniu rzeczy, których sobie zdecydowanie nie życzymy? Może sami potrafilibyśmy kształtować nasze wspólne życie lepiej niż robią to za nas – i ponoć dla nas – nasi przedstawiciele?

Zamiast takiej refleksji liberałowie wolą serwować nam typową dla elit populofobię – czyli strach przez ludem – którym niestety przesiąkły również środowiska lewicowe. Zgodnie z owym przesądem, polityczne upodmiotowienie ludu musiałoby skończyć się przede wszystkim pogromami i innymi równie okropnymi aktami przemocy. Ten punkt widzenia ma może jakieś metafizyczne umocowanie, przemawia jednak przeciw niemu wiele empirycznych argumentów. Wszystkie badania opinii publicznej pokazują, że najbardziej szalone i szkodliwe pomysły ekipy rządzącej obecnie Polską nie cieszą się poparciem większości społeczeństwa i nie miałyby szans na realizację, gdyby miało o tym decydować referendum. Wygląda na to, że społeczeństwo jest o wiele bardziej rozsądne niż jego polityczne elity.

Jako dowód na diabelskie zapędy ciemnego ludu podaje się najczęściej homofobię. To skomplikowana sprawa i wymaga obszernej analizy, jest jednak kilka silnych empirycznych kontrargumentów przeciw podobnemu stawianiu sprawy. To nie postępowa i wielka Warszawa, ale peryferyjny i niewielki Słupsk wybrał gejowskiego działacza i otwarcie zdeklarowanego homoseksualistę na swojego prezydenta. A przecież Robert Biedroń nie należał do PiS-u, ale do Ruchu Palikota, partii znienawidzonej ponoć przez katolicki naród polski. W Grzebienisku, niewielkiej wsi pod Poznaniem sołtyską została ostatnio lesbijka. Wadowice, będące epicentrum papieskiej histerii, wybrały na prezydenta progresywnego prawnika Mateusza Klinowskiego. Pierwszym krajem, który wprowadził małżeństwa jednopłciowe na drodze referendum, nie była socjalistyczna Francja czy postępowa Holandia, ale katolicka Irlandia, pod wieloma względami przypominająca Polskę. Zresztą również u nas, jak pokazują badania opinii społecznej, większość społeczeństwa odnosi się pozytywnie do pomysłu prawnej regulacji związków homoseksualnych.

Bez wątpienia wśród klas niższych rozpowszechnione są różnego rodzaju uprzedzenia i przesądy. Czy jednak bardziej niż wśród elit? Wątpię. Liczne argumenty liberalnych elit przeciw Partii Razem to doskonały przykład uprzedzeń, w tym również klasizmu (populofobia). W wielu wypadkach ludowy obskurantyzm jest celowo hodowany i stymulowany przez polityków, którzy nie tylko zbijają na nim wyborczy kapitał, ale dzięki niemu mogą skutecznie dzielić klasy niższe i rozgrywać je przeciw sobie. Jest on więc elementem istniejącego systemu – a nawet pewną formą klasowego panowania – i jako taki słabo sprawdza się w roli koronnego argumentu przeciw jego zmianie.

Ponieważ wszystko, co poprzedzało parlamentaryzm, było od niego gorsze, ruch postępowy może prowadzić tylko w jednym kierunku: ku dalszej demokratyzacji. Musi ona polegać na immanentyzacji władzy, czyli przerwaniu ruchu między władzą konstytuującą a ukonstytuowaną. Tego jednak socjaldemokracja nie gwarantuje. Razem jest zwyczajną partią polityczną i jako taka w logice swojego funkcjonowania na zewnątrz nie różni się od innych partii. Działa jednak nieco inaczej wewnątrz. Bardziej demokratycznie, z mniejszym obsadzeniem liderskości, w którą usiłuje wtłoczyć ją główny nurt. To dobry zwiastun.

Zmiana politycznej formy naszych społeczeństw może dokonać się w różny sposób. Nie obędzie się to bez walki, jednak fantazmat rewolucji jako krwawej konfrontacji na barykadach między dobrem a złem jest nie tylko zbudowany w zbyt dużej mierze na męskich fantazjach, ale także ahistoryczny w swojej naturze. Opiera się na skrzywionej generalizacji kilku przykładów rewolucji burżuazyjnych, w tym zwłaszcza rewolucji francuskiej. Wiemy, że przejście między innymi formacjami społeczno-gospodarczymi, na przykład między starożytnym niewolnictwem a średniowiecznym feudalizmem, nie odbywało się zgodnie z takim modelem.

Nie każda epoka musi rodzić się w taki sam sposób i dlatego błędna jest wiara, że wyjściem z kapitalizmu będzie wielka, krwawa uliczna bitwa proletariatu z burżuazją. A nawet więcej: wszystkie – ale to wszystkie, co do jednej – rewolucje tzw. komunistyczne, które próbowały wejść w postkapitalistyczny porządek, wylądowały ostatecznie w jakiejś formie kapitalizmu. Tak było z Rosją, Chinami, Wietnamem, Kambodżą czy Kubą. Nie oceniam tu w ogóle ani wartości, ani zdobyczy owych zrywów, bo były one w każdym wypadku inne – na Kubie ogromne, w Rosji ambiwalentne, a w Kambodży zerowe, a nawet negatywne – ale jedynie ich miejsce w historii powszechnej. Wszystkie powyższe kraje są dzisiaj doskonale zintegrowane z kapitalistyczną gospodarką, dostarczając bogatej burżuazji zasobów naturalnych, taniej siły roboczej lub spełniając jej seksualne fantazje dzięki ofercie przemysłu turystycznego.

Są to porażki, które radykalna lewica powinna przemyśleć i wyciągnąć z nich wnioski. Oczywiste wydaje się, że pozytywna zmiana społeczna jest zawsze wynikiem prowadzonych na jej rzecz walk. Ale walczyć można na różne sposoby, nie tylko budując barykady na ulicach. Czasem bywa to nieodzowne, ale czasem nie prowadzi do pożądanych rezultatów. W ocenie różnych strategii trzeba jednak brać pod uwagę raczej ich skuteczność niż spektakularność. Być może warto więc dać szansę projektom takim jak Razem i towarzysząc im, szukać sposobów na osiągnięcie celów, na których nam zależy?


Dodaj komentarz

Na podobny temat: